sobota, 18 czerwca 2016

Rozdział 59

Rozdział 59 – Drzwi w drzwi.

  Draco Malfoy spał bardzo głęboko. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że chłopak znajdował się w takim stanie od dwóch dni. Leżał w swoim pokoju, w Malfoy Manor. Przy łóżku Ślizgona stały przeróżne fiolki, jedne bardziej opróżnione, inne mniej. Narcyza zatrudniła pielęgniarkę ze szpitala św. Munga, aby Draco miał profesjonalną opiekę. Nie po raz pierwszy stracił przytomność, jednak za każdym razem Narcyza bała się o jedynego syna tak samo. Zajrzała do jego pokoju, ale Draco nadal spał. Cicho zamknęła drzwi i zeszła po schodach do salonu Malfoy Manor. Lucjusz siedział w fotelu i czytał gazetę. Od momentu, w którym mężczyzna wrócił do domu, zamienili ze sobą ze cztery zdania. Pani Malfoy usiadła na kanapie i zajęła się książką, którą zaczęła czytać kilka dni temu. Znała ją niemal na pamięć, jednak łudziła się, że coś przegapiła. Tytuł głosił „Eliksir obłędu. Badania i odkrycia.” Książka była dość stara, jednak Narcyza nigdy nie znalazła bardziej dokładnego dzieła w sprawie tego, konkretnego eliksiru.
– Znów ją czytasz. – Usłyszała głos męża i podniosła na niego wzrok. Narcyza nic nie odpowiedziała, jedynie skinęła głową.
– Czy znów pokładasz nadzieję w tej nieistniejącej miksturze? – zapytał z kpiną w głosie.
– Nie ja.
– Ta mugolaczka? Naprawdę chcesz, żeby przebywała z naszym synem?
– Jeśli może go uratować, to jestem w stanie oddać jej całe Malfoy Manor. – Lucjusz zacisnął szczęki i rzucił gazetę na stolik. Wstał, a jego szata zafalowała.
– Nie wygaduj głupstw – warknął. Narcyza nic mu nie odpowiedziała. Bez słowa wróciła do przerwanej lektury.
Lucjusz opuścił salon i udał się do swojej samotni. Zamknął drzwi, przekręcając niewielki klucz. Dobrze wiedział, że mikstura nie istnieje i nie rozumiał, dlaczego jego żona tak upiera się przy dziwnym specyfiku. Usiadł przy biurku i zaczął segregować papiery, które zostały jeszcze sprzed aresztowania. Większość z nich były nieprzydatnymi raportami, którymi Voldemort nie chciał zaprzątać sobie głowy. Wszystko zastał dokładnie tak, jak zostawił, co oznaczało, że nikt nie wchodził do jego biura. Właściwie nie obchodził go nikt inny oprócz Narcyzy. Każdego dnia od aresztowania myślał o niej. Jej pięknej, bladej twarzy, zadbanych dłoniach, o sposobie, w który mówiła. Jej głos był najcudowniejszą rzeczą, którą Lucjusz mógł usłyszeć w Azkabanie. Jednak zawsze, kiedy go odwiedzała mówiła tylko o Draco i o tym, jak źle się z nim dzieje. To sprawiało, że robiła się niemal tak posępna jak Lucjusz. Tego mężczyzna nigdy nie chciał. Potarł zmęczoną twarz, a potem wrzucił wszystkie papiery, które leżały na biurko do kosza na śmieci. Chciał je podpalić, jednak nie odzyskał swojej różdżki. Została mu odebrana przy aresztowaniu. Ostatnim raz rzucił okiem w stronę raportów. Chciał skończyć z przeszłością, a pozbycie się tych papierów było dobrym startem. Wtedy usłyszał głos Narcyzy zza drzwi:
– Obudził się.
***

Hermiona siedziała w kącie obskurnego pomieszczenia, obejmując się ramionami. W areszcie było przeraźliwie zimno. Dobijało ją, że w zamian za jej dobroć i chęć pomocy siedziała od pięciu dni w areszcie Ministerstwa, czekając na nie wiadomo co. Chciała zobaczyć Rona i Harry’ego, jednak Carleton stanowczo odmówił. Hermiona pytała go kilka razy o powód odmowy, ale auror uparcie milczał.
Od wizyty Narcyzy Malfoy nie miała innych gości. Czuła się opuszczona. Wiedziała, że Harry, Ron i Ginny z pewnością próbowali się z nią zobaczyć i to Ministerstwo blokowało wszystkie wizyty, jednak… Jednak miała nadzieję, że Harry’emu jakoś uda się dotrzeć do samego Ministra. Powtarzała sobie, że to „nic takiego” i wkrótce stąd wyjdzie. Wyobraziła sobie, co by pomyśleli jej rodzice, gdyby ją tutaj zobaczyli. Nieoczekiwanie słone łzy zaczęły płynąc po jej policzkach. Czuła, że ich zawiodła. Kto by chciał, żeby jego dziecko wylądowało w areszcie? Bądź silna, Hermiono. Nie możesz się tak mazać… Próbowała się jakoś uspokoić, ale dopiero po dłuższej chwili łzy przestały płynąć po jej policzkach. Zaczęła myśleć trochę bardziej racjonalnie i w końcu zadała sobie kluczowe pytanie: dlaczego Narcyza mogła ją odwiedzić, a przyjaciele nie? Postanowiła jutro z samego rana zapytać o to Carletona. Auror przychodził do niej codziennie, tuż po śniadaniu. Informował o postępach w sprawie i odpowiadał na niektóre pytania dziewczyny. Był raczej oschły, ale Hermiona przywykła do ludzi zachowujących się w ten sposób. Malfoy. Pomyślała zaraz. Gdy przed jej oczami pojawił się obraz śpiącego Draco zmarszczki na czole dziewczyny się wygładziły, a kącik jej ust uniósł się ku górze.
– Od kiedy tak ciepło o nim myślę? – wymamrotała nieświadomie.
– O kim? – Poznała ten głos od razu. Podniosła głowę i wstała z podłogi. Draco Malfoy stał przed jej celą. Nienagannie ubrany z perfekcyjnie ułożoną fryzurą. Uśmiechał się. Nie wyglądał na chorego. Cienie pod jego oczami zniknęły, a twarz nabrała zdrowego koloru.
– Co tu robisz? – zapytała Hermiona, ignorując jego pytanie.
– Zabieram cię stąd. – Po słowach Malfoya kraty magicznie zniknęły. Gryfonka zmarszyła brwi, coś jej nie pasowało. Draco wyciągnął do niej rękę.
– Chodź, Hermiono. – Myślała, że się przesłyszała. Nazwał ją po imieniu. – Chodź – powtórzył, a dziewczyna zrobiła niepewny krok w jego stronę. Złapał jej rękę, a potem przyciągnął do siebie. Przytulił ją, jednak pannie Granger coś nie pasowało. Cały czas słyszała jak mówi: „chodź.” Wtedy Draco złapał jej twarz w obie dłonie i zaczął całować. Hermiona z zawziętością oddawała pocałunek. Objęła go za szyję i rozkoszowała się ciepłem, które biło od jego ciała. Zamarzyła brwi, bo nagle usłyszała inny głos:
– No chodź. – Wszystko zaczęło się rozmywać, Draco, który ją tulił stał się nierzeczywisty. Jej cela zaczęła wirować i zaraz potem Gryfonka otworzyła oczy. Zrobiła gwałtowny wdech i usiadła na materacu. Rozejrzała się dookoła. Była w swojej celi.
– To tylko sen – mruknęła, uspokajając się trochę. Przerażała ją wizja tego, co jej umysł stworzył podczas snu.
– Kto ci się śnił, Granger? – Gwałtownie spojrzała w stronę krat. Tak jak myślała stał za nimi Draco Malfoy.
*
– Rozumiem, że już się poddaliście? – Wkurzona Ginevra Weasley usiadła na fotelu w pokoju wspólnym Gryffindoru. Harry westchnął i po raz setny zaczął jej tłumaczyć:
– Nie podaliśmy się, Ginny! Ministerstwo blokuję…
– Co Ministerstwo ma do tego?! – wrzasnęła dziewczyna. Nie rozumiała bezsilności jej brata i jego przyjaciela.
– Jesteś, pieprzonym, Harrym Potterem! Powinni cię słuchać i uwolnić Hermionę!
– Ginny naprawdę staramy się…
– Gówno, a nie się staracie! – przerwała mu rudowłosa. – A ty? Czemu znów nic nie mówisz?! – zwróciła się do Rona, który w ciągu ostatnich czterech dni wypowiedział może z sześć zdań. Gryfon wzruszył ramionami. Miał straszne wyrzuty sumienia z powodu pocałunku z Astorią. Czuł się okropnie, tym bardziej, że Hermiona była wiele mil od Hogwartu. Chciał ją zobaczyć całą i zdrową.
– Jesteście beznadziejni! – stwierdziła Ginny i opuściła pokój wspólny. Kiedy szła korytarzem myślała, że się rozpłacze. Nie mogła znieść myśli, że Hermionę aresztowano i nikt nie może jej pomóc. McGonagall cały czas zapewnia rodzeństwo Weasley i Harry’ego, że robi co w jej mocy, jednak Ginevra miała wrażenie, że nikomu nie zależy. Pociągnęła nosem, wdrapując się po schodach na czwarte piętro.
– Gorszy dzień? – Kątem oka zerknęła w stronę Blaise’a Zabiniego, który opierał się o ścianę korytarza. Nie odpowiedziała, więc Ślizgon ruszył za nią.
– Czemu za mną idziesz? – burknęła Ginny.
– Czemu od razu myślisz, że idę za tobą? Może po prostu idziemy w jednym kierunku?
– Proszę cię, Blaise, zostaw mnie. Nie mam nastroju na słowne przepychanki…
– Dostrzegam dobre strony tej sytuacji.
– Nawet jeśli nie zapytam, wymienisz je, prawda? – rzuciła trochę znudzonym głosem. Stanęli pod portretem, który strzegł przejścia do dormitorium prefektów.
– Zgadza się – przyznał z uśmiechem Zabini.
– A więc? Co to za „dobre strony?” – zapytała, wywracając oczami.
– Znów nazywasz mnie po imieniu.
– A czy kiedyś w ogóle przestałam? – Pytająco uniosła brew, a widząc, że Ślizgon analizuje jej słowa, uśmiechnęła się. Blaise nic nie odpowiedział, obliczając swoje szanse na ponowne podbicie serca Gryfonki.
– Do zobaczenia, Blaise – powiedziała, akcentując jego imię. Zaraz potem wypowiedziała hasło, a portret ukazał przejście. Już miała wejść do dormitorium, kiedy usłyszała:
– Zaczekaj! Co to miało znaczyć? – Znów się uśmiechnęła.
– Do zobaczenia – powtórzyła ciszej, a potem portret na powrót zasłonił przejście. Ginny nie zdawała sobie sprawy, że tęskni za Ślizgonem. Aż do teraz.
*
Po czterech, długich dniach w końcu ją wypuszczono. Panna Granger marzyła o powrocie do Hogwartu, chciała zobaczyć przyjaciół i wyjaśnić im to całe zamieszanie. Kiedy Draco oznajmił jej, że zamierzają ją wypuścić myślała, że to kolejny sen. Stanęła razem z młodym Malfoyem przed kominkiem i wtedy zrozumiała, że nie ma pojęcia jaki wypowiedzieć adres. Nie pozwolono jej wrócić do Hogwartu. Przynajmniej do czasu, w którym nie oczyszczą jej ze wszystkich zarzutów. W domu po rodzicach nie miała kominka, więc może Nora?
– Wiem o czym myślisz – szepnął jej do ucha Draco, kiedy Carleton tłumaczył dziewczynie, że czekają na oficjalne potwierdzenie zeznań Lucjusza Malfoya. Starała się ignorować blondyna, skupiając wzrok na aurorze.
– …więc, panno Granger, jak tylko pan Malfoy złoży potwierdzenie zeznań, będzie pani mogła wrócić do szkoły.
– A dokładniej kiedy? – zapytała dziewczyna, kalkulując wszystko w głowie.
– Niestety, z pewnością nie wcześniej jak po świętach. – Panna Granger skinęła głową. W przyszły wtorek będzie Wigilia Bożego Narodzenia, dostaną tydzień wolnego. Jeśli się nie pomyliła wróci do szkoły za jedenaście dni. Mogła to przeżyć. Carleton w końcu się pożegnał i zostawił dwójkę byłych prefektów przy kominku, który znajdował się niedaleko biura aurorów.
– W końcu sobie poszedł, nie mogłem patrzeć na te jego…
– Daj spokój – mruknęła Hermiona i niepewnie weszła do kominka. Z pojemnika stojącego na gzymsie, uprzednio zabrała garść proszku fiuu. Nadal nie wiedziała, gdzie powinna się teleportować.
– Chyba pamiętasz jeszcze adres? – zapytał Draco, przyglądając się jej wyczekująco.
– Adres, dokąd?
– Malfoy Manor, Granger. Wracamy do domu. – Skinęła głową, a potem wyraźnie wymówiła współrzędne posiadłości Malfoyów. Za często tam bywam. Pomyślała, znikając wśród zielonych płomieni.
***
Spędziła noc w Malfoy Manor. Kolejną noc. Pomyślała, siadając na łóżku. Dostała własny pokój w zachodnim skrzydle domu, a Skrzat o wpół do dziewiątej obudził ją na śniadanie. Hermiona z braku innego wyjścia założyła ubrania, w których funkcjonowała przez ostatnie cztery dni. Umyła twarz zimną wodą i starała się poskromić swoje włosy przed lustrem w łazience. Koniec końcu związała je w kucyk. Ostrożnie otworzyła drzwi i wyjrzała na korytarz. Nadal czuła się niepewnie w domu Malfoyów. Nie uszła czterech kroków, kiedy, jak z pod ziemi, wyrosła przed nią postać Dracona.
– Musimy porozmawiać, Granger – powiedział poważnie. Dziewczyna przeczuwała, że za chwilę będzie musiała opuścić Malfoy Manor. Tylko dokąd miała pójść? Do Nory? Musiałaby odpowiedzieć tam na masę pytań, na które nie miała ochoty. Westchnęła i kiwnęła głową. Draco skierował swoje kroki do pokoju, który jej przydzielono. Bez zastanawiania usiadł na łóżku. Panna Granger nadal stała, ale w końcu zajęła miejsce w dużym fotelu, który stał w rogu pokoju.
– Chodzi o twój pobyt tutaj – zaczął Malfoy. Gryfonka nie była zaskoczona, spodziewała się tego.
– Nie musisz się obawiać, wyniosę się stąd najszybciej jak to będzie możliwe. – Draco skinął głową.
– Posłuchaj, Granger, jeśli o mnie chodzi to mieszkaj sobie ile wlezie… Ale od kiedy on wrócił… Nawet ja tu nie wytrzymuję. Jak tylko zacznie się przerwa świąteczna, wynoszę się do Blaise’a. Jeśli nie masz gdzie się podziać możesz jechać ze mną. Zabini nie będzie miał nic przeciwko. – Hermiona otworzyła usta ze zdziwienia. Zatkało ją.
– Ja… Znaczy… – Zmarszczyła brwi. – Kto wrócił? – Młody Malfoy odchylił się do tyłu i westchnął.
– Mój ojciec – powiedział w końcu. Oczy Gryfonki urosły do rozmiarów spodków.
– Jest tutaj? – Draco skinął głową. – Wypuścili go? – Zaraz się zreflektowała. Musiała pamiętać, że Lucjusz, jak okropny by nie był, nadal pozostawał ojcem Draco. –  To cudownie, znaczy, chyba się cieszysz, prawda? – zapytała. Choć wyraz twarzy Malfoya mówił jej coś zupełnie innego. Uniósł jedną brew do góry.
– Chyba żartujesz, Granger. Na szczęście dostał tylko przepustkę na okres Bożonarodzeniowy. Potem wraca do Azkabanu. – Dziewczyna zaniemówiła.
– Jak możesz tak mówić? To twój ojciec.
– Wolałbym go nie mieć – stwierdził blondyn z kamienną twarzą. Hermiona pokręciła głową.
– Wcale tak nie myślisz.
– Nie ważne. – Młody Malfoy wzruszył ramionami, ta rozmowa zaczynała być dla niego niewygodna. Hermiona wstała z fotela i zabrała swój sweterek, który przewiesiła przez ramę łóżka.
– Jest jeszcze jedna sprawa, Granger. – Przystanęła na te słowa.
– Twoi przyjaciele od wczorajszego wieczora wysłali do mnie jakieś dwadzieścia listów. Grożą, że jeśli cię nie wypuszczę, przyjdą tutaj i odbiją cię siłą. Możesz im wyperswadować, że nikt cię tu nie więzi? – Hermionie policzki poczerwieniały, ale skinęła głową. Trochę jej było wstyd za zachowanie przyjaciół. Bądź co bądź, Malfoyowie wyciągnęli ją z aresztu.
– Napiszę do nich jak tylko… – Zawahała się, nadal nie miała pojęcia dokąd powinna się udać.
– Nieważne, choć, bo moja matka czeka ze śniadaniem. – Zauważył, że dziewczyna miała pewne obawy przed posiłkiem.
– Spokojnie, mój ojciec nie zje z nami. Siedzi u siebie w biurze. – Hermiona skinęła głową, a potem, wraz z Draco, zeszła na dół.
*
– Przynajmniej ją wypuścili – powiedziała Ginny przy śniadaniu. Odkąd Ron i Harry dowiedzieli się, ze ich przyjaciółka przebywa w Malfoy Manor zaczęli panikować bardziej, niż gdy przetrzymywano ją w areszcie.
– Ale ona jest z MALFOYEM! – Ronald próbował przekonać siostrę, że to naprawdę coś złego. – Wyszła z aresztu i zamiast zobaczyć przyjaciół, musi znosić towarzystwo i docinki tej fretki. Na pewno wolałaby być teraz z nami. – Ginny wywróciła oczami.
– Nie chcę nic sugerować, ale od jakiegoś czasu Hermiona o wiele częściej spotyka się z Malfoyem niż z tobą – powiedziała, kończąc swoje śniadanie. Harry pokręcił z niedowierzaniem głową.
– Nie wygaduj głupstw, Ginny. – Dziewczyna wzruszyła jedynie ramionami.
– McGonagall powiedziała, że Herm wróci do Hogwartu dopiero po świętach. Niby gdzie miałaby teraz pójść?
– Do Nory, to chyba oczywiste – powiedział Ron i pochłonął kolejną kanapkę.
– Tak świetny pomysł. Żeby nasza mama męczyła ją przez cały czas, zadając masę pytań na temat Mlafoyów, jej aresztowania i tak dalej… Świetny pomysł – ironizowała rudowłosa Gryfonka.
– Nie kłóćmy się, tylko zastanówmy jak możemy jej pomóc – przerwał rodzeństwu Harry. Cała trójka miała nadzieję, że wkrótce spotkają się z przyjaciółką.
– Może mogłaby się zatrzymać w domu Syriusza? – zaproponowała Ginny.
– To świetny pomysł! – Harry’ego olśniło. Dlaczego o tym nie pomyślał? Odkąd wyszedł ze szpitala św. Munga był trochę nieswój.
– Nie będzie się czuła samotna w tym wielkim domu? – zauważył Ron.
– W niedziele rano wracamy do domów na Święta. Wtedy z pewnością Hermiona pojedzie z nami do Nory. Spędzi w domu Syriusza dwa dni. Chyba da sobie radę? – Ginny nadal obstawała przy swoim pomyśle. Wtedy przyleciała sowia poczta. Całkowicie szara sowa, o oczach jak węgielki wylądowała przed Harrym. Chłopak odwiązał od jej nóżki list, a stworzenie szybko odleciało.
– To od Hermiony – mruknął okularnik i zaczął czytać:
Kochani!
Nie musicie się o mnie martwić. Wyszłam z aresztu, oczyszczono mnie z zarzutów, a po przerwie świątecznej będę mogła wrócić do szkoły. Mam nadzieję, że odwiedzę Was w Norze na Boże Narodzenie, żałuję, że nie zobaczymy się wcześniej. Na razie zatrzymam się w domu rodziców, nadal się nie sprzedał, a w mugolskim Londynie odpocznę od wszystkich czarodziejskich spraw. Mam nadzieję, że przestaniecie wypisywać do Malfoyów, dzięki nim wyszłam z aresztu.
Całuję Was wszystkich. Do zobaczenia!
Hermiona
Całej trójce trochę ulżyło, kiedy panna Granger w końcu się do nich odezwała. Ginny ze spokojem dokończyła śniadanie. Miała nadzieję, że Hermiona faktycznie odpocznie u siebie w domu, a nie zostanie w Malfoy Manor. Miała dziwne przeczucie, że Draco będzie jej towarzyszył w ciągu tych kilku dni. Nie podzieliła się swoimi obawami z Ronem i Harrym.
– Lecę, widzimy się na lekcjach – powiedziała, wstając od stołu. Ruszyła w stronę czwartego piętra, aby zabrać książki, potrzebne na piątkowe lekcje.
*
– Nie chciałem, żeby tak wyszło – rzucił Draco, kiedy opuszczali Malfoy Manor. Hermiona jedynie skinęła głową, powstrzymując łzy ze wszystkich sił. Malfoy w jednej ręce trzymał swój kufer, a w drugiej drobną dłoń Hermiony.
– To jaki jest adres? – zapytał, kiedy Gryfonka milczała od dłuższego czasu. Hermiona podała mu współrzędne, a potem aportowali się. Narcyza oglądała tę scenę z okna w salonie.
– Musiałeś zachować się w ten sposób? – zapytał męża z pogardą w głosie.
– Daj mi spokój, kobieto – mruknął i opuścił pomieszczenie. Nie mógł znieść myśli, że Narcyza jest na niego zła. Znów zamknął się w swoim gabinecie. Narcyza miała nadzieję, że Draco wróci na święta, kiedy trochę ochłonie. Mieli zjeść razem śniadanie, jednak w połowie posiłku do jadalni wszedł Lucjusz. Zobaczył Hermionę i puścił taką wiązankę, że Narcyza miała ochotę odciąć sobie uszy. Popełniła błąd, nie mówiąc mężowi o wizycie Granger w Malfoy Manor, ale naprawdę liczyła, że się nie spotkają. To był naprawdę duży dom. Westchnęła i odeszła od okna. Żałowała, że Lucjusz nie jest już tym samym mężczyzną, za którego wyszła za mąż.

  Draco i Hermiona wylądowali na tyłach domu państwa Granger. Dziewczyna poczuła dziwną ulgę na widok domu, ale również i smutek. Myśl, że już nigdy nie zobaczy rodziców rozdzierała jej serce.
– Dobra Granger, myślę, że sobie poradzisz jak cię tu zostawię – powiedział Draco, zerkając na dom.
– A co z tobą? Gdzie się zatrzymasz, skoro Zabini jest jeszcze w szkole? – zapytała cicho. Malfoy wzruszył ramionami.
– Wynajmę pokój w Dziurawym Kotle albo gdzieś w Hogsmeade, w każdym razie, coś wymyślę.
– Możesz zostać u mnie – wypaliła nagle panna Granger. Malfoy zrobił wielkie oczy.
– To chyba nie najlepszy pomysł…
– Wiem, że mój dom przy twoim to nic, ale tam naprawdę jest dużo miejsca. Dostaniesz pokój gościnny i… – przerwał jej, drapiąc się po głowie:
– Granger, twoi rodzice na pewno nie przywykli do tego, że sprowadzasz do domu obcych mężczyzn… – Gryfonka parsknęła śmiechem, było jej smutno przez wzgląd na wzmiankę o rodzicach, ale naprawdę nie mogła się powstrzymać. Myśl, że Draco boi się poznać jej matkę i ojca, sprawiała, ze miała ochotę śmiać się w głos.
– Co cię tak bawi? – zapytał, gniewnie mrużąc oczy.
– Myśl, że boisz się poznać moich… – przerwał jej podirytowany:
– Nie boję się. Nie chcę, żeby dostali zawału.
– To im nie grozi – mruknęła panna Granger i sposępniała. – To co? Wejdziemy do środka? – zapytała zaraz, oglądając się na drzwi balkonowe, które prowadziły do salonu. Draco koniec końcu skinął głową, choć bardzo nie chciał dopuścić do swojej konfrontacji z państwem Granger. I co im powiem? Myślał. Witam, jestem Draco. Tak, ten który obrażał państwa córkę przez bite siedem lat. Prychnął cicho. Nagle Hermiona zatrzymała się przed balkonowymi drzwiami. Niemal nie zaklęła, kiedy dotarło do niej, że nie ma różdżki. Jej magiczny patyk został zabrany z Hogwartu przez Ministerstwo i miała odzyskać go dopiero po Świętach Bożego Narodzenia.
– Malfoy, masz swoją różdżkę? – zapytała, odwracając się do Ślizgona. Draco skinął głową i bez zbędnych pytań podał jej swój magiczny patyk.
– Dzięki – powiedziała Gryfonka, a potem zaczęła zdejmować z domu wszelkie bariery ochronne. Dość trudno jej było to zrobić różdżką Malfoya, ale w końcu się udało. Otworzyła drzwi balkonowe prostym zaklęciem i weszli do salonu.
Wszystko wyglądało tak samo, jak w dniu, w którym opuszczała ten dom. Z Ronem. Podpowiedział jej głos z tyłu głowy. Draco niepewnie położył kufer obok kanapy, która stała naprzeciw wielkiego okna i drzwi prowadzących na taras. Pomieszczenie wydało mu się niesamowicie jasne. Na ścianach królował delikatny błękit i biel. Drewniane meble również nie były ciemne. Dom państwa Granger wydał mu się dokładnym przeciwieństwem Malfoy Manor. Zauważył, że półki były zastawione pustymi ramkami na zdjęcia, ale nie zapytał o to Hermiony. Myślał, ze to jakiś mugolski zwyczaj, nie chciał jej urazić… Wtedy w jego głowie włączył się alarm. Nie chciałem jej urazić… Nie chciałem urazić Hermiony Granger! Chyba zwariowałem… Odchrząknął, obserwując, jak Hermiona znika w korytarzu. Dziewczyna zaraz wróciła, chowając niewielki klucz do kieszeni spodni. Draco był pewny, że wróci z rodzicami, jednak nic takiego nie miało miejsca.
– Zaprowadzę cię na górę – powiedziała Gryfonka, kierując się w stronę schodów.
– Aaaa… – Malfoy zawahał się chwilę.
– Tak?
– A co z twoimi rodzicami? – zapytał w końcu Ślizgon. Hermiona westchnęła i wróciła się, stając przed Draconem.
– Prawdopodobnie są teraz w Australii albo innej części świata. Tak czy siak nie ma ich tutaj…
– Ale… Czekaj, co? Dlaczego pojechali…
– Dlaczego zadajesz tyle pytań? – przerwała mu podirytowana. Nie chciała opowiadać o rodzicach. Nie chciała o tym myśleć, bo zawsze wtedy się rozklejała.
– Przepraszam – mruknął Draco, nie do końca świadomy tego co mówi. Hermiona wytrzeszczyła na niego oczy.
– Możesz powtórzyć? – zapytała. Malfoy wywrócił oczami.
– Pokażesz mi, gdzie będę spać, czy dzielimy twoje łóżko na pół?
– Chodź – powiedziała trochę speszona. Słyszała te dwuznaczność w jego głosie.
Weszli na piętro. Stając u szczytu schodów, mieli przed sobą białe drzwi. Hermiona wyjaśniła, że prowadzą do łazienki. Korytarz, w którym się znajdowali, również był utrzymany w jasnej kolorystyce. Ściany w odcieniach beżu sprawiały, że Draco czuł się naprawdę dziwnie.
– Drzwi po prawej to sypialnia dla gości – powiedziała dziewczyna i otworzyła je. Draco zajrzał do środka. Zauważył szare ściany, granatowy dywan i jasne panele. Pośrodku pomieszczenia stało podwójne łóżko.
– To twój pokój, ogólnie czuj się jak w domu… – powiedziała dziewczyna, kiedy wnosił swój kufer do pomieszczenia. Skinął jej głową.
– A te drzwi na wprost? – zapytał. Gryfonka obejrzała się przez ramię.
– To moja sypialnia – wyjaśniła.
– Oh, faktycznie sprytne – powiedział Draco i uśmiechnął się w ten ślizgoński sposób. Hermiona musiała przyznać przed samą sobą, że trochę jej tego brakowało.
– Co znowu? – zapytała. Dostrzegła ten charakterystyczny błysk w oczach Dracona. Już żałowała, że zapytała.
– Będę miał naprawdę blisko do twojego łóżka w nocy. – Myślał, że zawstydzi dziewczynę tą dwuznacznością w głosie, jednak Hermiona tylko prychnęła:
– Chciałbyś, Malfoy.
– Oczywiście, że bym chciał – rzucił, a dopiero wtedy na policzkach dziewczyny pojawiły się rumieńce. Usatysfakcjonowany dodał jeszcze:
– Cieszę się, że znów będę cię oglądał w tej kusej piżamce. – Hermiona bez słowa zamknęła drzwi z pokoju gościnnego, wycofując się na korytarz. Miała wrażenie, że tak czerwona, nie była jeszcze nigdy.







Koniecznie napiszcie w komentarzach co sądzicie o tym rozdziale. Zapoczątkuje on serię zdarzeń między Hermioną a Draco. Zapoczątkuje coś, czego od zawsze tutaj brakowała. Mam nadzieję, że kolejny pojawi się za tydzień w sobotę (25. 06.). Jak zwykle zapraszam na stronę na facebooku, gdzie na bieżąco informuję o nowych rozdziałach. 

Jeśli nie macie mnie jeszcze dość zapraszam na drugiego bloga ---> KLIK

~Pani M. 

PS. rozdział, jak zwykle, sprawdziła Ali$hia, dziękuje :* 


sobota, 4 czerwca 2016

Rozdział 58



Rozdział 58 – Ojcowska miłość.

  Ginevra Weasley zawsze myślała o sobie, jak o osobie odważnej. Należała do domu Godryka Gryffindora, toteż odwaga była wpisana w jej naturę. Rzadko kiedy oblatywał ją strach, a zimny pot zalewał czoło. Jednak, jak każdemu, zdarzały jej się chwilę słabości. Chwilę, w których serce przyśpieszało, a nogi miękły. To była jedna z takich chwil. Moment, w którym Ginny Weasley wolałaby się schować.
Wzięła głębszy oddech i wyraźnie wypowiedziała hasło do pokoju wspólnego Slytherinu. Podsłuchała je parę minut temu od dwójki, nierozważnych drugoklasistek. Jej niebieskim oczom ukazało się przejście w ścianie. Weszła do środka, przyglądając się dokładnie pomieszczeniu. Była to jej pierwsza wizyta w tej części lochów. Spodobał jej się pomysł na wykorzystanie wody. Przez szklany sufit pokoju wspólnego, widać było dno jeziora. Woda dawała zieloną poświatę i nadawała pomieszczeniu, charakterystyczny, Ślizgoński klimat. Subtelne oświetlenie i niewielki kominek z zielonymi płomieniami, sprawiał, że pokój nie był tak przytulny, jak kwatery Gryfonów. Dopiero w drugiej kolejności Ginny przyjrzała się Ślizgonom, obecnym w pomieszczeniu. Oprócz dwóch dziewczyn z czwartego rocznika i kilku pierwszorocznych, salon świecił pustkami. Niezadowolona dziewczyna uświadomiła sobie, że będzie musiała zapytać o sypialnię Zabiniego. Wzdrygnęła się na samą myśl o Ślizgonie. Nadal pamiętała tą chęć mordu w oczach. Z bocznego korytarza wyszła jakaś wysoka dziewczyna, zobaczyła Ginny i zaraz się wycofała. Gryfonka wzięła to za naprawdę dziwne zachowanie, ale na efekt nie musiała długo czekać.
– Wszyscy wyjść. – Poznałaby ten głos wszędzie. Lodowaty ton, nieznoszący sprzeciwu. Wywołujący respekt i pewnego rodzaju obawę. Odwróciła się na pięcie i zobaczyła go. Blaise stał niecałe pięć metrów od Gryfonki i przyglądał się jej. Rejestrował każdy szczegół. Niechętnie rozejrzał się po pokoju i z satysfakcją stwierdził, że pomieszczenie opustoszało. Ginevra długo wpatrywała się w ciemne oczy chłopaka, zanim odważyła się odezwać:
– Przyszłam, bo… – Niestety nie dokończyła, bo kiedy Zabini błyskawicznie znalazł się przy niej, odebrało jej mowę. Musiała to w końcu przyznać i choć było cholernie trudno, dopuściła do siebie myśl, że się bała. Bała się Blaise’a.
– Przepraszam – powiedział, ale na jego twarzy nie drgnął żaden mięsień. Ginny cofnęła się kilka kroków, zachowując bezpieczną odległość. Skinęła głową, na znak, że jego słowa do niej dotarły. Znów zrobił krok w jej stronę, a Ginny znów się cofnęła.
– Nie podchodź – powiedziała na głos. Blaise zmarszczył brwi, ale posłusznie się zatrzymał.
– Myślałem, że skoro przyszłaś to już wszystko… – Przerwała mu:
– Nie będzie. Przyszłam zapytać, czy wiesz coś o Pansy. – Po chwili wahania dodała: – I Harrym. – Ginevra widziała, że zbiła Ślizgona z tropu. Zabini zmarszczył brwi, nie rozumiał. Czekał naprawdę długo, aż będzie miał okazję porozmawiać z Ginny, ale nie chciał rozmawiać o Potterze ani nawet o Pansy. Chciał… Właściwie nie był pewny, ale cieszył się, że znów może ją zobaczyć. Naprawdę nie wiedział, czemu reagował na tę Gryfonkę w taki, a nie inny sposób. Już z pewnością nie chodziło o plan Blaise’a. A więc o co? Naprawdę nie wiedział, czuł się tak pierwszy raz. Niesamowita ulga, radość, ale również i obawa. Kiedy Deliah przyszła mu powiedzieć o wizycie Ginevry, omal nie zdemolował sypialni Theodora, w której obecnie mieszkał.
– Gin? – Spojrzała na niego, ale w jej oczach nie znalazł ciepła i radości.
– Nie nazywaj mnie tak – powiedziała chłodno. – Pansy i Harry, jestem tutaj po konkretną informację. Wiesz coś, czy nie?
– Nie – rzucił, nie spuszczając oczu z jej twarz.
– A więc nie mamy o czym rozmawiać. – Ginevra odwróciła się na pięcie i podeszła do ściany, która odsłoniła przejście.
– Zaczekaj! – Usłyszała za sobą głos chłopaka, więc odwróciła się jeszcze przez ramię.
– Żegnaj Blaise.
   To była jedna z tych rozmów, których nigdy nie chciałaby powtórzyć. Myślała, że w momencie, w którym rzucił nią o ścianę jej serce rozpadło się na milion małych kawałków. Myliła się. Wtedy tylko się potłukło. Pękło, gdy zmuszona była spojrzeć mu w oczy. Ten ostatni raz.
*
– Dobrze, że jesteś – wyszeptała w obojczyk chłopaka. Niemal nie popłakała się ze szczęścia, widząc go całego. Draco najchętniej w ogóle nie wypuszczałby jej z objęć, ale ckliwą scenę przerwała Narcyza Malfoy.
– Rozmawiałam z Carlatonem, niestety ani ja ani ty – zwróciła się do Dracona – nie jesteśmy właścicielami skrytki. Moglibyśmy wnieść oskarżenie i oczywiście odmówiłam, jednak muszą zapytać… – Młody Malfoy przerwał swojej rodzicielce:
– Skoro nie ja jestem właścicielem, ani nie ty… To kto? – Wtedy drzwi sali, w której miała odbyć się rozprawa otwarły się na oścież. Wyprowadzono przez nie skutego kajdankami mężczyznę. Po stroju można było rozpoznać w nim jednego z więźniów Azkabanu.
– Witaj Draco. Nie przywitasz się z ojcem? – zapytał Lucjusz Malfoy, wykrzywiając twarz w ironicznym uśmiechu.
– Przecież pozbawili cię całego majątku, zarządza nim… – zaczął mówić Draco, ale ojciec zacmokał i przerwał mu:
– Ta skrytka rządzi się swoimi prawami. Zostaniesz jej właścicielem, dopiero, gdy zniknę z tego świata.
– Oby jak najszybciej – mruknął młody Malfoy, a Hermiona szturchnęła go w bok.
– To twój ociec – szepnęła, chcąc go pouczyć. Niestety tym samym zwróciła na siebie uwagę Lucjusza.
– Panna Granger, cóż za urocze bransolety – powiedział z szyderczym uśmiechem. Gryfonka wpatrywała się w jego twarz z zaciętością. Zauważyła, że stracił swój arystokratyczny wygląd. Na policzkach miał zarost, a długie włosy były splątane i skołtunione. 
– Czyżby… – Lucjusz spojrzał na Narcyzę, a kiedy kobieta nic nie powiedziała, oczy starszego Malfoya rozszerzyły się do rozmiarów spodków. – Oszukałaś mnie – warknął.
– Nie pytałeś o tożsamość  drugiego oskarżonego – powiedziała spokojnie Narcyza. Między państwem Malfoy wytworzyło się dziwne napięcie.
– Bo nawet nie pomyślałem o tym, że to szlama! – wydarł się Lucjusz, a jego dwaj strażnicy wzmocnili uścisk. Zrezygnowano z towarzystwa dementorów. W głosie Lucjusza pobrzmiewała gorycz. Czuł się oszukany przez kobietę, którą kochał najbardziej na świecie.
– Uważaj co mówisz – syknął Draco i odruchowo stanął przed Hermioną. Jakby chciał ją przed czymś ochronić. Lucjusz roześmiał się w głos.
– A to dobre, Malfoyowie bratający się ze szlamami.
– Nazwij ją tak jeszcze raz, a… – Zaczął Draco, zaciskając ręce w pięści. Skonfiskowano mu różdżkę przy aresztowaniu. Na szczęście nie dał się zakuć w kajdany, głównie dzięki Narcyzie.
– Jak? Szlama? – Lucjusz znów się roześmiał. – Daj spokój, Draco. Ile razy ty ją tak nazwałeś? Ile razy chwaliłeś się, że przez ciebie płakała? Ile razy wracałeś do domu i…
– Wystarczy! – ostro przerwała małżonkowi Narcyza. Lucjusz spojrzał prosto w jej oczy.
– Okłamałaś mnie, Nan – szepnął, ale wydawał się być nieobecny. Narcyzę szczerze dotknęło to zdrobnienie. Mówił tak do niej, tylko, gdy byli sam na sam.  Lata temu.
– Okłamałaś! – wrzasnął nagle Lucjusz i zaczął się szarpać. Dwóch, eskortujących go czarodziejów wyjęło różdżki, nadal przytrzymując więźnia.
– Zmieniam swoje zeznania! Chcę wrócić na salę! Chcę wnieść oskarżenie!!! Chcę wnieść oskarżenie!!!  – Dwóch czarodziejów chwyciło go mocniej i odprowadziło do końca korytarza. Potem zniknęli Draconowi i Hermionie z oczu.
– Nie wniósł oskarżenia? – zapytał zdziwiony Draco, zwracając się do Narcyzy. Kobieta pokręciła głową.
– Oczywiście, że nie. Jesteś jego synem, Draco. Na swój sposób on…
– Nie kończ – warknął młody Malfoy. Już nie wierzył w ojcowską miłość.
– Czy… Co się właściwie stało? – zapytała Hermiona. W końcu postanowiła się odezwać, bo naprawdę niewiele z tego rozumiała.
– Lucjusz nie zamierzał wnieść oskarżenia. Rozmawiałam z nim wcześniej, w Azkabanie. Powiedział, że nigdy by nie pozwolił skończyć Draco tak jak on.
– Więc dlaczego nas aresztowano? – zapytała panna Granger.
– Bo musiał o tym poświadczyć przed Wizengamotem. Mnie i Dracona również przesłuchano, ale, oczywiście, nie wnieśliśmy zarzutów.
– Czy on, to jest pan Malfoy – zreflektowała się dziewczyna. – Może zmienić swoje zeznania? Może wnieść oskarżenie?
– Nie mam pojęcia – smutno przyznała Narcyza. Hermiona ciężko usiadła na kamiennej ławie. Chciała, żeby to się skończyło.
***

  Ron Weasley  wrócił do Hogwartu w towarzystwie Minerwy McGonagall, Horacy’ego Slughorna i Robina Barkleya. Czuł się dziwnie w towarzystwie kadry nauczycielskiej, ale uparł się, że chce zobaczyć Harry’ego. Z wizyty nie wyniósł zbyt wiele, jednak ulżyło mu, że jego przyjaciel się obudził.
Podziękował nauczycielom i ruszył do swojego dormitorium w wieży Gryfindoru. Od aresztowania Hermiony minęło parę godzin, a on odchodził od zmysłów. To był naprawdę szalony wieczór i chłopak cieszył się, że będzie mógł odpocząć. Najpierw przybiegła do niego Parvati i wyjaśniła, że od początku wiedziała, gdzie byli Harry i Parkinson. Ron nawet nie miał czasu być na nią zły. Po prostu ruszyli biegiem w stronę gabinetu dyrektorki. Nie zastali McGonagall, jednak na korytarzu obok siedziby Minerwy kręcił się Theodor Nott. Wyjaśnił Parvati, że do wszystkiego się przyznał i McGonagall, razem z Slughornem, Barkleyem i aurorami ruszyli do Hogsmeade. Ronaldowi pozostało jedynie czekać. Był zaskoczony dobrymi relacjami pomiędzy Parvati i Theodorem, ale nie miał czasu głębiej się nad tym zastanowić. Wszyscy zwariowali. Pomyślał wtedy, kręcąc głową. Zostawił Ślizgona z jedną z sióstr Patil, a sam  ruszył do sowiarni. Myślał, żeby skontaktować się z ojcem. W  końcu pan Weasley pracował w ministerstwie i z pewnością wiedziałaby, gdzie przeniosą Harry’ego. Szybko dotarł na wieżę i wysłał wiadomość.
Wrócił do pokoju wspólnego Gryffindoru, chciał spokojnie poczekać na odpowiedź od ojca, jednak zastał tam roztrzęsioną Ginny. Zabrał siostrę do swojego dormitorium, tym samym uciekając od wścibskich spojrzeń.
– Co się stało? – zapytał, zamykając drzwi sypialni. Ginny usiadła ciężko na jego łóżku.
– Aresztowano Hermionę. – Na początku wziął to za żart, w dodatku kiepski. Jednak w miarę jak Ginevra tłumaczyła mu wszystko, przestawał się uśmiechać. Myśl o jego ukochanej, czekającej na proces w Ministerstwie, go przerażała.
– Wszystko przez Malfoya – mruknął Ronald. Ginny nic nie powiedziała i spokojnie czekała, aż Ron przetrawi wszystkie informacje.
W końcu Gryfon obiecał, że zajmie się sprawą Hermiony i odprowadził siostrę do dormitorium na czwarty piętrze. Wiedział, że Ginny musi dużo odpoczywać. Z każdym razem, gdy sobie o tym przypominał rosła w nim wściekłość na Zabiniego, Malfoya i resztę przeklętych Ślizgonów. Obrzucał ich w myślach najgorszymi obelgami. Jedynie w stosunku do jednej osoby nie czuł gniewu. Przeciwnie, nawet jej współczuł.
Kiedy wracała z czwartego piętra, trafił na Slughorna. Nauczyciel poinformował go, że wybiera się do św. Munga, a McGonagall wyraziła zgodę na spotkanie Rona z Harrym. Gryfon nie wahał się ani chwili i ruszył za Slughornem.
Teraz w końcu wrócił ze szpitala. Mimo zmęczenia, czuł, że powinien jeszcze coś zrobić. Zamiast do wieży Gryffindoru ruszył prosto do Skrzydła Szpitalnego. Chciał ją tylko zobaczyć, upewnić się, że nie zrobił jej poważnej krzywdy. Oczywiście pani Pomfrey nie wyraziłaby zgody na tak późne odwiedziny. Chłopak nawet nie miał pewności, że pielęgniarka będzie na nogach. Postanowił się zakraść. Rozważał „pożyczenie” Peleryny Niewidki od Harry’ego, ale w końcu stwierdził, że to nie będzie konieczne.
Cicho otworzył drzwi do pomieszczenia, w którym chciał się znaleźć. Z ulgą stwierdził, że światła są zgaszone. Pani Pomfrey musiała spać w swojej komnacie, tuż za ścianą. Ron nie pozwolił sobie na najmniejszy szelest. Szybko przemknął do łóżka, na którym leżała Astoria Greengrass. Ze zdziwieniem stwierdził, że nie spała. Gapiła się na sufit, usłyszała, że ktoś się zbliża. Skierowała wzrok w stronę Rona, a ich spojrzenia się skrzyżowały. Podciągnęła się do pozycji siedzącej i czekała na to co powie Gryfon. Chciała wiedzieć, co robi w Skrzydle Szpitalnym o tak późnej porze.
– Dlaczego nie śpisz? – zapytał Ron, spuszczając wzrok i wkładając ręce do kieszeni spodni. Astoria podniosła pytająco brew.
– Co tu robisz? – Zupełnie zignorowała jego pytanie. Rudowłosy chłopak podniósł na nią wzrok. Musiał przyznać, że bez makijażu i w niepoczesanych włosach wyglądała równie dobrze, jak każdego, innego dnia. Wydała mu się urocza, mniej wyzywająca.
– Chciałem sprawdzić co u ciebie – powiedział Ron. Starsza z sióstr Greengrass przesunęła się odrobinę, robiąc miejsce na łóżku.
– Siadaj, ja nie gryzę – rzuciła, a chłopak niespiesznie zajął wyznaczone miejsce. – A więc chciałeś „sprawdzić co u mnie”? – zapytała z kpiną w głosie Astoria. Ronald kiwnął głową.
– W środku nocy? – dopytała jeszcze Ślizgonka i parsknęła śmiechem, widząc nieporadną minę Rona.
– Widzę, że już ci lepiej… Będę się zmywał…  – mruknął chłopak i zaczął się podnosić. Jednak dziewczyna chwyciła go za nadgarstek.
– Zostań, trochę brakuje mi towarzystwa.
– Towarzystwa nigdy ci nie brakuje… – rzucił Ron, ale usiadł z powrotem. Astoria uniosła wysoko brwi do góry.
– A to niby co ma znaczyć? – zapytała o oktawę wyższym głosem. Chłopak wywrócił oczami.
– Oboje wiemy, że wzbudzasz spore zainteresowanie wśród płci przeciwnej.
– Ale jakoś siedzę tu z tobą… – powiedziała z przekąsem, krzyżujące ręce na piersiach.
– A to co miało znaczyć? – warknął Ron. Odezwała się jego męska duma. Poczuł się urażony. Czy nie wypadł w oczach Astorii wystarczająco męsko? Czym ty się przejmujesz? Zapytał samego siebie w myślach. Być może to przez późną porę, nawiedzały go takie, a nie inne myśli.
– O co się znów czepiasz? Masz dziewczynę, nie mogę cię traktować jak potencjalnego kandydata do… – Przerwał jej, wywracając oczami:
– Nawet bez Hermiony, nie traktowałabyś mnie…
Wtedy Astoria zamknęła mu usta. Dość skutecznie, bo na prawie dwie minuty. Od jakiegoś czasu chciała sprawdzić Rona. Chciała poczuć smak jego ust. Jego ciepły oddech na swojej szyi. Zamknęła oczy, rozkoszując się pocałunkiem. Jednak w końcu Gryfon oderwał się od Ślizgonki i stanął na równe nogi. Oczy miał rozmiarów spodków. Astoria zaśmiała się cicho. Rzucał jej wystraszone, a zarazem wściekłe, spojrzenia. Wzruszyła ramionami.
– Sam chciałeś wiedzieć, co by się stało, gdybyś nie miał dziewczyny…
– Ale mam i ją kocham– powiedział pewnie. Astoria znów wzruszyła ramionami.
– Miłość nie ma nic do tego.
– Ma, i to bardzo dużo. Cześć, dobrze, że już ci lepiej.
Ron w pośpiechu opuścił Skrzydło Szpitalne. Nie rozumiał, jakim cudem pocałował Astorię, a właściwie ona jego. Kiedy wracał do swojego dormitorium, miał przed oczami obraz Hermiony. Aresztowali ją, trzymają w jakimś areszcie, a kiedy jej nie ma, ja całuje się z inną. Dupek!  Zbeształ się w myślach. Przez całą noc dręczyły go wyrzuty sumienia i zasnął dopiero nad ranem.
***
 Hermiona spędziła noc w areszcie. Draco i Narcyza długo protestowali, jednak nie udało im się zmienić decyzji Carletona. To właśnie on prowadził sprawę Hermiony.
 Rano dziewczyna wyglądała, jakby spędziła w areszcie co najmniej miesiąc. Narcyza odwiedziła ją przed dziewiątą. Przyszła sama.
– Dzień dobry – przywitała się panna Granger, nie zapominając o manierach nawet w tak niekorzystnych warunkach. Pani Malfoy skinęła je głową na powitanie, a potem przeszła do konkretów.
– Rozmawiałam z Carletonem i nie mam najlepszych wieści. – Hermiona podeszła do krat, które dzieliły ja i Narcyzę. Kobieta zmiękła na widok smutnych i zmęczonych oczu Hermiony. Jeszcze do niedawna sama tak wyglądała.
– Stwierdzono, że Lucjusz był niepoczytalny w trakcie składania zeznań, toteż wyznaczyli kolejny termin.
– Kiedy? – zapytała Hermiona zbolałym głosem. Nawet nie chciała myśleć o kolejnych nocach spędzonych w zamknięciu.
– Równo za dwa tygodnie od teraz, przez Święta Bożego Narodzenia w całym Ministerstwie będzie tydzień opuźnienia – rzekła Narcyza. – Przykro mi – dodała zaraz. Właściwie nie wiedziała czemu, ale czuła, że powinna coś powiedzieć. Hermiona objęła się ramionami i kiwnęła głową. Nie potrafiła wykrztusić słowa.
– Draco też chcieli zamknąć w areszcie, ale  ze względu na jego stan…
– Pogorszyło mu się? – zapytała dziewczyna, przerywając pani Malfoy. Kobieta kiwnęła głową.
– Kiedy widział cię wczoraj, próbował jakoś się trzymać, ale dziś... Dziś nie potrafił nawet wstać z łóżka. – Panna Granger widziała, że Narcyza była załamana. Kąciki oczu kobiety  stały się wilgotne.
– Wyjdzie z tego. Obiecuję – powiedziała Gryfonka. Dokładnie wiedziała co muszą zrobić, gdyby tylko mogła stąd wyjść… Pani Malfoy nic jej nie odpowiedziała. – Kiedy tylko mnie wypuszczą… Już dokładnie wiem, co musimy zrobić. Jak tylko… – Narcyza przerwała jej surowym tonem:
– Eliksir obłędu i niebieskie zielsko? Lepsi od ciebie próbowali. – Hermiona była zaskoczona słowami kobiety. Nawet nie zwróciła uwagi na przytyk Narcyzy.
– Skąd… skąd pani wie? – wydusiła tylko, nadal nie mogąc wyjść z szoku. Owszem, właśnie w zaginionej recepturze pokładała swoje nadzieje. Tylko skąd, na wielkiego Godryka, wiedziała o tym Narcyza Malfoy?
– Czy Draco pokazywał ci kiedyś mój ogród? – zapytała kobieta, ciekawie przyglądając się dziewczynie. Hermiona pokręciła głową.
– Mieliśmy go zobaczyć, ale… – Nie potrafiła przypomnieć sobie co im przerwało. Dokładnie odtworzyła w głowię tamtą wizytę w Malfoy Manor. Horkruks, chciałem stworzyć Horkruksa. Przypomniała sobie słowa Dracona. Już wiedziała.
– Mój syn zawsze był ignorantem, jeśli chodzi o rośliny, ale myślałam, że chociaż ty… No cóż. – Narcyza już miała odejść, kiedy Hermionę olśniło.
– Niech pani poczeka! – Czarownica wróciła te parę kroków, znów stając twarzą w twarz z Gryfonką.
– Kazała nam pani zabrać lusterko. Wcale nie pokazuje tego, czego potrzebujemy. Zawsze pokazuję te kwiaty, prawda? W każdym razie pokazywało.
– Bystra z ciebie czarownica, chciałam was naprowadzić, ale skoro nigdy nie byłaś w moim ogrodzie…
– Ma je pani? Hoduje pani Niezabudki?
   Zwykłe, mugolskie, polne kwiatki o drobnych listkach mogły ratować  życie? Hermiona dopiero teraz skojarzyła fakty. Doszukiwała się trudnodostępnych, magicznych, czy nawet czarnomagicznych kwiatów. Teraz wyrzucała sobie, że przegapiła taki szczegół. Od początku miała wrażenie, że już widziała taki kształt płatków. W świecie czarodziejów trudno było pamiętać o mugolskim życiu. Jak mogłaś być tak głupia, Hermiono? Zbeształa się w myślach, ale była szczęśliwa. Jednak zagadka mniej.
– Niezabudki, choć osobiście wolę nazwę Niezapominajki. Rosną na tyłach ogrodu. Jednak co z eliksirem? Merlin nie pozostawił po sobie zbyt wiele…
– Ktoś musi znać recepturę, może nawet o tym nie wie albo… – Narcyza pokręciła głową.
– Wiele lat temu sama szukałam eliksiru. Najpierw dla siostry, potem dla męża. Oni wszyscy powoli tracili zmysły, a ja nie mogłam nic zrobić. Bellę straciłam, gdy tylko go poznała. Zawładnął jej umysłem, zniszczył ją. Lucjusz, dołączył dopiero potem. Nie chciał tego, jednak okoliczności… To nie był słuszny wybór, jednak wtedy był jedynym jaki nam pozostał. Próbowałam, naprawdę. Nic nie zostało. – Hermiona wysłuchała Narcyzy w milczeniu. Nie wzruszyła ją opowieść kobiety. Wiedziała, że zawsze ma się wybór. Po prostu czasem słuszna decyzja wymaga poświęceń. Nie skomentowała jednak tego, co powiedziała jej Narcyza.
– Wyleczę go. Po prostu potrzebuję więcej czas – zapewniła Hermiona z zaciętością w głosie.
– Oczywiście. – Narcyza skinęła głową, jednak nie wierzyła w możliwości zwykłej mugolaczki. Może i nawet polubiła Hermionę, za jej upór i niezłomność, jednak jeśli chodziło o eliksir obłędu, wiedziała dużo więcej niż Gryfonka. Wiedziała, że nie mają szans.
*
 Astoria z samego rana dostała wypis ze szpitala. Cieszyła się, że wracała do swojego dormitorium. Chciała zobaczyć się z Daphnie i Pansy. Jednak, kiedy dotarła do lochów usłyszała nieciekawą historię, która zdawała się tłumaczyć nieobecność Parkinson. Ślizgonka podobno trafiła do szpitala św. Munga. Blondynce zrobiło się trochę przykro, bądź co bądź, uważała Pansy za swoją serdeczną koleżankę. Wiele razem przeszły i dość dobrze się znały.
Weszła do swoje sypialni i zastała tam Daphnie. Przytuliła siostrę i z aprobatą stwierdziła, że jej mowa motywacyjna dała pożądany efekt. Daf wyglądała tak jak dawniej, czyli po prostu dziewczęco, niewinnie i uroczo - olśniewająco.
– Pożyczyłaś mój błyszczyk? – Udała oburzenie Astoria. Daphnie wyszczerzyła się do niej w uśmiechu.
– Tylko ten jeden raz.
 Obie siostry zeszły do Wielkiej Sali na śniadanie. Po drodze rozmawiały o Pansy. Obie były dość przejęte tym co się stało z ich współlokatorką. Po posiłku zgodnie ruszyły do biblioteki. Prace domowe dały o sobie znać i dziewczyny zorientowały się, że mają jeszcze mnóstwo do zrobienia.  Jutro poniedziałek, miał zacząć się ostatni tydzień przed świętami Bożego Narodzeniem. Astoria, jak i reszta uczniów Hogwartu, wyczekiwała tych dwóch, błogich tygodni wolnego. Obie siostry Greengrass zamierzały opuścić zamek w okresie bożonarodzeniowym i spędzić święta z rodziną. Miało do nich przyjechać kuzynostwo z Irlandii i obie dziewczyny nie mogły się doczekać. W dodatku nie widziały ojca od czasu jego służbowego wyjazdu, jeszcze przed drugą bitwą o Hogwart. Liczyły, że wróci na święta.
– Głupie zielarstwo, skąd mam wiedzieć, które rośliny są które? Te opisy są bezsensu… – Mruknęła Daphnie, przekartkowując opasły tom o roślinach wodnych. Wtedy ktoś rzucił cień na stolik, przy którym siedziały siostry Greengrass.
– Weź ilustrowany atlas – odezwał się znajomy głos i ktoś położył niewielką książkę na zaczętym wypracowaniu Daphnie. Ślizgonka podniosła wzrok na Neville’a Longbottoma.
– Dzięki – powiedziała, siląc się na wymuszony uśmiech.
– Słuchaj Daf, możemy pogadać? – zapytał chłopka, kątem oka zerkając na Astorię. Blondynka wywróciła oczami.
– Jak chcecie pogadać, to ja nie bronię, ale nigdzie się nie wybieram. Wypracowanie z eliksirów mnie wzywa… – Wróciła do książki, którą pobieżnie czytała. Zamoczyła pióro w kałamarzu i dopisała kilka linijek tekstu do swojej pracy.
– Nie mamy o czym rozmawiać, Neville. Dzięki za atlas. – Daphnie odłożyła książkę na bok i udała, że czyta swoje wypracowanie.
– Nalegam – powiedział Gryfon i chwycił dziewczynę za ramię. Podniósł ją do pionu i pociągnął za sobą w stronę wyjścia z biblioteki.
– Ej, zostaw ją! – krzyknęła Astoria, również wstając. Neville odwrócił się do blondwłosej siódmoklasistki. Daf wyrwała ramię z jego uścisku. Zmrużyła gniewnie oczy, wpatrując się w Neville’a. Zaraz przeniosła spojrzenie na siostrę, a jej rysy złagodniały.
– W porządku, As. Tylko chwilka. – Astoria kiwnęła głową, ale nadal mierzyła Longbottoma nieprzychylnym spojrzeniem. Gryfon nie zwracał na to większej uwagi.
– Rusz się – warknęła Daphnie w stronę chłopaka. Opuścili bibliotekę, zostawiając Astorię z jej wypracowaniem na eliksiry.
Daf zatrzymała się zaraz za potężnymi drzwiami biblioteki. Skrzyżowa ręce na piersiach i mrużąc oczy, wyczekująco patrzyła na Gryfona. Była niższa niż Neville, w dodatku drobnej budowy, więc wyglądała komicznie, próbując go przestraszyć swoją postawą.
– Możemy pogadać gdzieś, gdzie… – Przerwała mu lekceważącym tonem:
– Tu będzie w sam raz. – Kiedy to powiedziała, minęła ich długowłosa Krukonka, szła do biblioteki pod którą stali. Daf wywróciła oczami i niechętnie ruszyła za Nevillem. Dobrze wiedziała, że Gryfon cenił sobie prywatność.
W końcu wylądowali na siódmym piętrze. Mogłam to przewidzieć. Pomyślała Daphnie. Chłopak wybrał Pokój Życzeń na miejsce ich spotkania. Przyjemne ciepło zagościło w sercu Daf, przypomniała sobie wszystkie cudowne chwilę, które spędziła z Nevillem właśnie tutaj. Gryfon przeszedł trzy raz wzdłuż ściany, myśląc intensywnie. Po chwili ukazało im się przejście. Tak jak zawsze. Longbottom przepuścił dziewczynę przodem. Cieszył się, że widział dawną Daphnie. Zadziorną, błyskotliwą, tą Daphnie, która zawsze musiała postawić na swoim. Przy tym nadal była dziewczęca i urocza. Idealna. Przeszło chłopakowi przez myśl, kiedy mijała go w przejściu i mógł poczuć jej perfumy.
 Daphnie z satysfakcją stwierdziła, że Neville naprawdę się postarał. Pomieszczenie nie było duże, na środku stała kanapa, obita granatowym pluszem. Zauważyła też wzorzysty dywan i gobeliny na ścianach. Oprócz sofy w pomieszczeniu znalazł się fotel i drewniany stoliczek, z przeszklonym blatem. Na zachodniej ścianie znajdował się kominek. Neville zapalił ogień, jednym machnięciem różdżki. Daf usiadła na kanapie, wodząc wzrokiem od jednego gobelinu do drugiego. Były naprawdę piękne. Zauważyła również kilka roślin doniczkowych. Neville zajął miejsce na fotelu i z ukosa przyglądał się Daphnie. Wiedział, że naprawdę ją kocha i nie zniesie dłużej ich rozłąki.
– Daf? – powiedział, a dziewczyna spojrzała prosto w jego twarz. Poczuł się nieswojo, miał wrażenie, że Ślizgonka zagląda wprost do jego duszy.
– Mówiłam, żebyś mnie tak nie nazywał – powiedziała chłodno, zakładając nogę na nogę.
– To nie ma nic do rzeczy.
– Mów, o czym chciałeś porozmawiać? Mam swoje zajęcia i nie jestem w stanie poświęcić całego dnia na twoje głupie…
– Kocham cię, Daf – powiedział, przerywając jej słowotok. Ślizgonka zamilkła i wyprostowała się. Nie wiedziała co powiedzieć i uciekała spojrzeniem w stronę gobelinu. W końcu, przemyślawszy całą sytuację, powiedziała:
– Szkoda, że wiesz to dopiero teraz. Poinformowałeś o tym Mirandę?
– Znów wyjeżdżasz z tą starą sprawą? Chyba już to sobie wyjaśniliśmy… – Tonący brzytwy się chwyta. Pomyślała Daphnie, ale uparcie milczała.
– Ty też nie powiedziałaś mi, że jesteś zaręczona… – mruknął Longbottom, zerkając kątem oka na dziewczynę. Szybko przeniosła na niego spojrzenie swoich brązowych oczu.
– Że co? – parsknęła śmiechem. – To sobie bajeczkę wymyśliłeś, nie ma co…
– Jakoś Astoria była o tym święcie przekonana, kiedy pisała do mnie listy, jako tajemniczy „G”.
– Astoria? Nie rozśmieszaj mnie.
– Właściwie to już nie ważne. Ważne jest coś innego…
– Tak, na przykład to, że mnie zostawiłeś! – powiedziała Daf, podnosząc głos. 
– Bo myślałem, że kogoś masz! – Wstał z fotela.
– Nie mam! I nie chcę mieć nikogo oprócz ciebie! – wrzasnęła dziewczyna, również wstała. Zapadła cisza, a oni wpatrzeni w siebie, oceniali sytuację. W końcu Daf, straciła cierpliwość. Bez słowa, ruszyła w stronę drzwi, które właśnie się pokazały na północnej ścianie. Chłopak podbiegł do niej i złapał szatynkę za rękę. Ślizgonka odwróciła się szybko, wyrywając dłoń z uścisku Neville’a.
– Dlaczego jesteś taka uparta? – zapytał, stając naprzeciw niej. Był dużo wyższy, więc Ślizgonka zadarła głowę do góry. Pokręciła głową, niezdolna do wypowiedzenia, choćby słowa. Rozłąka z Gryfonem była najgorszą rzeczą, jaką musiała znosić odkąd wojna się skończyła. Nieoczekiwanie łzy popłynęły jej po policzkach. Wtedy Neville po prostu przytulił ją do siebie. Oparł podbródek o jej głowę i wpatrzony w zanikające drzwi Pokoju Życzeń, powiedział:
– Już wszystko będzie dobrze, obiecuję.
***
Draco z trudem zszedł do salonu Malfoy Manor. Usłyszał dźwięk otwieranych drzwi, a to oznaczało, że Narcyza właśnie wróciła z Ministerstwa. Musiała, wraz z Lucjuszem, podpisać jakieś dokumenty. Ślizgon miał nadzieję, że wkrótce wypuszczą Granger. Czuł się dziwnie, na myśl, że dziewczyna siedziała w areszcie, kiedy on spokojnie przesiadywał w posiadłości Malfoyów. W domu. Pomyślał. Stanął u podnóża schodów i oniemiał. Zamrugał kilkukrotnie, upewniając się, że to nie sen. Narcyza miała łzy w oczach, Draco był niemal pewny, że to łzy szczęścia. Nadal go kochała, po tym wszystkim… Nie rozumiał swojej matki, ale nie zamierzał jej osądzać. Pominął powitanie i od razu zapytał:
– Co on tu robi?
– Draco, to…
– Co on tu robi? – warknął chłopak, akcentując każde słowo.  Narcyza zdjęła swój zimowy płaszcz i weszła do salonu. Za nią, jak cień, ruszył Lucjusz Malfoy. Najwidoczniej zwrócono mu ubranie, w którym został aresztowany, bo nie miał na sobie więziennej szaty.
– Draco, nie przywitasz się z ojcem? – zapytał mężczyzna. Dziedzic fortuny Malfoyów prychnął pogardliwie.
– Nigdy nie byłeś moim ojcem, nie tak naprawdę.
– Nikt nie jest idealny, Draco. Lucjusz… tata się starał. Wypuścili go na okres bożonarodzeniowy i…
– I nie chcę go widzieć. Spędzę Święta u Blaise’a. Pójdę się spakować.
– Wracaj tu, młodzieńcze! – krzyknął za nim Lucjusz, kiedy Draco zaczął wchodzić po schodach. Blondyn nie zareagował. Wiedział, że do Świąt pozostał mu tydzień i jakoś będzie musiał znieść towarzystwo Lucjusza. Nie czuł do ojca nic, prócz pogardy. I choć bardzo się starał, mimo wszystko, obwinił go za to, co stało się z ich rodziną. Obwiniał go za Voldemorta, za mroczny znak. Za horkruksa. Podpowiedział mu jakiś głos z tyłu głowy. Chciałeś mu zaimponować, chciałeś, żeby mógł być dumny… Im bardziej próbował zagłuszyć ten głos, tym bardziej on się nasilał. Draco ostatkiem sił dotarł do swojej sypialni. Zbił lampę, a potem zaczęło się na dobre. Więcej głosów, ból, furia. Myślał, że coś rozsadza mu głowę. Zaczął się kolejny atak. Draco chciał, żeby wszystko już się skończyło, jednocześnie pragnąc, aby ten atak nie był jego ostatnim. Nie pożegnałem się z Granger. Pomyślał, zanim stracił przytomność.


















Kolejny rozdział! Udało się, dotrzymałam terminu :D A to nie zdarza się zbyt często...
No cóż, mam nadzieję, ze kolejny pojawi się równo za tydzień, w sobotę (11. 06.). Przeniosłam się również na wattpada. Jeśli wolicie tam czytać, to wstawiam link ----> KLIK. Niestety nie ma tam jeszcze wszystkich rozdziałów... 
Oczywiście zachęcam do komentowania i zapraszam na stronę na facebooku ---> KLIK. Dzięki niej będziecie na bieżąco. Do następnego!
~Pani M. 









środa, 1 czerwca 2016

Rozdział 57


Rozdział 57 – To jeszcze nie koniec.
                                                                                    
Hermiona opuściła Skrzydło Szpitalne ze łzami w oczach. Nie mogła uwierzyć, że Blaise był zdolny do czegoś takiego, do skrzywdzenia Ginny. Znów ci umknęło, że oni wszyscy byli śmierciożercami. Ale są tacy bezbronni. Odpowiedziała sobie od razu, mając przed oczami obraz Dracona leżącego bez sił w jednej z sypialni Malfoy Manor. Szła szybko, nie zwracając uwagi na mijanych uczniów, chciała po prostu znaleźć się w swoim dormitorium i w spokoju pomyśleć. Miała dość tych zagadek, które pojawiały się, gdy tylko w sprawie Malfoya dowiedzieli się czegoś nowego. Horkruksy, napady, a teraz jeszcze jakieś kwiatki. I po co, na Godryka, Malfoyowi było to wszystko? Znalazła się na korytarzu czwartego piętra i wtedy dopiero zorientowała się, że ktoś cały czas za nią idzie. Odwróciła się i ujrzała zgarbioną postać Dracona. Ręce trzymał w kieszeniach, a włosy opadły mu na czoło. Musiał ją gonić. Podszedł do niej, zdecydowanym krokiem.
– Wiesz, że Blaise tego nie chciał. – Nie odpowiedziała, hardo patrząc mu w oczy. Jej spojrzenie mówiło mu więcej, niż słowa, które mogłaby wypowiedzieć. Westchnął i wyciągnął ręce z kieszeni.
– Granger, czasu nie cofniesz, ale...
– To twoja wina! – krzyknęła nagle, cofając się parę kroków. Nie rozumiał, ale odruchowy wyciągnął rękę w jej kierunku. Szybko się zreflektował i opuścił ramię.
– Gdybym tam była, gdybym nie była z tobą, to by się nie stało!
– Przestań krzyczeć, bo...
– Odkąd ci pomagam wszyscy dookoła cierpią!
– Wcale nie prosiłem o twoją, głupią pomoc – warknął. Jego spojrzenie ją przerażało, wolałaby gdyby na nią krzyczał. Ten spokój był nieludzki. Hermiona poczuła się jakby ją uderzył. Nie prosiłem o twoją, głupią pomoc. Echem odbijało się w jej głowie. Otwarła usta, żeby coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów. Odwróciła się na pięcie i już miała odejść, kiedy chwycił ją za ramię. Nie spodziewała się tego, nie stawiła żadnego oporu, a Draco włożył w gest tyle siły, że omal nie wywrócił Gryfonki. Chwycił ją szybko za drugie ramię, żeby złapała równowagę. Spuściła głowę, żeby nie musieć patrzeć mu w oczy. Ostatnio zbyt często przy nim płakała, nie musiał oglądać jej kolejnego załamania.
– Zostawię cię w spokoju, odejdę, pozwolę skończyć szkołę, usunę się z twojego życia. Nie będę nigdy więcej prosił o pomoc. – Podniosła głowę. Wyraz twarzy miał surowy, a pewność w jego głosie była przerażająca. Nie potrafiła wykrztusić z siebie słowa. To wszyscy było niczym nieśmieszny żart. Wywrócił jej życie do góry nogami, a teraz bez mrugnięcia, czy chwili wahania, oznajmił, że zostawia to wszystko w cholerę. Hermiona czuła, że on również ma już dość. Puścił jej ramiona i zamierzał odejść, ale złapała jego dłoń.
– Zostań – szepnęła, a zaszklone oczy dziewczyny błyszczały od łez. Nie pozwoliła im spłynąć na policzki. Uświadomiła sobie, że ona również go potrzebuje. Sama była zaskoczona swoimi słowami.
– Granger? – powiedział, zwracając jej uwagę na swoją osobę. Wyrwał rękę z jej uścisku. – Szkoda, że nie poznałem cię wcześniej.
Odszedł, zostawiając ją z tysiącem myśli w głowie. Mimo wszystko nie śmiała go zatrzymywać. Poczekała, aż sylwetka Ślizgona zniknie zza rogiem korytarza, dopiero potem dała upust łzom.
***

– Ile już tu siedzimy? – zapytała cicho. Bezradny chłopak pokręcił głową. Był zmęczony całym tym dniem. Gdyby tylko mogli użyć magii! Siedzieli oparci o brudną ścianę, a oczy same im się zamykały. Pansy już dawno zaschło w gardle, a skurcz w żołądku doprowadzał oboje do białej gorączki. O ile Harry zdążył zjeść śniadanie, o tyle Parkinson wybiegła z Hogwartu bez posiłku.
– Wdaje mi się, że będzie koło dziesiątej. – Ślizgonka jęknęła, ponad osiem godzin siedzieli w zamknięciu.
Nie raz i nie dwa, próbowali wyważyć drzwi, ale ich staranie nie przyniosły żadnego skutku. Rozłożyli stare gazety na podłodze, aby wchłaniały wilgoć i choć trochę chroniły przed zimnem. Przekopali się przez graty, zajmujące większą część pomieszczenia, ale nie znaleźli nic przydatnego. Na szczęście różdżki nadal świeciły, więc nie musieli przesiadywać w całkowitej ciemności.
– Jak zamierzamy się stąd wydostać? – zapytała.
– Pracuję nad tym… – mruknął Harry, ale tak naprawdę nie miał pojęcia co robić. Bez magii czuł się bezbronny. Chłopak był pewny, że na pomieszczenie działają jakieś zaklęcia, które blokują wszelkiego rodzaju inną magię. Po co w ogóle wchodziliśmy do tego domu!  Wyrzucał sobie, wiedział, że to była jego wina. Pansy wcale nie uśmiechało się zwiedzać starego budynku. Wstał, ale wolnej powierzchni było tak mało, że nie zrobił trzech kroków, kiedy natrafił na przeszkodę w postaci stosu starych przedmiotów. Zaklął cicho pod nosem, odwrócił się na pięcie i usiadł z powrotem obok Pansy. Bezczynność była nie do wytrzymania. Harry miał ochotę coś rozwalić. To rozwal te drzwi, mądralo… Usłyszał uporczywy głos, potrząsnął głową, aby się go pozbyć.
– A jeśli zostaniemy tu na zawsze? – wyrwało się nagle Parkinson. Gryfon popatrzał na nią z lekceważeniem.
– Człowiek bez wody  przeżyje najwyżej…
– Nie kończ – powiedziała głośno. Harry parsknął śmiechem, ale dziewczyna przemilczała to z godnością. Kiedy upłynął kolejny kwadrans, a oni nadal tkwili pod tą samą ścianą, w tym samym pomieszczeniu, Harry’ego zaczęła ogarniać senność. Na to nie mógł sobie pozwolić.
– Mów coś do mnie – powiedział i zaraz stłumił ziewnięcie. Pansy uniosła pytająco brew.
– Możemy umrzeć z nudów, jeśli…
– Okej, rozumiem przesłanie – mruknęła posępnie. – Chcesz zagrać w dziesięć pytań? – dodała zaraz. Była to jedna z tych uniwersalnych gier na każdą okazję. Znali ją zarówno mugole jak i czarodzieje. Harry kiwnął głową.
– Możesz zacząć – powiedział. Dziewczyna zastanowiła się chwilę, było kilka pytań, które dręczyły ją od dłuższego czasu.
– Co jest miedzy tobą a Ginny? – Potter zmarszczył brwi i zerknął na Ślizgonkę.
– Takiego rodzaju pytania… – mruknął.
– Chyba nie miałam pytać o ulubiony kolor? – Uśmiechnął się.
– Nie.  Ja i Gin jesteśmy przyjaciółmi jak sądzę, nic szczególnego. – Wzruszył ramionami.
– Jeśli byliście parą, a teraz się przyjaźnicie to oznacza, że któraś strona czeka na drugą szansę.
– Boisz się, że nadal ją kocham – bardziej stwierdził niż zapytał. Pansy nic nie powiedziała, trafił w sedno, a byli przy pierwszym pytaniu. Harry przesunął się spod ściany i usiadł naprzeciwko Pansy.
– Całkowicie szczerze? Tak, kocham ją, ale teraz myślę o niej w kategoriach młodszej siostry. – Po tym wyznaniu w pomieszczeniu zapanowała cisza.
– Powiesz coś? – zapytał Harry, patrząc na jej  twarz, którą próbowała schować za kaskadą kruczoczarnych włosów.
– Cały czas myślę o tym, że to ona z tobą zerwała. Ty tego nie chciałeś.
– Skąd możesz to wiedzieć? – Wywróciła oczami i westchnęła.
– Czy zerwałbyś z Ginny dla mnie? – Długa cisza i ciężkie od napięcia powietrze. Pansy czuła, że już żałuje tego pytania. Ale właściwie czego się mogła spodziewać? Harry i Ginny znają się całe życie, a ona odkąd przyjechała do Hogwartu, jedyne co robiła to ubliżała obojgu. Potter próbował to wszystko poukładać, ale marnie mu szło. Nie potrafił zdefiniować tego co łączyło go z Pansy. Ona jest małą, zadziorną kupelą Malfoya, na którą rzucam się częściej niż… Weź się w garść! Przymknął na chwilę oczy, kiedy je otworzył ciemne oczy Pansy uchwyciły jego spojrzenie. Czekała na odpowiedź.
– Nie wiem czy cię kocham, ale za to wiem, że to co jest między nami, pomimo wszelkich reguł, sprawia, że uśmiecham się sam do siebie jak wariat.
– To mi musi wystarczyć – szepnęła, a potem nachyliła się, żeby go pocałować. Delikatnie muskała ustami jego wargi. Zaraz usiadła z powrotem, mimo że Harry chciał ją zatrzymać przy sobie. Zmarszczył brwi, kiedy się odsunęła. Pansy chwyciła jego rękę.
– I tak dałeś mi więcej niż na to zasługuję.  – Zapadła cisza, a Harry był zbyt oszołomiony tym wyznaniem, żeby ją przerwać. Nadal trzymali się za ręce, a Gryfon gładził kciukiem dłoń Pansy.
– Jest coś o co już dawno miałem cię zapytać – zaczął Harry po dłuższej chwili. Dziewczyna podniosła na niego wzrok.
– Podejrzewam, że mogę nie mieć lepszej okazji… – Parkinson nadal nic nie mówiła, chłopak kontynuował:  –  Kim jest Mirabell? – Pansy zamrugała kilka razy. Nie wierzyła w to, co usłyszała. Czy była gotowa, żeby opowiedzieć komuś o Miri? Czy chciała o tym mówić Harry’emu? Miała tyle wątpliwości, tyle obaw.
– Mirabell była moją kuzynką – powiedziała, nie do końca świadomie.
– Była?  – powtórzył jak echo okularnik, marszcząc brwi.
– Nie żyje.
Wspomnienia wróciły, a oczy Ślizgonki zaszły mgłą. Bardzo wyraźnie widziała tamtą scenę. Piekło, które rozpętał jej wuj, ojciec Mirabell. Człowiek, którego tak nienawidziła. Zaraz potem dokładnie odtworzyła wspomnienia z pociągu. Ból, łzy i uczucie bezsilności. Na końcu było Beauxbatons. Wysoki mężczyzna, który towarzyszył Alexis. Znał Mirabell, mówił o jej śmierci. Wiedział co się stało. Kim był? Dziewczyna nie miała pojęcia.
Pansy nie płakała. Opowiedziała Harry’emu o swoich wakacjach we Francji, o Mirabell, ale kiedy miała mówić o tamtej pamiętnej nocy... Nie miała siły, a słowa nie przechodziły jej przez usta. Bliskość Pottera dodawała jej otuchy. Chłopak cały czas trzymał jej rękę. W pewnym momencie usiadł obok niej, pozwalając Ślizgące oprzeć głowę o swoje ramię.
– Nie musisz nic mówić, Pansy – szepnął, tuż nad jej uchem. Pokręciła przecząco głowa. Czuła, że to dobry moment.
I tak opowiedziała mu wszystko. Znał jej wszystkie sekrety. Nie miała już nic, żadnego asa. Nic, czym mogłaby zaskoczyć. I oboje czuli się z tym dobrze.
***
Hogwart
Czuła na sobie te wszystkie spojrzenia. Każdy jej krok sprawiał, że ktoś się oglądał, że zielone z zazdrości piątoklasistki szeptały zawzięcie w kącie, że ktoś zagwizdał. Rzuciła mu zniewalający uśmiech, odwracając się przez prawe ramię.  Czuła, że znów jest sobą. Krótka spódniczka wcale jej nie peszyła, a tym bardziej wyższe buty. Dwa pierwsze guziki białej koszuli miała rozpięte, ukazując dekolt. Nie był wulgarny, bardziej kobiecy i subtelny. Włosy wyprostowała i zaczesała do tyłu. Specjalnie nie założyła szaty na mundurek, w końcu byli po lekcjach. Spóźniona szła właśnie na kolację. Minęła ją grupka Puchonów wracających z Wielkiej Sali. Szeptali, a w pewnym momencie Ślizgonka usłyszała jedno imię: „Astoria”.
– Zaczekajcie! – krzyknęła, ale niezbyt głośno, żeby zwrócić ich uwagę. Jakiś chłopak się odwrócił, w ślad za nim poszła jedna z dziewczyn. Siódmoklasistka podeszła do nich i z uśmiechem zapytała:
– Rozmawialiście o mojej siostrze? – Puchon stojący najbliżej kiwnął głową. – O co chodzi? Astoria zrobiła coś nie tak? Uraziła was albo…
– Żeby to raz – prychnęła jedna z dziewczyn. Wszyscy wyglądali na góra piątą klasę.
– Podobno Astoria Greengrass jest w Skrzydle Szpitalnym – odezwał się chłopak z dziwnymi okularami na nosie. Pochłaniał Ślizgonkę wzrokiem, powinno ją to peszyć, ale tym razem Daphnie nie mogła przejmować się takimi szczegółami. Zamrugała kilkakrotnie.
– Co ty opowiadasz? W Skrzydle Szpitalnym? – Cała grupka pokiwała głowami. Siódmoklasistka podziękowała za informacje i zawróciła. Czwórka Puchonów stała jeszcze parę minut pod Wielką Salą, ale w końcu i oni się rozeszli.
Daphnie szybko pokonała drogę do Skrzydła Szpitalnego. Już nie rozkoszowała się każdym pożądliwym spojrzeniem, chciała po prostu dowiedzieć się co się stało z Astorią. W pewnym momencie ktoś zawołał ją po imieniu, nie odwróciła się, a jedynie przyśpieszyła. Jak burza wpadła przez podwójne drzwi do Skrzydła Szpitalnego. Pani Pomfrey zostawiła na chwilę krwawiącego Rona samemu sobie i podeszła do Ślizgonki.
– Chciałam zobaczyć siostrę i dowiedzieć się co się stało – wyrecytowała na jedynym wydechu, zanim pielęgniarka zdążyła zadać pytanie. Poppy wskazała ręką łóżko, na którym leżała nieprzytomna Astoria. Daphnie złapała ją za rękę, była zimna.
– Co się stało? – zapytała, wystraszona. Wtedy zauważyła, że oprócz Rona w pomieszczeniu znajduje się jeszcze jeden zakrwawiony chłopak.
– Blaise? – zapytała zdziwiona. Ślizgon uśmiechnął się krzywo.
– Mieliśmy z Wieprzlejem małą sprzeczkę.
– Uważaj na słowa, gadzie – warknął Ronald w jego stronę, kiedy pani Pomfrey owijała głowę Zabiniego bandażem.
– Chłopcy, proszę o spokój – powiedziała Poppy z naganą w głosie. Zabini i Weasley poprzestali na morderczych spojrzeniach.
– Co z moją siostrą? – zapytała Daphnie.
– Straciła przytomność od uderzenia. Najpóźniej jutro rano dojdzie do siebie – poinformowała ją pielęgniarka, kończąc opatrunek Blaise’a.  
– Uderzenia? – warknęła Daf, odwracając się do Rona. Chłopak zmieszał się odrobinę, nie przywykł bić kobiet, nawet jeśli były tak nieprzyjemnymi sukami jak Astoria.
– To był wypadek – mruknął. Nie czuł się zobowiązany do przeprosin. Brwi młodszej z sióstr Greengrass podjechały do góry.
– Uderzyłeś ją?!
– No przecież nie celowo – odburknął. Daf zacisnęła ręce w piąstki i starała się trzymać nerwy na wodzy.
– Jest pani pewna, że nic jej nie będzie? – dopytała Poppy. Pielęgniarka pokiwała głową.
– Najpóźniej jutro rano wróci do siebie, słońce – zapewniła i odeszła w stronę pomieszczenia, gdzie trzymano przeróżne lekarstwa. Daphnie usiadła na łóżku koło siostry. W Skrzydle Szpitalnym zapanowała cisza. Blaise próbował przeniknąć wzrokiem parawan, za którym z pewnością leżała Ginny Weasley. Ron ze spuszczoną głową siedział na krześle, również się nie odzywał. Daphnie przyglądała się siostrze i od czasu do czasu gładziła jej rękę. Chciała, żeby blondynka się obudziła.
***
Trzy dni później
  Hermiona siedziała na czerwonej kanapie w salonie dormitorium prefektów naczelnych. Michael miał spędzić w Świętym Mungu jeszcze co najmniej tydzień. Ginny wypisano dziś rano i Gryfonka spała właśnie w ich sypialni. Nadal potrzebowała dużo snu. Panna Granger natomiast od kilku dni miała kłopoty z zasypianiem.  Odkąd Malfoy odszedł. Poprawiła się z irytacją. Nie chciała, żeby jakiś Ślizgon miał tak wielki wpływ na jej osobę. Im więcej o nim myślała tym bardziej wszystko się jej mieszało. Kłamała dla niego. Kradła dla niego. A teraz odszedł. Odszedł po raz drugi. Czuła się jakby zabrał ze sobą jej część. Została pustka.
  Oprócz Malfoya jej głowę zaprzątał Harry. Nikt go nie widział od trzech dni i choć McGonagall zapewniła wszystkich, że Potter ma się dobrze, Hermiona i Ron zostali wezwani na rozmowę. Dyrektorka miała nadzieję, że zdradzą położenie Harry’ego, ale tym razem nie zostali wtajemniczeni w żaden jego plan. Oprócz okularnika zaginęła również Pansy, a Hermiona za wszelką cenę chciała połączyć te dwie sprawy. Ron był przekonany, że zaginięcie Parkinson nie było w żadnym stopniu powiązane z zaginięciem Harry’ego. Pani Prefekt najchętniej zeszłaby do lochów i zapytała Zabiniego, ale po tym co zrobił Ginny, nie chciała widzieć go na oczy. Ron dostał szlaban za bójkę z Blaisem i przypadkowe uderzenie Astorii Greengrass. Panna Granger nie miała mu za złe, sama najchętniej przywaliłaby Zabiniemu, a co do Astorii, wiedziała, że to był wypadek. To co wydarzyło się w ciągu ostatnich dni sprawiło, że jej kontakt z Ronem się poprawił. Musieli trzymać się razem. Jednak obecność Ronalda przypominała Hermionie o wszystkim, czego nie mogła mu powiedzieć. Nikomu nie mogła. Tajemnice Malfoya stały się moimi tajemnicami. Pomyślała z goryczą. W rękach trzymała podręcznik do eliksirów, ale nie potrafiła przyswoić żadnej informacji. Za dużo się działo. Zmusiła się, żeby skupić wzrok na treści książki. Wywar obłędu to jeden z najbardziej tajemniczych eliksirów. Przeczytała. Czarodzieje od setek lat, starają się ulepszyć recepturę, niestety część składników nadal pozostaje nieznana. Wydziały magomedycyny na całym świecie próbują opracować recepturę, ponieważ eliksir obłędu ma, według Merlina, lecznicze zastosowanie. Po dodaniu Wodnego Nagietka powinien zmienić barwę na niebieską i odwracać skutki zaklęć, uszkadzających mentalność… Dziewczyna zmarszczyła brwi, pierwszy raz słyszała o takim eliksirze. W dodatku profesor Slughorn nie omawiał nigdy… Szybko zerknęła na okładkę podręcznika, a książka prawie wypadła jej z rąk. To nie był podręcznik do eliksirów. To była książka, którą wyniosła razem z Draconem ze skrytki. Stąd to się tu wzięło? Myślała uporczywie.
 Wtedy ktoś wyraźnie wypowiedział hasło, a portret się przesunął. Do środka weszła Minerwa McGonagall w towarzystwie jakiegoś wysokiego czarodzieja. Hermiona wstała, chowając książkę pod poduszkę. Jej działanie nie zostało zauważone, ponieważ kanapa stała tyłem do wejścia i czerwone obicie zasłoniło widok na ręce siódmoklasistki do momentu, w którym nie stanęła na równe nogi.
– Panno Granger – zabrała głos McGonagall. – To Heidan Carleton pracuje w Ministerstwie i…
– Czy coś się stało? – przerwała dyrektorce Hermiona. – To ma związek z Harrym?
– Nie panno Granger. Pan Carleton pracuje w departamencie przestrzegania prawa czarodziejów. – Hermiona cofnęła się o krok, a jej serce podejrzanie przyśpieszyło. Pojedyncza zmarszczka ozdobiła jej czoło.
– Jest pani aresztowana – dość służbowo oznajmił Carlaton.
*
– Nie możemy ich tam zostawić! – wrzasnęła Parvati Patil. Przestała nerwowo chodzić w kółko i stanęła przed łóżkiem na którym siedział Ślizgon. Theodor Nott przejechał sobie ręką po twarzy, był zmęczony i przerażony. Razem z Parvati milczeli od niecałych trzech dni. Milczeli w sprawie położenia Harry’ego Pottera. W dodatku powodem ich małomówności nie były żadne szlachetne pobudki. Po porostu ratowali swoje skóry, ale sumienie Parvati nie dawało o sobie zapomnieć.
– Chcesz, żeby zginęli?! – znów podniosła głos, a w jej oczach zalśniły łzy. Sprawa była naprawdę poważna. – Chcesz znów mieć krew na rękach? – zapytała ciszej, łamiącym się głosem. Tego Theodor miał za wiele. Wstał i złapał dziewczynę za ramiona.
– Nie waż się mnie pouczać w takiej kwestii – powiedział cicho i dobitnie. Dotychczas przyłożył rękę tylko do jednej śmierci i to było dla niego za wiele. Nawet nie znał tamtej czarownicy. Odegnał wspomnienia, bo to nie był dobry moment na rozpamiętywanie.
– Przepraszam – powiedziała Parvati, a Nott westchnął ciężko i zdjął ręce z jej ramion. Gryfonka złapała je szybko, co sprawiło, że Theodor spojrzał w jej brązowe oczy.
– Musimy się ujawnić, trzeba iść do McGonagall. Już czas – powiedziała dziewczyna. Naprawdę się bała, w ciągu trzech dni Harry i Pansy już dawno mogli być martwi, Theodor zapewniał ją, że nic im nie będzie, ale Parvati miała swoje zdanie w tej sprawie.
– Będziesz miała przez to problemy. Sam pójdę do McGonagall, ty w niczym nie zawiniłaś. – To była prawdopodobnie najbardziej odważna decyzja w osiemnastoletnim życiu Theodora Notta. Ale przecież ją kochał. Ludzie robią różne głupstwa z miłości. Pomyślał chłopak, a potem pocałował czoło Parvati.
*
Hogsmeade
Harry był na skraju wyczerpania, nie miał pojęcia ile dni spędził w zamknięciu. Pansy leżała nieprzytomna, a chłopak nie mógł znieść tego widoku. Bezsilność paliła jego wnętrzności, sprawiając ogromny ból psychiczny. Jednak to głód i pragnienie miał go wykończyć. Walczył, choć nie miał pojęcia o co walczy. Każdy oddech łapał z trudem. Nie wierzył, że właśnie tak to się skończy. Zawsze znajdował wyjście, zawsze wymykał się śmierci. Czy to mój czas? Czy tak to się miało skończyć? Wcześniej pytał i szukał odpowiedzi, teraz nie potrafił przetworzyć żadnej informacji. W końcu jego powieki się zamknęły, ale w tej samej sekundzie usłyszał głosy. Mnóstwo głosów. Nie był pewien, czy to omamy spowodowane wyczerpaniem, czy to działo się naprawdę. Starał się wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, niestety na próżno. Jego policzek dotknął zimnej posadzki. Później pamiętał rażące światło i nicość.
***
– Harry? – usłyszał głos przyjaciela i zmusił się do otworzenia oczu. Kiedy to zrobił, na twarzy Ronalda Weasleya pojawił się uśmiech i pewnego rodzaju ulga. Chłopak z blizną na czole usiadł na łóżku i rozejrzał się po pomieszczeniu. Widział nieostro, ale zaraz przyjaciel podał mu okrągłe okulary. Pokój wydał mu się znajomy, jednak…
– Jesteś w Świętym Mungu – poinformował go Ron, a Harry przypomniał sobie tę salę z odwiedzin u pana Weasleya dwa lata temu.
– Co się stało? – zapytał, wiedząc, że otrzyma satysfakcjonującą odpowiedź, bez zbędnych szczegółów, którymi uraczyła by go Hermiona… No właśnie.
– Gdzie jest… – ale nie dokończył widząc, jak diametralnie zmieniła się postawa Rona. Przestał się uśmiechać, a z jego oczu biła niesamowita rozpacz.
– Zabrali ją – powiedział cicho, a Harry miał nieodparte wrażenie, że jego przyjaciel się rozpłacze. Sam był nieźle przerażony reakcją rudowłosego Gryfona.
– Kto ją zabrał? Ron, co się tu dzieje?
– Wszystko przez tego sukinsyna Malfoya! Zmusił ją, szantażował… Zabrali ją… – wydukał na koniec. Harry złapał przyjaciela za ramię i potrząsnął.
– Mów, co się stało!
– Zabrali ją, ministerstwo. Nie mogłem nic zrobić, dowiedziałem się od Ginny… Nie mogłem nic… – Ronald zaczął majaczyć, a jego oczy zaszły mgłą. Harry czuł się jakby obudził się po trzeciej bitwie o Hogwart, którą przespał. Nie rozumiał niczego, począwszy od przyczyny pobytu w szpitalu Św. Munga, a skończywszy na sprawie Hermiony. Ostatnie co…
– Pansy – wyszeptał. Pamiętał, że byli zamknięci w jakiejś…. – Ron, co z Pansy? – Rudowłosy chłopak spojrzał na niego naprawdę zdziwiony.
– Parkinson? Leży w sali obok, chyba… Dlaczego o nią pytasz?
– Nic jej nie jest? – Harry zadał kolejne pytanie.
– Chyba nie. Była trochę bardziej wyczerpana niż ty. – Ronald wzruszył ramionami, nadal zbity z tropu.
– Dlaczego o nią pytasz? Poza tym jak, na Godryka, zamknęła was w tym domu?
– To długa historia – westchnął Harry.
Wtedy drzwi się otworzyły i do pomieszczenia wkroczyła Minerwa McGonagall.
– To świetnie panie Potter, szybko stąd pan nie wyjdzie.
***
Ginny usłyszała hałas. Podniesione głosy obudziły ją od razu, zauważyła, że w sypialni była sama. Wstała powoli i ubierając szlafrok na koszulę nocną, podeszła do drzwi. Pani Pomfrey kazała jej dużo odpoczywać i unikać wysiłku, jednak ciekawość dziewczyny wygrała. Już po chwili stanęła w progu salonu dormitorium na czwartym piętrzę. Scena, która się tam rozgrywała, była tak nieprawdopodobna, że panna Weasley zamrugała parę razy, zanim uwierzyła w to co widziała. Hermionie zakładano kajdanki, a McGonagall stała bezczynnie ze spuszczoną głową. Kiedy Ginevra otworzyła drzwi, wszyscy na nią spojrzeli.
– Co tu się dzieje? – wykrztusiła w końcu siódmoklasistka. – Hermiona? – Pytająco spojrzała na przyjaciółkę. Dostrzegła łzy w oczach panny Granger.
– Twoja znajoma jest winna przestępstwa – oznajmił mężczyzna, który wcześniej założył Hermionie kajdanki.
– Przestępstwa? Jakiego przestępstwa, to musi być pomyłka – mówiła Ginny, rzucając pytające spojrzenia McGonagall i Hermionie. W końcu dyrektorka zabrała głos:
– Niestety panno Weasley. To prawda, a pan Carlaton zabiera Hermionę na proces w Ministerstwie. – Zapadła cisza, bo rudowłosej siódmoklasistce odjęło mowę. Z lekko otwartymi ustami wpatrywała się w Hermionę. W końcu Carlaton wyprowadził skutą dziewczynę. Za nimi, jak cień, podążała McGonagall. Był to naprawdę smutny widok. Dopiero po chwili otrząsnęła się z szoku, nerwowo zagryzła wargę. Dlaczego aresztowano Hermionę? Co zrobiła? Dlaczego ci nie powiedziała?  Panna Weasley nerwowo krążyła po pokoju, ale nic jej to nie dało. Chciała odszukać Harry’ego, ale…
– Aaaaa! – wrzasnęła z tej bezsilności.
Nie wiedziała, gdzie podziewał się Harry, nie wiedziała, jaki był powód aresztowania Hermiony. Nie wiedziała,  dlaczego Zabini zachował się jak potwór. Nienawidziła „nie wiedzieć”.
 W końcu postanowiła odszukać brata, licząc na jakiekolwiek nowe informację. Szybko przebrała piżamę na coś bardziej odpowiedniego i ruszyła korytarzem czwartego piętra w stronę wieży Gryffindoru.  Niestety nie znalazła Rona. Pytała o niego kilku młodszych Gryfonów, ale wszyscy odpowiadali to samo: „Wybiegł z Parvati Patil jakąś godzinę temu.”  Ginny nie miała siły doszukiwać się w tym ukrytego romansu, choć taka niewygodna myśl również ją nawiedziła. W końcu dochodziła jedenasta wieczorem. Byś może ktoś znalazł Harry’ego. Pomyślała zaraz. I Pansy.
Kusiło ją żeby zejść do lochów i porozmawiać ze Ślizgonami. Miała nadzieję, że może ktoś dowiedział się czegoś w sprawie Pottera i Parkinson. Z drugiej strony, bała się. Jako Gryfonka znosiła to jeszcze gorzej, ale wiedziała, że to okropne uczucie to nic innego jak strach. Bała się zobaczyć z Blaisem Zabinim. Zaczekała na Rona w pokoju wspólnym Gryffindoru. Kiedy opowiedziała mu wszystko, brat odprowadził ją do sypialni na czwartym piętrzę, a potem obiecał, że zajmie się sprawą Hermiony.
  Siedziała w salonie, wpatrując się w ogień, który trzaskał w kominku. Długo biła się z myślami, ale w końcu nie wytrzymała i zeszła do lochów.
  Dostawała gęsiej skórki na samą myśl o nim. Przekonała się, że Ślizgon nie ma skrupułów, a odczuła to jeszcze dotkliwiej bo…Co tu dużo mówić, była nim zauroczona. Jednak po incydencie z Michaelem wszystkie pozytywne uczucia do Blaise’a zastąpił strach. Minęła parę Ślizgonów przy wyjściu z lochów, ale żaden się nie odezwał.
– Poczekajcie – krzyknęła za nimi. Odwrócili się jednocześnie. Jeden był wysokim blondynem, którego dziewczyna nie kojarzyła, a drugi, o głowę niższy, chodził z Ginevrą na transmutację.
– W czym możemy pomóc? – zapytał pierwszy z szelmowskim uśmiechem. Ginny zmarszczyła brwi, bo jego ton wcale jej się nie podobał, mimo to zapytała:
– Czy obiło wam się o uszy coś nowego w sprawie Pansy Parkinson? – Chłopacy popatrzyli po sobie trochę zdziwieni. Nie takiego pytania się spodziewali. W końcu Will, z którym Ginevra miała transmutację, odpowiedział:
– Nie, wiemy tyle co wszyscy, ale… – Zawahał się i zerknął na swojego towarzysza. Blondyn wzruszył ramionami, a Will dokończył: – Zapytaj sióstr Greengrass, albo Blaise’a Zabiniego. – Na dźwięk tego nazwiska przeszły ją ciarki. Skinęła głowę i odeszła w stronę wejścia do pokoju wspólnego Ślizgonów.

***
– Draco. – Jej oczy zaświeciły na widok znajomej, bladej twarzy. Nadal była skuta kajdankami, czekała na proces. Wstała z podłużnej, kamiennej ławy. Chłopak przyśpieszył kroku, a już po chwili tulił ciało Gryfonki do swojego. Ulżyło mu, kiedy na własne oczy mógł się przekonać, że nic jej nie jest. Hermiona uspokoiła oddech, który do tej pory był nerwowy i urywany. Znajomy zapach, głos. Chciała wierzyć, że już wszystko będzie dobrze. Dziewczyna nie miała pojęcia, dlaczego Malfoy sprawił, że poczuła się tak dobrze. Przez chwilę zapomniała o swoim fatalnym położeniu. Gładził jej włosy, wdychając specyficzny zapach.
– To jeszcze nie koniec – wyszeptał, mocniej zaciskając ramiona wokół jej tali.












Luty, marzec, kwiecień i maj, cztery długie miesiące.
Zostawiłam blog na bardzooo długo (przynajmniej dla mnie). Wiem, że powinnam się wytłumaczyć, więc jak to było? Brak czasu, weny, chęci? Myślę, że wszystkiego po trochu. Na prawdę jest to dość męczący i bolesny temat, więc powinniśmy go zostawić na inną notkę. 

Czy wracam? 
Nie mam pojęcia, mam jedynie rozdział i nadzieję, że napisanie kolejnego przyjdzie mi łatwiej.

TERMINARZ:
rozdział 58 - sobota, 4 czerwca (tak, już za cztery dni!)
rozdział 59 - sobota, 11 czerwca

Komentarze (jak zawsze) mile widziane :)
~Pani M.