niedziela, 24 września 2017

Rozdział 69


Rozdział 69 – Pocałunek, którego nie było.


Dochodziła piąta nad ranem, kiedy Harry Potter w końcu wyswobodził się z białej koszuli i eleganckich spodni, a potem opadł na łóżko w swoim dormitorium. Było puste, ponieważ Neville jeszcze nie wrócił z przerwy świątecznej, a Ron w towarzystwie Daphne próbował zanieść do lochów kompletnie pijaną Astorię. Okularnik uśmiechnął się na wspomnienie wspaniałej, sylwestrowej zabawy. Miał nadzieję, że nikt nie widział, gdy nad ranem przemierzali korytarze Hogwartu. Drzwi jego sypialni powoli się otworzyły i do środka na palcach weszła Pansy Parkinson. Swoje szpilki trzymała w ręce. Uśmiechnęła się na widok Harry’ego. W pomieszczeniu paliła się tylko jedna świeczka, stojąca obok łóżka ciemnowłosego Gryfona. Pansy postawiła swoje buty na podłodze, a kiedy podeszła bliżej chłopak zauważył, że zmyła makijaż.
– Rozepnij mi sukienkę, Harry – poprosiła cicho. Wstał z łóżka i stanął zza swoją dziewczyną. Odgarnął jej włosy i odnalazł metalowy suwak. Koronkowy materiał po chwili upadł na podłogę, a Parkinson została w samej bieliźnie. Była zbyt zmęczona, żeby poczuć się niezręcznie. Poza tym Harry również paradował w bokserkach. Poczuła, jak obejmuję ją w pasie i przyciąga do siebie.
– Jak się bawiłaś? – mruknął jej do ucha.
– Dobrze wiesz, że było cudownie, ale teraz padam z nóg. – Harry szybko pocałował jej policzek, a potem się odsunął.
– Chodźmy spać – powiedział, a Pansy mu przytaknęła.
Bez słowa wtuliła się w jego bok. Zasnęli.

Harry przebudził się, czując, że dziewczyna, która do tej pory przytulała się do niego, gdzieś znikła, zabierając ze sobą rozkoszne ciepło. Do pomieszczenia, przez niedokładnie zasłonięte okno, wpadało dzienne światło. Gryfon ubrał na nos okulary i wtedy zobaczył Ślizgonkę, stojącą przed wąską szafą, dokładnie naprzeciw jego łóżka. Nic nie mówił. Pansy sięgnęła rękami zapięcia biustonosza, a po chwili jej stanik wylądował na podłodze. Harry zdjął okulary, przetarł zaspane oczy i po chwili znów ubrał szkła na nos. Zachowując bezwzględną ciszę, dalej obserwował swoją dziewczynę. Ślizgonka powoli otworzyła szafę i wyjęła z niej czerwoną koszulkę. Ubrała ją na siebie. Harry uśmiechnął się, widząc, że złote litery na t-shirtcie układają się w jego nazwisko. Doszedł do wniosku, że jego koszulka do Quidditcha jest zdecydowanie za długo na Parkinson. Sięgała jej za tyłek. Dziewczyna odwróciła się, tłumiąc ziewnięcie, a kiedy napotkała wzrok Harry’ego, odrobinę się speszyła.
– Ja… – Chciała się jakoś wytłumaczyć z brania jego rzeczy bez pytania, ale nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Harry pokręcił głową.
– Dobrze w niej wyglądasz – powiedział po prostu. Ślizgonka parsknęła śmiechem.
– Długo nie śpisz? – zapytała, wyjmując ciemne włosy zza kołnierzyka koszulki. Harry uśmiechnął się znacząco.
– Od jakiegoś czasu – rzucił, poprawiając poduszkę pod głową. Pansy powoli podeszła do łóżka, a potem wspięła się na nie i w końcu usiadła na udach Harry’ego. Pochyliła się powoli, żeby go pocałować.
***

Blaise’owi Zabiniemu dotarcie na śniadanie zajęło cały poranek i część popołudnia, więc gdy w końcu usiadł przy stole swojego domu, zaczęto serwować obiad. W Hogwarcie widział znacznie więcej znajomych twarzy, głównie dlatego, że za trzy dni, po weekendzie miał rozpocząć się drugi semestr nauki. Ślizgon był zdania, że przerwa świąteczna w tym roku mięła zbyt szybko. Mimo wypicia eliksiru z liści cytrusów wciąż odczuwał skutki, wiążące się z wypiciem sporej ilości alkoholu wczorajszej nocy. Blaise zwyczajnie miał kaca. Z trudem wmuszał w siebie zupę, choć ani kac, ani brak apetytu nie odciągnęły go od intensywnych rozmyślań. Wczorajszej nocy widział coś, co nie dawało mu spokoju. Tylko ci się wydawało, byłeś pijany… Tłumaczył sobie, choć podświadomie wiedział, że to nie było przewidzenie. Nie ma siły, która by sprawiła, że Draco i Hermiona mogliby… Wzdrygnął się, myśląc o pocałunku tej dwójki i z trudem przełknął kolejną łyżkę zupy. Jakoś nie wyobrażał sobie rozmawiać o tym z Malfoyem. Próbował uporządkować sobie wspomnienia z minionej nocy, ale po wypiciu szampana z Virginią… A to nie była Ginny?  Zastanowił się przez moment, ale w końcu stwierdził, że jest mu wszystko jedno. Odsunął od siebie talerz z zupą, kiedy naprzeciw niego usiadła Parkinson. Mimo wyraźnych oznak niewyspania, na ustach dziewczyny gościł uśmiech.
– Ciężki poranek, co? – zagadnęła i również nalała sobie zupy. Ślizgon odpowiedział jej bliżej nieokreślonym pomrukiem. Oparł się o stół i nachylił nad niedojedzonym obiadem.
– Co pamiętasz z wczoraj? – zapytał, obserwując, jak Pansy nawiązuje z kimś kontakt wzrokowy ponad jego ramieniem. Pewnie z Potterem, wariatka. Pomyślał Blaise, ale nie skomentował tego.
– Do dwunastej wszystko, potem coraz gorzej, ale z pewnością wciąż więcej niż ty… Musiałam cię wyciągać z tego hotelu razem z Harrym, to nie było najlepsze wspomnienie…
– Taa, przepraszam za to – mruknął Ślizgon. Gdzieś z tyłu głowy miał opisaną przez Pansy sytuację.
– Od czego ma się przyjaciół – zaśmiała się dziewczyna. Blaise również się uśmiechnął, rozmowy z Parkinson zazwyczaj poprawiały mu humor.
– A co pamiętasz z… – zawahał się chwilę. Pansy westchnęła.
– Po prostu mów.
– Chodzi o Draco… – Brunetka gwizdnęła cicho, odchylając się odrobinę.
– Nie widziałam go praktycznie cały wieczór, a jeśli już to zawsze był z Hermioną.
– Tylko tańczyli? – zapytał Zabini, zniżając głos. Ślizgonka odruchowo się rozejrzała, ale nikt się nie przysłuchiwał. Wzruszyła ramionami.
– Zadajesz dziwne pytania, Blaise – powiedziała po chwili. Brunet poruszył się niespokojnie na krześle. Nie chciał rozsiewać plotek, ale czuł, że wybuchnie, jeśli komuś się nie zwierzy.
– Dobra, chyba widziałem, jak Draco całuje się z Hermioną. – Parkinson łyżka wypadła z ręki, z trzaskiem upadając na podłogę. Ślizgonka szybko się schyliła, żeby ją podnieść, ale nie kontynuowała obiadu.
– Co?! – wykrztusiła w końcu. Bacznie obserwowała przyjaciela, podejrzewając, że może to zwykły żart. Ku jej zdziwieniu Zabini zdawał się śmiertelnie poważny. Podrapał się po głowie, zbierając myśli.
– To było krótko po dwunastej, nie byłem jeszcze pijany, ale wciąż nie mogę wykluczyć, że to zwykłe przewidzenie…
– To na pewno podobna para czarodziejów, Blaise. Tam była masa ludzi.
– Może masz rację. – Zgodził się niechętnie. – Przecież to nie możliwe, żeby Draco i Hermiona… – Przerwał, widząc minę Pansy. – Prawda?
Ślizgonka nie odpowiedziała, co jeszcze bardziej upewniło Zabiniego w przekonaniu, że może wcale się nie przewidział. Najwyraźniej Pansy nie wykluczała opcji, w której Draco i Hermionia zbliżyli się do siebie aż za bardzo. Blaise był przerażony.
*

Harry i Ron przytomni tylko w połowie jedli obiad. Nie mówili za dużo, z obawy, że przy otwarciu ust zwrócą wszystko co zjedli. Wczorajsza noc obojgu dostarczyła wrażeń i zdecydowanie było o czym opowiadać, tylko to nie był dobry moment. W pewnym momencie przyleciała poczta i Wielkiej Sali zapanowało nagłe poruszenie. Już po chwili na stole między Ronem a Harrym pojawiła się niewielka sterta listów i liścików. Potter zaczął je dostawać na siódmym roku i z początku nawet jeszcze je czytał, ale gdzieś w listopadzie zupełnie przestał zwracać uwagę na ten stosik, który pojawiał się z pocztą niemal za każdym razem. Wiadomości od ludzi zafascynowanych jego osobą, w pewnym momencie zaczynały być irytujące, aż w końcu zupełnie przestał się tym przejmować. Ron sięgnął po „Proroka Codziennego”, a oczy niemal wyszły mu z orbit.
– Jestem na pierwszej stronie – wykrztusił w końcu i podał gazetę przyjacielowi. Okularnik zerknął na ogromny tytuł głoszący „Sylwester w wielkim stylu”, a pod nim zobaczył ruchomą fotografię, przedstawiającą Rona i Astorię, tańczących na tle innych par. Przeszedł do artykułu na drugiej stronie, aby móc zapoznać się ze szczegółowym opisem zabawy, w której uczestniczyli. Imiona i nazwiska Króla i Królowej Nocy zostały wytłuszczone. Pokiwał głową z uznaniem i oddał Weasleyowi gazetę. Cieszył się, że to Ron był w centrum uwagi.
– Przecież jestem skończony. Jeśli mama się dowie… Wiesz, że czyta Proroka, a McGonagall? Wszyscy będą o tym gadać! – Harry zaśmiał się, posyłając przyjacielowi rozbawione spojrzenie.
– Witaj w moim świecie – rzucił, a dobry humor go nie opuszczał. Nie sądził, że dyrektorka, nawet jeśli dowie się o wszystkim, wyciągnie jakieś konsekwencje. Potter nie wiedział, jak bardzo mylił się w tamtym momencie.  Ron westchnął i niechętnie otworzył gazetę, zabierając się do lektury artykułu.
– Niech tylko Hermiona to zobaczy – mruknął posępnie. Harry poklepał przyjaciela po plecach.
– Ja bym raczej czekał na reakcję Astorii. – Ron spojrzał na niego spode łba, ale nic nie powiedział. Harry odnalazł wzrokiem Pansy, która siedziała po drugiej stronie Wielkiej Sali i właśnie mordowała go spojrzeniem. Potter zmarszczył brwi i przekrzywił głowę. Po cudownej pobudce zupełnie nie rozumiał zachowania Ślizgonki, która uparcie się w niego wpatrywała. Harry przeniósł spojrzenie na swojego przyjaciela, zajętego gazetą.
– Zaraz wrócę, muszę z nią pogadać – rzucił, wstając od stołu. Rudzielec kiwnął głową, nie mogąc oderwać się od opisu jego zwycięstwa w konkursie na zaklęcia. Doszedł do wniosku, że autor artykułu zdecydowanie przesadził z szampanem.
Harry szybko podszedł do stołu Ślizgonów, co nie uszło uwadze uczniów wszystkich domów, którzy akurat spożywali obiad. Okularnik bez pytania wcisnął się na miejsce obok Zabiniego, a naprzeciw Parkinson. Kilka Ślizgonek niedaleko zaczęło gorączkowo szeptać, ale nikt się nimi nie przejął. Blaise powiódł wzrokiem od Harry’ego do wściekłej jak osa Pansy i postanowił się ulotnić.
– To ja spadam –mruknął, podnosząc się ze swojego miejsca. Klepnął Pottera po plecach i dodał: – Powodzenia. – Puścił oczko przyjaciółce i już go nie było. Harry zmarszczył brwi, przyglądając się swojej dziewczynie. Ślizgonka gniewnie zmrużyła oczy, a potem sięgnęła po coś, co leżało obok niej na ławce.
– Co to jest? – wysyczała, zamaszyście kładąc gazetę przed zdezorientowanym Gryfonem. Harry pochylił się nad magazynem i zaklął w myślach. Nie mógł pojąć, skąd w ogóle Pansy miała egzemplarz „Czarowicy”, była to prasa najgorszego sortu. Widział siebie z Ślizgonką u boku, jak uśmiechali się do zdjęcia. Podczas wczorajszej imprezy pozował do tylu zdjęć, że tego nawet nie pamiętał. Podniósł wzrok, żeby napotkać mrożący krew w żyłach wzrok Parkinson. Odchrząknął.
– Co jest nie tak z tą gazetą? Jesteśmy na okładce, to chyba… – Przerwała mu, a potem otworzyła magazyn i zaczęła czytać, niemal wypluwając kolejne zdania:
– „Nasza nieustraszona dziennikarka na tropie kolejnej wielkiej intrygi. Czy Harry Potter jest w niebezpieczeństwie? I dlaczego, osoby z jego bliskiego otoczenia milczą? Wszystkiemu bliżej przyjrzała się Felicja Mayor, która zadebiutowała swoim fantastycznym artykułem, podsumowującym burzliwy związek jednego z wybitniejszych graczy w Quidditcha.
– Co ma jakaś Felicja do Quidditcha i dlaczego…
– Poczekaj na najlepsze – z sarkazmem powiedziała Pansy, kontynuując lekturę: – „Słynny Harry Potter był widziany podczas największej zabawy sylwestrowej na wyspach Brytyjskich, tylko kim była jego towarzyszka, której nie odstępował na krok? To młoda czarownica, powiązana z działalnością śmierciożerców. Czy Wybraniec jest w niebezpieczeństwie? Jak wiadomo nie wszystkich pomocników Tego, którego imienia nie wolno wymawiać złapano. Niejaka Pansy Parkinson, której wuj z początkiem października został osadzony w Azkabanie, zbliżyła się znacznie do Pottera. Prawdopodobnie za pomocą Amortencji lub silnych zaklęć otępiających. Być może Wybraniec jest pod wpływem Cofundusa…”
To jakieś brednie! – przerwał jej Harry, słysząc, że przy czytaniu ostatnich wersów głos jej się łamał. Podniosła na niego wzrok, odrzucając od siebie gazetę. Milczała.
– Przecież to wszystko ta cała Felicośtam wyssała sobie z palca.
– Skąd wiesz, może faktycznie poję cię Amortencją, żeby na koniec związanego oddać tej garstce, pożal się Salazarze, śmierciożerców, którzy znajdują się na wolności? – Gryfon westchnął.
– Nie możesz się przejmować takimi…
– Nie rozumiesz – podniosła głos. Harry pokręcił głową.
– Masz rację, nie rozumiem. – Pansy nic nie powiedziała, zamykając magazyn. Harry potarł ręką czoło.
– Posłuchaj, dobrze wiesz, że tę gazetę czytają tylko…
– Wszystkie dziewczyny, odkąd jesteś na okładce. Wiem – przerwała mu, krzyżując ręce na piersiach.
– Skąd to w ogóle wzięłaś? – zapytał spokojnie Harry.
– Prenumeruję ją jakaś trzecioklasistka, przyszła zapytać, czy odsprzedam im trochę amortensji.
– Im? – Potter uniósł jedną brew, kątem oka widział, że coraz więcej osób przygląda się jemu i Pansy.
– Tej dziewczynie i jej koleżankom.
– Oboje wiemy, że to głupie. Jeśli naprawdę ktoś wierz, że…
– Oh, błagam Harry! Oczywiście, że będą wierzyć gazetom, jak w ogóle chcesz wyjaśnić to… to coś między nami? To nie miało prawa się wydarzyć.
– Ale się wydarzyło. Być może zwariowałem. – Wzruszył ramionami. 
– Nadal nie rozumiesz, nigdy nie przestaną wytykać mnie palcami. Zawsze będą tą złą, bez względu na to, co zrobię.
– To nie prawda, Pansy. Wiesz, że to nie prawda. – Dziewczyna uśmiechnęła się i z niedowierzaniem pokręciła głową.
– Rozejrzyj się. – Potter z automatu powiódł wzrokiem po obecnych w Wielkiej Sali. Wszyscy patrzyli. Nie wiedział, co odpowiedzieć Pansy.
– Skończyłam. – Ślizgonka wstała od stołu i wyszła z Sali, do drzwi odprowadziło ją kilkadziesiąt par oczu. Harry również się podniósł.
– Koniec przedstawienia – warknął do osób znajdujących się najbliżej, a potem wrócił do Rona. Był zły.

Pansy opuściła wielką salę, idąc prosto do lochów. Wyrzucała sobie własną głupotę. Przez te kilka miesięcy naprawdę zapomniały kim kiedyś była. Oni nigdy nie zapomną. Pomyślała z goryczą. Nie chciała być czarnym charakterem, już nie. Skręciła w stronę pokoju wspólnego Ślizgonów, a na korytarzu pojawiła się Astoria. Od blondynki biła złość i nawet nie odpowiedziała na powitanie Parkinosn. Potrąciła brunetkę, nie oglądając się nawet. Pansy westchnęła, domyślając się, co mogło się wydarzyć.
*

Kwadrans wcześniej

Astoria po zażyciu podwójnej porcji eliksiru z liści cytrusowych była jak nowo narodzona. Jeszcze przed południem zdążyła wziąć prysznic i wrócić do sypialni, zanim Daphne się obudziła. Młodsza z sióstr wypiła zdecydowanie mniej, musiała zwyczajnie odespać wczorajszą noc. Astoria cieszyła się, że Pansy nie ma w sypialni, bo naprawdę nad sobą nie panowała. Wciąż myślała, że to właśnie Parkinson zabrała jej Harry’ego. Coraz bardziej zacięcie rozczesywała jasne włosy, nie zwracając uwagi na wyrywane pukle. Daphne usiadła na łóżku, a widząc co wyprawia Astoria natychmiast się zerwała.
– As, co się stało?! – Odebrała starszej siostrze szczotkę do włosów. Z przerażeniem obserwując, wściekłe odbicie Astorii w lustrze. Blondyna odwróciła się na krześle, gniewnie mrużąc oczy.
– Co się stało?! Och, ty już dobrze wiesz, co się stało. Wszyscy wiedzieli! Wczoraj starałam się to ignorować, ale dzisiaj…
– Zwolnij trochę, o czym ty…
– O tej wywłoce Parkinson i Harrym.
– Potterze?
– A znasz innego Harry’ego?! Na litość Merlina, nie udawaj głupiej! Jak długo to trwa?! – Daphne otworzyła usta, żeby po chwili je zamknąć, nie rozumiała, dlaczego była atakowana. Usiadła na swoim łóżku, wzdychając ciężko.
– Po pierwsze, Pansy może się umawiać z kim chce, a ty i Harry, no cóż… Rozmawialiście ze sobą może ze trzy razy. Poza tym nie podejrzewałaś tego wcześniej? – Daphne nie doczekała się odpowiedzi, bo wściekła Astorii opuściła sypialnię, trzaskając drzwiami.
– Poszło lepiej, niż myślałam – mruknęła do siebie Daf, opadając na miękki materac. Wiedziała, że to z pewnością nie był koniec i że Astoria nie odpuści tak łatwo.
*

Blondynka nie zważając na śnieg i mróz opuściła zamek, kierując się na boisko od Quidditcha. Potrzebowała rozładować emocje, które nią targały. Była rozgoryczona i zła. Zmarnowała połowę semestru na głupie lekcje latania, żeby przypodobać się Potterowi, a nic z tego nie wyszło. To przez Weasleya! Niczego mnie nie nauczył. Pomyślała gniewnie, obarczając winą wszystkich oprócz siebie. Za pomocą zaklęcia otworzyła składzik na miotły i pochwyciła jeden z nowszych modeli, którymi dysponowała szkoła. Energicznie przemaszerowała na środek boiska i zatrzymała się na chwilę. Nie wiedziała, czy to dobry pomysł, ale potrzebowała tego. Chciała, żeby mroźne powietrze owiało jej policzki, chciała oderwać stopy od ziemi. Mocniej zacisnęła palce wokół rączki miotły, żeby po chwili wzbić się w powietrze. Wzniosła się na wysokość pętli do Quidditcha, zaczynając od ostrożnych manewrów, których nauczył ją Ron. Pieprzony Weaslay, wszystko odwlekał zbyt długo. Pomyślała gniewnie, nieświadomie przyśpieszając. Zaraz potem zaczęła myśleć o siostrze, która zataiła przed nią prawdę i o Parkinson, która – według Astorii – dopuściła się zdrady. Blondynka nie rozumiała, dlaczego może mieć absolutnie każdego, z wyjątkiem mężczyzn, którymi naprawdę była zainteresowana.  Tak było, odkąd tylko pamiętała. Zawsze chodzi im tylko o seks. Pomyślała rozgoryczona, przypominając sobie wszystkich facetów, których poznała na sylwestrowej zabawie. Znów przyśpieszyła, robiąc gwałtowny nawrót tuż przy pętli. Niemal spadła z miotły, a serce tłukło się w jej piersi jak oszalałe. Nie zwracała na to uwagi, ogarnięta ślepą furią. Miała ich wszystkich dość i Daphne, i Pansy, i nawet Pottera.
– Są siebie warci – warknęła pod nosem, przyśpieszając. Traciła kontrolę nad miotłą, zupełnie nie zwracając uwagi na to, że latała coraz szybciej.
*

Ron i Harry rozsiedli się w pokoju wspólnym Gryffindoru. Weaslay widział, że jego przyjaciel był wściekły i długo się zastanawiał, czy poruszyć drażliwą kwestię. W wieży pojawiało się coraz więcej uczniów, wracających z przerwy świątecznej. W kominku trzaskał ogień, a niedbale ułożone poduszki gniotły w plecy osoby zajmujące kanapę. Ron ziewnął przeciągle. Musiał przyznać, że się nie wyspał, ale doszedł do wniosku, że mógłby nie spać przez najbliższy tydzień, gdyby tylko ktoś pozwolił mu przeżyć tę sylwestrową noc raz jeszcze.
– I jak poszło z Parkinson? – zapytał rudzielec, przerywając milczenie. Harry zerknął na niego, zaciskając mocniej szczękę. Długo nic nie mówił.
– Przeczytała jakiś tam artykuł i zwyczajnie się wciekła. Powinno jej przejść – powiedział w końcu Harry, poprawiając sobie poduszkę pod plecami. Ron odchrząknął.
– Jaki artykuł? – zapytał po chwili. Potter wzruszył ramionami.
– Coś o jej rzekomym śmierciożerstwie i o tym, że rzuciła na mnie urok. Nic specjalnego.
– Nie wierzę, że to mówię, ale… No Pansy miała prawo się wściec, okej? Dla ciebie to norma, ale o niej piszą pewnie pierwszy raz. Może… – Ron w porę ugryzł się w język. Harry spojrzał na niego pytająco i świdrował go spojrzeniem, póki rudzielec nie podjął przerwanego wątku. Ronald znów odchrząknął.
– Może… powinna porozmawiać z Ginny? Wiesz, w końcu będą przechodzić przez podobne… – Weasley zamilkł, widząc wzrok przyjaciela.
– Albo nieważne. Przejdzie jej – dodał po dłuższej chwili. Siedzieli w cichy, obserwując młodsze roczniki. Ron wstał i przyniósł im po piwie kremowym. Z butelki nie smakowało tak dobrze jak to, serwowane „Pod trzema miotłami”, ale Gryfoni nie narzekali. Harry w końcu się odezwał, upijając trochę piwa.
– Więc ty i Astoria, hm? – Ron niemal się oblał  bezalkoholowym napojem. Odstawił butelkę i wytrzeszczył oczy na przyjaciela.
– Nie żartuj nawet. Przecież to Astoria.
– No właśnie, sam musisz przyznać, że to jedna z lepszych lasek.
– I właśnie dlatego ja nie mam szans – mruknął Ron. Chciał skończyć ten niewygodny temat. Jakoś nie potrafił myśleć o Astorii „w ten sposób”. Czuł, że to byłoby nie fair w stosunku do Hermiony. Mimo ich zerwania rudzielec uważał, że wciąż było za wcześnie.
– Oh, wczoraj nie mogliście się od siebie oderwać… A właśnie, gdzie ty właściwie spałeś? Pamiętam tylko, że miałeś ją odprowadzić do lochów… – Ronald parsknął śmiechem i z  rozbawieniem w oczach spojrzał na przyjaciela.
– Chyba nie myślałeś, że zaryzykuję powrót do sypialni, wiedząc, że poszedłeś tam z Parkinson…
– Nie wyobrażaj sobie za dużo – burknął Harry, ale na myśl o pobudce, którą zafundowała mu Ślizgonka, uśmiechnął się w myślach.
– W każdym razie, chyba zapomniałeś, że jestem prefektem. Sypialnia na czwartym piętrze stała wczoraj otworem.
– Oh no tak. – Harry sięgnął po piwo kremowe. Dziwnie będzie mieszkać w Hogwarcie bez Rona. Pomyślał, ale nic nie powiedział. Cieszył się, że jego przyjaciel został tak odznaczony.  
– To będzie dziwne – powiedzieli jednocześnie, a potem parsknęli śmiechem. Dopili piwo, rozmawiając o wczorajszej imprezie.
– Chyba pójdę z nią pogadać – stwierdził Harry, mając na myśli Pansy. Ron skinął głową.
– Powodzenia – krzyknął za przyjacielem. Kiedy Potter zniknął w przejściu, rudowłosy nastolatek chwycił puste butelki i skierował się do kosza. Przechodził obok okna, wychodzącego na boisko do Quidditcha, a szkło prawie wypadło mu z rąk. Dokładnie przyjrzał się samotnej postaci na miotle, a potem puścił się biegiem w stronę schodów. W ostatnich chwili przywołał zaklęciem swoją kurtkę. Przeklinał w myślach moment, w którym nauczył Astorię wsiadania na miotłę.
Dość szybko znalazł się na boisku do Quidditcha. Trampki, które miał na nogach całkowicie przemokły, ale Ron zupełnie to zignorował. Porywisty wiatr rozwiewał poły jego kurtki. To zdecydowanie nie była pogoda do latania. Widoczność była fatalna. Odszukał wzrokiem samotną postać na miotle, która ze zbyt dużą prędkością pokonywała kolejne hektary boiska. Ronald od razu wiedział, że Ślizgonka nie panowała nad miotłą. Kidy prawie uderzyła w jedną ze złotych obręczy, zaklął szpetnie.
– Astoriaaa! – wrzasnął, chcąc zawrócić na siebie jej uwagę. Dziewczyna na ułamek sekundy zawisła w powietrzu, żeby po chwili nieposłuszna miotła porwała ją jeszcze wyżej.
– Wyląduj do cholery!!! – Usłyszała jego krzyk, ale choć bardzo chciała, nie potrafiła zmusić miotły do obniżenia lotu. Ślizgonka była przerażona. Umrę tutaj, umrę jak nic. Myślała, próbując odszukać wzrokiem niewyraźną postać. Zrozumiała, że to Ron, w chwili gdy dostrzegła rudą czuprynę. Straciła go z oczu, a chwilę potem miotła porwała ją gdzieś ponad pętle. Astorii łzy cisnęły się do oczu. Złość przeszła jej całkowicie, chciała po prostu bezpiecznie wrócić do zamku.
Ron z obawą obserwował, jak Ślizgonka unosiła się coraz wyżej. Nie mam wyboru. Pomyślał, wyciągając różdżkę z tylnej kieszeni spodni. Starał się wycelować w miotłę, ale w panujących warunkach graniczyło to z cudem.
– Immobulus – krzyknął, a fioletowawy promień dosięgnął Astorii. Ron nie miał pojęcie, czy trafił w dziewczynę, czy w miotłę, ale już po chwili zauważył, bezwiedne ciało, pikujące w dół. Rzucił się biegiem w tamtą stronę, ale był zbyt wolny. W ostatnich chwili rzucił następne zaklęcie, sprawiając, że Ślizgonka zawisła na kilka sekund tuż nad ziemią. Rzucił się w jej stronę, licząc, że uda mu się złapać jej bezwiedne ciało, ale dziewczyna upadła w śnieg. Ron na czworakach podszedł do dziewczyny, odgarnął jej blond włosy z twarzy. Oczy miała zamknięte. Ron trzęsącą się ręką wymierzył różdżkę w klatkę piersiową dziewczyny.
– Finite – szepnął. Już myślał, że nic to nie dało, ale Astoria nagle łapczywie zaczerpnęła powietrza, unosząc głowę. Gryfon odetchnął z ulgą i cofnął się odrobinę. Astoria usiadła na śniegu, milczała. Nawet nie spojrzała na Rona, wpatrywała się w przestrzeń, a jej jeansy nasiąkały wodą. Gryfon schował różdżkę.
– Wszystko w porządku? – zapytał, przyglądając się jej z profilu. Blondynka gwałtownie wstała, odwracając się do chłopaka.
– Nie? Nic nie jest w porządku! Okłamałeś mnie, to wszystko twoja wina! – Ron podniósł się z ziemi, pytająco patrząc na blondynkę.
– Rozumiem, że uderzyłaś się w głowę. Naprawdę mocno – dodał ciszej. – Co ci strzeliło, żeby iść latać w taką pogodę? – Blondynka skrzyżowała ręce na piersiach.
– Oh, nie udawaj, że w ogóle cię obchodzę! Jeśli chciałeś mnie przelecieć, trzeba to było zrobić wczoraj, gdy byłam nieźle wstawiona. Od początku chodziło ci tylko o to! Nie chciałeś mi pomóc z Harrym, chciałeś tylko…
– Wow, zwolnij trochę! O czym ty, do cholery mówisz?!  – Ronald zdecydowanie nic nie rozumiał.
– Miałeś nauczyć mnie latać, żebym mogła zbliżyć się do Harry’ego, a ty wszystko odwlekałeś i Parkinson mnie uprzedziła! Mydliłeś mi oczy, żeby oni mogli się zejść! Pewnie zgodziłeś się tylko po to, żeby móc zmacać mój tyłek, bo ta cnotka Granger ci nie daje! 
– Zamknij się – warknął Gryfon. Teraz już rozumiał. Jak zawsze chodziło o Harry’ego. Wszystko stało się jasne, Greengrass nigdy by się do niego nie odezwała, gdyby nie jej zainteresowanie Potterem. W głowie miał tylko ich pocałunek ze Skrzydła Szpitalnego i poczucie, że to wszystko było udawane. Chciała Harry’ego, od samego początku.  
– Świetnie, że to sobie wyjaśniliśmy! Żałuję tylko, że zmarnowałem tyle czasu na ciebie i te głupie lekcje latania. Mam nadzieję, że następnym razem Harry cię uratuje, zanim się zabijesz, bo ja na pewno nie kiwnę palcem.
– Nie wierzę, czy ty masz do mnie pretensje?! To ja mam prawo być wściekła, bo…
– Bo?! – przerwał jej, a policzki pociemniały mu ze złości. W tamtej chwili chciał wymazać Greengrass ze swojego życia. To on miał prawo czuć się oszukany. Astoria zamilkła. Nie wiedziała, dlaczego Ron na nią naskoczył, skoro to ona czuła się zdradzona. Objęła się rękami i pociągnęła nosem. Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale Gryfon ją uprzedził:
– Tak właśnie myślałem. Postaraj się nie zamarznąć, czekając, aż ktoś piękny, sławny i bogaty, przyniesie ci swoją kurtkę.
Odszedł, zostawiając zaszokowaną dziewczynę. Zdecydowanie nie musiał wiedzieć, że Ślizgonce chodziło tylko o Harry’ego. Tym bardziej, że zaczynał ją lubić. Przeklął Astorię w myślach, wracając do zamku. Od początku dobrze wiedział, że u takiej dziewczyny nie miał szans.
*

Ron rozpakowywał swoje rzeczy w nowej sypialni. Łóżko na czwartym piętrze było dużo wygodniejsze, ale Gryfon naprawdę wolałby spać na twardym materacu w Wieży Gryffindoru. Czuł się tutaj obco. Niedbale wrzucił kilka T-shirtów do szuflady w komodzie i zasunął ją. Harry siedział na łóżku i bawił się kolekcją kart czarodziejów, zamiast pomagać w przeprowadzce. Ron nie miał mu za złe, nadal nie pogodził się z Parkinson. Ktoś zapukał do drzwi jego sypialni i nie czekając na zaproszenie, wtargnął do środka. Astoria miała na sobie całkowicie suche ubrania, a włosy upięła na czubku głowy. Zaniemówiła, widząc Harry’ego, rozwalonego na łóżku i Rona, siedzącego na dużym kufrze. Obaj świdrowali ją wzrokiem. Ślizgonka odchrząknęła i już miała coś powiedzieć, kiedy Ronald jej przerwał:
– Jak tu weszłaś? – Jego ton był dość opryskliwy, co zdziwiło Pottera.
– Michael mnie wpuścił – powiedziała, wzruszając ramionami. Zdawało się, że wcale się nie przejęła morderczym spojrzeniem Ronalda.
– Czego chcesz? – warknął w jej stronę rudzielec. – A właściwie, może powinienem zostawić cię sam na sam z Harrym? – Okularnik spojrzał zdziwiony na przyjaciela, wyraźnie wciągnięto go w jakąś grę, której nie rozumiał. Astoria prychnęła.
– Zachowujesz się jak dziecko. McGonagall chciała nas widzieć i coś czuję, że szybko stracisz tę swoją odznakę…
– Nas? – zapytał Harry i wskazał na siebie i Rona. Ślizgonka zacmokała.
– Przykro mi Potter, ale to sprawa między mną, a twoim drażliwym przyjacielem. – Ron podniósł się z kufra i wyszedł, nie czekając na Astorię. Ślizgonka posłała oczko Harry’emu i ruszyła za rudzielcem. Okularnik życzył im w myślach powodzenia.

Stanęli przed obliczem dyrektorki, a McGonagall nie owijając w bawełnę, położyła przed nimi Proroka Codziennego. Wciąż byli na pierwszej stronie. Ron zaklął w duchu. Minerva poleciła im usiąść, a potem uraczyła ich dość długim monologiem. Poruszyła kwestię ich samowolnego opuszczenia terenu szkoły, a potem udania się na imprezę, gdzie z pewnością spożywali alkohol. Na koniec zadała jedno proste pytanie:
– Kto jeszcze tam był? – Ronald zerknął przelotnie na dziewczynę, a potem szybko powiedział:
– Tylko my dwoje, pani dyrektor.
– Czyżby? – Dyrektorka zmrużyła oczy, wiedziała, że Ron ją okłamuję, ale nie miała żadnych dowodów. Nastolatkowie milczeli. – Zanim odejmę wam punkty, zapytam jeszcze raz, kto jeszcze tam  był?
– Tylko my dwoje – zapewniła tym razem Astoria, a kłamstwo wypowiedziała z taką łatwością, że nawet Ronald byłby w stanie jej uwierzyć.
– W takim razie odejmuję waszym domom po pięćdziesiąt punktów. Mam serdecznie dość tej niesubordynacji ze strony ostatniego rocznika. Musicie zrozumieć, że jeśli jesteście pełnoletni nie oznacza, że możecie stać ponad zasadami. To tyczy się całego waszego rocznika, czy wyrażam się jasno panie Weaslay? – Ron kiwnął głową.
– Mam nadzieję, że panna Greengrass nie ma na pana tak dużego wpływu, że skłamałby pan dyrekcji.
– Już mówiłem, że tylko nasza dwójka wymknęła się z zamku. – McGonagall zdjęła swoje okulary i potarła skronie.
– Skoro tak bardzo lubicie imprezy, jesteście odpowiedzialni za organizację balu absolwentów. Myślę, że odnajdzie się pani w swojej roli, panno Greengrass. – Ślizgonka zacisnęła zęby, bo cisnęła jej się na usta wiązanka, której dyrektorski gabinet nigdy by nie zapomniał. Zdusiła przekleństwo, a potem uśmiechając się dość nienaturalnie, powiedziała:
– Dziękujemy za tak łagodną karę, pani dyrektor. – McGonagall skinęła głową.
– Możemy już iść? – zapytał od razu Ron. Krótko mówiąc, był załamany. Miał na głowie OWUTemy i nie potrzebował dodatkowych zajęć. W dodatku znów będzie skazany na towarzystwo Ślizgonki, której nie chciał oglądać przez najbliższe tysiąclecie. Po kolejnej reprymendzie, opuścili gabinet dyrektorki w ponurych humorach.
– Świetnie, przez ciebie muszę organizować jakiś głupi bal i w dodatku straciłam punkty.
– Przeze mnie? – Gryfon był pewny, że się przesłyszał. Astoria przystanęła.
– Gdybyś trzymał się ode mnie z daleka…
– Na litość Merlina, Greengrass! Przypomnę ci tylko, że to TY prosiłaś MNIE o pomoc. Nie na odwrót.
– Oh, jesteś taki sam jak wszyscy!
– W dupie mam twoją opinię – warknął, odchodząc. Ślizgonka otwarła usta z wrażenia. Stała na korytarzu jeszcze długo po tym, jak Ronald zniknął jej z oczu.

*

Draco Malfoy czuł się nieswojo. Niemal wszyscy napotkani uczniowie taksowali go podejrzliwymi spojrzeniami, nikomu nie umknął fakt, że blondyn wrócił do szkoły. Właściwie mało go obchodziło, co myśleli na jego temat inni. Wracał z lochów. Liczył, że zastanie tam Zabiniego, jednak bruneta nie było ani w pokoju wspólnym Ślizgonów, ani w sypialni. Malfoy niezadowolony kierował się do swojego dormitorium. Dziwiło go, że jeszcze nie wpadł na Granger, bo jej towarzystwo było nieodłączną częścią jego dnia. Odkąd wstał w samo południe, zastanawiał się nad tym, co wydarzyło się wczorajszej nocy. Wiedział, że to nie powinno się stać, ale wcale nie miał wyrzutów sumienia. Zaskoczył samego siebie, stwierdzając, że niczego nie żałował. Uśmiechnął się pod nosem na myśl o Granger, zadręczającej się tym, co się między nimi wydarzyło. Skręcił w ostatni już korytarz i wpadł na Michaela Cornera. Krukon wciąż miał założone kilka szwów na łuku brwiowym. Nieźle cię Blaise urządził. Pomyślał Malfoy, kalkulując, że od wypadku minął niemal miesiąc.
– Hej Malfoy – zawołał Corner, gdy Ślizgon go mijał. Draco westchnął i odwrócił się do Krukona. Uniósł pytająco brew.
– Wiesz może, gdzie jest Hermiona? Mam dla niej… – Michael urwał w połowie zdania, widząc, że Draco wzrusza ramionami.
– Mało mnie obchodzi, co robi Granger. Pewnie siedzi w bibliotece albo w wieży Gryffindoru – skłamał gładko Malfoy. Krukon kiwnął głową i nic nie mówiąc, zawrócił. Draco, upewniając się, że Corner na dobre opuścił korytarz, postanowił złożyć wizytę Hermionię. Nie miał pewności, że dziewczyna była w swojej sypialni, ale nic nie tracił, sprawdzając. Stanął przed drewnianymi drzwiami i zapukał. Słyszał skrzypienie łóżka po drugiej stronie i kroki. Zapukał znowu, ale Gryfonka uparcie milczała. Za trzecim razem usłyszał jej głos:
– Kto tam? – Draco zmarszczył brwi, znał ten ton - płakała.
– Otwórz Granger, musimy pogadać – powiedział, opierając prawą rękę o framugę, wciąż zamkniętych drzwi. Słyszał, że dziewczyna gwałtownie odchodzi od drzwi.
– Do cholery, otwieraj! – Tracił cierpliwość, bo sterczał na korytarzu już dłuższą chwilę. Teraz już nie zamierzał odpuścić, nie chodziło tylko o Michaela, ale przede wszystkim o to, co wydarzyło się wczoraj.
– Proszę cię, daj mi spokój – powiedziała, łamiącym się głosem. Hermiona siedziała oparta o drzwi, a policzki miała mokre od łez. Ginny uświadomiła jej dzisiaj, kim się stała, a panna Granger nie potrafiła tego zaakceptować. Czuła się jeszcze gorzej, wiedząc, że niczego nie żałowała. Ani jednej minuty poświęconej Draco. Znów zadudnił w drzwi, a Hermiona wiedziała, że nie odpuści. Podciągnęła kolana pod brodę.
– Po prostu otwórz te przeklęte drzwi – warknął Draco. – Wiem, że mnie słyszysz, Granger!
– Zostaw mnie, porozmawiamy jutro.
– Porozmawiamy teraz! Lepiej odsuń się od drzwi…. – Ślizgon wyciągnął różdżkę, ale Hermiona była szybsza. Bez wysiłku rzuciła zaklęcie blokujące „Alohomorę” oraz kilka innych prostych uroków, służących do otwierania pomieszczeń. Malfoy zaklął szpetnie, orientując się, że jego czary na nic się zdadzą. Zaraz wpadł na inny pomysł. Oh, otworzysz te drzwi szybciej niż myślisz…
– Granger, otwórz, bo… – urwał w pół zdania i gwałtownie wciągnął powietrze do płuc. Osunął się na ziemię z głuchym trzaskiem. Wrzasnął, szamocząc się na ziemi. Drzwi stanęły otworem. W progu zobaczył Hermionę z zaczerwienionymi oczami i przerażeniem malującym się na twarzy. W prawej ręce trzymała swoją różdżkę. Natychmiast uklękła obok blondyna, a gdy tylko to zrobiła, Draco przestał się rzucać. Podniósł się do pozycji siedzącej i z bezczelnym uśmiechem oświadczył:
– Już mi lepiej, dziękuję. – Bez zastanowienia strzeliła go w twarz i szybko podniosła się z ziemi. Draco chwycił piekący policzek i również wstał. Gryfonka chciała szybko zamknąć się w sypialni, ale uniemożliwił jej to, przytrzymując drzwi.
– Teraz już musisz ze mną porozmawiać – powiedział, wchodząc za nią do środka. Hermiona była dziwnie milcząca, bo według kalkulacji Malfoya od co najmniej trzech minut powinna pouczać go w kwestii żartów z jego poważnej przypadłości. Zamiast tego milczała, kuląc się na krześle przy biurku. Nie pytając ją o zgodę, chłopak otworzył okno. W pomieszczeniu panował straszny zaduch.
– Rozumiem, że to nie jest dobry moment, ale…
– Czyli mam zupełnie zignorować to, że tak nieodpowiedzialnie…
– Przepraszam – przerwał jej. – Teraz lepiej?
– Nie – powiedziała spokojnie. – Zignoruję twój kretynizm, powiesz to, co masz do powiedzenia, a potem sobie pójdziesz, zgoda?
– Właściwie to najpierw chciałem zapytać, czego od ciebie chciał Michael Corner, ale po dłuższym zastanowieniu… chyba powinniśmy pogadać o czymś innym. – Hermiona uniosła pytająco brew.
– O wczorajszym, chyba nie zamierzasz tak tego zostawić?
– Nie mam pojęcia, o czym mówisz – odpowiedziała spokojnie. Draco potarł nieogolony policzek.
– Może wczoraj trochę wypiliśmy, ale nie wmówisz mi, że niczego nie pamiętasz.
– Czego mam nie pamiętać? Wyrażaj się jaśniej. – Jej spokojny ton zaczynał go denerwować. Nie rozumiał, dlaczego udawała, że nic się między nimi nie wydarzyło.
– Granger całowałem cię wczoraj i oboje wiemy, że…
– Ah, więc mówisz o tym pocałunku, którego nie było? – Spojrzała na niego znacząco, ale teraz to Malfoy niczego nie rozumiał.
– Uderzyłaś się w głowę, wstając rano? – zapytał po chwili.
– Nie, Malfoy. Po prostu daję ci do zrozumienia, że wczorajszy wieczór był błędem i lepiej będzie udawać, że nic się nie wydarzyło.  – Ałć. Pomyślał blondyn, ale nie dał po sobie niczego poznać.
– Ale przecież…
– To wszystko, co mam do powiedzenia – przerwała mu, starając się opanować drżenie głosu. Słowa, które wypowiadała, brzmiały tak obco. To, co mówiła, było dalekie od myśli zatruwających jej głowę. Malfoy nie wierzył w to, co słyszał. Nie potrafił tego przyznać, ale słowa Granger mimo wszystko go zabolały. Gdyby tylko zdobył się na schowanie dumy do kieszeni, wszystko mogłoby potoczyć się inaczej, ale zamiast tego rzucił jedynie:
– Jak chcesz – wzruszył ramionami. – Mam nadzieję, że już więcej nie popełnimy takiego błędu. 


No rozdział trochę późno, ale naprawdę liczyłam na ten koniec świata... 
Tak, czy inaczej nie mogę się określić, kiedy uda mi się napisać następną część, mam nadzieję, że pojawi się z początkiem października ;) 
~Pani M.