wtorek, 23 września 2014

Rozdział 16




Okej, więc muszę wyjaśnić parę spraw, ten rozdział wyjaśnia „magiczną” przemianę Pansy  i wreszcie dowiecie się, kto był gościem z pociągu. Notka dla Julki, Magdy i Oliwii. Zapraszam do czytania, komentowania i innych takich ;)
KOMENTARZ=ROZDZIAŁ SZYBCIEJ !
~Pani M.

Rozdział 16 – Piwo kremowe i ognista.

Harry i Pansy wrócili ze szlabanu. Przemoknięci i nie odzywali się do siebie. Pansy tylko rzuciła coś, że kurtkę odda jutro przy śniadaniu. Harry kiwną głową i czym prędzej pobiegł do dormitorium przebrać mokre ubrania. Ślizgonka zrobiła to samo. Weszła do swojej sypialni i rzuciła się w stronę kufra, aby wyciągnąć suche rzeczy. Daphnie i Astoria, z którymi dzieliła pokój, przyglądały się jej ze zdziwieniem. W końcu Daphne zdobyła się na odwagę i zapytała:
– Pansy, dlaczego jesteś mokra? – Astoria prychnęła i wyszła bo rozmowa przestała dotyczyć jej osoby. Pansy odpowiedziała, wygrzebując gruby sweter z dna kufra:
– Ten idiota Potter wrzucił mnie do jeziora! – Była zła na samo wspomnienie gryfona. Zabrała suche ubrania i zamknęła się w łazience. Daphne miała nadzieję, że Harry nie wspominał nic Pansy, o tym, że ją widział. Dzięki temu dziewczyna uniknęła kłopotliwych pytań. Pansy wzięła gorącą kąpiel, aby się rozgrzać. Jej myśli cały czas zaprzątał Harry i fakt, że chłopak nie chcę odpuścić sprawy z jej wujkiem. Tak, to nie był zwykły śmierciożerca. Zaraz po bitwie o Hogwart, Pansy była u kuzynki we Francji. Ojciec Mirabel był śmerciożercą. A raczej, JEST. Poprawiła się w myślach Ślizgonka. Wróciły do niej wspomnienia:

– Pansy!!! Nie widziałam cię od wieków! – wykrzyknęła Mirabel.
– Ja ciebie też Miri – odkrzyknęła Ślizgonka i wpadły sobie w ramiona, nie widziały się ponad siedem lat. Mirabel bardzo się zmieniła. Jej zawsze krótkie włosy, zastąpiła plątanina czarnych loków. Rysy jej się wyostrzyły, nie przypominała już dziecka. Tak ją Pansy zapamiętała, jako dziecko z króciutkimi włosami i wiecznym uśmiechem na twarzy. Jedynie oczy, brązowe i ciepłe, zachowały ten sam dawny błysk i radość. Pansy powitała wuja i ciotkę, wymieniając uprzejmości. Wuj wniósł za nią walizkę na górę. Mieszkali w wielkim domu prawie nad samym morzem. Pansy dostała sypialnie naprzeciwko pokoju Miri. Po kolacji obie dziewczyny spędziły długi wieczór na pogaduchach. Nie widziały się przecież od siedmiu lat. Mirabel była cztery lata młodsza od Pansy, ale dziewczyny bez problemów odnajdywały wspólny język. Dochodziła już pierwsza w nocy, a temat stał się bardziej poważny. Wszystko zaczęła Mirabel.
– Pansy, zastanawiałaś się jak to jest być po tej drugiej stronie? – zapytała z pełną powagą. Zapanowała cisza, przerywana raz po raz chrapaniem ojca Miri.
– Nie... – odpowiedziała ostrożnie Pansy. Domyślała się co ma na myśli kuzynka, ale wolała usłyszeć to od niej, zapytała:
– Właściwie co masz na myśli? – Mirabel wzięła głęboki wdech i rozejrzała się dookoła jakby z obawą.
– No wiesz... Jego już nie ma, nic nam nie zagraża… więc zastanawiam się jakby to było być po tej drugiej stronie, dobrej stronie… – Skończyła szeptem. Pansy nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała. Od małego uczono jej nienawiści i pogardy do szlam, mugoli i charłaków. Odpowiedziała zgodnie z regułką, wyuczoną na pamięć, powtarzała słowa, jego słowa:
– Miri, – zaczęła – „Nie ma dobra i zła, jest tylko władza i potęga...” – Kuzynka przerwała jej machnięciem ręki:
– Tak wiem! Ale zastanów się, JEGO już nie ma, nie powtarzaj jego idei jakbyś w nie wierzyła. Nie jesteś taka Pans, i ja też nie! – Zakończyła z dumnie uniesioną głową. Ślizgonka odwróciła wzrok.
– Jestem zmęczona Mirabel i ty też już powinnaś iść – odpowiedziała oschle. Miri wstała z łóżka Pansy i powiedziała głosem przepełnionym żalem:
– Dobranoc, pogadamy jak zastanowisz się po której chcesz być stronie. Ja już wybrałam i choć jestem młodsza, chyba rozumiem więcej niż ty Pans. To smutne. – dodała i wyszła. Pansy nic nie odpowiedziała, ale tej nocy mimo zmęczenia nie mogła zasnąć.
Następnego dnia przy śniadaniu Pansy nie rozmawiała z Mirabel. Ciotka zaproponowała żeby wybrały się nad morze. Oczywiście obie dziewczyny, żeby nie robić kłopotów, zgodziły się, nawet udały coś w stylu entuzjazmu. Szły przez wydmy, nic nie mówiąc, a Pansy biła się z myślami: z jednej strony nie chciała być tą złą. Nie chciała być popleczniczką Voldemorta, zadrżała na samo przywołanie jego imienia w myślach. Nie chciała skończyć jak Bellatrix. Nie można się zmienić z dnia na dzień, taka przemiana wymaga pracy nad sobą, ciężkiej pracy. Z drugiej strony jak miałaby się wyprzeć wszystkiego w co wierzyła przez osiemnaście lat życia? Zboczyły z plaży, by wejść na deptak. Nadal się do siebie nie odzywały. Mijali je różni ludzie, młodzi, starzy. Pansy nie zawracała na nich większej uwagi, nie to co Miri, dziewczyna uśmiechała się do wszystkich, a niektórzy odwzajemniali uśmiech. Kilka metrów przed nimi jakaś staruszka upadła. Pierwszym odruchem Pansy było podbiegnięcie do starszej pani i pomoc , jednak szybko sobie przypomniała odpowiednią wyuczoną formułkę „Przetrwają tylko najsilniejsi, obojętność i lekceważenie to twoja największa broń, pamiętaj Pansy” to powiedział jej ojciec, zanim dziewczyna pojechała do Hogwartu po raz pierwszy. Mirabel spojrzała na kuzynkę uniosła pytająco brwi i nie czekając na reakcję Pansy, podbiegła do staruszki i pomogła jej wstać. Podała drewnianą laskę i zapytała czy nie odprowadzić starszej pani do domu. Po zapewnieniach staruszki, że wszystko jest w porządku Miri dała spokój i wróciła do Pansy stojącej kilka metrów za nią i przyglądającej się całej scenie. 
– Tylko mi nie mów, że nie chciałaś jej pomóc… – mruknęła Mirabel. To wystarczyło aby złamać Pansy.
– Dobra, wygrałaś! Nie chcę być tą złą, ale nie umiem zapomnieć…
– I nie zapomnisz, Pansy. Nigdy nie zapominamy, nie myśl o tym. Schowaj to wszystko do osobnej szuflady i zamknij ją. Wszystkie wspomnienia o NIM. Wszystkie prawa i opinie na temat mugoli i mugolaków.
– Nie potrafię… – szepnęła Pansy.
– Oczywiście, że potrafisz! – Patrzyły sobie w oczy, a po chwili Pan kiwnęła głową.
– Chodź pójdziemy na gofry.
Wróciły do domu na kolację. Tego wieczoru po zimnym prysznicu Pansy postanowiła znów porozmawiać z kuzynką. Zapukała do jej pokoju i gdy usłyszała „proszę”, otworzyła drzwi.
– Eee... Miri, nie przeszkadzam? – zapytała, usiłując być miła. Kuzynka widząc jej starania, zachichotała i przecząco pokręciła głową.
– Nie przeszkadzasz. – Zaczęła rozczesywać mokre, świeżo umyte włosy. Pansy zapytała:
– Nie będę owijać w bawełnę, chciałam wiedzieć jak zareagowali na twoją „przemianę” rodzice… – Mirabel zatrzymała szczotkę w połowie pasma rozczesywanych włosów i nerwowo rozejrzała się po pokoju. Odłożyła szczotkę i podeszła do drzwi. Upewniła się, że są zamknięte i siadła na swoim łóżku przykrytym niebieską narzutą. Kolor Beauxbatons,  jej szkoły. Pansy obawiała się, że zna już odpowiedź, Miri odpowiedziała:
– Rozmawiałam z nimi przy kolacji jeszcze przed bitwą o Hogwart, długo przed… – Wyglądała jakby samo mówienie sprawiało jej ból. Jednak Pansy bardzo chciała wiedzieć. Miri kontynuowała:
– Zabronili mi o tym komukolwiek mówić, tata, on… – Po jej policzkach pociekły łzy. Pansy podeszła do młodszej kuzynki i objęła ją mocno. Szepnęła:
– Nie musisz o tym mówić Miri, już jesteś bezpieczna.
 Mirabel wyrwała się z objęć Pansy i prze łzy mówiła dalej:
– Nigdy nie będę bezpieczna! Nigdy nie będę mogła być sobą, nigdy dopóki on tu jest. Torturował mnie, z czasem się przyzwyczaiłam. Jak tyko usłyszał, że komuś pomogłam, zawsze dostawałam Cruciatusem. Mama próbowała go przekonać, ale też raz dostała i już siedzi cicho... – Pansy znów objęła Miri i pozwoliła jej się wypłakać. Była przerażona tym co usłyszała. Zwątpiła czy ta przemiana jest jej tak bardzo potrzebna. Stchórzyła. Niech Mirabel będzie tą dobrą, ale Pansy nie miała zamiaru się w to mieszać. Szanowała decyzję kuzynki i w pewnym sensie podziwiała, jej nie było stać na taką odwagę i poświęcenie.
Minął kolejny dzień, a Pan od tamtej nocy zupełnie inaczej patrzyła na wuja.
 Czwartego dnia w środku nocy usłyszała krzyki. Wstała trochę przerażona, ale przede wszystkim ciekawa. Ostrożnie otworzyła drzwi, krzyki dobiegały z dołu. Wzięła różdżkę i zaczęła schodzić na dół. Na czwartym stopniu coś zaskrzypiało, ale wśród tych krzyków nikt nie zwrócił na to uwagi. Stanęła w salonie i ujrzała piekło: wuj rzucał zaklęciami na prawo i lewo, na podłodze w kałuży krwi leżała Mirabel, ciotka stała z kamienna twarzą w kącie salonu, kuląc się obok dębowej komody. Pansy nie wiedziała co ma robić. Stała z różdżką w ręku przy schodach i gapiła się na wuja szeroko otwartymi oczami.  Zauważył ją, a w jego oczach dostrzegła obłęd.
– Próbowała i ciebie przekonać! Ale wiedziałem, że ty się nie dasz Pansy, już jej nie ma! Nigdy nie pasowała do tej rodziny, była tylko plamą. A plamy się usuwa – rykną wuj, i zaczął się opętańczo śmiać. Pansy była przerażona, w końcu wydusiła to, co nie dawało jej spokoju:
– Czy… czy… Mir, ona... nie żyje? – Wuj znów zaczął się śmiać i znów jakieś zaklęcie huknęło w martwe ciało Mirabel.
– Nie żyje Pansy, twój ojciec też zginął, ale przetrwają tylko najsilniejsi!
– Tata? – zapytała głucho, nic nie rozumiała. Chciała, żeby to był sen, zaraz się obudzi! Jednak nic takiego się nie wydarzyło.
– Czarny Pan, jeszcze przed bitwą, stwierdził, że przyszła jego pora, szkoda, ale cóż.
– Mówiłeś, że jest na ważnej misji!
 Wuj wzruszył ramionami. W dziewczynie wezbrała wściekłość. Jeszcze nigdy nie czuła czegoś takiego! Zamknęła oczy na chwilę, obiecała pomścić Miri, obiecała zmianę, i na wielkiego Salazara, dotrzyma słowa! Otworzyła oczy, a wuj przestał się śmiać i zapanowała cisza. Zaczęła mówić, zaciskając palce na różdżce:
– Może odkryłeś tajemnice Mirabel, może ją powstrzymałeś… na wieki, ale co do mnie, to się pomyliłeś! Przekonała mnie, a ja przekonam innych! Voldemort jest nikim, nieżywym ścierwem, zwykłą plamą, a plamy się usuwa, wuju! Drętwota! – krzyknęła i machnęła różdżką. Ale ze zdenerwowania, zaklęcie przeleciało mu tuż nad głową. I za nim wuj rąbną w nią morderczym zaklęciem, dziewczyna deportowała się. Była w szoku, że odważyła się użyć imienia Czarne.. zawahała się w myślach, imienia Sami wiecie kogo. Deportowała się do Hogsmeade. Na szczęście nikt nie wpadł jeszcze na pomysł aby zabezpieczyć wioskę, więc bez problemów się aportowała. Świtało, dziewczyna nadal w szoku podeszła pod mury Hogwartu ujrzała tam McGonagall, Slughorn’a i pełno różnych czarodziejów i czarownic, znajomych ze szkoły. Pomyślała o ojcu, nigdy nie był dobrym tatą, ale innego nie miała. Podeszła do McGonagall i zapytała:
-Jak mogę pomóc? –To był jej pierwszy krok w stronę dobra.

Dziewczyna wyszła z wanny i wytarła się ręcznikiem. Ubrała piżamę, a na nią gruby sweter i skarpetki na nogi. Nagle przypomniała sobie zaklęcie osuszające. Dopiero teraz? Pomyślała z irytacją. Osuszyła mokre ubrania, a kurtkę Harry’ego położyła obok torby na książki. Weszła do łóżka i przykryła się kołdrą, myśląc o Mirabel.
***
Hermiona obudziła się, usiadła na łóżku i spojrzała na pogrążoną w pół-śnie Ginny. Wczoraj rudowłosa Gryfonka miała kłopoty z zaśnięciem, aż w końcu panna Granger, obudzona po raz piąty przez Gin, podała jej eliksir nasenny. Ubrała swoją zwykłą spódniczkę do kolan i białą bluzkę z krótkim rękawkiem, starannie zawiązała krawat i narzuciła szaty z herbem Gryffindoru na piersi. Poczesała włosy, co jak na razie, zajęło jej najwięcej czasu. Zaczęła pakować torbę, spoglądając na plan. Dziś środa, więc Gryfonka zaczyna od eliksirów, potem dwie godziny transmutacji; niestety ze ślizgonami. Następnie pierwsza w tym roku lekcja obrony przed czarna magią, a po obiedzie czeka ją jeszcze zielarstwo i starożytne runy. Jeszcze raz przejrzała swoje wypracowanie z transmutacji. W między czasie panna Weasley otworzyła oczy, usiadła na łóżku i ziewnęła przeciągle. Nieprzytomnym wzrokiem spojrzała na  Hermionę.
– Hej, Ginny. – Przywitała się starsza Gryfonka, chowając do torby pióro i czarny atrament.
– Taa, cześć. – Mruknęła młodsza dziewczyna, odgarniając włosy z twarzy.
– Nie chcę cię martwić, ale za dziesięć minut musimy iść na śniadanie… – Poinformowała Hermiona, zamykając swoją torbę. Ginny na krześle obok łóżka miała już przygotowaną czarną, dopasowaną spódniczkę i białą koszulę, a przez ramę krzesła był przewieszony krawat w złoto-czerwone pasy. Zwlekła się z trudem z łóżka i zabrała ubrania.
– Eee… Gin, gdzie idziesz? –zapytała brązowooka, zmusiła się aby nie dodać „tak ubrana”. Ginny spała w za dużym podkoszulku po Charliem albo Billu i króciutkich spodenkach. Zazwyczaj przebierały się w sypialni bo nie chciały natknąć się na Ślizgonów w drodze do toalety, ale najwidoczniej dziś Ginny wszystko się pomieszało.
– Do toalety, zaraz wrócę.
I poczłapała w stronę drzwi. Hermiona nie skomentowała jej zachowania tylko zaczęła pakować jej torbę, bo znając życie siostra Rona i tak nie zdąży tego zrobić. Zerknęła na jej plan, pierwsza oczywiście obrona przed czarną magią na której siedzi z Zabinim. Starsza Gryfonka pokręciła z niedowierzanie głową.
Ginny wyszła przez drzwi do salonu. Na szczęście nikogo tam nie było. Skręciła w stronę toalety, tak, że naprzeciwko miała drzwi od pomieszczenia do którego usiłowała się dostać, a za sobą toaletę Ślizgonów.  Oczywiście tuż przed drzwiami krawat wypadł jej z ręki i musiała się po niego schylić. Tak zrobiła, nieświadoma, że wypina tyłek w stronę niedowierzającego w swoje szczęście Blaise’a Zabiniego.
– No no, niezłe widoki.
Nie przegapił okazji, aby nie skomentować całej sytuacji. Właśnie wychodził z toalety gdy zauważył Weasley dokładnie naprzeciwko. Krawat wypadł jej z ręki i proszę bardzo… Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na Zabiniego jakby był różowym testralem. Momentalnie się otrzeźwiła. Senność przeszła jej w jednej chwili.
– I czego się gapisz? – warknęła w stronę Ślizgona.
– Pokaż mi chłopaka który by się nie gapił… – rzucił i widząc rumieniec dziewczyny, podszedł do portretu i udał się na śniadanie. Wychodząc jeszcze krzyknął:
– Nie myśl sobie, że to był komplement, Weasley!
Ginny zniknęła za drzwiami łazienki, była święcie przekonana, że to był komplement. 
*
Po śniadaniu Draco miał historię magii, a potem dwie godziny transmutacji z Gryfonami, niestety to oznaczało mądrzenie się Granger przez bite dwie godziny. Przerzucił torbę przez ramię i szedł w stronę klasy od historii magii.
– Draco!!! Stój! –To był krzyk Astorii. Za co? Pomyślał i przyspieszył kroku. Niestety dziewczyna dogoniła go.
– Dracusiu! – zaświergotała, a Malfoy dostał odruchów wymiotnych.
– Mówiłem żebyś mnie tak nie nazywała! – warknął, uparcie brnąc przed siebie, mimo Ślizgonki wiszącej mu na ramieniu.
– Nie denerwuj się na mnie Dracu… Draco – powiedziała, wtulając się  w jego ramię.
– Może wpadłbyś dziś do mnie… Około dziesiątej… – wyszeptała mu do ucha, a jej włosy opadły na jego policzek.
– Nie, mam już spotkanie... – rzucił pierwsze co  mu przyszło do głowy. W sumie miał się zobaczyć z Granger jak Blaise i Weasley pójdą na szlaban, ale nie zamierzał dzielić się tą informacją z Astorią.
– Szkoda, bo zaplanowałam coś specjalnego… ale jak nie możesz… trudno. –Sposępniała i ze smutną miną odeszła na swoje lekcje. Nie rozumiała dlaczego Draco cały czas ją odtrąca, przecież jest atrakcyjna, czego on jeszcze chce? Zastanawiała się w drodze na obronę przed czarną magią. Pomyślała o Cormacku z którym siedzi po tym jak ta Weasley zabrała jej Blaise’a. Za to z pierwszej ławki ma świetny widok na tego przystojnego nauczyciela. Odgarnęła włosy do tyłu i kręcąc biodrami przemierzała korytarze Hogwartu, przyciągają wzrok wszystkich chłopaków ze starszych klas. Uwielbiała to i stwierdzając, że życie jest piękne z uśmiechem na ustach, stanęła pod klasą.
*
Ginny jakoś przeżyła wszystkie lekcje, właściwie po obronie przed czarną magią trudno nie było. Teraz pisała wypracowanie na eliksiry czekając, aż Hermiona wróci ze starożytnych run. Stwierdziła, że już dziś nic więcej nie napisze i odłożyła pióro. Porwała książkę o Harpiach z Hollenhead i usiadła przy kominku w salonie.  Z tego co wiedziała Malfoy i Zabini mają jeszcze jedną lekcje. Była sama w dormitorium. Po przeczytaniu paru pierwszych stron stwierdziła, że miałaby ochotę czegoś się napić. Podeszła do barku po „męskiej stronie Salonu” jak to z Hermioną nazywały cześć z barkiem i sypialnią Ślizgonów. Otworzyła szafkę. Jej oczom ukazały się różne trunki, ale i tak sięgnęła po ognistą. Odkorkowała butelkę i zapierając jedną z szklanek, wróciła na kanapę. Czytała powoli pijąc trunek. Usłyszała „klik” i przez portret do dormitorium weszła Hermiona. Spojrzała na przyjaciółkę, potem na stolik na którym stała butelka, następnie na szklankę, jednak nic nie powiedziała. Pokręciła tylko głową i odłożyła torbę do sypialni. Starsza Gryfonka podeszła do barku i mruknęła:
– Nieźle zaopatrzony... – Zamknęła szafkę za Ginny i usiadła na kanapie obok przyjaciółki.
– Jak lekcje? – zagadnęła wesoło.
– Dobrze, oprócz no wiesz... – Hermiona pokiwała głową. Gin odłożyła książkę i pustą literatkę na stolik.
– A jak transmutacja ze Ślizgonami? –zapytała rudowłosa Gryfonka.
– Całkiem znośnie, Malfoy nic nie dogadywał jak odpowiadałam.
– No widzisz, a Zabini nie odpuścił... – mruknęła Ginny.
– Co zrobił tym razem? – zapytała Hermiona nie do końca pewna, czy chce znać odpowiedź.
– W sumie nic takiego, tylko ciągle gadał o moim tyłku…
– Co? – Brązowooka Gryfonka wytrzeszczyła oczy.
– No bo dziś rano… – I tak Hermiona dowiedziała się co zaszło rano między jej przyjaciółką, a Blaisem.
– Mówiłam żebyś nie wychodziła. – Skomentowała tonem Wiem-to-wszystko-Granger. Jednak po chwili obie wybuchły śmiechem.
Późnym popołudniem około szóstej, Ginny przypomniała sobie o szlabanie z Zabinim.  Odłożyła książkę na dębową półkę w biblioteczce. Nie przepadała za czytaniem , ale książkami o Quidditchu nigdy nie pogardziła. Narzuciła bluzę na białą koszulę. Spódniczki tez nie chciało jej się przebierać. Weszła do salonu. Stał tam Blaise w czarnych dżinsach i przylegającym podkoszulku. Z kieszeni spodni wystawała mu różdżka. Ginny chrząknęła co zwróciło uwagę Ślizgona.
– Idziemy? – zapytała. Chłopak nie odpowiedział, tylko nieznacznie kiwnął głową. Przepuścił ją w dziurze pod portretem. Nic nie mówili, aż do momentu gdy stanęli pod Salą Pamięci. Filch już tam na nich czekał.
– A gdzie ci drudzy? – warknął, Ginny i Blaise popatrzyli na siebie w osłupieniu.
– Nie rozumiem, tylko my dostaliśmy szlaban… – wyjaśniła Gryfonka, odpowiedź woźnego przerwał odgłos dudnienia. Ktoś biegł korytarzem. Blaise odwrócił głowę i ponad ramieniem Ginny dostrzegł Daphne i Longbottom’a. 
– Jesteśmy… – wydyszał Gryfon.
Filch wskazał na wiadro z wodą, ścierki, gąbki  i płyn do polerowania pucharów, a potem skonfiskował wszystkim różdżki. Ginny długo się kłóciła z woźnym, za nic nie chciała oddać magicznego patyka.
– Daj mu tę różdżkę i nie rób scen! – Dopiero jak Zabini na nią nakrzyczał, posłusznie oddała różdżkę. Weszli do Sali Pamięci.
*
– Wyszli, Granger! – Gryfonka usłyszała krzyk Malfoya, a potem chłopak walnął parę razy w drzwi sypialni dziewczyn. Hermiona wzięła wdech i chwyciła za klamkę pociągła drzwi do siebie, weszła do salonu. Stanęła twarzą w twarz z blondwłosym chłopakiem. Stali blisko siebie, naprawdę blisko. Malfoy przez chwilę przyglądał się Gryfonce, po czym się odsunął i przepuścił ją. Usiedli na kanapie.
– Więc jeszcze raz… mam zaprosić Ginny na mini przyjęcie z okazji rozpoczęcia roku… – Chłopak kiwnął głową, dziewczyna kontynuowała:
– Potem zaprosić jeszcze Harry’ego, a potem pozwolić ci wszystkich upić i czekać aż zaczną gadać?! – Hermiona nie dowierzała, że naprawdę chce to zrobić. Malfoy przerwał jej i powiedział:
– Nie… Po pierwsze to MY ich upijemy po drugie Potter i Pansy też będą trzeźwi… po trzecie Blaise NA PEWNO zacznie gadać – sprostował chłopak i wstał z kanapy. Gryfonka była przekonana, że to się nie uda, ale nie zaszkodzi spróbować, prawda? Ślizgon podszedł do barku i schylił się aby bliżej przyjrzeć się zawartości.
– Napijesz się ognistej? – rzucił w stronę Hermiony. Dziewczyna nie była pewna czy do niej było skierowane pytanie.
– Granger, napijesz się ognistej? – powtórzył zirytowany. Dziewczyna otrząsnęła się z pierwszego szoku i odpowiedziała:

– Nie, ale jeśli masz piwo kremowe… – Uśmiechnął się pod nosem i kiwnął głową. Wyciągnął butelkę piwa kremowego i ognistą whisky. Postawił butelki na stole przed Gryfonką. Usiadł obok niej na kanapie. Zauważył, że spędzają ostatnio dużo czasu razem i o dziwo, nie kłócą się tak często jak się tego spodziewał na początku roku. Hermiona chwyciła butelkę kremowego piwa, ale nie potrafiła jej otworzyć. Malfoy pociągnął pierwszy łyk ognistej prosto z butelki, spojrzał na Gryfonkę i chwycił butelkę kremowego piwa, którą trzymała w dłoni. Ich dłonie się spotkały. Hermiona podniosła wzrok na blondyna, a on spojrzał na nią. Cofnęła rękę.



środa, 17 września 2014

Rozdział 15



Rozdział 15 -  Jezioro, więcej szlabanów i impreza.


– I tym sposobem muszę siedzieć z Zabinim na Obronie przed Czarną Magią – wyjaśniła zdenerwowana Ginny przy obiedzie, wpychając sobie do ust zapiekankę z makaronem.
– Nie może być aż tak źle, Blaise nie jest najgorszy, ciesz się, że nie siedzisz na przykład z takim Malfoyem… – Próbowała pocieszyć przyjaciółkę Hermiona.
– Nie taki zły?! Przez tego dupka, dostałam szlaban! W pierwszym tygodniu szkoły! – Denerwowała się młodsza Gryfonka. Hermiona nic nie odpowiedziała tylko starannie przeżuwała swoją porcję. Rozumiała Gin, ostatecznie gdyby jej kazano usiąść z Malfoyem…  Wolała o tym nie myśleć. Dziewczyny dokończyły obiad w Wielkiej Sali. Ginny zostały jeszcze dwie lekcje, a Hermionie cztery. Wstały od stołu i razem udały się na zielarstwo.
*
Minął cały dzień i w końcu Harry mógł usiąść przy kominku w pokoju wspólnym.
– Nie odpuszczają, co? – Odezwał się Ron, siadając obok na kanapie. Ciemnowłosy Gryfon pokręcił głową.
– Dowalili z transmutacji i eliksirów – powiedział okularnik.
– Ale na szczęście już  mamy wolne – dodał Ron i położył nogi na dolą półkę w stoliku.
– Chciałbym... – mruknął Harry.
– A co, nowa misja ratowania świata? – Zażartował rudowłosy siódmoklasista i poluzował sobie krawat, rozwalając się na kanapie.
– Wolę nową, jak to określiłeś "misję" niż szlaban z Parkinson – mruknął posępnie Harry.
– Co? Nic nie mówiłeś, że dostałeś szlaban.
– Taaa, wolałem o tym nie myśleć.
Potter wstał z kanapy i narzucił kurtkę. Wsadził różdżkę za pasek w spodniach i przygładził włosy ręką, choć i tak jego fryzura pozostawiała wiele do życzenia.
– Ja się chyba będę zbierał na ten przeklęty szlaban.
– Powodzenia – powiedział Ron z uśmiechem.
– Dzięki! –  krzyknął Harry, przechodząc przez dziurę pod portretem.
Zbiegł po schodach na pierwsze piętro i już miał zejść po następnych do sali wejściowej, gdy zauważył Neville’a chodzącego w te i  z powrotem po korytarzu jakby na coś czekał. Harry zrobił dwa kroki wstecz i zapytał:
– Eee, Neville, co ty tu robisz? – Chłopak gwałtownie się odwrócił.
– O Harry, cześć! Ja tylko... no wiesz. Właśnie miałem iść do wieży Gryffindoru. – Neville lekko się zmieszał i zaczerwienił, po czym pewniejszym tonem dodał:
– A co ty tu robisz?
– Muszę iść na szlaban z Parkinson – mruknął posępnie Harry w odpowiedzi. Schował ręce do kieszeni.
– Aha, nooo... To cześć Harry, nie będę cię zatrzymywał – powiedział na pożegnanie Neville. Harry rzucił krótkie "Cześć!" i zbiegł szybko po schodach. W połowie drogi poczuł, że ktoś na niego wpada. Zachwiał się, ale szybko chwycił poręcz schodów. Jego okulary leżały na ziemi, ale ktoś mu je podał. Założył je na nos i zobaczył przed sobą drobną postać Daphne Greengrass.
– Przepraszam... Harry – powiedziała i pognała schodami w górę, zostawiając okularnika . Był w szoku. Chłopak jeszcze chwilę stał na schodach, po czym otrząsnął się, przypomniawszy sobie o szlabanie. Zbiegł do Sali Wyjściowej. Pansy już na niego czekała.
– Spóźniłeś się... – mruknęła dziewczyna i obrzuciła go wymownym spojrzeniem. Harry nic nie odpowiedział, tylko powolnym krokiem ruszył w stronę wyjścia. Ślizgonka, chcąc nie chcąc, ruszyła za nim. Przeszli przez błonia w ciszy i dotarli nad jezioro. Ujrzeli błękitną taflę wody i przystanęli na chwilę.
– Wiesz, widziałem dziś Neville’a... – Zaczął Harry, ale Ślizgonka szybko mu przerwała:
– Super, a ja widziałam dziś Blaise, Draco, Astorię, Hermionę, Ginny, Weasleya i wiesz co? Chyba Neville’a też. – Cała jej wypowiedź była przepełniona sarkazmem. Harry znowu próbował coś powiedzieć, ale Pansy widząc, że otwiera usta, rzuciła krótko:
– Daruj sobie.
Rozpoczęli patrol w milczeniu. Byli w połowie drogi aby obejść całe jezioro, gdy Pansy przemyślała całą sprawę i postanowiła zacząć rozmowę:
– Eee, to co mówiłeś o Neville’u? – zapytała, odgarniając niesforny kosmyk włosów za ucho. Jednak Gryfon nic nie odpowiedział. Dziewczyna spróbowała ponownie:
– Dobra, jak nie chcesz to nie mów. A propo... Wam też dali tyle na zadanie z transmutacji? – Chłopak nadal się nie odezwał. Pansy powoli zaczęła się irytować, a Harry dalej, uparcie nie odpowiadał. Ślizgonka chwyciła go za ramię, zaczęła nim potrząsać i krzyczeć prosto do ucha chłopaka:
– Potter! Żyjesz jeszcze?! – Harry stanowczym ruchem strzepnął jej rękę z ramienia i nic nie powiedziawszy, szedł dalej przed siebie. Pansy wzięła głęboki wdech, licząc do dziesięciu, a przy ośmiu starała się nie walnąć go w twarz. Szli jeszcze kawałek, gdy Pansy wyciągnęła różdżkę i krzyknęła:
– Immobilus!
Harry okręcił się napięcie, wyciągnął różdżkę i jeszcze zdążył rzucić zaklęcie tarczy między siebie, a Pansy. Dziewczyna otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Nie sądziła, że Harry tak szybko zareaguje, miała nadzieję, że uparty Gryfon dostanie nauczkę. Harry wymierzył różdżką w Pansy i mrukną:
– Levicorpus.
Dziewczyna uniosła się w powietrze i zawisła do góry nogami nad taflą jeziora. Zaczęła krzyczeć jednocześnie przytrzymując spódniczkę.
– Potter, puść mnie!
– Nigdy więcej nie celuj we mnie różdżką – wycedził Harry. Wcale nie miał ochoty w najbliższym czasie odpuścić Ślizgonce. Pansy mimo swojego fatalnego położenia, tylko przewróciła oczami i nic nie powiedziała. Miała nadzieję, że Gryfonowi, prędzej czy później, się znudzi.
– No Potter, puść! Bolą mnie już ręce!
– To puść spódniczkę! – odkrzyknął Harry ze śmiechem.
– Chciałbyś! – Krzyknęła i jeszcze bardziej naciągnęła spódniczkę na uda.
– Dobra, Parkinson. Zróbmy tak, ty mi powiesz kto zaatakował Cię w pociągu, a ja cię puszczę.
– Nie znam tego człowieka  – rzuciła krótko, wisiała nad jeziorem jeszcze chwilę, gdy znów krzyknęła:
– No puść mnie Potter, to nie jest zabawne!
– I tak ci nie wierzę, na pewno go znasz! I owszem to jest bardzo zabawne! – Zaczęło się już robić ciemno, Pansy po raz ostatni spróbowała przekonać Pottera.
– No puść mnie... Harry...
– No dobra, jak chcesz.
Gryfon zgiął nadgarstek, delikatnie machnął różdżką i Ślizgonka z wrzaskiem wpadła do jeziora.
*
Ron siedział na kanapie, raz po raz sięgając do pudełka z czekoladowymi żabami.
– Pewnie Harry’emu się nudzi, i nic ciekawego się tam nie dzieje – mruczał pod nosem. W tym momencie przez dziurę pod portretem przeszła Hermiona i usiadła obok niego.
– A gdzie Harry? – zapytała.
– Na szlabanie z tą głupią Parkinson.
– Wiesz, Pansy wcale nie jest taka głupia... – wtrąciła cicho dziewczyna. Ron zdenerwował się. Gryfonka nie ma dla niego czasu, a ze Ślizgonami to rozmawia cały dzień! Oczywiście stwierdzenie „cały dzień” nie było na miejscu, ale rudowłosemu chłopakowi było wszystko jedno. Nie miał najlepszego humoru i z pretensją w głosie powiedział:
– O, czyli przyjaźnisz się ze Ślizgonami. Może jeszcze powiedz, że Malfoy jest miły.
– Nie przesadzasz czasem? – zapytała Hermiona. Jest tutaj od niecałej minuty a już Ron zdążył ją wkurzyć. Ostatnio w ogóle nie potrafią się dogadać.
– Dobra, pogadamy jak ci przejdzie. – Wstała i udała się w stronę dziury pod portretem, a Ron zjadł ostatnią czekoladową żabę i poszedł do swojego dormitorium.
*
Ślizgonka wpadła do jeziora. Była tak wściekła na tego przeklętego Pottera jak nigdy wcześniej. Wpadła do wody głową w dół, ale udało jej się na chwilę wynurzyć aby krzyknąć:
– Nie umiem pływać! – Było to perfidne kłamstwo, ale poskutkowało. Pansy nabrała dużo powietrza i zanurzyła się w wodzie. Harry mruknął coś w stylu: "Same problemy z tymi Ślizgonami" po czym ściągnął kurtkę, bluzę, koszulkę i trampki. Wskoczył do jeziora. Nigdzie nie widział Ślizgonki, więc wynurzył się aby nabrać powietrza i zanurzył jeszcze głębiej. Zaczął panikować. Nie było mu szkoda Parkinson, tylko pomyślał, że "zabójstwo" nie będzie dobrze wyglądać na podaniu o pracę. Pansy zza zarośli obserwowała poczynania Gryfona. Zaczęło robić się zimno, więc wyszła na brzeg, cała się trzęsła. Chłopak wynurzył się ponownie z wody, ale nie zauważył dziewczyny.
– Parkinson! – krzyknął.  Dziewczyna obserwowała go, stojąc na brzegu i zachichotała. Znów zanurkował. Ślizgonkę przeszły zimne dreszcze i objęła się ramionami. Była cała przemoczona i to wszystko przez tego Pottera. Gryfon wypłynął żeby zaczerpnąć powietrza, ale tym razem zauważył Pansy stojącą na brzegu. Spojrzał na nią, w taki sposób jakby mu właśnie powiedzieli, że Voldemort nadal żyje. Złość mieszała się ze zdziwieniem, ale chłopak nic nie powiedział. Podpłynął do brzegu i stanął obok dziewczyny. Ślizgonka cofnęła się o krok, jednocześnie zerkając na nagi tors Pottera. Harry chrząknął i ubrał koszulkę. Był przemoczony tak samo jak dziewczyna, a ona  nie mogła powstrzymać śmiechu. Śmiała się i śmiała, spoglądając na wściekłą minę Harry’ego. Powoli się oponowała co przyszło jej z trudem. Harry próbował rzucić „Avadę” wzorkiem, ale nie poskutkowało. Szybkim krokiem podszedł do Pansy i przerzucił sobie dziewczynę przez ramię. Ta znów zaczęła wrzeszczeć i już wcale nie było jej do śmiechu. Waliła pięściami w plecy ciemnowłosego chłopaka, ale Harry był nie ugięty.
– Ostrzegam cię Potter! Puść mnie, idioto! – Harry był głuchy na prośby, groźby i obelgi dziewczyny. Wziął ja na ręce i wrzucił z powrotem do jeziora. Pansy pisnęła, ale już dawno była w wodzie. Wyszła na brzeg, trzęsąc się jeszcze bardziej niż wcześniej i spojrzała na Harry’ego z pode łba. Jego kąciki ust uniosły się ku górze.
– I co się głupio śmiejesz? – zapytała, nadal się trzęsąc.
– Nic zupełnie nic. – odpowiedział Harry, trzęsąc się ze śmiechu. Ślizgonka spojrzała na niego wzrokiem godnym bazyliszka, ale nic nie powiedziała. Było jej strasznie zimno i jeszcze ten wiatr. Wiedziała, że musi dokończyć patrol. Szli w milczeniu a dziewczyna obejmowała się ramionami. Miała na sobie sweter, ale co z tego skoro był cały mokry, bo ten idiota wrzucił ją do jeziora w ubraniu. Pomyślała, że to brzmi jakby chciała, żeby ten imbecyl ją rozebrał. Takie myśli wywołały u niej odruch wymiotny. Pokręciła głową i znów zatrząsnęła się z zimna. Harry zdjął kurtkę i wyciągną rękę z ubraniem w jej stronę. Dziewczyna popatrzyła na niego ze zdziwieniem, a potem prychnęła i odtrąciła jego rękę. Harry z niedowierzaniem pokręcił głową. Szli dalej, niebo zdążyło pokryć się gwiazdami, a wielki księżyc oświetlał im drogę. Harry nagle przystanął i klepnął się ręką w czoło, jakby właśnie coś sobie przypomniał.
– Parkinson, możesz przecież osuszyć się zaklęciem. – Dziewczyna spojrzała na niego ze zdziwieniem. Nie mogła uwierzyć, że ona na to nie wpadła, jednak szybko pojawił się problem. Nie pamiętała formułki.
– Świetny pomysł. – warknęła, po czym kontynuowała tonem pełnym ironii:  – Może mogłabym to zrobić, gdybym pamiętała zaklęcie, ale przecież wielki Harry Potter jest tak wspaniałym czarodziejem, że pewnie zna odpowiednie zaklęcie. – Harry poczerwieniał. Nie dość, że chce pomóc tej upartej jak osioł babie, to jeszcze ta go obraża. Jednak z drugiej strony nie znał zaklęcia… Zawsze Hermiona była od takich spraw, a nie Harry. Wziął głęboki oddech i opanowanym tonem powiedział:
– Nie pamiętam formułki, ale ŚLIZGONI są tak genialni, że ty na pewno znasz odpowiednie zaklęcie, prawda? – Pansy nic nie odpowiedziała, szli dalej. Zawiał silny wiatr i dziewczyna zatrząsnęła się z zimna. Nie mogła już dłużej wytrzymać nie czuła palców u stóp i rąk. Zdecydowała się na jedyne wyjście z sytuacji.
– Dobra, daj tę głupią kurtkę – powiedziała cichym lecz stanowczym tonem. Gryfon uśmiechnął się pod nosem po czym zdjął kurtkę  i bez słowa oddał ją przemokniętej Ślizgonce.
*
– Wpadłam na Harry'ego jak do ciebie szłam.
– Ja też go widziałem – odpowiedział Neville. Daphnie pocałowała go w policzek. Chłopak lekko się zarumienił, mimo iż byli razem ponad trzy miesiące, to nadal nie potrafił przyzwyczaić się do bliskiej obecności ślizgonki. Chwycił ją za rękę i poprowadził na siódme piętro do Pokoju Życzeń. Po drodze dziewczyna znów rozpoczęła nieprzyjemną rozmowę:
– Neville... ?
– Tak, Daf?
– Kiedy zamierzasz im powiedzieć?
– Znów zaczynasz?
– A żebyś wiedział! – Ślizgonka miała już dość czekania, a uparty Gryfon ani myślał odpuścić.
– Daj spokój. Rzadko kiedy się widzimy, a kiedy już uda nam się spotkać ty wywlekasz na wierzch tę sprawę... – powiedział z lekkim wyrzutem. To wystarczyło alby wyprowadzić dziewczynę z równowagi.
– Czyli wszystko moja wina! Wiesz chyba straciłam ochotę na seks – I w tym momencie ujawniła się prawdziwa dusza Ślizgonki. Dziewczyna zakryła usta dłonią. Neville uniósł wysoko brwi i wytrzeszczył oczy na drobną postać Daphnie. Dziewczyna uniosła wyżej podbródek i spojrzała na chłopaka. Nastała cisza, ale po chwili znów zabrała głos:
– Miałam na myśli, że straciłam ochotę na twoje towarzystwo…
– Ale powiedziałaś... –  Dafne nie dała mu skończyć:
– I co z tego?  Przejęzyczyłam się... – Neville powstrzymywał śmiech , ale już nie potrafił dłużej, spojrzał na dziewczynę i oboje wybuchli śmiechem, a dźwięk ich głosów odbijał się echem na korytarzu szóstego piętra. Śmiali się długo, aż w końcu usłyszeli kroki. W jednym momencie zrobiło się cicho. Daphnie i Neville ujrzeli panią Norris, kotkę woźnego. Wiedzieli co to oznacza. Powoli zaczęli się wycofywać w stronę zamkniętych drzwi, parę metrów za nimi. Jednak gdy chłopak chwycił za klamkę, postać Filcha wyłoniła się zza rogu.
*
McGonagall siedziała w swoim gabinecie, wypełniając sterty papierów. Naprawdę nie mogła zrozumieć jak Dumbledore to wszystko ogarniał. Westchnęła i poprawiła okulary, które powoli zsuwały się z jej nosa. Brakowało jej poprzedniego dyrektora. Nie dość, że dawał sobie radę z tymi cholernymi dokumentami to jeszcze młodzież tak jakby bardziej go słuchała. Ktoś zapukał do drzwi.
–Proszę  – odpowiedziała lakonicznym tonem Minerwa. W drzwiach ujrzała kawałek łysiny Argusa Filcha.
– Pani profesor…  – zaczął.
– Tak? – Spojrzała na niego spod okularów.
– Złapałem tych dwoje jak się kręcili na siódmym piętrze.  – Pociągnął za sobą Neville’a i Daphnie, cała trójka stanęła przed obliczem dyrektorki. McGonagall spojrzała na zegarek.
– Filch, jeszcze nie ma dziesiątej jest dokładnie za dwanaście, więc ci dwoje nie złamali ani jednego punktu regulaminu…
– Byli głośno! – Bronił się dalej woźny.
– Wcale nie! – odpowiedział wojowniczo Neville, właściwie sam był w szoku, że w ogóle się odezwał. McGonagall spojrzała na Argusa, wstała z krzesła przy biurku i podeszła do uczniów.
– Co właściwie wasza dwójka tam robiła? I to razem!? – zapytała, właściwie wątpiła, że doczeka się odpowiedzi, ale nie zaszkodzi spróbować.
– Nic, wcale nie byliśmy razem… Po prostu tak na siebie wpadliśmy  – wytłumaczyła pospiesznie Ślizgonka. McGonagall spojrzała na dziewczynę potem na Neville’a aż w końcu jej spojrzenie zatrzymało się na woźnym.
– Dobrze, pomożecie pannie Weasley i panu Zabiniemu w czyszczeniu pucharów w Sali Pamięci. –Daphnie już chciała protestować, ale Gryfon spojrzał na nią i pokręcił głową.
– Dobrze, a kiedy mamy odbyć szlaban? – zapytał.
– W środę o szóstej wieczorem. A teraz wybaczcie mam jeszcze dużo do zrobienia. – Woźny z zadowoloną miną i Neville z Daphnie z mniej zadowolonymi minami, opuścili gabinet dyrektorki.
McGonagall kontynuowała wypełnianie dokumentów, przerywając raz po raz aby upić trochę herbaty z czerwonej filiżanki. Zmarszczyła brwi i spojrzała na zegar, pokazywał już w pół do dwunastej, a stos papierów na jej biurku wcale nie zmalał. Usłyszała pukanie do drzwi, zastanawiała się kto to może być o tak późnej porze. Zawahała się chwilę po czym niepewnie powiedziała: "Proszę". Miała tylko nadzieję, że to nie woźny z kolejnymi uczniami. Do jej gabinetu wszedł Slughorn, nauczyciel eliksirów i opiekun domu Salazara Slytherina.
– Minerwo, przepraszam, że niepokoje o tak późnej porze, ale chciałbym z tobą porozmawiać o liczbie szlabanów rozdanych w tym miesiącu... – Dyrektorka odłożyła długopis, odsunęła stertę papierów na bok biurka i wskazała nauczycielowi miejsce na przeciwko siebie.
– Wiem Horacy, a co dziwniejsze szlabany dostali tylko nasi podopieczni. – Pogrzebała w szufladzie biurka i wyciągnęła jakąś kartkę. Poprawiła okulary i zaczęła czytać:
– Ginevra Weasley, Blaise Zabini, Harry Potter, Pansy Parkinson, Alice Hawkins, Will Lamel*, Neville Longbottom, Daphnie Greengrass.
– Ale co to za lista? – zapytał Horacy, wysłuchawszy nazwisk.
– To lista uczniów, którzy dostali szlabany i dziwnym trafem wszyscy są naszymi podopiecznymi, Horacy. Poza tym wszyscy dostali szlabany parami…
- Masz rację, to dość dziwne, ale nie możemy zakazać widywać się Ślizgonom i Gryfonom, to by zaprzeczało wszystkiemu, co usiłowaliśmy zrobić aby pogodzić te domy. – Horacy podrapał się po głowie, po czym powiedział:
– Eee, Minerwo?
– Tak..? – Zachęciła do dalszego mówienia i jednocześnie dała znak, że słucha nauczyciela eliksirów.
– Wiesz, zastanawiałem się czy przyjęłaś już ofertę Dumstrangu i Baxbaton odnośnie wymiany?
– Zdecydowałam się ją odrzucić.  – Slughorn już miał coś powiedzieć, ale  McGonagall uciszyła go ruchem ręki i kontynuowała:
– Odrzuciłam ją, ponieważ oni po prostu chcieli abyśmy im przysłali Harry’ego. On nie jest jakąś maskotką, Horacy. Jeszcze mu się w głowie poprzewraca. Postanowiłam zrobić bal jak cztery lata temu i zaprosić obie szkoły. – Horacy znów podrapał się po głowie po czym powiedział:
– To chyba dobry pomysł, a co z tym balem na zakończenie roku?
– Też się odbędzie, ale myślałam o czymś większym.
– To znaczy? – zapytał Slughorn.
– Chciałabym zaprosić wszystkich którzy ukończyli Hogwart, co o tym myślisz? – zapytała dyrektorka i stłumiła ziewnięcie.

– To świetny pomysł! Będzie trudno to zorganizować, ale to naprawdę doby pomysł. – McGonagall ucieszyła się, widząc entuzjazm kolegi po fachu. Rozmawiali jeszcze długo, wspominając minione czasy i ich roczniki. W pewnym momencie dyrektorka otworzyła miód pitny i rozmowy toczyły się do rana, a jedynym światkiem tej rozmowy był księżyc, który przez okno wpadał do gabinetu dyrektorki.



Rozdział 15, wy niewdzięcznicy! 5 komentarzy pod poprzednim rozdziałem, serio? Tylko na to was stać? Ale w sumie to się cieszę, że aż pięć osób to skomentowało... Rozdział dłuższy i więcej Harry’ego i Pansy na życzenie Marcelki! Dobra, idę pisać rozdział 16 mając nadzieje, że pod tym postem dobijecie 10 komentarzy. Pozdrawiam:
~Pani M. (która kuje na test z biologii i jest bardzo, bardzo, bardzo nieszczęśliwa z tego faktu).

*A i Alice Hawkins, Will Lamel to te głąby co wpadli do jeziora. - Ali$hia