niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 31

A dziś  tak bez wstępu :)
~Pani M.

Rozdział 31- Najdziwniejsza lekcja profesor McGonagall.


Następny dzień zaczął się całkowicie zwyczajnie. Harry wstał w ten piątkowy poranek i zaczął się ubierać. W między czasie obudził się Ron.
– Co dziś mamy na pierwszej lekcji? – zapytał, trochę zaspanym głosem, tłumiąc ziewnięcie.
– Eliksiry – odpowiedział Harry, pakując książki do torby. Ron z powrotem opadł na łóżko i westchnął:
– Nie idę, powiedz, że jestem chory albo coś...
– Jak ty nie idziesz, to ja też nie – odezwał się Neville ze swojego łóżka.
– Chłopaki co z wami? Ja rozumiem problemy z dziewczynami, ale to nie jest powód... – Przerwali mu chórem:
– NO WŁAŚNIE JEST!
Po czym Neville naciągnął kołdrę na twarz, a Ron poprawił sobie poduszkę i zamknął oczy udając, że śpi. Harry tylko westchnął w geście rezygnacji.
– Idę na śniadanie, jak nie zejdziecie za dziesięć minut przyślę tu McGonagall. –Po tych słowach wyszedł, zamykając drzwi.
W holu przed Wielką Salą spotkał Hermionę i Ginny. Ta druga była dziwnie radosna.
– A gdzie Ron? – zapytała Hermiona, witając Harry'ego.
– Powiedział, że nie idzie dziś na lekcję, ale przemówiłem mu do rozumu. –Harry uśmiechnął się do przyjaciółki... może dwóch?
– Widzę, że masz dziś świetny humor – powiedział do Ginny, gdy wchodzili do Wielkiej Sali. Rudowłosa Gryfonka tylko kiwnęła głową i nadal uśmiechała się tajemniczo. Zajęli miejsca przy stole Gryffindoru i zaczęli jeść. Jak zwykle wszystko było pysze, ale Harry tylko mieszał widelcem w swojej jajecznicy.
– Czemu nie jesz? – Zapytała Ginevra z nad talerza pełnego jajecznicy i kiełbasek. Ciemnowłosy chłopak westchnął i odłożył widelec.
– Nie jestem specjalnie głodny... Chyba pójdę sprawdzić, gdzie podziewa się Ron. – Wstał od stołu i wyszedł przez otwarte drzwi Wielkiej Sali. Jednak nie zrobił nawet pięciu kroków, gdy drogę zagrodziła mu Astoria Greengrass.
– Oh, Harry! – Po czym uwiesiła się na jego szyi. Jak na zawołanie z Wielkiej Sali wyszła Pansy. Zobaczyła całą scenę po czym głośno prychnęła i omijając ową dwójkę, udała się w stronę lochów.
– Parkinson! – krzyknął za nią Harry, ale Ślizgonka nawet się nie odwróciła. Astoria oderwała się od Harry'ego i chciała chwycić go za rękę. Gryfon wyrwał dłoń z uścisku.
– Daj mi spokój – mruknął. Oczywiście uważał Astorię za bardzo ładną dziewczynę, ale teraz był zupełnie zaślepiony kimś innym.
– Ale Harry...
– Powiedziałem daj mi spokój – powtórzył. Blondynka tylko wzruszyła ramionami i zostawiła chłopaka. Harry z jakiś niewyjaśnionych powodów chciał pobiec za Pansy. Jednak szybko porzucił ten pomysł, bo zadał sobie dość ważne pytanie po co?. Nie wiedział, więc powlókł się do wieży Gryffindoru.  Ron leżał na łóżku, przeglądając Proroka Codziennego w piżamie, a Neville był na etapie ubierania skarpetek.
– Rusz się Ron – ponaglił przyjaciela Harrym zamykając za sobą drzwi.
– Mówiłem, że nigdzie nie idę... – powiedział marudnie chłopak znad gazety.
– Hermiona o ciebie pytała – podsunął cicho Harry.
– Czuje się prawie przekonany  – powiedział Ron, siadając na łóżku.
– A to może warto dodać, że McCormak się do niej przystawia... – Harry uśmiechnął się, widząc jak jego przyjaciel zrywa się z łóżka w poszukiwaniu skarpetek i krawatu. Jakieś dziesięć minut później Ron jak strzała wybiegł z dormitorium. Za ten czas i Neville zdążył się ubrać.
– Podejrzewam, że McCormak wcale nie przystawia się do Hermiony –powiedział, zarzucając torbę na ramię.
– Oczywiście, że nie – odparł Harry z uśmiechem, a potem oboje udali się na lekcję.
*

Hermiona, Ron i Harry czekali pod salą od eliksirów, to była ich pierwsza lekcja, Ginny w tym czasie miała zielarstwo. Każdy miał indywidualny plan, jednakże czasami udawało im się mieć wspólne lekcje. Jednak gdy profesor Slughorn przyszedł i tak już trochę spóźniony, towarzyszyła mu McGonagall.
– Wszystkich Puchonów i Krukonów proszę za mną, dziś jesteście zwolnieni z pierwszej lekcji za to macie transmutację ze mną.
Grupka uczniów z domu Helgi Hufflepuff popatrzyła po sobie, a potem odeszła za dyrektorką. Krukoni zrobili to samo. Harry i Ron od razu spojrzeli na Hermionę, ale tym razem dziewczyna nie potrafiła im tego wytłumaczyć, odpowiedziała jedynie takim samym zdziwionym spojrzeniem. Gdy zajęli miejsca obok siebie w sali, Gryfonka zagadnęła:
– Co wy na to, żeby w końcu odwiedzić Hagrida? Nie widzieliśmy go wieki.
Dobry pomysł, może w sobotę? – poparł przyjaciółkę Harry.
– Też uważam, że to dobry pomysł – dodał Ron i uśmiechnął się ciepło do Hermiony. Gryfonka odwzajemniła uśmiech. Następnie Slughorn zaczął swoją lekcję. Ciągnęła się wszystkim wyjątkowo długo. Hermiona zdobyła kilka punktów dla Gryffindoru. Harry w ogóle nie potrafił się skupić, myślał o podejrzanie szczęśliwej Ginny i o... Parkinson. Dlaczego zawsze musi mnie zobaczyć z Astorią?! Zadawał sam sobie to pytanie, jednak nie potrafił znaleźć odpowiedzi. W końcu lekcja dobiegła końca. Wszyscy nieśpiesznie opuścili salę. Na korytarzach w grupkach kilkoosobowych stali Krukoni i Puchoni, zawzięcie o czymś dyskutując. Co chwila ktoś chichotał albo wybuchał śmiechem. Zarówno Gryfoni jak i Ślizgoni wytrzeszczali oczy na uczniów innych domów. Jednak nikt nic nie chciał zdradzić. Harry'ego takie zachowanie zaczęło powoli irytować...
– Czy oni nie mogą po prostu powiedzieć o co chodzi?  – zapytał w końcu Rona. Hermiona zostawiła ich chwilę temu, aby poszukać Ginny. Dziewczyny miały razem zielarstwo, Ginny już drugą godzinę pod rząd.
– Najwidoczniej nie mogą – odpowiedział Ron, poprawiając torbę na ramieniu.
– Ale przynajmniej mogli by się uciszyć... – dodał Harry, a rudowłosy Gryfon spojrzał na niego jakby spadł z księżyca.
– No co ty? Odbiło ci? Jakby się uciszyli to nie wiedzielibyśmy nic. Tak jest szansa aby coś podsłuchać...
– No jasne. – Ciemnowłosy chłopak uderzył się w czoło. – Przepraszam, jestem dziś trochę nieswój – dodał po chwili. Na razie ustalili, że McGonagall przeprowadziła, jakąś bardzo śmieszną lekcję...
*
Pansy po zajęciach z historii magii, które były jej pierwszą lekcją dzisiaj, udała się w stronę szklarni. Miała zielarstwo, którego nie znosiła, dodatkowo humor popsuł jej Potter. Oczywiście musieli się migdalić w Wielkiej Sali. Pomyślała i prychnęła na samo wspomnienie. W połowie drogi złapali ją Zabini i Malfoy.
– Część Pansy – przywitał się ciemnowłosy Ślizgon. Tryskał optymizmem i Parkinson wydało się to dziwne nawet jak na Blaise’a.
– Coś taki szczęśliwy? – mruknęła.
– Bo życie jest takie wspaniałe... – rzekł filozoficznie i westchnął. Pansy posłała przerażone, pytające spojrzenie Draconowi. Blondyn tylko się zaśmiał, a potem bezgłośnie powiedział:
– Dziewczyna. – Ślizgonka kiwnęła głową i parsknęła śmiechem.
– Widzę, że ty również masz dobry humor – powiedział Zabini i zaczął coś nucić pod nosem. Draco i Pansy znów parsknęli śmiechem.
-Wam też zgarnęli Puchonów i Krukonów z lekcji? – zapytała dziewczyna, gdy już stanęli pod szklarnią.
– Tak, to było dziwnie... – powiedział Blaise, nagle poważniejąc.
–Jak myślicie o co chodzi? – zapytała Ginny, pojawiając się jakby znikąd. Trójka Ślizgonów odwróciła  wzrok w jej stronę.
– Nie mamy pojęcia – odpowiedziała Pansy, wzruszając ramionami. Zabini posłał Gryfonce nieśmiały uśmiech. Ginevra zarumieniła się i zerknęła na ciemnowłosego Ślizgona. Draco wywrócił oczami, widząc te nieznaczne gesty.
– A gdzie zgubiłaś Granger? – zapytał, zanim pomyślał o kogo pyta. Pansy posłała mu uśmiech w stylu „a nie mówiłam?", Zabini zmarszczył  lekko brwi, ale nic nie powiedział.
– Gada z Nevillem, podobno ma do niej ważną sprawę, czy coś...
–Jaką sprawę? – zapytał Draco podejrzliwie, co wprawiło w osłupienie pozostałą trójkę. 
– Eee... A od kiedy cię tak Hermiona interesuje? – zapytała Ginny, składając ręce na piersiach.
– Wcale... To znaczy, wcale mnie nie interesuje – warknął w końcu blondyn. Właściwie nie wiedział skąd to nagłe zainteresowanie Granger... A może wiedział?
– Zresztą nie ważne – dodał po chwili. Stali w milczeniu, a Zabini i Ginny posyłali sobie nieśmiałe spojrzenia. W końcu podeszła do nich Hermiona.
– Hej Pansy, cześć Blaise – powiedziała z uśmiechem, a potem spoważniała, spojrzała ozięble na blondyna i skinęła mu głową.
– Granger. – Również skinął jej głową. Nadeszła profesor Sprout, a z nią dyrektorka Hogwartu.
– Wszystkich Gryfonów i Ślizgonów proszę za mną. Jesteście dziś zwolnieni z zielarstwa i macie lekcję ze mną – popatrzyli po sobie z tajemniczymi uśmiechami i ruszyli za McGonagall.
*
Gdy Hermiona weszła do sali od transmutacji, niektóre ławki już były zajęte przez uczniów siódmych klas. Dostrzegła rudą czuprynę Rona. Razem z Harrym siedzieli w trzeciej ławce. Ginny pociągła Hermionę za rękaw szaty i obie zajęły miejsca w czwartej ławce. Po ich prawej usiadła Pansy i Astoria. Ku nieszczęściu panny Granger ostatnią ławkę tuż za nimi zajęli Ślizgoni. Malfoy i Zabini. Dyrektorka przeszła przez całą salę i przemówiła dość spokojnie:
– Witam wszystkim. Pewnie zastanawiacie się dlaczego was tu sprowadziłam. A więc teraz odbędzie się lekcja kształcąca, jednak nie będzie dotyczyła transmutacji, ani eliksirów, ani zielarstwa. Nasze dzisiejsze spotkanie będzie dotyczyło życia. Życia i wszystkiego co z tym związane. – Szum przeszedł po klasie, Ginny nachyliła się do Hermiony i szepnęła:
– O co może chodzić? – "Nie wiem" bezgłośnie odpowiedziała starsza Gryfonka.
– Jeden z nauczycieli – kontynuowała McGonagall – Wyszedł z taką inicjatywą na początku roku, uznałam wtedy, że nie jest to konieczne, jednak w świetle ostatnich wydarzeń – tu spojrzała na Hermionę, a potem Ślizgonów za nią – postanowiłam podjąć odpowiednie kroki. Przez cały rok odbędzie się zaledwie 10 lekcji, takich jak ta. Poprowadzi je profesor Robin Barkley. Termin będzie dopiero ustalony, nie martwcie się, nie będzie kolidował z waszym planem zajęć. – Wtedy Hermiona usłyszała szelest, odwróciła się i zobaczyła, że ręka Zabiniego jest uniesiona. Dyrektorka zmarszczyła brwi:
– Tak, panie Zabini?
– Pani profesor powiedziała "lekcji takich jak ta" o jakie lekcje chodzi?
– Cóż panie Zabini... Lekcji dotyczących życia… – Tu Ślizgon wpadł dyrektorce w słowo:
– Jakiej dziedziny życia?
– Cóż... Głównie chodzi o czerpanie przyjemności... – Znów przerwał:
– To będą lekcję o seksie?! – McGonagall zgromiła go wzrokiem, a przez salę przetoczyły się salwy śmiechu. Jednak wszystkich jeszcze bardziej zdziwiła i rozśmieszyła odpowiedź. Było to krótkie i stanowcze: "Tak".
– Cisza!!! – W końcu wszyscy się uspokoili i dali dyrektorce dojść do słowa.
– Panie Zabini! Bez takich uwag, ale tak, właśnie tego będą dotyczyć te lekcję. Proszę, nie używać takiego słownictwa w mojej klasie... – Chłopak znów przerwał:
– To jak mamy to nazywać? Czerpanie przyjemności z życia? Pani daruje, ale to się nie przyjmie... – Dyrektorka była coraz bardziej zła.
– Nie, nazywajmy to sztuką kochania albo podobnymi określeniami – warknęła. Nikt się nie odezwał, chociaż kilka osób parsknęło śmiechem. 
– Wracając, resztę lekcji poprowadzi pan Barkley jednak dzisiejsza odbędzie się ze mną. Jest to ważna lekcja i proszę potraktować ją poważnie. Jestem pewna, że niektórzy z was, jest to nieliczna grupa, ma już pierwsze doświadczenia w tej dziedzinie za sobą... – Salwy śmiechu i komentarz Astorii "A kto nie ma?".
– CISZA!!! – Znów wszyscy ucichli. McGonagall kontynuowała, był to temat dla niej niewygodny. Zdecydowała się na to wszystko tylko ze względu na to, co widziała w łazience prefektów. A właściwie czego się domyślała...
– Jednak wszyscy ci, którzy jeszcze, no cóż, zachowali resztki godności – Tu wysoko zadarła głowę. – Muszą pamiętać o bardzo ważnej rzeczy. Nie należy, poważam NIE NALEŻY ulegać namową kolegów, czy koleżanek. Naprawdę każdy ma jeszcze na to czas, a osoba która namawia was do rzeczy, których nie chcecie, na pewno nie jest waszym przyjacielem. – Zduszony śmiech Zabiniego.
– Coś pana śmieszy? – zapytała oschle nauczycielka.
– Nie pani profesor – odpowiedział z udawaną powagą. Hermiona siedziała jak na szpilkach, słuchając tego wszystkiego, Ginny podpierała głowę ręką aby nie zasnąć. No cóż trzeba przyznać, że pierwsze doświadczenia ma już za sobą i takie wywody do niej nie przemawiają, jednak Hermiona... Hermiona chłonęła każde słowo. Przypomniała sobie, gdy podczas wakacji rozmawiała o tym z Ronem. Była wtedy tak zażenowana! Jednak nawet do głowy jej wtedy, ani nigdy potem, nie przyszło by ulec namową swojego, bądź co bądź, chłopaka. Pansy bawiła się piórem, a Astoria robiła maślane oczy w stronę Harry'ego. Z kolei Harry co jakiś czas zerkał w stronę ławki, gdzie siedziały obie Ślizgonki. Bynajmniej nie z powodu Astorii, lecz za każdym razem, gdy napotykał to maślane spojrzenie, szybko odwracał wzrok. Ron siedział spokojnie trochę zdziwiony taką tematyką lekcji. Dyrektorka mówiła dalej:
– A więc, naprawdę wszyscy macie jeszcze na to czas, jednak gdyby zdarzyło się... – Zawahała się, przeszywając klasę wzrokiem. – Gdyby zdarzyło się, że ktoś poczułby się gotowy... – zduszone chichoty – Gotowy na... Na taki krok... –Astoria zuchwale przerwała dyrektorce:
– Dlaczego pani nie powie "gotowy na to, aby pójść do łóżka?”. Na pewno jaśniej byśmy wszystko zrozumieli. – McGonagall zgromiła Ślizgonkę wzrokiem, ale ta nic sobie z tego nie robiła.
– A więc dobrze jeśli ktoś poczułby się gotowy na to, aby pójść do łóżka, należy przede wszystkim... No kto mi powie co należy? – Zgłosiła się Astoria:
– Tak, panno Greengrass?
– Ubrać stosowną bieliznę? – Znów salwy śmiechu i zdegustowana mina dyrektorki. Gdy wszyscy się uciszyli, McGonagall powiedziała jedynie:
– Nie. –Zapowiadała się długa lekcja. Następnie zgłosił się McLeagen.
– Tak? – Udzieliła mu głosu dyrektorka.
– Zabezpieczyć się oczywiście, nikt nie chciałby bachora w wieku osiemnastu lat... – Zniesmaczone pomruki przeszły po sali, a potem nauczycielka oschle powiedziała:
– Zabezpieczanie być może jest ważne, ale nie to miałam na myśli... I proszę nie używać taki słów panie McLeagan!
– Jakich? "Zabezpieczenie?" – Zdziwił się chłopak. Ginny przejechała sobie ręką po twarzy, a potem prawie krzyknęła, sama nie wiedząc czemu:
– Bachor! Chodziło o to słowo idioto!
– Panno Weasley?! – krzyknęła zdegustowana dyrektorka. Była już naprawdę zmęczona tym wszystkim.
– No co pani profesor? To przecież idiota – powiedział Gryfonka, wskazując Cormaca.
– Minus pięć punktów, panno Weasley! Nie należy się tak odnosić do innych.
– No dobrze, przepraszam – powiedziała Ginny. Dyrektorka westchnęła.
– Wracając do pytania, co należy zrobić zanim podejmie się decyzję o tym czy, jak to panna Greengrass ujęła, pójść z kimś do łóżka? – Nikt się nie zgłosił, w końcu Blaise leniwie podniósł rękę, dyrektorka z obawą spojrzała w jego stronę.
– Ktoś jeszcze...? – zapytał z nadzieją. Nikt oprócz Zabiniego się nie zgłosił, dyrektorka udzieliła mu głosu:
– Moim zdaniem kluczowym elementem jest upewnienie się, że nasz potencjalny partner tego chce, wie pani jak to jest jak wynikają później niejasności...  – Odezwała się Pansy:
– Jak już jesteśmy przy niejasnościach, to może warto się upewnić czy ofiara... To znaczy potencjalny partner, żyje... – Znów większość zebranych wybuchnęło śmiechem. Harry powoli odwrócił się i spojrzał na Ślizgonkę, był tak zdziwiony, że jeszcze trochę i oczy wyszłyby mu z oczodołów. Pansy uśmiechnęła się przymilnie i pomachała mu końcówkami palców. Była wściekła na tego Gryfona, a jego mina zdecydowanie poprawiła jej nastrój. W końcu ostatnie śmiechy ucichły i dyrektorka, po raz, nie wiadomo który, ciężko westchnęła i kontynuowała:
– Ktoś ma jeszcze jakiś pomysł? – zgłosił się Harry z wyrazem zaciętości na twarzy:
– Może należy dowiedzieć się czy ta osoba jest chora na jakieś choroby weneryczne?
– Nie wygłupiaj się, od tego są eliksiry – odezwała się Pansy ze swojego miejsca, zanim McGonagall pozwoliła jej zabrać głos.
– Skąd mogłem wiedzieć, jak widać ty jesteś bardziej doświadczona... – zasugerował Harry. Ślizgonka oblała się rumieńcem, ale nie zamierzała odpuścić:
– No cóż, jednak to ty masz obawy przed tym czy twoja partnerka jest zdrowa. – Pansy kątem oka spojrzała na Astorię. – W sumie, ja też bym miała... – Tą odpowiedzią i  nieznacznym gestem wpieniła Harry'ego.
– Nie bądź śmieszna... To... – Ale Pansy nie dowiedziała się "co", bo wtrąciła się dyrektorka:
– Ja bardzo przepraszam, ale takie prywatne rozmowy to po lekcjach! Oboje macie szlaban! Znowu, będziecie sprzątać lochy... Ja na prawdę nie rozumiem co się w tym roku z wami dzieje! Wszystkimi! –Powiodła wzrokiem po całej klasie. McGonagall usiadła za biurkiem i szybko coś zapisał na pergaminie. Potem bez słowa dała to Harry'emu. Westchnęła ciężko i potarła czoło, od tego wszystkiego głowa zaczynała ją boleć.
– Dobrze, wracając do pytania, znowu… – spojrzała z wyrzutem na Pansy, a potem Harry'ego. – Co należy zrobić? – Zgłosiła się Parvati Patil.
– Tak, panno Patil?
– Myślę, że ważne jest, aby przed stosunkiem upewnić się, że ta druga osoba cię kocha... – Dyrektorka pokiwała głową:
– Tak, to jest ważne. I jest to bardziej racjonalna odpowiedź od poprzednich, jednak nadal nie to miałam na myśli. No naprawdę czy nikt nie wie co należy zrobić przed pójściem do łóżka? – W tym momencie zadzwonił dzwonek. Z tyłu klasy, gdy wszyscy zaczęli się pakować ktoś rzucił dość wyraźnie:
– Przemyśleć to jeszcze raz.
– Nareszcie, nareszcie ktoś rozumny.
– I upewnić się, że nie idziesz do łóżka z Krumem. – Usłyszała Hermiona szept przy swoim uchu. Odwróciła się i zobaczyła Malfoya podnoszącego się z miejsca. Ślizgon zarzucił torbę na ramie, patrzał jej w oczy i zdawał się mówić: "dlaczego akurat z takim palantem?"
*
Po lekcji, gdy wszyscy opuścili salę od transmutacji w różnych humorach, Harry dogonił Parkinson na korytarzu. Dziewczyna szła w stronę schodów, gdy poczuła jak ktoś szarpie ją za ramię. Odwróciła się, a cięty komentarz miała już na końcu języka, jednak nie zdążyła nic powiedzieć, bo Harry wcisnął jej do ręki kartkę i burkliwie powiedział:
– To od McGonagall, znów przez ciebie mamy szlaban...
– Przez mnie?! – zapytała z niedowierzaniem Pansy.
– No chyba nie przez mnie – powiedział Harry nadal burkliwie.
– Nie wcale... To ty mnie sprowokowałeś! – Zaczęli podnosić na siebie głosy.
– A niby czym?! – krzyknął Harry. Pansy rozejrzała się na boki. Tłum gapiów już zbierał się wokół nich. Chwyciła Gryfona za rękaw szaty i ciągnęła za sobą spory kawałek. W końcu zatrzymali się przed schowkiem na miotły, Harry rzucił jej pytające spojrzenie.
– Na co czekasz? Właź tam  – powiedziała, otwierając drzwi i wchodząc do środka.
– Nie wygłupiaj się, Parkinson – warknął jedynie, ale po chwili wszedł do schowka i zamknął za sobą drzwi. Pod sufitem kołysała się jedna naftowa lampa.
– Po co tu przyleźliśmy? – zapytał rozdrażniony.
– Żeby jutro cały Hogwart nie gadał o naszej kłótni, matołku.
– Nie nazywaj mnie tak – warknął jedynie.
– Wracając do tematu... Nie dostalibyśmy szlabanu gdybyś mnie nie sprowokował.
–Ja? A niby czym ja cię sprowokowałem?! – Pansy wzięła głęboki wdech i spojrzała w jego oczy. Nagle pociągnęła Gryfona za krawat. Wpiła się w jego usta, nadal trzymając za ubranie. Wyczuła ręką ścianę za sobą i oparła się o nią. Zaskoczony Harry nie miał pojęcia co zrobić, ale już po chwili całkowicie poddał się pocałunkowi. Oddał go z niemałym zapałem. Przywarł do niej i objął ją delikatnie w tali, a dziewczyna odrobinę puściła jego krawat. Czuła jakby prąd kopał ją za każdym razem, gdy wargi Harry'ego dotykały jej ust. Całowała go jak najlepiej potrafi, a Ślizgoni naprawdę dobrze całują. Nie czuła się tak już od bardzo dawna. W końcu Pansy puściła go i cicho powiedziała, spuszczając wzrok:
– Tym mnie sprowokowałeś. Całowałeś Astorię pod Wielką Salą...
– Ja wcale... – Ale wyjaśnienia chłopaka przerwał dźwięk otwieranych drzwi. To był Filch. Harry zaklął w duchu.
– Oh, coś mi się widzi, że pójdziemy z tym do dyrektorki – powiedział ucieszony dozorca. Pansy odgarnęła włosy do tyłu. Miała wystarczająco dużo szlabanów już do końca życia.
Jakieś dziesięć minut później czekali pod gabinetem McGonagall. W końcu Harry się odezwał:
– Znów dostanę przez ciebie szlaban... – Spojrzała na niego trochę zła a trochę rozśmieszona. – Ale wiesz co? – zapytał Gryfon, a Pansy  pokręciła przecząco głową.

– Tym razem było warto.










  A może komentarzyk...?
(next  sobota 28.02.)

sobota, 21 lutego 2015

niedziela, 15 lutego 2015

Miniaturka #3

Lud przemówił i oto mamy miniaturkę Dramione! Niby z okazji walentynek, jednak ja nie obchodzę zbyt hucznie tego święta, a jak z wami? Nie zapomnijcie komentować :) Miniaturka dla Jednorożca...
~Pani M.

OSTRZEŻENIE!!!
Uwaga! Mogą pojawić się literówki jak i błędy i pomimo faktu, iż Alisha sprawdzała wszystko ze trzy razy to blogger postanowił sobie z nas zakpić... gdy zapisujemy poprawioną wersję to zapisuje się tylko część i wszystko się miesza. Mam nadzieje, że wybaczycie nam te drobne błędy, ale to na prawdę, tym razem, nie nasza wina...  

(Miniaturka jest powiązana z miniaturką z dziennika Pansy)


Miniaturka #3 - Z dziennika Hermiony:  Kolacja z wrogiem.


  Harry Potter mocniej naciągnął kaptur na głowę, padało. Gęste krople deszczu spływały po pelerynie niewidce. Dumbledore, już wcześniej sugerował mu to rozwiązanie, ale Harry tak bardzo nie chciał się zgodzić.  Teraz nie miał wyboru. Stanął przy opuszczonym budynku. Wrzeszcząca Chata nie wyglądała zbyt dobrze. Była jeszcze bardziej przerażająca niż zazwyczaj, ale skoro Malfoy właśnie tutaj zażyczył sobie, aby się spotkali, Wybraniec nie oponował. Gryfon nie dostał się tutaj przez Bijącą Wierzbę, podejście tak blisko szkoły byłoby dość trudne. Jednak Malfoy od tygodnia siedział w Hogwarcie Zaczął się siódmy rok, Harry nie wrócił do szkoły. Musiał wykonać swoją misję. Razem z Ronem i Hermioną ukrywali się na razie w domu Syriusza. Wszedł do opuszczonej chaty i ściągnął kaptur. Wtedy z cienia wyłonił się Malfoy. Miał na sobie szkolny mundurek, jednak włosy równie mokre, jak Harry.
– Wreszcie,  Potter – powiedział zgryźliwie, pomijając powitanie. 
– Ciebie też miło widzieć, Malfoy – mruknął Harry.
– Więc? Właściwie o co chodzi? I ostrzegam cię, jeśli to jakiś podstęp śmierciożercy zjawią się tutaj zanim uniesiesz różdżkę – warknął blondyn.
– Daruj sobie, obaj sporo ryzykujemy – powiedział Potter i poprawił okulary, które zaczęły parować. – Mam dla ciebie propozycję – dodał spokojnie i obserwował reakcję Dracona.  
– Raczej nie wchodzę w układy z Gryfonami.
– Daj spokój, to nie jest teraz ważne – powiedział podirytowany Potter. Malfoy zawsze kładł nacisk na wszystko, co ich dzieliło.
– Dobra, co to za propozycja?  – zapytał w końcu blondyn.
– Zastanawiałeś się kiedyś co będzie jak Voldemort przegra? – Draco wzdrygnął się na wzmiankę o Czarnym Panie.
– To niemożliwe, pomówmy o rzeczach realnych albo... – Harry wszedł mu w słowo:
– Uwierz, pracuje nad tym. On nie będzie żył wiecznie i co wtedy? Dasz się zamknąć jak reszta śmierciożerców?
– On nie przegra – warknął jedynie Malfoy. Harry uśmiechnął się kpiąco.
– Czyżby? A co jeśli jednak ktoś pokona Voldemorta?
– Jeśli masz na myśli siebie...
– Powiedziałem KTOŚ, a nie JA.
– Dobra, mów po co tu przyszedłeś? Bo chyba nie pogadać o tym, co by było gdyby...
– Więc jak, Malfoy? Widzi ci się spędzić resztę życia w Azkabanie?
– A skąd pewność, że wygrasz? – odpowiedział, jak zwykle pewny siebie z kpiącym uśmieszkiem. Jednak Potter poruszył naprawdę ważną kwestię. Malfoy nie zaplanował nic na wypadek gdyby Czarny Pan przegrał, a przecież zawsze miał plan B.  
– Widzę, że ta rozmowa nie ma sensu – powiedział Harry, z powrotem naciągając kaptur.
– Dobra poczekaj, co to za propozycja?  – zapytał podejrzliwe Malfoy.
– Jeśli jednak Voldemort przegra wyciągnę cię z więzienia, powiem im, że cały czas działałeś w zmowie ze mną i byłeś szpiegiem, ryzykowałeś życie i inne bzdury. – Malfoy uśmiechnął się kpiąco i rozłożył bezradnie ręce, zadał najważniejsze pytanie:
– A co ty będziesz z tego miał?
*

  Hermiona spała niespokojnym snem na kanapie w salonie. Obudził ją dźwięk otwieranych drzwi. Szybko wbiegła do przedsionka. Zobaczyła Harry'ego. Był cały mokry, ale przynajmniej w jednym kawałku. Dziewczyna odczuła ulgę, ale zaraz to minęło i zaczęła podniesionym głosem:
– Gdzieś ty się podziewał?! Zamartwiałam się, a Ron nic nie chciał mi powiedzieć!
– Ale już wróciłem – odpowiedział spokojnie Harry. – Jutro z Ronem wyruszamy i nie chcę, żebyś znów za nami poszła.
– Ale Harry... ja... Przydam się wam! Wiem o zaklęciach więcej niż którekolwiek z was! Dyskryminujecie mnie bo jestem dziewczyną!
– Wcale nie, uspokój się Hermiono, martwimy się o ciebie. Robimy to dla twojego bezpieczeństwa.
– Jak sterczenie tutaj ma mnie przed czymkolwiek ochronić?
– Dobrze wiesz, że na dom działają silne zaklęcia... Po prostu tu zostań dopóki nie wrócimy.
– Dobrze wiesz, że i tak za wami pójdę – powiedziała, zaciskając ręce w pięści. Czuła się taka bezsilna i słaba.
– Ale tym razem może to być trudniejsze... – pwiedział tajemniczo Harry i wyminął dziewczynę. Odwróciła się za nim.
– Co to znaczy?  – Brak reakcji ze strony chłopaka. – Harry, co to znaczy?!
– Dobranoc, Hermiono – rzucił przez ramię i zniknął na schodach. Dziewczyna zamknęła oczy, powstrzymując łzy. Nie wierzyła, że tak ją potraktowali. Zawsze działali w trójkę, a teraz została sama w tym wielkim domu. Nie rozumiała dlaczego tym razem miałaby nie pójść za nimi. Ostatnim razem nie dostrzegli jej przez dwa dni. A potem jak zwykle awantura i odstawienie jej do domu Syriusza. A ona chciała tylko pomóc! Wspięła się po schodach na górę i zajęła jedną z sypialni. Nie umiała zasnąć, rozmyślając nad tym co przyniesie jutro. W końcu nad ranem zmorzył ją sen.
*
  Gdy się obudziła, dochodziła dziewiąta. Zerwała się, zrzucając poduszkę na podłogę, zauważyła, że na stoliczku nocnym nie ma jej różdżki za to jest kawałek pergaminu złożony na pół. Chwyciła go drżącymi dłońmi i rozłożyła wolno, oddychając przez usta. Otworzyła kartkę i szybko przebiegła tekst wzrokiem. I jeszcze raz. I jeszcze. Dopiero za czwartym razem dotarł do niej sens słów.
"Kochana Hermiono,
Musieliśmy to zrobić, zostawiamy cię z nim, ale nic się nie martw, złożył przysięgę i już nic ci nie zrobi. Nie liczymy na to, że teraz zrozumiesz. Bądź dzielna tak, jak zawsze byłaś. Kochamy cię Harry i Ron."
  Kartka wypadła z rąk dziewczyny, a ta zatkała sobie usta ręką. Nie potrafiła stłumić szlochu. Jak mogli ją zostawić? No jak?! Kolejne fale łez wypływały z jej smutnych oczu. Usiadła na łóżku. Nie mogła zrozumieć. "Nie liczymy na to, że teraz zrozumiesz". Rozbrzmiały w jej głowie słowa przeczytane tak niedawno. Słyszała jakby to Harry je mówił. Objęła się rękami i płakała. Płakała jak jeszcze nigdy, a potem nastały wątpliwości... Schyliła się po list i przeczytała "zostawiamy cię z nim...". Zabrzmiało to jak wyrok. I znów z jej oczu pociekły łzy bezsilności. Nawet jeśli chciałaby za nimi pójść nie wiedziała dokąd, nie wiedziała jak. Nie mam nawet różdżki - pomyślała żałośnie. Siedziała tak jeszcze chwilę, a potem otarła ostatnie łzy. Jej oczy wyschły zupełnie.  Już nawet nie mogę płakać. Uśmiechnęła się gorzko. Wolała, na razie, nie zastanawiać się z kim ją zostawili. Teraz liczyło się tylko to, ŻE ją zostawili. Tak po prostu. Nieoczekiwanie kolejne łzy popłynęły jej po policzkach. Siedziała tak na łóżku z kolanami podciągniętymi pod brodę. Wtedy usłyszała cichy trzask. Podniosła głowę i ujrzała Stworka. Skłonił się lekko. Odkąd Harry podarował mu medalion Regulusa skrzat stał się miły i uprzejmy nawet dla Hermiony.
– Tak ? – zapytała, głos miała zachrypnięty od ciągłego płaczu. Skrzat odpowiedział spokojnie:
– Pan Malfoy zaraz się z panią spotka... – Po tych słowach zniknął.
*

  Hermiona była tak zaskoczona tym co usłyszała, że siedziała na łóżku z otwartą buzią, w ogóle się nie ruszając przez bite pięć minut. Powoli sens tego co powiedział skrzat do niej dotarł. Jak oni mogli mi to zrobić! Zdawała się krzyczeć w duchu. Nie mogła uwierzyć, że Harry i Ron wydali ją jej największemu wrogowi.
– Nie wytrzymam z nim – szepnęła do siebie. Znów chciało jej się płakać. Przypomniała sobie wszystkie dotychczasowe upokorzenia do których Malfoy przyłożył rękę. Pogrążała się w całkowitej rozpaczy coraz bardziej. Pomyślała o ucieczce i zaczęła analizować sytuację. Nie miała różdżki, więc wymknięcie się przez główne drzwi nie wchodziło w grę. Spojrzała w stronę okna. Chwila... okno! Podeszła do niego, nie rejestrując nawet faktu, że jest w piżamie. Oparła się rękami o parapet i spojrzała w dół. No tak, jej sypialnia mieściła się na pierwszym piętrze. Jednak nie wydawało jej się aż tak wysoko. Jak w transie otworzyła okno i wspięła się na parapet. Wtedy drzwi sypialni się otworzyły. Dziewczyna obejrzała się za siebie. Stał w nich nie kto inny jak Draco Malfoy. Miał na sobie spodnie od garnituru i białą koszulę. Szybko ogarnął wzorkiem całą sytuację. Skrzywił się, po czym podszedł do dziewczyny. Odruchowo chciała się cofnąć. Zapomniała jedynie, że stoi na parapecie. Było już za późno. Z pewnością by spadła gdyby chłopak nie wyciągnął ręki, a ta chwyciła się jej kurczowo. Lustrował ją wzrokiem. Chwyciła go mocno za rękę. Chciała zejść z parapetu i wejść do środka, ale Ślizgon popchnął ją do tyłu, wypychając za okno. Mimowolnie krzyknęła. Jednak nie spadła, on dalej ją trzymał. Teraz dyndała za oknem, a on tylko wzmocnił uścisk. Wychylił się do dziewczyny.
–Posłuchaj, Granger – zaczął dość spokojnie, ale to nie zmyliło dziewczyny, wiedziała, że teraz jest bardziej wściekły, niż gdyby krzyczał.
– Jeśli tak bardzo chcesz uciec, mogę cię teraz puścić. – Jakby na potwierdzenie tych słów poluźnił uścisk, ale Hermiona nie zdążyła nawet krzyknąć, gdy Malfoy z powrotem go wzmocnił.–  Widzę, że już nie chcesz... – Uśmiechnął się kpiąco. Gryfonka spojrzała w dół. Wysokość była jej słabością, dlatego tak bardzo nie lubiła latać na miotle. Wysokość ją przerażała.
– Wciągnij mnie na górę – powiedziała cicho.
– Po co? Żebyś zaraz uciekła? – zapytał Malfoy wściekle.
– Obiecuje, że... – Nie mogła tego wypowiedzieć. Nie potrafiła teraz skłamać.
– No słucham? – Draco teatralnie nadstawił jedno ucho.
– Nie mogę ci tego obiecać – powiedziała przez łzy cisnące się do oczu. Usłyszała jak wzdycha. Mimo wszystko wciągnął ją na górę, a potem zostawiając ją na podłodze zamknął okno. Mrucząc jakieś zaklęcia pod nosem zabezpieczył je.
– Tak, teraz tylko pozostałe okna – mruknął do siebie. Hermiona wstała z podłogi popatrzała na Ślizgona.
– Oddasz mi różdżkę?  – zapytała z nadzieją. Ten tylko zaśmiał się głośno.
– Chyba nie sądzisz, że jestem aż tak upośledzony, jeszcze mnie zabijesz we śnie. Nie Granger... Ja lubię swoje życie – stwierdził po namyśle, po czym opuścił pokój. Gdy był już za drzwiami, Gryfonka fuknęła i gniewnie mruknęła pod nosem:
– Zawsze mogę poderżnąć ci gardło...
  Usadowiła się z powrotem na łóżku. Ku jej uciesze zauważyła, że Malfoy nie zamknął za sobą drzwi na klucz. Planowała uciec. Uciec oczywiście głównym wejściem, bo przecież ten głąb zabezpieczył wszystkie okna. Przeklęła go w duchu. W ogóle nie myślała o głodzie, pochłonięta planowaniem. Nie wiedziała co chce tym osiągnąć, nie wiedziała dokąd uciec. Chyba po raz pierwszy w historii jej siedemnastoletniego życia, Hermiona Jean Granger przestała myśleć racjonalnie...
*
  W porze obiadu Stworek przyniósł Gryfonce coś do jedzenia. Hermiona tylko smętnie pomieszała widelcem w talerzu, aż w końcu zjadła trochę ziemniaków i odstawiła naczynie. Nie była w stanie nic przełknąć. Cały czas jej głowę zaprzątał plan ucieczki, który na dłuższą metę nie miał najmniejszego sensu. Dziewczyna po prostu chciała wyjść z tego domu. Na myśl o Ronie i  Harrym znów prawie się rozpłakała. Siedziała na niezaścielonym łóżku w piżamie prawie cały dzień. W końcu nie wytrzymała i wyszła do toalety, która była zaraz naprzeciwko jej pokoju. Gdy już weszła do pomieszczenia miała nieodpartą ochotę na prysznic. Zamknęła drzwi do łazienki i zdjęła wszystkie ubrania. Odkręciła wodę i weszła pod ciepły strumień wody. Stała tak dłuższą chwilę, pozwalając wodzie spływać po jej włosach i twarzy. Nagle usłyszała, że ktoś puka. Nie, nie puka, ktoś wali do drzwi. Zakręciła niechętnie ciepły strumień i owinęła się szczelnie jednym z puchatych, ciemnoszarych ręczników. Robiąc mokre ślady, powoli podeszła do drzwi.
–Kto tam? – powiedziała cicho. Jednak nie otrzymała odpowiedzi. Stała tam jeszcze chwilę, wahając się, czy nie wyjść na korytarz. W końcu ciekawość wzięła górę. Spodziewała się, że to pewnie Malfoy, chociaż jakiś promyczek nadziei w jej sercu chciał wierzyć, że to Harry i Ron po nią wrócili. Chwyciła za mosiężną klamkę i otworzyła drzwi. Stał przy nich Malfoy. Zmarszczył brwi, widząc ją w samym ręczniku, ale szybko się opanował i przybrał jedną ze swoich masek obojętności.
– Ubierz się – powiedział najpierw, a Hermiona zmarszczyła lekko swój nosek. –A potem zejdź do salonu, musimy pogadać. – Gryfonka zacisnęła ręce na framudze drzwi, a potem powiedziała, podnosząc na niego wzrok:
– Nie będę z tobą o niczym rozmawiać. – Zatrzasnęła drzwi. Usłyszała jak chłopak klnie pod nosem, a potem jego kroki na korytarzu. Ubrała się powoli i wyszła z łazienki, ale nie zeszła do salonu tylko z powrotem poszła da swojej sypialni i usiadła na łóżku, które pod jej nieobecność zaścielił skrzat. Podeszła do półki z książkami i niespiesznie zaczęła czytać ich tytuły na grzbietach. W końcu zdecydowała się na "Czysta krew, a pozycja społeczna." Im dalej czytała tym bardziej wzrastało w niej oburzenie. Nawet nie usiadła, po prostu stała przy półce z książkami, coraz bardzie otwierając oczy ze zdziwienia. Draco wszedł do pokoju, co dziewczynę jeszcze bardziej wpieniło, bo nawet nie zapukał.
–Miałaś zejść do salonu – powiedział jakby z wyrzutem, ale gdy podniosła na niego wzrok zobaczyła tylko tę pustą obojętność. Nic nie odpowiedziała. Spojrzał na książkę w jej ręku i dziewczyna miała wrażenie, że kącik jego ust drgnął ku górze.
– Czytasz te brednie? – Spojrzała na niego trochę zdziwiona.
– Brednie? – powtórzyła jak echo. Wszystko co dotychczas wyczytała w tej książce było idealnym odzwierciedleniem poglądów Malfoya. Przynajmniej tak jej się wydawało.
– Też mi kazali to czytać, nudne jak posiedzenia w ministerstwie...
– Uważam, że tak książka jest okropna – powiedziała Hermiona, wyżej unosząc podbródek.
– Co kto lubi. – Draco wzruszył ramionami.
– No tak, przecież ta książka mówi o wyższości czarodziejów czystej krwi nad pozostałymi, jak mogła ci się nie spodobać? – zapytała z ironią. Teraz już naprawdę się uśmiechnął i powiedział:
– Właśnie też się zastanawiałem. – Obrzuciła go gniewnym spojrzeniem.
– Wyjdź, nie chcę z tobą rozmawiać – powiedziała dobitnie.
– Obawiam się, że nie masz zbyt dużego wyboru... – Pomimo tych słów posłusznie wyszedł i zamknął za sobą drzwi. Hermiona odłożyła książkę i położyła się na łóżku. Zasnęła.
*
  Obudziła się w środku nocy. Za oknem było ciemno, jedynie gwiazdy i księżyc jasno świeciły. Zegar wskazywał dziesięć po drugiej.
– Wspaniała pora na ucieczkę – mruknęła do siebie. Nie zabrała nic ze sobą, nawet ciepłego swetra. Po cichu wyszła ze swojej sypialni. Schodami w dół. Skrzywiła się, gdy jeden z nich zatrzeszczał.  Przeszła przez salon, który świecił pustkami i już była w korytarzu. Na palcach przemknęła obok portretu matki Syriusza i stojaka na parasole w kształcie nogi trolla. Była przy drzewcach, gdy przypominała sobie, że ma bose nogi. Schyliła się i wyciągnęła swoje stare buty, Założyła je, a potem zacisnęła rękę na klamce od drzwi. Wtedy w korytarzu zapaliło się światło. Hermiona odwróciła się i zobaczyła Malfoya stojącego kilka metrów za nią. Był wściekły i nawet nie próbował tego ukrywać. Jego spojrzenie mogłoby zabijać.
– Dokąd się wybierasz? – zapytał lodowatym tonem. Panna Granger przełknęła ślinę. Odrobinę ją teraz przerażał. Zrobił krok w jej stronę, a ona odruchowo się cofnęła, wpadając na drzwi. Zacisnęła ręce na klamce, gdy podszedł jeszcze bliżej.
– Nie zostawiasz mi wyboru Granger – prawie wypluł te słowa. Błyskawicznie znalazł się przy Gryfonce. Podniósł dziewczynę i przerzucił sobie przez ramię, była dość lekka. Zaraz zaczęła wrzeszczeć, że ma ją puścić, ale to na nic się zdało. Obudzili matkę Syriusza, która również zaczęła swoją litanię. Hermiona waliła knykciami w plecy blondyna, ale on nic sobie z tego nie robił. Dalej szedł naprzód. Wspiął się po schodach na pierwsze piętro, ale wcale nie postawił dziewczyny.
– Puszczaj mnie!!! – krzyczała Hermiona, jednak to również nic nie dało.
– Uspokój się, Granger – warknął jedynie Dracon. Wszedł na kolejne piętro i kopniakiem otworzył jakieś drzwi.
– Postaw mnie na ziemię! – darła się dalej panna Granger.
– Jak sobie życzysz. –  Przeszedł przez pokój, po drugiej stronie stało ogromne łóżko z baldachimem. Młody Malfoy nie zaświecił światła. Rzucił dziewczynę na łóżko. Było to tak niespodziewanie, że Hermiona odruchowo pisnęła. Odwrócił się na pięcie i odszedł, zostawiając płaczącą dziewczynę. Jeszcze przy drzwiach powiedział:
– Nie becz, to raczej ci teraz nie pomoże. – Wyszedł, zamakając za sobą drzwi. Jednak, ku jeszcze większej rozpaczy Hermiony, usłyszała dźwięk przekręcanego klucza.
***
Na drugi dzień późnym popołudniem

  Draco siedział w salonie, opierając wyciągnięte nogi o stół. Przeglądał dzisiejszą gazetę, ale jak zwykłe nie było tam ani słowa o rzeczach ważnych. Zdegustowany odłożył ją na stół. Hermiona cały dzień siedziała zamknięta na drugim piętrze w jednej z sypialni, które Draco specjalnie zabezpieczył. Miał spokój. Dwa razy w ciągu dnia podesłał do niej Stworka, aby dyskretnie sprawdził co robi. I dwa razy usłyszał w odpowiedzi: "Leży na łóżku i płacze, sir." Ślizgon nie przejął się tym zanadto. Siedział chwilę w salonie i naszła go ochota na wypicie czegoś mocniejszego. Lubował się w dobrym alkoholu. Wezwał Skrzata do siebie:
– Stworku! – Gdy ten się pojawił, Draco powiedział:
– Czy mamy może w tym domu trochę Ognistej Whisky?
– Nie, sir – powiedział Stworek. Ślizgon zamyślił się, a po chwili wydał polecenie:
– Idź i kup ognistą, a także jakieś piwo kremowe. – Stworek skłonił się nisko i aportował. Chłopak nadal siedział na kanapie, zastanawiając się, co robi Granger. Pewnie ryczy, że chce do Weasleya. Pomyślał. Pomyślał również, że Stworka już długo nie było, a on jest głodny. Powlókł się do kuchni. Nigdy nie gotował niczego, bo zazwyczaj były od tego skrzaty. Westchnął znużony i otworzył lodówkę. Oprócz światełka w rogu, nie było tam nic, z wyjątkiem opakowania jajek i kartonu nieświeżego mleka. W szafce znalazł piętkę czerstwego chleba. Chcąc nie chcąc, chwycił jajka i pomyślał o omlecie.
– To nie może być trudne – mruczał do siebie. Wyjął patelnie i postawił na przybrudzonym piecu, zapalił gaz. Okazało się jednak, że już samym rozbiciem jajka miał problemy. Gdy próbował delikatnie je rozbić skorupka nie pękała, a gdy w końcu się denerwował, zgniatał je całkowicie. I tak pierwsze sześć jajek mniej lub bardziej uszkodzonych wylądowało w koszu. Malfoy klął pod nosem, jednak to wcale nie pomagało, ósme jajko wyszło na miękko. W końcu w kuchni pojawił się Stworek z siatką w pomarszczonych rękach. Wyciągnął na stół pięć butelek ognistej i trzy piwa kremowe. Draco zamiast mu podziękować warknął jedynie:
– Gdzie się tak długo podziewałeś?   
– Stworek kupował ognistą whisky, sir – odpowiedział zgodnie z prawdę skrzat. Draco machnął na niego ręką i powiedział:
– Przygotuj kolację.  – Wskazał cztery ostatnie jajka i zabrudzoną kuchnię.
– Tak jest, sir. – Już po dziesięciu minutach Malfoy jadł idealnie przygotowany omlet.
– Idź na zakupy – rzucił z nad talerza. – Nie ma nic do jedzenia.
– Stworek już idzie. – Skrzat skłonił się nisko i już go nie było. Ślizgon spojrzał na blat i dostrzegł jeszcze jeden omlet. Zmarszczył brwi, a potem przypomniał sobie o jeszcze jednej osobie zamieszkującej ten dom. Granger. Pomyślał. Dziewczyna nic nie jadła od wczoraj a dochodziła ósma wieczorem. Draco dokończył swoją kolację i spojrzał na drugi talerz. Chciał wezwać skrzata, aby zaniósł dziewczynie jedzenie, jednak szybko sobie przypomniał, że wysłał go pięć minut temu na zakupy. Siedział przy stole w kuchni i patrzał na talerz. W końcu wstał i zabrał go ze sobą na górę. Stanął przy drzwiach i wyciągnął z kieszeni srebrny klucz. Przekręcił zamek i wszedł do środka. Hermiona siedziała skulona na łóżku, gdy wszedł podniosła na niego swoje brązowe, teraz zapuchnięte, oczy.
– Przyniosłem kolację – powiedział i odłożył talerz na biurko. Już chciał się wycofać, gdy wpadł na, jak mu się wydawało, świetny pomysł. Wyszedł szybko i zamknął drzwi na klucz. Wchodził do każdej sypialni po kolei, aż w końcu znalazł. Sypialnia jego ciotki. Podszedł do wielkiej drewniane szafy i otworzył ją. Wisiały tam na wieszakach różne suknie i sukienki. Malfoy marszcząc brwi, zaczął je przeglądać.
*
  Gdy wyszedł z sypialni, Hermiona wręcz rzuciła się na jedzenie. Nie jadła prawie nic od dwóch dni. Pochłonęła omlet, zostawiając pusty talerz. Wróciła wolno na łóżko, żałując, że nie ma więcej. Odpuściła sobie wszelkie próby ucieczki, a przemyślawszy swoje wczorajsze zachowanie doszła do wniosku, że zachowała się niezwykle głupio. Nie wiedziała co teraz będzie. Nie chciała mieszkać z Malfoyem, a właściwie nawet nie mieszkać. Trzymał ją zamkniętą w pokoju jak jakąś... zmarszczyła brwi w poszukiwania odpowiedniego określenia. Nie, na pewno nie służącą... przecież nie kazał jej nic robić i nie jak więźnia, bo przecież się nad nią nie znęcał...  Jej rozmyślania przerwał właśnie Malfoy. Niósł w rękach jakiś niebieski materiał. Podszedł do łóżka, na którym siedziała Gryfonka i spokojnie powiedział:
– Jutro zjesz kolację ze mną. – Chciała coś wtrącić, ale nie pozwolił na to. –Przyjdę tu o ósmej i masz być gotowa. Aha – spojrzał na materiał trzymany w rękach- i załóż to. – Rzucił jej ciemnoniebieską, wręcz prawie granatową suknie. Uśmiechnął się, widząc jej oburzenie. 
– Nie ubiorę tego! – Hermiona dość głośno wyraziła swój protest. Podszedł do niej bardzo blisko i kucnął, zrównując się z Gryfonką, siedzącą na łóżku. Zbliżył swoją twarz do jej twarzy. Spuściła głowę, wtedy podniósł jej podbródek, tak aby parzyła na niego. Cicho zaczął mówić:
– Albo ubierzesz to – kątem oka spojrzał na suknie – albo zejdziesz tam nago. –Widząc, że się zarumieniła a jednocześnie zdenerwowała, puścił dziewczynę i wyszedł.
– Jak długo będziesz mnie tu trzymał?! – krzyknęła za nim. Odwrócił się w drzwiach i z sadystycznym uśmiechem powiedział:
– Aż po ciebie nie wrócą... Oczywiście, jeśli ktokolwiek przeżyje... – Zostawił ją z tymi czarnymi myślami i zamknął drzwi na klucz. Hermiona obiecała sobie, że już się nie rozpłacze. Nigdy. Do wieczora czytała książkę, oczywiście nie tą samą co wcześniej, a potem poszła spać. Nie chciała wiedzieć co przyniesie jutro.
***
   Dochodziła ósma. Draco trochę już się niecierpliwił. Skrzat przygotował wspaniałą kolację i wszystko powoli stygło. Czekało na nią. Chłopak chodził w tę i z powrotem przy schodach, czekał aż w końcu dziewczyna zejdzie na tę przeklętą kolację. W ogóle nie wiedział po co to robił, ale czuł, że może być zabawnie. Kilka minut temu wysłał skrzata na górę aby otworzył Gryfonce drzwi. Stworek już wrócił z kluczem, ale dziewczyny nie było. W końcu usłyszał kroki na schodach. Podniósł głowę i aż oniemiał z wrażenia. Hermiona wyglądała przecudownie w niebieskiej sukni, którą wybrał. Na głowie miała wytwornego koka, z którego uwolniły się pojedyncze loki. Ale pomimo wszystko Dracona najbardziej urzekły oczy. Powoli zeszła po schodach, zaszczycając go nieśmiałym uśmiechem. Gdy przechodziła obok niego podał jej rękę. Z jakiegoś powodu uważał, że właśnie to należało zrobić. Otrząsnął się trochę i emocje nie były już tak widoczne na jego twarzy. Usiedli w jadalni po dwóch stronach długiego stołu. Hermiona była naprawdę zaskoczona zachowaniem, bądź co bądź nadal, jej wroga. Jednak pomimo wszystko, to nie jego zachwianie najbardziej ją dziwiło. Zdziwiły ją emocje, chyba po raz pierwszy widziała na twarzy Ślizgona coś oprócz obojętności i  kpiny. Właściwie to chciała mu zrobić na złość i sukienką i fryzurą, a gdy widziała jego minę skryła uśmiech satysfakcji. Zasiedli przy stole. Hermiona nie mogła się oprzeć wrażeniu, że Ślizgon cały czas się na nią gapi, ale gdy podnosiła wzrok on nie patrzał. Jedli w milczeniu, aż w końcu dziewczyna się odezwała:
– Właściwie, dlaczego to robisz? – Podniósł na nią spojrzenie swoich stalowoszarych oczu.
– Co masz na myśli? – zapytał miękko.
– Zostałeś ze mną... – Uśmiechnął się pod nosem i spuścił wzrok.
– Powiedzmy, że dogadałem się z Potterem. – Hermiona nieznacznie kiwnęła głową. Dalej jedli w milczeniu. Przy deserze Draco się odezwał:
– Dlaczego cię zostawili? – Spojrzała na niego ze strachem.
– Nie wiem – powiedziała bardzo cicho. – Nie chcę o tym rozmawiać. – Chłopak tylko wzruszył ramionami, zapytał znowu:
– To dla mnie się tak wystroiłaś? – Posłała mu pytające spojrzenie, na co on tylko wywrócił oczami.
– Kazałeś mi ją założyć – powiedziała, podnosząc filiżankę aby się napić.
– Mogłaś przyjść nago... – mruknął, niby obojętnie. Posłała mu mordercze spojrzenie. Odłożyła filiżankę i powiedziała, siląc się na spokój:
– Nie wiem jak to jest u Ślizgonek, ale w Gryffindorze cenimy sobie prywatność.
– Coś sugerujesz...?
– Nie, ja? Skądże znowu – odparła z ironią.
– Słuchaj, Granger… – Przerwała mu:
– Mam imię, Malfoy – "Malfoy" dodała odruchowo, zanim ugryzła się w język.
– Ja też. – Wyszczerzył się. – Poza tym, nie wiem czy "Hermiona" przeszłoby mi przez usta...
– Co to miało znaczyć?!  – Wzruszył ramionami. Dziewczyna zerwała się z krzesła i rzuciła serwetkę na stół.
– Już chyba skończyłam. – Chciała odejść, ale Draco w parę sekund znalazł się przy niej. Chwycił ją za ramiona, żeby nie mogła się wyrwać.
– Skończysz, jak ci pozwolę – wysyczał. Jego oczy lśniły niebezpiecznie. Widząc, że Gryfonka krzywi się lekko, puścił jej ramiona, które, notabene, nie były osłonięte materiałem sukni.
– Siadaj – powiedział zimno.
– Nie – odparła hardo, patrząc mu w oczy. Odpowiedział bez słów, a Hermionie ciarki przebiegły po plecach. Jego wzrok mówił: „ sama tego chciałaś.”
– Stworek! – Skrzat pojawił się natychmiast.
– Tak, sir? – zapytał.
– Mamy jakąś… linę? – Draco uśmiechnął się do Hermiony. Zmarszczyła brwi, a potem spojrzała na niego groźnie.
– Nie odważysz się – powiedziała, jednak głos jej zadrżał. Roześmiał się tylko.
– Ja się nie odwarze?
– Tak. Nie odważyłeś się wtedy, na Wieży Astronomicznej. Teraz też się nie odważysz. – Dostrzegła dziką furię w jego oczach. Miał ochotę ją teraz uderzyć.  Nawet podniósł rękę do jej policzka, jednak odwrócił wzrok i zacisnął rękę w pięść.
– Odejdź – powiedział tylko, nie patrząc na nią, jednak Hermiona nawet nie drgnęła, odwrócił się do niej i wrzasnął:
– No już! – Przez ten ułamek sekundy dostrzegła łzy w jego oczach. Dotknęła jego ramienia, odtrącił jej rękę:
– Draco, ja... – Na dźwięk swojego imienia odwrócił się do niej zdziwiony. Teraz już miała pewność, prawie płakał. Były to te same łzy które jeszcze nie tak dawno spływały po policzkach Hermiony. Łzy bezsilności.
– Idź stąd – powiedział tylko.
– Ja... Draco, ja wcale... Nie, to znaczy... – Nie umiała się wysłowić. Łzy w oczach jej największego wroga były takim zaskoczeniem, że nie wiedziała jak się ma zachować. Znów dotknęła jego ramienia:
– Bo wam wszystkim się wydaje, że to takie proste...- powiedział w końcu, a jego głosie pobrzmiewiała taka gorycz, że przez chwilę Hermiona mu współczuła.
– Co jest proste? – zapytała. Odwrócił się do niej.
– Myślicie, że tak łatwo sprzeciwić się Sama Wiesz Komu, że tak łatwo odejść od rodziny, zostawić wszystko...
– Ja wcale nie myślę... – zaczęła, ale nie mogła dokończyć.
– Daruj sobie, mimo wszystko miałaś łatwiej, miałaś wybór.
– Przecież to dobrze, że wtedy na wieży...
– Teraz ja nie chcę o tym rozmawiać. – Odwrócił się i wszedł po schodach na górę. Dziewczyna stała w jadalni oniemiała. Nigdy nie spojrzała na to z tej strony. Jego strony. Poszła za nim, unosząc suknie do góry. Stanęła w drzwiach jego sypialni. Stał do niej tyłem i ściągał koszulę przez głowę. Spuściła wzrok, wtedy się odwrócił.
– Idź do siebie, Granger – warknął jedynie.
– Nie – powiedziała, podnosząc wzrok z podłogi. Stał tuż przy niej.
– Powiedziałem...
– Słyszałam –przerwała mu.
– Znów nie zostawiasz mi wyjścia, Granger. – Pokręcił z niedowierzaniem głową.
– Co masz na... – Jednak zamiast "myśli" z jej ust wyszło jedynie coś w stylu niemego zaskoczenia. Chłopak znów przerzucił ją sobie przez ramię i zaniósł na górę. Tym razem nie protestowała, wiedziała, że to się na nic nie zda. Tym razem nie rzucił jej na łóżko tylko postawił dziewczynę na ziemi. Wychodząc, rzucił przez ramię:
– Jutro też jemy kolację, suknie przyniesie ci Stworek. – Wyszedł, zamykając drzwi na klucz.
***

I tak następnego dnia wieczorem, Hermiona, w zielonej, dopasowanej sukience, zeszła do salonu. Draco znów podał jej rękę i zasiedli do stołu.
– Nie rozumiem po co to robisz – powiedziała z nad talerza.
– Co tym razem, „robię”? – podkreślił ostatnie słowo, przyglądając się swojej towarzyszce.
– No, po co te kolacje? – zapytała, widząc jego zdziwioną minę szybko dodała:
– Wszystko jest bardzo dobre i w ogóle, ale... – Przerwał jej, parskając śmiechem:
–Myślałem, że dziewczyny lubią takie sprawy.
– No tak, tylko... – Znów nie wiedziała, jak to powiedzieć, nie chciała go urazić.
– Tylko „co”? – zapytał zniecierpliwiony.
– Tylko; zazwyczaj, takie kolacje je się na randkach. – Teraz już roześmiał się na dobre. Dziewczyna była trochę zdezorientowana jego reakcją.
– I czego się śmiejesz? – warknęła w końcu. Malfoy opanował się odrobinę po czym już całkowicie poważnie odpowiedział:
– Aż tak bardzo przeraża cię myśl, że mogłabyś iść ze mną na randkę?
– Całkowicie szczerze? – zapytała, a on kiwnął głowę na potwierdzenie. – Tak.
– Dlaczego? – Wpatrywał się w jej twarz. Dziewczyna zarumieniła się. Fascynowała go ta drobna osóbka siedząca naprzeciwko. Uczciwie musiał przyznać, że takiej dziewczyny jak Hermiona Granger, jeszcze nie spotkał.
– Bo... nie wiem – powiedziała w końcu, spuszczając głowę. Doskonale wiedziała, ale wolała nie odpowiadać.
– Popatrz na mnie. – Niechętnie podniosła wzrok z nad talerza. – Lubię patrzeć na twoją twarz... Wiem wtedy o czym myślisz.
– Tak? To o czym myślę?
– O tym, żeby się nie wydało, że kłamiesz. – Szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. Faktycznie pomyślała o tym, aby się nie wydało. Uśmiechnął się pod nosem, widząc jej reakcję. – Zastawiam się tylko – ciągnął spokojnym głosem – czego tak bardzo nie chcesz mi powiedzieć...
– Chyba nie twoja sprawa – mruknęła, nie podnosząc wzroku.
– No właśnie chyba jednak moja, w końcu to coś związanego ze mną.
– To nie jest żaden argument... – Wzruszył ramionami. Jedli w milczeniu, a po wszystkim Draco odprowadził ją na górę. Weszła do środka o on zamknął drzwi na klucz. Oparła się o nie i powiedziała licząc, że jeszcze tam stoi:
– Nie musisz mnie zamykać. – Usłyszała odpowiedź i jakoś tak ciepło jej się zrobiło:
– Nie mam pewności, że nie uciekniesz, Granger.
– Dokąd mam uciec? – zapytała, siadając pod drzwiami. Nie miała pojęcia, że Draco również rozsiadł się pod drzwiami.
– A bo ja wiem co ci tam strzeli do łba...
– A jeszcze chwilę temu twierdziłeś, że czytasz mi w myślach – trafnie spostrzegła Hermiona. Malfoy uśmiechnął się pod nosem.
– Nie, powiedziałem, że lubię patrzeć na twoją twarz, bo wiem wtedy o czym myślisz...
– Uważasz, że jestem ładna? – zapytała, rumieniąc się. Dużo łatwiej jej było z nim rozmawiać, kiedy nie widziała jego przystojnej twarzy.
– A co to ma wspólnego... – Przerwała mu:
– Powiedziałeś, że lubisz patrzeć na moją twarz.
– No tak, ale...
– Ale co? – zapytała, zagryzając wargi. Czekała na odpowiedź.
– Jesteś ładna, Granger – Powiedział i wstał z pod drzwi. Łatwiej było mu to przyznać nie patrząc na nią. Hermiona uśmiechnęła się szeroko.
– Dziękuję... Draco. –  Jednak chłopak już tego nie słyszał.
***
2 tygodnie później

  Dzisiejszy dzień zaczął się tak jak pozostałe. Hermiona obudziła się i jak zwykle na krześle wisiała suknia. Tym razem czerwona. Zaraz pojawił się Stworek otwierając drzwi, aby mogła skorzystać z toalety. Wzięła prysznic, umyła twarz i zęby. Gdy z powrotem weszła do pokoju śniadanie już tam czekało. Stworek zamknął za nią drzwi. Gryfonka czuła się jak ptak w złotej klatce. Nie mogła narzekać, ale jednak czegoś jej brakowało. Zjadła śniadanie i pochwyciła książkę, której wczoraj nie dokończyła. Tak mijał każdy dzień, raz Malfoy zabrał ją do biblioteki, żeby mogła wybrać sobie więcej dzieł do czytania. Każdego dnia martwiła się o Harry'ego i Rona oraz o powodzenie ich misji. Każdego dnia ta niepewność ją przygniatała. Każdego dnia. Ale był taki jeden moment, w którym przestawała się martwić. W którym po prostu cieszyła się, że jest. Zawsze pory kolacji wyczekiwała z utęsknieniem. Ku swemu zdziwieniu odkryła, że z Malfoyem da się normalnie porozmawiać. Często się przekomarzali i uczciwie Gryfonka mogła przyznać, że to lubiła. Jednak stało się coś, co zburzyło harmonogram dnia. Usłyszała pukanie do drzwi.
–Proszę – powiedziała trochę zdziwiona. Do pokoju wszedł jej współlokator i schował klucz do kieszeni spodni.
– Wstawaj Granger, przenosisz się – powiedział spokojnie.
– Że co? Po co właściwie? Dokąd? – Miała zadać kolejne pytanie, gdy zirytowany Ślizgon jej przerwał:
– Wyjaśnię ci po drodze, wstawaj... – Zabrała książkę i podążyła za blondynem. Zatrzymał się przy podwójnych drzwiach jakiegoś pokoju.
– To twoja nowa sypialnia – oznajmił.
– Ale...
– Granger jesteś cholernie irytująca – powiedział, marszcząc brwi.
– Ja po prostu chcę wiedzieć!
– To idź do biblioteki – mruknął gniewnie.
– Poszłabym, gdybyś mnie nie więził!
– Nie więziłbym cię, gdybyś nie uciekała!
– Nie uciekałabym, gdybyś mnie pocałował!  – Wykrzyczała nieświadomie. – Zaraz? Co?! – Zatkała sobie usta ręką i spojrzała przerażona na Ślizgona. Draco zmarszczył brwi.
– Eee, Granger, nie wiedziałem, że na mnie lecisz...
– Nie lecę na ciebie – powiedziała, wywracając oczami.
– Wiesz... To by było dziwne jakbym cię pocałował. To znaczy nie mówię, że nie chcę... – Przerwała mu, podnosząc wzrok na twarz Malfoya:
– Czyli chcesz?
– Tak, to znaczy... Po prostu nie mogę cię pocałować, okej?
– Okej – powiedziała i weszła do sypialni, zamykając drzwi. Robiła wszystko, żeby nimi nie trzasnąć. W ogóle nie chciała tego powiedzieć. Wzięła głęboki wdech. Po jakiś pięciu minutach Stworek przyniósł jej rzeczy.
– Pan Malfoy chce z panią porozmawiać – dodał wychodząc. Dziewczyna tylko prychnęła. Nie miała już ochoty na jego towarzystwo. Rozsiadła się na fotelu w kącie i czekała, aż ten dupek przyjdzie. W końcu usłyszała szczęk zamka.
– Chciałem ci tylko wyjaśnić...
– Słuchaj, nie musisz mi się tłumaczyć nie możemy się całować i już, po sprawie – powiedziała spokojnie. Zmarszczył brwi, a potem przeczesał jedną ręką swoje blond włosy:
– Eee... Ja nie o tym... To znaczy, chciałem ci wytłumaczyć dlaczego zmieniłem ci pokój. – Hermiona przeklęła się w duchu za kolejną wpadkę. Teraz Draco miał niezbite dowody, że cały czas myśli o tym nieszczęsnym pocałunku.
– Oł… – Wyrwało się z ust Gryfonki.
– No w takim razie czekam na wyjaśnienia. – Złożyła ręce na piersiach. Draco z niedowierzaniem pokręcił głową i leniwie zaczął swoje wyjaśnienia:
– Pomyślałem, że łatwiej będzie jak dostaniesz pokój z łazienką. Dlatego cię przeniosłem, poza tym, tu jest więcej książek – dodał, zerkając na wielką biblioteczkę.
– Świetnie, jeśli to wszystko to możesz sobie iść – powiedziała, wstając. Jednak Ślizgon nie ruszył się z miejsca.
-Jeśli chodzi o ten pocałunek... – Przerwała mu:
– Nie mamy o czym rozmawiać, rozumiem całowanie mugolaczki nie należy do twoich ulubionych zajęć.
– Na Merlina, Granger, tu w ogóle nie o to chodzi! – powiedział zdenerwowany. Nie rozumiał dlaczego dziewczyna cały czas wraca do tej sprawy.
– Jasne, w ogóle nie o to chodzi. – Uśmiechnęła się kpiąco, jednak dostrzegł w jej oczach ból. Poczuł się winny, ale szybko o tym zapomniał.
– Po prostu obiecałem komuś coś i nie mogę... W ogóle nie wiem czemu ci się tłumaczę! – powiedział nagle i szybko wyszedł. Dziewczyna zmrużyła oczy.
– Komuś coś obiecał... – mruknęła pod nosem. Pomyślała albo o ojcu Malfoya, który zabronił mu kontaktów z... z osobami jej pochodzenia albo o Harrym. W końcu to właśnie z Harrym się dogadał. Obiecała, że zrobi wszystko aby dowiedzieć się na jakich warunkach Draco jej pilnuje.
*
  Wieczorem Hermiona wzięła porządną kąpiel. W łazience połączonej z jej pokojem stała wielka wanna, z której nie omieszkała nie skorzystać. Wyszła z łazienki owinięta ręcznikiem i chwyciła suknie wiszącą na krześle. Chciała dziś wyglądać świetnie, być może to głupie, ale pomyślała sobie, że to może pomóc w nakłonieniu Malfoya do mówienia. Włosy zostawiła rozpuszczone, aby wyglądać bardziej naturalnie. Ubrała komplet białej bielizny i czarne rajstopy. Założyła czerwoną suknie i stwierdziła, ze zgrozą, że dekolt w niej jest dość spory... Nie miała butów. Zazwyczaj szła zawsze w tych samych czarnych czółenkach na małym obcasie, ale teraz przydałoby się coś... coś innego. Zostało jej jeszcze pół godziny.
– Stworku – powiedziała na głos i skrzat pojawił się przed dziewczyną. Długo się broniła przed wykorzystaniem skrzatów do czegokolwiek, ale teraz postawiono ją pod ścianą. – Czy mogłabym mieć do ciebie prośbę?
– Tak pani – odpowiedział skrzat.
– Czy mógłbyś aportować się do Hogsmeade i iść do sklepu madame Malkin? – Stworek kiwnął głową, chociaż zupełnie nie rozumiał po co został tam wysłany.
– Chciałabym abyś kupił dla mnie buty, najlepiej czerwone, na obcasie – powiedziała, trochę się rumieniąc. Ta prośba wydała jej się dziwna, jednak skrzat nic nie powiedział skłonił się lekko i aportował z cichym trzaskiem. Jednak wcale nie udał się do Hogsmeade, najpierw odwiedził Dracona w jego sypialni.
– Dziewczyna wysłała Stworka po buty – powiedział. Malfoy pytająco uniósł jedną brew.
– To idź i kup. –  Skrzat skłonił się i już miał wyjść, gdy młody Malfoy zatrzymał go jeszcze.
– Kup buty do tańczenia... – Teraz skrzat naprawdę nie wiedział co o tym wszystkim myśleć, ale mimo wątpliwości aportował się we wskazane miejsca.
  Po dwudziestu minutach znów zjawił się w pokoju dziewczyny z parą czerwonych sandałków na obcasie.
– Dziękuje, są śliczne – powiedziała dziewczyna. Buty naprawdę były bardzo ładne. Stworek podał jej Gryfonce. Hermiona stwierdziła, że są to buty do tańców towarzyskich. Zmarszczyła lekko brwi.
– Emm… Stworku, to są buty do tańca.
– Stworek wie, panicz Malfoy kazał takie kupić.
– Ale skąd Malfoy...  – Dziewczyna pojęła w mig "skąd Malfoy" spojrzała z wyrzutem na Stworka.
– Powiedziałeś mu.
– Dziewczyna nie mówiła, żeby nie mówić. – Stworek spojrzał na nią swoimi wodnistymi oczami.
– Oh, no dobrze.
– Stworek może już iść? – zapytał skrzat. Hermiona kiwnęła głową. Gdy zniknął, ubrała buty i stwierdziła, że są dość wygodne. W końcu otworzono jej drzwi i mogła zejść na dół. Jak zwykle przy schodach stał Malfoy. Miał bardzo ciemny granatowy garnitur i białą koszulę. Hermiona zeszła po schodach, a on podał jej ramię. Odprowadził do salonu i zasiedli do kolacji. Dziś nie zaczęli od konwersacji tak jak zazwyczaj, po prostu jedli, zerkając na siebie ukradkowo. W końcu Draco nie wytrzymał i głośno odkładając widelec, powiedział:
– Nie zamierzasz już ze mną rozmawiać? – Podniosła na niego wzrok.
– To ty się nie odzywasz, poza tym nie chcę żebyś złamał jakąś obietnice... No wiesz w końcu gadanie z mugolaczką...
– Nie odpuścisz? – zapytał gniewnie. Pokręciła z uśmiechem głową. – Dobra, nie musimy rozmawiać. – Draco wstał od stołu i podszedł do dziewczyny. Podał jej rękę.
– To może zatańczysz, no wiesz, nowe buty. Nie dajmy się im zmarnować. – Uśmiechnął się zachęcająco. Hermiona nie wiedziała co ma o tym myśleć, w końcu sięgnęła po dość błyskotliwy argument:
– Nie ma muzyki.
– Och no tak, tu nie ma, ale jeśli zechciałabyś przejść do salonu... – Doskonale się przygotował i podczas gdy oni jedli kolację Stworek poprzesuwał kanapy i stół, robiąc dużo miejsca w centralnej części salonu. Pod ścianą stał stary gramofon. Weszli do salonu i stanęli po środku. Draco nieznacznie skinął na skrzata i ten włączył gramofon. Podał rękę dziewczynie, a ta ją przyjęła z pewnym wahaniem. Ostrożnie położyła mu rękę na ramieniu, a Draco chwycił ją w tali i przyciągnął do siebie. Mimo wszystko między nimi zmieściłaby się jeszcze jedna osoba. Tańczyli walca, bo taką muzykę przygotował skrzat. Obserwował ich, udając, że ściera kusz z kolekcji porcelany. W końcu nie wytrzymał i powiedział niby pod nosem:
– Między nimi to jeszcze z tuzin skrzatów by się zmieścił. – Oczywiście sami zainteresowani to usłyszeli. Hermiona zarumieniła się lekko i spuściła głowę, z kolei Draco spojrzał na Stworka pytająco. Ten tylko skinął mu głową i wyszedł. Malfoy obrócił Herminą, a potem przyciągnął ją bliżej siebie. Teraz stykali się w tańcu. Nie czuli się z tym dziwnie, wręcz przeciwnie. W końcu dziewczyna odważyła się zapytać:
– Dlaczego się zgodziłeś mnie pilnować? Przecież mnie nie znosisz...
– Czy uważasz, że gdybym cię nie znosił tańczylibyśmy tutaj?  – zapytał w odpowiedzi.
– Nie odpowiedziałeś na pytanie – powiedziała tylko. Draco odchylił ją do tyłu, a potem znów przyciągnął do siebie. Zetknęli się czołami. Widząc, że Hermiona się do niego zbliża, wyszeptał tylko:
– Nie mogę. – Jednak się nie odsunął.
– Ale ja mogę – powiedziała również szeptem. Tak strasznie chciała go pocałować, a z drugiej strony bała się tego.
– Jutro będziesz tego żałować – szepnął, a jego oddech owiał policzek Gryfonki. Nie odsunął się, ani na milimetr.
– Ale to będzie dopiero jutro.
  I wtedy ich wargi się zetknęły. Draco całował ją bardzo delikatnie. Drobnymi pocałunkami obdarzał kąciki jej ust, dolną, a potem górą wargę, a ona stała jak zaklęta z przymkniętymi oczami i błagała w duchu, aby nigdy nie kończył. Oderwał się od niej, a Hermiona niechętnie otworzyła oczy:
– Nie mogę – wyszeptał, przymykając powieki.
– Dlaczego? – zapytała, usilnie próbując złapać jego spojrzenie. Odsunął się od niej i zabrał ręce z jej tali.
– Układ, Granger... Ten cholerny układ – powiedział jedynie i odszedł po schodach na górę, pobiegła za nim. Zamknął się w sypialni, Hermiona waliła w drzwi, jednak nie otworzył.
– Jaki układ?! Wpuść mnie! – krzyczała, w końcu opadła z sił i usiadła pod drzwiami.
– Draco... – zaczęła powoli – Draco, możesz mi powiedzieć... jaki układ?
– Nie mogę, Granger. Idź do siebie. – Słysząc jego łamiący się głos, miała wrażenie, że zaraz staranuje drzwi. W końcu wstała i mając łzy w oczach, poszła do siebie.
***

Miesiąc później

  Nie rozmawiali ze sobą już wcale. Nie było kolacji. Nie było nic. Hermiona już nie była zamykana w pokoju, mogła swobodnie poruszać się po domu. Malfoy unikał jej. Minęli się może ze trzy razy w ciągu całego miesiąca. I choć oboje cierpieli nie chcieli nic z tym zrobić. Widząc to wszystko, Stworek w końcu podjął decyzję. Zamierzał porozmawiać z paniczem Malfoyem. Draco jak zwykle siedział w swojej sypialni, więc skrzat aportował się tam z cichym trzaskiem.
– Tak Stworku? – zapytał Ślizgon.
– Dlaczego pan nie porozmawia z dziewczyną? – Odważył się zapytać skrzat.
– To chyba nie twoja sprawa – powiedział podirytowany chłopak, każda wzmianka o Hermionie strasznie go denerwowała.
– Pan jest przez nią nieswój – pozwolił sobie zauważyć Stworek.
– I co z tego? – warknął Draco.
– Ona też jest nieszczęśliwa – wyjawił skrzat.
– Czy nie możecie pojąć, że ja nie mogę! Nie mogę i kropka! Bez żadnego "ale"! – wykrzyczał blondyn.
– Dlaczego? – zapytał skrzat, wiedząc, że stąpa po bardzo cienkim lodzie, zdążył polubić te dwójkę i nie chciał, żeby to się tak skończyło.
– Układ – odpowiedział blondyn z tą samą pogardą w głosie. Zawsze, gdy mówił o tajemniczym „układzie” wypluwał z siebie słowa, jakby były trucizną.
– Pan cały czas o nim mówi, jednak Stworek i dziewczyna nie rozumieją... –Draco popatrzył na skrzata i westchnął.
– Powiem ci, ale nie możesz nic powiedzieć Hermionie. – Skrzat wciągnął powietrze i zatkał sobie usta dłonią.
– Co się stało? – zapytał zły Ślizgon.
-Pan nazwał ją imieniem.
– I co z tego?
– Bo pan... Pan ją lubi, prawda sir?
– Nie twoja sprawa – warknął Draco.
– A co z tym układem? – przypomniał Stworek, nie zapominając po co odwiedził Dracona.
– Bardzo ciekawski z ciebie skrzat, ale dobrze, opowiem ci... Obiecałem Potterowi, że jej nie skrzywdzę, a jeśli.. Jeśli między nami coś... To znaczy jakieś uczucie, wiesz o czy mówię – mruknął gniewnie – Wtedy ją skrzywdzę i złamię obietnice, wsadzą mnie do Azkabanu. Dlatego nie mogę... – Skrzat popatrzył na niego jakby z współczuciem i powiedział:
– To chyba już się stało...
– Co? – warknął gniewnie.
– No, to uczucie, o którym pan mówił... Myślę, że to już się stało. Pan jej unika, a to ją krzywdzi jeszcze bardziej... – Draco wszystko przemyślał i przeanalizował:
– Przygotuj jedzenie na dwudziestą, dziś zjemy ostatnią kolację.
*
I tak też się stało. Skrzat poszedł do sypialni Gryfonki i powiadomił ją o kolacji. Hermionie momentalnie oczy zabłyszczały. Stworek zapytał również, którą sukienkę ma jej przygotować, ale ona już wiedziała.
– Tę niebieską, którą wybrał jako pierwszą – powiedziała bez zastanowienia. Cieszyła się jak dziecko, od miesiąca nie rozmawiali, a ona nie wiedziała dlaczego. Przestała się zamartwiajać o Harry'ego i Rona, przestała myśleć o wojnie, o Voldemorcie, o strachu. Myślała tylko o nim. Gdyby nie skrzat z pewnością przestałaby nawet jeść.
– Dziewczyna go kocha – powiedział stworek, przynosząc suknie. Odwróciła się zdziwiona, ale jednak po chwili wiedziała co odpowiedzieć i odpowiedź wcale jej nie zaskoczyła:
– Chyba tak, Stworku.
– Stworek ma czasami wrażenie, że skrzaty widzą więcej niż czarodzieje – pozwolił sobie wtrącić.
– Co chcesz powiedzieć? – zapytała, marszcząc brwi.
– Że pan Malfoy też  kocha dziewczynę, ale za nic się do tego nie przyzna... Nawet przed samym sobą... – Skrzat aportował się i zostawił Hermionę samą. Dziewczyna, gdy nadeszła stosowna pora,  ubrała suknie, buty, spięła włosy i zeszła do salonu. Już tam czekał.
– Dawno się nie widzieliśmy Granger... – mruknął jej do ucha. Przygryzła lekko wargę, bo nie wiedziała co ma odpowiedzieć. Zasiedli do stołu tak, ja robili to wiele razy wcześniej.
– Czy możesz mi w końcu powiedzieć co to za układ? – zapytała w końcu, patrząc na niego hardo. Skinął głową i spojrzał jej w oczy. Cicho zaczął swoją opowieść.
– Potter mi to zaproponował. Miałem zostać z tobą i pilnować, żebyś nie uciekła, dopóki oni nie wrócą. W zamian, kiedy już nie będzie Sama Wiesz Kogo, on wyciągnie mnie z Azkabanu. Oczywiście były warunki. Najważniejszy był taki, że nie wolno mi cię skrzywdzić w żaden sposób.
– A co to ma do... – Uśmiechnął się gorzko.
– Nie rozumiesz Granger...
– Masz racje, nie rozumiem – przyznała.
– Bo widzisz... Ja... Ja chyba... cię... to znaczy... – Uśmiechnęła się do niego:
– Wiem, ja ciebie też... – Spojrzał na nią smutno:
– I widzisz?  Za późno, już cię skrzywdziłem...
– Dlatego, że się w tobie zakochałam?
– Widzisz Granger, bo... Pomyśl co będzie jak to wszystko się skończy.
– Co się skończy? – zapytała, marszcząc brwi.
– W końcu ktoś wygra i niezależnie, która to będzie strona, nie będziemy mogli być razem... Będziesz cierpieć, dlatego właśnie jest za późno... Przepraszam. – Spuścił wzrok. Wstała od stołu i podeszła do niego. Malfoy również się podniósł.
– Nie obchodzi mnie, co będzie potem – powiedziała pewna swojej decyzji.
– Teraz tak mówisz, ale potem…
– Draco, równie dobrze mogę nie przeżyć do jutra.
– Nie mów tak. – Założył jej kosmyk włosów za ucho. Przytrzymała jego rękę przy swoim policzku.
– Kocham cię. – Dostrzegła uśmiech błąkający się gdzieś na jego twarzy pomiędzy tą całą niepewnością. – Pocałuj mnie, pocałuj mnie teraz – wyszeptała w jego usta, a on spełnił jej prośbę. Całowali się coraz bardziej namiętnie. Zarzuciła mu ręce na szyje, była szczęśliwa.
***
Tydzień później
Całe ich życie zmieniło się diametralnie. Każdego dnia całowali się na powitanie, jedli razem wszystkie posiłki. Oboje w końcu byli szczęśliwi i dziękowali za to losowi. Aż w końcu, sowa przyniosła Proroka Codziennego. Tego, na którego Hermiona tak czekała, nagłówek głosił: "Sami Wiecie Kto pokonany". Draco lekko zbladł, gdy przybiegła mu o tym powiedzieć.
– Wszystko będzie dobrze – zapewniła, patrząc mu w oczy.
– Wiem – powiedział, całując ja w czoło, jednak wcale nie był tego taki pewny.
  W końcu wieczorem w drzwiach stanęli Harry Potter i Ronald Weasley. Hermiona puściła się biegiem i uściskała przyjaciół. Draco stał z boku, patrząc na jej szczęście. Bał się reakcji na wieść o nim i Hermione. Stchórzył. Był to największy błąd w jego życiu...
 Podszedł do trójki Gryfonów i powiedział:
– Gratulację Potter, jednak ci się udało. Jak widzisz Granger jest w stanie nienaruszonym, więc dotrzymałem swojej części umowy teraz twoja kolej. – Harry wyciągnął z kieszeni jeansów kawałek pergaminu i podał go blondynowi.
– Masz, to moja część umowy, nie zostaniesz o nic oskarżony. Możesz odejść. –  Malfoy rzucił ukradkowe spojrzenie Hermionie. Miała łzy w oczach. Nie rozumiała co się dzieje. Draco nałożył jedną ze swoich tak świetnie wyuczonych masek i odszedł. Odszedł i nie obejrzał się za siebie.
***
6 lat później

– Harry, idź otwórz! – Ciemnowłosa kobieta krzyknęła z kuchni, wyciągając z pieca makowiec, który zamierzała podać gościom na deser. Dziś była Wigilia i Pansy Potter razem z mężem zaprosili wszystkich najbliższych przyjaciół, i ich rodziny. Harry miał bardzo dobrze płatną pracę. Pracował w ministerstwie jako auror, a właściwie to szef biura Aurorów. Już po dwóch latach było ich stać na ten ogromny dom w Dolinie Godryka. W przestronnej jadalni przy magicznie powiększonym stole siedziała już cała rodzina Weasleyów z nowo poślubioną żoną Rona, Hermioną Granger-Weasley. Uparła się, żeby zatrzymać nazwisko. Brakowało jeszcze tylko Billa i Fleur. Harry otworzył drzwi, a do środka jak burza wpadła mała dziewczynka z burzą czarnobrązowych włosów.
– Kochanie, Ginny i Blaise przyszli – zawołał Harry.  Gdy wszyscy ze wszystkimi się przywitali znów rozległ się dzwonek do drzwi. Stali w nim państwo Longbottom.
– Luna, świetnie wyglądasz! – Uściskała Ginny przyjaciółkę.
– Wchodźcie do środka, bo zimno! – krzyknęła z salonu pani Weasley.
– Który to miesiąc? – zapytała Hermiona, witając się z panią Longbottom.
– Siódmy – odpowiedziała rozmarzonym głosem Luna i pogładziła się po brzuchu. Neville odebrał od swojej żony płaszcz i powiesił na, już i tak zawalonym, wieszaku. Następnie przybyli trochę spóźnieni Bill i Fleur. Wszyscy zasiedli do stołu, który dosłownie uginał się od jedzenia. Zarówno mała Vanessa jak i zaledwie rok młodszy Robin domagali się otwarcia prezentów. Harry wziął syna na ręce, a Blaise swoją małą królewnę i wszyscy przenieśli się do salonu. Po otwieraniu prezentów, Pansy, jako pani domu, wniosła do salonu smakowity makowiec ozdobiony lukrem. Dzieci po deserze były już zmęczone, więc pobawiły się jeszcze trochę dopiero co otrzymanymi zabawkami i usnęły. Pansy i Ginny zaniosły je do dziecięcego pokoju na górze, gdzie stały dwa łóżeczka. Zeszły z powrotem do gości. Wszyscy siedzieli w salonie państwa Potter jeszcze długo. Koło dziewiątej Neville i Luna pożegnali się z pozostałymi i wrócili do domu. Chwilę potem również Bill, Fleur i George się pozbierali.
 Za kwadrans jedenasta w salonie została już tylko szóstka najlepszych przyjaciół z Hogwartu. Blaise i pani Zabini zajęli jedną z kanap. Hermiona siedziała Ronowi na kolanach. A Harry i Pansy siedzieli na drugiej, nieco mniejszej, kanapie. Wspominali jeszcze długo czasy szkolne, popijając ognistą whisky. Pansy tylko podczas takich wspomnień zastanawiała się jakim cudem zamieniła tleniony blond na parę okularów i bliznę?

  Siedzieli w salonie, gdy nagle w pokoju na górze rozbrzmiał płacz dziecka.
– To pewnie Robin albo Van się obudzili – powiedziała Ginny, wstając. Zabini stwierdził, że również się przejdzie. Gdy wchodzili po schodach, usłyszeli pukanie do drzwi.
– Harry otwórz – powiedziała Pansy i wstała z kanapy. – Ja zajrzę do Robina. – Harry poszedł otworzyć, a pozostali byli bardzo ciekawi kogo niesie o tej porze. Hermiona wstała z kolan Rona i poszła za Harrym. W drzwiach stał ktoś kogo dobrze znali. Był to Draco Malfoy.
– Musimy pogadać, Granger… – powiedział, patrząc jej w oczy. Gryfonka zaniemówiła. Wszystkie wspomnienia uderzyły w nią niczym taran. Harry który znał świetnie całą historię powiedział:
– Chyba nie macie o czym rozmawiać.
– Jednak mamy – powiedział blondyn z zaciekłością w głosie.
– W porządku Harry, daj nam chwilę – mruknęła Hermiona zbolałym głosem.
– Na pewno? – zapytał i spojrzał z obawą na blondyna.
– Na litość Merlina Potter, nic jej nie zrobię – oświatczył podirytowany Malfoy.
– Co mam powiedzieć Ronowi? – zapytał ciemnowłosy mężczyzna, patrząc na Hermionę. Pokręciła smutno głową.
– Wymyśl coś Harry, proszę daj nam pięć minut. – Hermiona bardzo nie chciała się teraz rozpłakać i tak usilnie powstrzymywała łzy. W końcu Harry wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Stali na ganku w ten zimowy wieczór i nie wiedzieli co mają sobie powiedzieć.
– Po co przyszedłeś? – zapytała, a głos jej zadrżał. Nie patrzała na Malfoya, bała się, że to może ją złamać.
– Granger ja... – Chciał złapać ją za rękę, ale dziewczyna odsunęła się. W końcu spojrzała na jego twarz. Widziała tam tylko ból. Wzięła głęboki oddech i powtórzyła pytanie.
– Przepraszam, okej? – powiedział w końcu. Wtedy kobieta wpadła w szał. Zmarszczyła brwi i rzuciła z pretensją w głosie:
– Zostawiłeś mnie bez słowa wyjaśnienia na sześć lat. Ani razu się do mnie nie odezwałeś, a teraz przychodzisz tutaj, robisz minę cierpiętnika i uważasz, że wszystko będzie dobrze? Co ty sobie w ogóle myślałeś?! – Zakończyła, krzycząc.
– Masz rację, ja… Nie wiem po co przyszedłem. –  Już miał się odwrócić, gdy dosłyszał jej szept:
– Może dlatego, że nadal mnie kochasz... – Odwrócił się i nie myśląc nad tym co robi, rzucił się na nią. Przygwoździł do ściany i pocałował wkładając w to całą swoją pasję, wszystkie niewypowiedziane emocje. Cały żal. W końcu odsunął się trochę, zostawiając oniemiałą Gryfonkę:
– Uwierz, że było to dla mnie trudniejsze niż dla ciebie. – Hermiona dotknęła swoich warg i spojrzała przerażona na Ślizgona. Poczuła się tak jak wtedy, wtedy w salonie domu Blacków. Musiała w końcu przyznać, że nigdy nie zapomniała. Nie kochała Rona tak na prawdę, zawsze tym właściwym uczuciem darzyła kogoś, kogo nigdy przy niej nie było. Teraz był... Nieoczekiwanie łzy popłynęły po jej policzkach, podeszła do niego i dała mu z liścia:
– Nigdy. Więcej. Mnie. Tak. Nie. Zostawiaj – powiedziała, wyraźnie akcentując, każde słowo. Spojrzał na nią z niesamowitą czułością i powiedział:
– Już nigdy.

 A potem, zapominając o bożym świecie, całowała go. Całowała, nie martwiąc się o jutro.






I może komentarz do tego...?