środa, 1 czerwca 2016

Rozdział 57


Rozdział 57 – To jeszcze nie koniec.
                                                                                    
Hermiona opuściła Skrzydło Szpitalne ze łzami w oczach. Nie mogła uwierzyć, że Blaise był zdolny do czegoś takiego, do skrzywdzenia Ginny. Znów ci umknęło, że oni wszyscy byli śmierciożercami. Ale są tacy bezbronni. Odpowiedziała sobie od razu, mając przed oczami obraz Dracona leżącego bez sił w jednej z sypialni Malfoy Manor. Szła szybko, nie zwracając uwagi na mijanych uczniów, chciała po prostu znaleźć się w swoim dormitorium i w spokoju pomyśleć. Miała dość tych zagadek, które pojawiały się, gdy tylko w sprawie Malfoya dowiedzieli się czegoś nowego. Horkruksy, napady, a teraz jeszcze jakieś kwiatki. I po co, na Godryka, Malfoyowi było to wszystko? Znalazła się na korytarzu czwartego piętra i wtedy dopiero zorientowała się, że ktoś cały czas za nią idzie. Odwróciła się i ujrzała zgarbioną postać Dracona. Ręce trzymał w kieszeniach, a włosy opadły mu na czoło. Musiał ją gonić. Podszedł do niej, zdecydowanym krokiem.
– Wiesz, że Blaise tego nie chciał. – Nie odpowiedziała, hardo patrząc mu w oczy. Jej spojrzenie mówiło mu więcej, niż słowa, które mogłaby wypowiedzieć. Westchnął i wyciągnął ręce z kieszeni.
– Granger, czasu nie cofniesz, ale...
– To twoja wina! – krzyknęła nagle, cofając się parę kroków. Nie rozumiał, ale odruchowy wyciągnął rękę w jej kierunku. Szybko się zreflektował i opuścił ramię.
– Gdybym tam była, gdybym nie była z tobą, to by się nie stało!
– Przestań krzyczeć, bo...
– Odkąd ci pomagam wszyscy dookoła cierpią!
– Wcale nie prosiłem o twoją, głupią pomoc – warknął. Jego spojrzenie ją przerażało, wolałaby gdyby na nią krzyczał. Ten spokój był nieludzki. Hermiona poczuła się jakby ją uderzył. Nie prosiłem o twoją, głupią pomoc. Echem odbijało się w jej głowie. Otwarła usta, żeby coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów. Odwróciła się na pięcie i już miała odejść, kiedy chwycił ją za ramię. Nie spodziewała się tego, nie stawiła żadnego oporu, a Draco włożył w gest tyle siły, że omal nie wywrócił Gryfonki. Chwycił ją szybko za drugie ramię, żeby złapała równowagę. Spuściła głowę, żeby nie musieć patrzeć mu w oczy. Ostatnio zbyt często przy nim płakała, nie musiał oglądać jej kolejnego załamania.
– Zostawię cię w spokoju, odejdę, pozwolę skończyć szkołę, usunę się z twojego życia. Nie będę nigdy więcej prosił o pomoc. – Podniosła głowę. Wyraz twarzy miał surowy, a pewność w jego głosie była przerażająca. Nie potrafiła wykrztusić z siebie słowa. To wszyscy było niczym nieśmieszny żart. Wywrócił jej życie do góry nogami, a teraz bez mrugnięcia, czy chwili wahania, oznajmił, że zostawia to wszystko w cholerę. Hermiona czuła, że on również ma już dość. Puścił jej ramiona i zamierzał odejść, ale złapała jego dłoń.
– Zostań – szepnęła, a zaszklone oczy dziewczyny błyszczały od łez. Nie pozwoliła im spłynąć na policzki. Uświadomiła sobie, że ona również go potrzebuje. Sama była zaskoczona swoimi słowami.
– Granger? – powiedział, zwracając jej uwagę na swoją osobę. Wyrwał rękę z jej uścisku. – Szkoda, że nie poznałem cię wcześniej.
Odszedł, zostawiając ją z tysiącem myśli w głowie. Mimo wszystko nie śmiała go zatrzymywać. Poczekała, aż sylwetka Ślizgona zniknie zza rogiem korytarza, dopiero potem dała upust łzom.
***

– Ile już tu siedzimy? – zapytała cicho. Bezradny chłopak pokręcił głową. Był zmęczony całym tym dniem. Gdyby tylko mogli użyć magii! Siedzieli oparci o brudną ścianę, a oczy same im się zamykały. Pansy już dawno zaschło w gardle, a skurcz w żołądku doprowadzał oboje do białej gorączki. O ile Harry zdążył zjeść śniadanie, o tyle Parkinson wybiegła z Hogwartu bez posiłku.
– Wdaje mi się, że będzie koło dziesiątej. – Ślizgonka jęknęła, ponad osiem godzin siedzieli w zamknięciu.
Nie raz i nie dwa, próbowali wyważyć drzwi, ale ich staranie nie przyniosły żadnego skutku. Rozłożyli stare gazety na podłodze, aby wchłaniały wilgoć i choć trochę chroniły przed zimnem. Przekopali się przez graty, zajmujące większą część pomieszczenia, ale nie znaleźli nic przydatnego. Na szczęście różdżki nadal świeciły, więc nie musieli przesiadywać w całkowitej ciemności.
– Jak zamierzamy się stąd wydostać? – zapytała.
– Pracuję nad tym… – mruknął Harry, ale tak naprawdę nie miał pojęcia co robić. Bez magii czuł się bezbronny. Chłopak był pewny, że na pomieszczenie działają jakieś zaklęcia, które blokują wszelkiego rodzaju inną magię. Po co w ogóle wchodziliśmy do tego domu!  Wyrzucał sobie, wiedział, że to była jego wina. Pansy wcale nie uśmiechało się zwiedzać starego budynku. Wstał, ale wolnej powierzchni było tak mało, że nie zrobił trzech kroków, kiedy natrafił na przeszkodę w postaci stosu starych przedmiotów. Zaklął cicho pod nosem, odwrócił się na pięcie i usiadł z powrotem obok Pansy. Bezczynność była nie do wytrzymania. Harry miał ochotę coś rozwalić. To rozwal te drzwi, mądralo… Usłyszał uporczywy głos, potrząsnął głową, aby się go pozbyć.
– A jeśli zostaniemy tu na zawsze? – wyrwało się nagle Parkinson. Gryfon popatrzał na nią z lekceważeniem.
– Człowiek bez wody  przeżyje najwyżej…
– Nie kończ – powiedziała głośno. Harry parsknął śmiechem, ale dziewczyna przemilczała to z godnością. Kiedy upłynął kolejny kwadrans, a oni nadal tkwili pod tą samą ścianą, w tym samym pomieszczeniu, Harry’ego zaczęła ogarniać senność. Na to nie mógł sobie pozwolić.
– Mów coś do mnie – powiedział i zaraz stłumił ziewnięcie. Pansy uniosła pytająco brew.
– Możemy umrzeć z nudów, jeśli…
– Okej, rozumiem przesłanie – mruknęła posępnie. – Chcesz zagrać w dziesięć pytań? – dodała zaraz. Była to jedna z tych uniwersalnych gier na każdą okazję. Znali ją zarówno mugole jak i czarodzieje. Harry kiwnął głową.
– Możesz zacząć – powiedział. Dziewczyna zastanowiła się chwilę, było kilka pytań, które dręczyły ją od dłuższego czasu.
– Co jest miedzy tobą a Ginny? – Potter zmarszczył brwi i zerknął na Ślizgonkę.
– Takiego rodzaju pytania… – mruknął.
– Chyba nie miałam pytać o ulubiony kolor? – Uśmiechnął się.
– Nie.  Ja i Gin jesteśmy przyjaciółmi jak sądzę, nic szczególnego. – Wzruszył ramionami.
– Jeśli byliście parą, a teraz się przyjaźnicie to oznacza, że któraś strona czeka na drugą szansę.
– Boisz się, że nadal ją kocham – bardziej stwierdził niż zapytał. Pansy nic nie powiedziała, trafił w sedno, a byli przy pierwszym pytaniu. Harry przesunął się spod ściany i usiadł naprzeciwko Pansy.
– Całkowicie szczerze? Tak, kocham ją, ale teraz myślę o niej w kategoriach młodszej siostry. – Po tym wyznaniu w pomieszczeniu zapanowała cisza.
– Powiesz coś? – zapytał Harry, patrząc na jej  twarz, którą próbowała schować za kaskadą kruczoczarnych włosów.
– Cały czas myślę o tym, że to ona z tobą zerwała. Ty tego nie chciałeś.
– Skąd możesz to wiedzieć? – Wywróciła oczami i westchnęła.
– Czy zerwałbyś z Ginny dla mnie? – Długa cisza i ciężkie od napięcia powietrze. Pansy czuła, że już żałuje tego pytania. Ale właściwie czego się mogła spodziewać? Harry i Ginny znają się całe życie, a ona odkąd przyjechała do Hogwartu, jedyne co robiła to ubliżała obojgu. Potter próbował to wszystko poukładać, ale marnie mu szło. Nie potrafił zdefiniować tego co łączyło go z Pansy. Ona jest małą, zadziorną kupelą Malfoya, na którą rzucam się częściej niż… Weź się w garść! Przymknął na chwilę oczy, kiedy je otworzył ciemne oczy Pansy uchwyciły jego spojrzenie. Czekała na odpowiedź.
– Nie wiem czy cię kocham, ale za to wiem, że to co jest między nami, pomimo wszelkich reguł, sprawia, że uśmiecham się sam do siebie jak wariat.
– To mi musi wystarczyć – szepnęła, a potem nachyliła się, żeby go pocałować. Delikatnie muskała ustami jego wargi. Zaraz usiadła z powrotem, mimo że Harry chciał ją zatrzymać przy sobie. Zmarszczył brwi, kiedy się odsunęła. Pansy chwyciła jego rękę.
– I tak dałeś mi więcej niż na to zasługuję.  – Zapadła cisza, a Harry był zbyt oszołomiony tym wyznaniem, żeby ją przerwać. Nadal trzymali się za ręce, a Gryfon gładził kciukiem dłoń Pansy.
– Jest coś o co już dawno miałem cię zapytać – zaczął Harry po dłuższej chwili. Dziewczyna podniosła na niego wzrok.
– Podejrzewam, że mogę nie mieć lepszej okazji… – Parkinson nadal nic nie mówiła, chłopak kontynuował:  –  Kim jest Mirabell? – Pansy zamrugała kilka razy. Nie wierzyła w to, co usłyszała. Czy była gotowa, żeby opowiedzieć komuś o Miri? Czy chciała o tym mówić Harry’emu? Miała tyle wątpliwości, tyle obaw.
– Mirabell była moją kuzynką – powiedziała, nie do końca świadomie.
– Była?  – powtórzył jak echo okularnik, marszcząc brwi.
– Nie żyje.
Wspomnienia wróciły, a oczy Ślizgonki zaszły mgłą. Bardzo wyraźnie widziała tamtą scenę. Piekło, które rozpętał jej wuj, ojciec Mirabell. Człowiek, którego tak nienawidziła. Zaraz potem dokładnie odtworzyła wspomnienia z pociągu. Ból, łzy i uczucie bezsilności. Na końcu było Beauxbatons. Wysoki mężczyzna, który towarzyszył Alexis. Znał Mirabell, mówił o jej śmierci. Wiedział co się stało. Kim był? Dziewczyna nie miała pojęcia.
Pansy nie płakała. Opowiedziała Harry’emu o swoich wakacjach we Francji, o Mirabell, ale kiedy miała mówić o tamtej pamiętnej nocy... Nie miała siły, a słowa nie przechodziły jej przez usta. Bliskość Pottera dodawała jej otuchy. Chłopak cały czas trzymał jej rękę. W pewnym momencie usiadł obok niej, pozwalając Ślizgące oprzeć głowę o swoje ramię.
– Nie musisz nic mówić, Pansy – szepnął, tuż nad jej uchem. Pokręciła przecząco głowa. Czuła, że to dobry moment.
I tak opowiedziała mu wszystko. Znał jej wszystkie sekrety. Nie miała już nic, żadnego asa. Nic, czym mogłaby zaskoczyć. I oboje czuli się z tym dobrze.
***
Hogwart
Czuła na sobie te wszystkie spojrzenia. Każdy jej krok sprawiał, że ktoś się oglądał, że zielone z zazdrości piątoklasistki szeptały zawzięcie w kącie, że ktoś zagwizdał. Rzuciła mu zniewalający uśmiech, odwracając się przez prawe ramię.  Czuła, że znów jest sobą. Krótka spódniczka wcale jej nie peszyła, a tym bardziej wyższe buty. Dwa pierwsze guziki białej koszuli miała rozpięte, ukazując dekolt. Nie był wulgarny, bardziej kobiecy i subtelny. Włosy wyprostowała i zaczesała do tyłu. Specjalnie nie założyła szaty na mundurek, w końcu byli po lekcjach. Spóźniona szła właśnie na kolację. Minęła ją grupka Puchonów wracających z Wielkiej Sali. Szeptali, a w pewnym momencie Ślizgonka usłyszała jedno imię: „Astoria”.
– Zaczekajcie! – krzyknęła, ale niezbyt głośno, żeby zwrócić ich uwagę. Jakiś chłopak się odwrócił, w ślad za nim poszła jedna z dziewczyn. Siódmoklasistka podeszła do nich i z uśmiechem zapytała:
– Rozmawialiście o mojej siostrze? – Puchon stojący najbliżej kiwnął głową. – O co chodzi? Astoria zrobiła coś nie tak? Uraziła was albo…
– Żeby to raz – prychnęła jedna z dziewczyn. Wszyscy wyglądali na góra piątą klasę.
– Podobno Astoria Greengrass jest w Skrzydle Szpitalnym – odezwał się chłopak z dziwnymi okularami na nosie. Pochłaniał Ślizgonkę wzrokiem, powinno ją to peszyć, ale tym razem Daphnie nie mogła przejmować się takimi szczegółami. Zamrugała kilkakrotnie.
– Co ty opowiadasz? W Skrzydle Szpitalnym? – Cała grupka pokiwała głowami. Siódmoklasistka podziękowała za informacje i zawróciła. Czwórka Puchonów stała jeszcze parę minut pod Wielką Salą, ale w końcu i oni się rozeszli.
Daphnie szybko pokonała drogę do Skrzydła Szpitalnego. Już nie rozkoszowała się każdym pożądliwym spojrzeniem, chciała po prostu dowiedzieć się co się stało z Astorią. W pewnym momencie ktoś zawołał ją po imieniu, nie odwróciła się, a jedynie przyśpieszyła. Jak burza wpadła przez podwójne drzwi do Skrzydła Szpitalnego. Pani Pomfrey zostawiła na chwilę krwawiącego Rona samemu sobie i podeszła do Ślizgonki.
– Chciałam zobaczyć siostrę i dowiedzieć się co się stało – wyrecytowała na jedynym wydechu, zanim pielęgniarka zdążyła zadać pytanie. Poppy wskazała ręką łóżko, na którym leżała nieprzytomna Astoria. Daphnie złapała ją za rękę, była zimna.
– Co się stało? – zapytała, wystraszona. Wtedy zauważyła, że oprócz Rona w pomieszczeniu znajduje się jeszcze jeden zakrwawiony chłopak.
– Blaise? – zapytała zdziwiona. Ślizgon uśmiechnął się krzywo.
– Mieliśmy z Wieprzlejem małą sprzeczkę.
– Uważaj na słowa, gadzie – warknął Ronald w jego stronę, kiedy pani Pomfrey owijała głowę Zabiniego bandażem.
– Chłopcy, proszę o spokój – powiedziała Poppy z naganą w głosie. Zabini i Weasley poprzestali na morderczych spojrzeniach.
– Co z moją siostrą? – zapytała Daphnie.
– Straciła przytomność od uderzenia. Najpóźniej jutro rano dojdzie do siebie – poinformowała ją pielęgniarka, kończąc opatrunek Blaise’a.  
– Uderzenia? – warknęła Daf, odwracając się do Rona. Chłopak zmieszał się odrobinę, nie przywykł bić kobiet, nawet jeśli były tak nieprzyjemnymi sukami jak Astoria.
– To był wypadek – mruknął. Nie czuł się zobowiązany do przeprosin. Brwi młodszej z sióstr Greengrass podjechały do góry.
– Uderzyłeś ją?!
– No przecież nie celowo – odburknął. Daf zacisnęła ręce w piąstki i starała się trzymać nerwy na wodzy.
– Jest pani pewna, że nic jej nie będzie? – dopytała Poppy. Pielęgniarka pokiwała głową.
– Najpóźniej jutro rano wróci do siebie, słońce – zapewniła i odeszła w stronę pomieszczenia, gdzie trzymano przeróżne lekarstwa. Daphnie usiadła na łóżku koło siostry. W Skrzydle Szpitalnym zapanowała cisza. Blaise próbował przeniknąć wzrokiem parawan, za którym z pewnością leżała Ginny Weasley. Ron ze spuszczoną głową siedział na krześle, również się nie odzywał. Daphnie przyglądała się siostrze i od czasu do czasu gładziła jej rękę. Chciała, żeby blondynka się obudziła.
***
Trzy dni później
  Hermiona siedziała na czerwonej kanapie w salonie dormitorium prefektów naczelnych. Michael miał spędzić w Świętym Mungu jeszcze co najmniej tydzień. Ginny wypisano dziś rano i Gryfonka spała właśnie w ich sypialni. Nadal potrzebowała dużo snu. Panna Granger natomiast od kilku dni miała kłopoty z zasypianiem.  Odkąd Malfoy odszedł. Poprawiła się z irytacją. Nie chciała, żeby jakiś Ślizgon miał tak wielki wpływ na jej osobę. Im więcej o nim myślała tym bardziej wszystko się jej mieszało. Kłamała dla niego. Kradła dla niego. A teraz odszedł. Odszedł po raz drugi. Czuła się jakby zabrał ze sobą jej część. Została pustka.
  Oprócz Malfoya jej głowę zaprzątał Harry. Nikt go nie widział od trzech dni i choć McGonagall zapewniła wszystkich, że Potter ma się dobrze, Hermiona i Ron zostali wezwani na rozmowę. Dyrektorka miała nadzieję, że zdradzą położenie Harry’ego, ale tym razem nie zostali wtajemniczeni w żaden jego plan. Oprócz okularnika zaginęła również Pansy, a Hermiona za wszelką cenę chciała połączyć te dwie sprawy. Ron był przekonany, że zaginięcie Parkinson nie było w żadnym stopniu powiązane z zaginięciem Harry’ego. Pani Prefekt najchętniej zeszłaby do lochów i zapytała Zabiniego, ale po tym co zrobił Ginny, nie chciała widzieć go na oczy. Ron dostał szlaban za bójkę z Blaisem i przypadkowe uderzenie Astorii Greengrass. Panna Granger nie miała mu za złe, sama najchętniej przywaliłaby Zabiniemu, a co do Astorii, wiedziała, że to był wypadek. To co wydarzyło się w ciągu ostatnich dni sprawiło, że jej kontakt z Ronem się poprawił. Musieli trzymać się razem. Jednak obecność Ronalda przypominała Hermionie o wszystkim, czego nie mogła mu powiedzieć. Nikomu nie mogła. Tajemnice Malfoya stały się moimi tajemnicami. Pomyślała z goryczą. W rękach trzymała podręcznik do eliksirów, ale nie potrafiła przyswoić żadnej informacji. Za dużo się działo. Zmusiła się, żeby skupić wzrok na treści książki. Wywar obłędu to jeden z najbardziej tajemniczych eliksirów. Przeczytała. Czarodzieje od setek lat, starają się ulepszyć recepturę, niestety część składników nadal pozostaje nieznana. Wydziały magomedycyny na całym świecie próbują opracować recepturę, ponieważ eliksir obłędu ma, według Merlina, lecznicze zastosowanie. Po dodaniu Wodnego Nagietka powinien zmienić barwę na niebieską i odwracać skutki zaklęć, uszkadzających mentalność… Dziewczyna zmarszczyła brwi, pierwszy raz słyszała o takim eliksirze. W dodatku profesor Slughorn nie omawiał nigdy… Szybko zerknęła na okładkę podręcznika, a książka prawie wypadła jej z rąk. To nie był podręcznik do eliksirów. To była książka, którą wyniosła razem z Draconem ze skrytki. Stąd to się tu wzięło? Myślała uporczywie.
 Wtedy ktoś wyraźnie wypowiedział hasło, a portret się przesunął. Do środka weszła Minerwa McGonagall w towarzystwie jakiegoś wysokiego czarodzieja. Hermiona wstała, chowając książkę pod poduszkę. Jej działanie nie zostało zauważone, ponieważ kanapa stała tyłem do wejścia i czerwone obicie zasłoniło widok na ręce siódmoklasistki do momentu, w którym nie stanęła na równe nogi.
– Panno Granger – zabrała głos McGonagall. – To Heidan Carleton pracuje w Ministerstwie i…
– Czy coś się stało? – przerwała dyrektorce Hermiona. – To ma związek z Harrym?
– Nie panno Granger. Pan Carleton pracuje w departamencie przestrzegania prawa czarodziejów. – Hermiona cofnęła się o krok, a jej serce podejrzanie przyśpieszyło. Pojedyncza zmarszczka ozdobiła jej czoło.
– Jest pani aresztowana – dość służbowo oznajmił Carlaton.
*
– Nie możemy ich tam zostawić! – wrzasnęła Parvati Patil. Przestała nerwowo chodzić w kółko i stanęła przed łóżkiem na którym siedział Ślizgon. Theodor Nott przejechał sobie ręką po twarzy, był zmęczony i przerażony. Razem z Parvati milczeli od niecałych trzech dni. Milczeli w sprawie położenia Harry’ego Pottera. W dodatku powodem ich małomówności nie były żadne szlachetne pobudki. Po porostu ratowali swoje skóry, ale sumienie Parvati nie dawało o sobie zapomnieć.
– Chcesz, żeby zginęli?! – znów podniosła głos, a w jej oczach zalśniły łzy. Sprawa była naprawdę poważna. – Chcesz znów mieć krew na rękach? – zapytała ciszej, łamiącym się głosem. Tego Theodor miał za wiele. Wstał i złapał dziewczynę za ramiona.
– Nie waż się mnie pouczać w takiej kwestii – powiedział cicho i dobitnie. Dotychczas przyłożył rękę tylko do jednej śmierci i to było dla niego za wiele. Nawet nie znał tamtej czarownicy. Odegnał wspomnienia, bo to nie był dobry moment na rozpamiętywanie.
– Przepraszam – powiedziała Parvati, a Nott westchnął ciężko i zdjął ręce z jej ramion. Gryfonka złapała je szybko, co sprawiło, że Theodor spojrzał w jej brązowe oczy.
– Musimy się ujawnić, trzeba iść do McGonagall. Już czas – powiedziała dziewczyna. Naprawdę się bała, w ciągu trzech dni Harry i Pansy już dawno mogli być martwi, Theodor zapewniał ją, że nic im nie będzie, ale Parvati miała swoje zdanie w tej sprawie.
– Będziesz miała przez to problemy. Sam pójdę do McGonagall, ty w niczym nie zawiniłaś. – To była prawdopodobnie najbardziej odważna decyzja w osiemnastoletnim życiu Theodora Notta. Ale przecież ją kochał. Ludzie robią różne głupstwa z miłości. Pomyślał chłopak, a potem pocałował czoło Parvati.
*
Hogsmeade
Harry był na skraju wyczerpania, nie miał pojęcia ile dni spędził w zamknięciu. Pansy leżała nieprzytomna, a chłopak nie mógł znieść tego widoku. Bezsilność paliła jego wnętrzności, sprawiając ogromny ból psychiczny. Jednak to głód i pragnienie miał go wykończyć. Walczył, choć nie miał pojęcia o co walczy. Każdy oddech łapał z trudem. Nie wierzył, że właśnie tak to się skończy. Zawsze znajdował wyjście, zawsze wymykał się śmierci. Czy to mój czas? Czy tak to się miało skończyć? Wcześniej pytał i szukał odpowiedzi, teraz nie potrafił przetworzyć żadnej informacji. W końcu jego powieki się zamknęły, ale w tej samej sekundzie usłyszał głosy. Mnóstwo głosów. Nie był pewien, czy to omamy spowodowane wyczerpaniem, czy to działo się naprawdę. Starał się wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk, niestety na próżno. Jego policzek dotknął zimnej posadzki. Później pamiętał rażące światło i nicość.
***
– Harry? – usłyszał głos przyjaciela i zmusił się do otworzenia oczu. Kiedy to zrobił, na twarzy Ronalda Weasleya pojawił się uśmiech i pewnego rodzaju ulga. Chłopak z blizną na czole usiadł na łóżku i rozejrzał się po pomieszczeniu. Widział nieostro, ale zaraz przyjaciel podał mu okrągłe okulary. Pokój wydał mu się znajomy, jednak…
– Jesteś w Świętym Mungu – poinformował go Ron, a Harry przypomniał sobie tę salę z odwiedzin u pana Weasleya dwa lata temu.
– Co się stało? – zapytał, wiedząc, że otrzyma satysfakcjonującą odpowiedź, bez zbędnych szczegółów, którymi uraczyła by go Hermiona… No właśnie.
– Gdzie jest… – ale nie dokończył widząc, jak diametralnie zmieniła się postawa Rona. Przestał się uśmiechać, a z jego oczu biła niesamowita rozpacz.
– Zabrali ją – powiedział cicho, a Harry miał nieodparte wrażenie, że jego przyjaciel się rozpłacze. Sam był nieźle przerażony reakcją rudowłosego Gryfona.
– Kto ją zabrał? Ron, co się tu dzieje?
– Wszystko przez tego sukinsyna Malfoya! Zmusił ją, szantażował… Zabrali ją… – wydukał na koniec. Harry złapał przyjaciela za ramię i potrząsnął.
– Mów, co się stało!
– Zabrali ją, ministerstwo. Nie mogłem nic zrobić, dowiedziałem się od Ginny… Nie mogłem nic… – Ronald zaczął majaczyć, a jego oczy zaszły mgłą. Harry czuł się jakby obudził się po trzeciej bitwie o Hogwart, którą przespał. Nie rozumiał niczego, począwszy od przyczyny pobytu w szpitalu Św. Munga, a skończywszy na sprawie Hermiony. Ostatnie co…
– Pansy – wyszeptał. Pamiętał, że byli zamknięci w jakiejś…. – Ron, co z Pansy? – Rudowłosy chłopak spojrzał na niego naprawdę zdziwiony.
– Parkinson? Leży w sali obok, chyba… Dlaczego o nią pytasz?
– Nic jej nie jest? – Harry zadał kolejne pytanie.
– Chyba nie. Była trochę bardziej wyczerpana niż ty. – Ronald wzruszył ramionami, nadal zbity z tropu.
– Dlaczego o nią pytasz? Poza tym jak, na Godryka, zamknęła was w tym domu?
– To długa historia – westchnął Harry.
Wtedy drzwi się otworzyły i do pomieszczenia wkroczyła Minerwa McGonagall.
– To świetnie panie Potter, szybko stąd pan nie wyjdzie.
***
Ginny usłyszała hałas. Podniesione głosy obudziły ją od razu, zauważyła, że w sypialni była sama. Wstała powoli i ubierając szlafrok na koszulę nocną, podeszła do drzwi. Pani Pomfrey kazała jej dużo odpoczywać i unikać wysiłku, jednak ciekawość dziewczyny wygrała. Już po chwili stanęła w progu salonu dormitorium na czwartym piętrzę. Scena, która się tam rozgrywała, była tak nieprawdopodobna, że panna Weasley zamrugała parę razy, zanim uwierzyła w to co widziała. Hermionie zakładano kajdanki, a McGonagall stała bezczynnie ze spuszczoną głową. Kiedy Ginevra otworzyła drzwi, wszyscy na nią spojrzeli.
– Co tu się dzieje? – wykrztusiła w końcu siódmoklasistka. – Hermiona? – Pytająco spojrzała na przyjaciółkę. Dostrzegła łzy w oczach panny Granger.
– Twoja znajoma jest winna przestępstwa – oznajmił mężczyzna, który wcześniej założył Hermionie kajdanki.
– Przestępstwa? Jakiego przestępstwa, to musi być pomyłka – mówiła Ginny, rzucając pytające spojrzenia McGonagall i Hermionie. W końcu dyrektorka zabrała głos:
– Niestety panno Weasley. To prawda, a pan Carlaton zabiera Hermionę na proces w Ministerstwie. – Zapadła cisza, bo rudowłosej siódmoklasistce odjęło mowę. Z lekko otwartymi ustami wpatrywała się w Hermionę. W końcu Carlaton wyprowadził skutą dziewczynę. Za nimi, jak cień, podążała McGonagall. Był to naprawdę smutny widok. Dopiero po chwili otrząsnęła się z szoku, nerwowo zagryzła wargę. Dlaczego aresztowano Hermionę? Co zrobiła? Dlaczego ci nie powiedziała?  Panna Weasley nerwowo krążyła po pokoju, ale nic jej to nie dało. Chciała odszukać Harry’ego, ale…
– Aaaaa! – wrzasnęła z tej bezsilności.
Nie wiedziała, gdzie podziewał się Harry, nie wiedziała, jaki był powód aresztowania Hermiony. Nie wiedziała,  dlaczego Zabini zachował się jak potwór. Nienawidziła „nie wiedzieć”.
 W końcu postanowiła odszukać brata, licząc na jakiekolwiek nowe informację. Szybko przebrała piżamę na coś bardziej odpowiedniego i ruszyła korytarzem czwartego piętra w stronę wieży Gryffindoru.  Niestety nie znalazła Rona. Pytała o niego kilku młodszych Gryfonów, ale wszyscy odpowiadali to samo: „Wybiegł z Parvati Patil jakąś godzinę temu.”  Ginny nie miała siły doszukiwać się w tym ukrytego romansu, choć taka niewygodna myśl również ją nawiedziła. W końcu dochodziła jedenasta wieczorem. Byś może ktoś znalazł Harry’ego. Pomyślała zaraz. I Pansy.
Kusiło ją żeby zejść do lochów i porozmawiać ze Ślizgonami. Miała nadzieję, że może ktoś dowiedział się czegoś w sprawie Pottera i Parkinson. Z drugiej strony, bała się. Jako Gryfonka znosiła to jeszcze gorzej, ale wiedziała, że to okropne uczucie to nic innego jak strach. Bała się zobaczyć z Blaisem Zabinim. Zaczekała na Rona w pokoju wspólnym Gryffindoru. Kiedy opowiedziała mu wszystko, brat odprowadził ją do sypialni na czwartym piętrzę, a potem obiecał, że zajmie się sprawą Hermiony.
  Siedziała w salonie, wpatrując się w ogień, który trzaskał w kominku. Długo biła się z myślami, ale w końcu nie wytrzymała i zeszła do lochów.
  Dostawała gęsiej skórki na samą myśl o nim. Przekonała się, że Ślizgon nie ma skrupułów, a odczuła to jeszcze dotkliwiej bo…Co tu dużo mówić, była nim zauroczona. Jednak po incydencie z Michaelem wszystkie pozytywne uczucia do Blaise’a zastąpił strach. Minęła parę Ślizgonów przy wyjściu z lochów, ale żaden się nie odezwał.
– Poczekajcie – krzyknęła za nimi. Odwrócili się jednocześnie. Jeden był wysokim blondynem, którego dziewczyna nie kojarzyła, a drugi, o głowę niższy, chodził z Ginevrą na transmutację.
– W czym możemy pomóc? – zapytał pierwszy z szelmowskim uśmiechem. Ginny zmarszczyła brwi, bo jego ton wcale jej się nie podobał, mimo to zapytała:
– Czy obiło wam się o uszy coś nowego w sprawie Pansy Parkinson? – Chłopacy popatrzyli po sobie trochę zdziwieni. Nie takiego pytania się spodziewali. W końcu Will, z którym Ginevra miała transmutację, odpowiedział:
– Nie, wiemy tyle co wszyscy, ale… – Zawahał się i zerknął na swojego towarzysza. Blondyn wzruszył ramionami, a Will dokończył: – Zapytaj sióstr Greengrass, albo Blaise’a Zabiniego. – Na dźwięk tego nazwiska przeszły ją ciarki. Skinęła głowę i odeszła w stronę wejścia do pokoju wspólnego Ślizgonów.

***
– Draco. – Jej oczy zaświeciły na widok znajomej, bladej twarzy. Nadal była skuta kajdankami, czekała na proces. Wstała z podłużnej, kamiennej ławy. Chłopak przyśpieszył kroku, a już po chwili tulił ciało Gryfonki do swojego. Ulżyło mu, kiedy na własne oczy mógł się przekonać, że nic jej nie jest. Hermiona uspokoiła oddech, który do tej pory był nerwowy i urywany. Znajomy zapach, głos. Chciała wierzyć, że już wszystko będzie dobrze. Dziewczyna nie miała pojęcia, dlaczego Malfoy sprawił, że poczuła się tak dobrze. Przez chwilę zapomniała o swoim fatalnym położeniu. Gładził jej włosy, wdychając specyficzny zapach.
– To jeszcze nie koniec – wyszeptał, mocniej zaciskając ramiona wokół jej tali.












Luty, marzec, kwiecień i maj, cztery długie miesiące.
Zostawiłam blog na bardzooo długo (przynajmniej dla mnie). Wiem, że powinnam się wytłumaczyć, więc jak to było? Brak czasu, weny, chęci? Myślę, że wszystkiego po trochu. Na prawdę jest to dość męczący i bolesny temat, więc powinniśmy go zostawić na inną notkę. 

Czy wracam? 
Nie mam pojęcia, mam jedynie rozdział i nadzieję, że napisanie kolejnego przyjdzie mi łatwiej.

TERMINARZ:
rozdział 58 - sobota, 4 czerwca (tak, już za cztery dni!)
rozdział 59 - sobota, 11 czerwca

Komentarze (jak zawsze) mile widziane :)
~Pani M. 



12 komentarzy:

  1. Cudowny prezent na dzień dziecka! Chyba czas powtórzyć całą tę historię, gdyż niewiele pamiętam. Super, że wróciłaś!
    Pozdrawiam Letothers.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Przez czas, kiedy nie wrzucałam nowych rozdziałów, poprawiłam resztę, także serdecznie zapraszam do ponownej lektury. Dziękuję za komentarz i również pozdrawiam:
    - Pani M. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowny rozdział! Czekam z niecierpliwością na następne :D Cieszę się, że wróciłaś :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Już myślałam, że się nigdy nie doczekam :)
    Fajnie, że znów jesteś z nami.
    Rozdział oczywiście cudowny!
    Pozdrawiam ❤

    OdpowiedzUsuń
  5. Wróciłaś! Choć na chwilę, ale zawsze coś ;)
    Rozdział jest świetny! Czekam na dużo więcej.

    OdpowiedzUsuń
  6. AAAAA! KOCHAM CIĘ! <3
    Serio, znalazłam tego bloga niedawno i się zakochałam!
    Wracasz? Mam wielką nadzieję, że tak!
    Hermiona aresztowana :0 Ciekawe dlaczego... :")
    Pansy powiedziała Harry'emu o Mirrabel! To dobrze, nie będzie nosiła tego ciężaru :))
    Czemu Theodor? O co chodzi?? :(( Co z tym domem?
    Ginn, nie bój się! Jesteś z Gryffindoru! Dasz radę!
    Niecierpliwie czekam na sobotę! Kocham! ;*

    OdpowiedzUsuń
  7. Nareszcie wróciłaś! :D Jeden z moich ulubionych blogów! Ale na co się strasznie wkurzyłam to nie napisanie rozmowy Pansy i Harry'ego o Miri. Miesiącami czekałam na to, a tu kompletne pominięcie... TYLE można było wyciągnąć z tej sceny. Ale i tak kocham i czułam na więcej! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. No dzięki :D Wracam razem z Tobą. I miałam wrażenie, że minęło o wieeelee więcej czasu, ale fajnie :) Moje ukochane Hansy najlepsze <3 Ale Blinny i Dramione się sypie :( UPS.
    :*

    OdpowiedzUsuń
  9. Świetny rozdział. Na to właśnie czekałam. Mam nadzieję, że wrócisz do pisania na tym blogu na stałe. Rozdział bardzo mi się podobał, zwłaszcza koniec... to było takie romantyczne, mam nadzieję, iż Hermiona i Draco nie trafia do Azkabanu. Zaczęłam czytać twój drugi blog ,,Godryk, Salazar i reszta`` i nagle wyskoczyło mi, że nie jestem zaproszona do czytania, dlaczego? Proszę zrób coś z tym, zależy mi na wszystkim co wyjdzie spod twojego pióra (klawiatury).

    OdpowiedzUsuń
  10. Wow! Blog prowadzony od 2013 roku... Mega długo. Jestem ciekawa czy masz stałych czytelników od samego początku! Chyba będę jednym z nich :) Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
  11. Tak długo na to czekałam, a gdy doszło do tego, to nie mam pojęcia co napisać.
    Szczerze? Tęskniłam za tym blogiem bardzo. Był to jeden z moich ulubionych blogów o Dramione, który tak bardzo przeżywałam. Zresztą nadal będzie.
    Nie miałaś weny, ja również wiem jak to jest jej nie mieć. Mimo wszystko warto było czekać, wiesz?
    Na początku miałam ochotę przywalić Draco, zabić, zakopać, odkopać, poćwiartować i znów zakopać. Ale gdy pod koniec rozdziału no stało się to co się stało, uśmiechnęłam się. Tęskniłam za sposobem w jaki piszesz to opowiadanie.
    Pansy i Harry. Cieszę się, że Parkinson w końcu powiedziała komuś o Mirrabel. Z doświadczenia wiem, że swoimi zmartwieniami, czy czymkolwiek należy dzielić się z najbliższymi. Samemu nigdy nie da się dary udźwignąć takiego ciężaru.
    Blaise i Ginny. Przykro mi, że mój (prawie) ulubiony parring z Harry'ego Potter'a się rozpadł. Mimo, że Zabini nie zrobił jej nic umyślnie i tak się boi. Bo szczerze, kto by się nie bał?
    Ew... serio zaczynam się rozczulać, a to jest u mnie bardzo złe, bo suki bez uczuć nie mają uczuć ;-;
    Eh... życzę dużo weny, oraz czekam na następny rozdział, który (mam nadzieję) pojawi się w zbliżonym czasie.
    Pozdrawiam
    ~Juna

    OdpowiedzUsuń
  12. Czytam "Dom Salazara..." już drugi raz, a mam wrażenie, jakby to był pierwszy. :') Ten rozdział jest niesamowity! Wywołał u mnie tyle emocji, co żaden inny. No może poza rozdziałem, gdzie nasza "drużyna" grała w czarodziejską butelkę. XD Ale wtedy, to był niekontrolowany śmiech, a teraz? Na początku, przy rozstaniu Draco i Hermiony - łzy i smutek, a teraz przy ich spotkaniu - łzy i radość. <3 Ten przytulas... mmm... its wery romantisz. *-* Kocham to ff! Kocham, kocham, kocham! Musiałam sobie odświeżyć nieco tą historię przed przeczytaniem 66 rozdziału, bo po kilkumiesięcznej przerwie, zapomniałam, o co tak naprawdę się rozchodzi. Taka sytuacja... :'D W każdym razie z dobrym wiatrem i sprzyjającej sytuacji jaką jest czekanie do 1:00 na serial w TV, będę jeszcze "dziś" na bierząco. (idk, jak to się pisze. Niby jestem taka poprawna, jeśli chodzi o orto, a nie umiem napisać zwykłego słowa. :p)
    P.S. Nadrobiłam luki w pamięci od ok. 20 rozdziału w 3 dni. Brawo ja. ^^

    OdpowiedzUsuń