piątek, 31 lipca 2015

Libster Blog Award

Jak pewnie zorientowaliście się po nagłówku zostałam nominowana do LBA. Dziękuje za nominację Kathleen Cat! (link do jej bloga: http://muffinkowe-ksiazki.blogspot.com/)

" Nominacja do Liebster Blog Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za “dobrze wykonaną robotę”. Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

Więc zaczynamy!

Dlaczego blog?

To dość ciekawe pytanie… w sumie uważam, że to dobry początek mojej przygody z pisaniem. Czytałam kiedyś fanfiction potterowskie wręcz nałogowo, ale żadne nie było dokładnie takie jak chciałam, więc w końcu odważyłam się na swoją historię.

     Ulubiona pora roku? Dlaczego?

Chyba wiosna… głownie dlatego, że mam urodziny :P Ale też zbliżają się wakacje i jest taki klimat, wiecie kwitnące kwiatki, te sprawy. Poza tym jest ciepło, ale nie gorąco, czyli dla mnie w sam raz.

  Masz sposób na znalezienie weny?  Jeśli tak, to jaki?

Wena – coś czego nie widziałam od dawna… Przez ostatnie pół roku nauczyłam się pisać bez niej. Jednak jest parę rzeczy, dzięki którym lepiej mi się piszę, np.: mam specjalną playlistę do pisania, pomaga mi również sok pomarańczowy… Sama nie wiem jak to działa :P Wniosłam sobie do pokoju krzesła ogrodowa i na nich też mi się lepiej pisze. Jest dużo takich dziwnych rzeczy!

   Trzy ulubione książki?

Hmmm… To jest za trudne… Wręcz zakochałam się w twórczości Pana Martina i wyczekuje z utęsknieniem „Wichrów zimy”, oprócz tego został mi sentyment do J.K. Rowling, lubię książki Sapkowskiego. I oczywiście król fantastyki John Ronald Reuel Tolkien! Ale jeśli mam wybrać trzy ulubione to chyba nie dam rady :/ Jest dużo świetnych książek!

  Masz zwierzątko domowe? Jeśli tak, to jakie i dlaczego?

Mam dwa koty… Uwielbiam te puchate stworzonka. Są panami sami dla siebie, zawsze wybierają własne drogi.
Jak się u nas znalazły? Moja sąsiadka zmarła i zostawiła po sobie kotkę, nie miał się nią kto zająć więc ją przygarnęliśmy, przyjęło się, że mówimy na nią Czarna. Kotka miała młode, ale niestety tylko jedno się ostało i jest z nami do dziś. J

  Opisz siebie w 30 słowach.

Najgorsze zadanie ever, dla osób takich jak ja :P
Myślę, że jestem bardzo ambitna i już parę razy usłyszałam, że aż za bardzo… No cóż. W kontaktach z nowymi ludźmi jestem nieśmiała, ale kiedy pozna się mnie lepiej potrafię zaleźć za skórę. Często, niestety palnę coś wrednego/do bólu szczerego/ nieprzyjemnego i narobię sobie wrogów. Ale są ludzie którzy zaciskają zęby i mi to wybaczają, naprawdę ich cenię i podziwiam. Myślę, że jestem kreatywną osobą, a mój pokój to istna pracownia, pełna cytatów, rysunków i kolorów.
I chyba ze trzydzieści słów będzie więc… ;)

  Ulubiony cytat?

Jest tego trochę, chociaż ostatnio króluje u mnie:
„Każdy lot zaczyna się spadaniem.”  

     Ulubiony wokalista?

Eeee… Jestem z tych co słuchają wszystkiego, ale strasznie lubię piosenki Eda Sheerana. Można powiedzieć, że to mój ulubiony wokalista.

Czy uważasz, że istnieje przyjaźń damsko-męska? Uzasadnij.

Jestem przekonana, że istnieje! Sama mam kilku przyjaciół płci męskiej i żaden z nich nie jest zainteresowany „czymś więcej” zresztą ja też nie. Mam przyjaciela z którym znamy się od przedszkola i nigdy nam nie przyszło do głowy, aby zrobić coś w „tym” kierunku. Także ten… ;)

       Od czego jesteś uzależniony?

Od KAWY!!!!! Uwielbiam kawę w jakiejkolwiek postaci! Piję ją kilka razy dziennie, KOCHAM!!!


No więc dobrnęliśmy do końca J Ja nominuję:


Wiem, że powinno być tego więcej, ale ja po prostu nie czytuje blogów. Albo przynajmniej nie w takich ilościach aby znaleźć aż jedenaście L

Moje pytania:
  1.   Czy wiążesz swoją przyszłość z pisaniem?
2.      Placki, czy naleśniki?
3.      Gdybyś mogła/mógł poznać dowolną postać historyczną, kto by to był i dlaczego?
4.      Najlepsza, twoim zdaniem, kreskówka z dzieciństwa?
5.      Ulubiony film? Dlaczego akurat ten?
6.      Jakie państwo chciałabyś/chciałbyś odwiedzić? Dlaczego?
7.      Czy denerwuje cię coś w twórczości pani Rowling?
8.      Ulubiony bohater literacki? Napisz o nim coś więcej.
9.      Jakiej piosenki potrafisz słuchać w kółko?
10.  Masz jakąś zasadę w życiu, którą się kierujesz? Jeśli tak, to jaką? 


*11. Co sądzisz o blogu „dom Salazara zwariował”?  (Pytanie nieobowiązkowe)



sobota, 18 lipca 2015

Rozdział 47

Pomińmy mój wstęp, bo nie jestem wstanie napisać nic więcej niż to, że jest mi po prostu wstyd.
 ~Pani M.


Rozdział 47 – Malfoy Manor.

  Siedział nad jeziorem, nogi miał wyciągnięte przed siebie, rozmyślał. Nie było jakoś specjalnie zimno, jak na październik i chłopak mógł sobie na to pozwolić. Jego ruda czupryna odbiła się w tafli jeziora. Była niedziela i właściwie powinien pisać esej z obrony przed czarną magią, ale zupełnie nie miał do tego głowy. Hermiona pojechała do Malfoy Manor, martwił się. Co gorsza Harry był gdzieś we Francji i chłopak nie mógł podzielić się z nim swoimi obawami. Odczuł ulgę, kiedy uświadomił sobie, że jego przyjaciel już dziś wieczorem wróci do Hogwartu. Westchnął, przywołując w głowie obraz Hermiony. Tak cholernie się o nią bał! Wyczuł pod palcami płaski, niewielki kamień. Podniósł go i obejrzał dokładnie. Był to najzwyklejszy, szarawy kamyk.  Rzucił nim w stronę jeziora, podkręconym ruchem. Udało mu się puścić trzy kaczki.  To znów przypomniało mu o brązowookiej Gryfonce. Hermiona nauczyła go tej mugolskiej sztuczki. Złapał za kolejny kamień i cisnął nim w wodę. Tym razem, gdy tylko kamyk dotknął wody, poszedł na dno. Usłyszał czyjeś kroki i zerwał się z ziemi. Wyciągnął przed siebie różdżkę. Za plecami miał drzewa, a właśnie stamtąd dochodził dźwięk.  Obrócił się błyskawicznie. Znów odgłos deptanych liści. W końcu z pomiędzy drzew, wychyliła się Ślizgonka. Podejrzliwie zmrużył oczy, ale  opuścił różdżkę. Jeszcze jej nie chował.
– W końcu cię znalazłam, Weasley – powiedziała Astoria Greengrass, wychodząc z pomiędzy wysokich drzew.  – Przed kim się tak chowasz, co? – rzuciła kpiąco.
– Nie chowam się – odpowiedział, wtykając różdżkę za pasek sztruksowych spodni.
– Czemu tu tak sam siedzisz? – zapytała,  krzyżując ręce na piersi. Ron wzruszył ramionami.
– Czego chciałaś? – odezwał się w końcu. Astoria uśmiechnęła się.
– Pogadać.
– Chyba nie mamy o czym gadać – rzucił w jej stronę, odwracając się plecami do Ślizgonki. Podniósł kolejny kamień z suchej ziemi i cisnął nim w wodę.  Nic nie mówiła. Odwrócił się przez ramię.
– Jeszcze tu jesteś? – warknął. Chciał po prostu być sam lub z przyjaciółmi, ale na pewno nie potrzebował towarzystwa denerwującej Ślizgonki. Cały czas wracał myślami do Hermiony, która siedzi gdzieś sama z nieobliczalnym Malfoyem.
– Widzę, że z każdym naszym spotkaniem jesteś coraz milszy… – burknęła Astoria, poprawiając włosy.
– Naprawdę mam gdzieś twoje uwagi na temat mojego zachowania.
– Bez koleżaneczki, humoru też nie masz… – warknęła Ślizgonka.
– Mów czego chciałaś albo spadaj!  – Ślizgonka prychnęła, odwróciła się na pięcie i zniknęła pośród drzew. Ron Weasley znów został sam, a czwarty kamień ciśnięty ze złością, zatonął na dnie jeziora.
***
Dzień wcześniej, wieczorem…

– Może spróbujesz być miły? – Spojrzała błagalnie na syna. Zmęczenie, które w ostatnich dniach dało Nazcyzie się we znaki, teraz minęło całkowicie. Myśl o wizycie Hermiony Granger w Malfoy Manor dawała jej nadzieję. Nadzieję na ratunek dla syna.
– Miły? Dla tej szlamy?
– Draco!!! – wrzasnęła kobieta. – Wyrażaj się, kiedy ona tu przyjdzie… – przerwał jej podirytowany:
– Czemu naglę zaczęło ci to przeszkadzać? Pamiętasz jak  ciotka ją torturowała w naszym salonie?! Pamiętasz te wyzwiska?!  Ja doskonale pamiętam! – wrzasnął, a kiedy Narcyza zaniemówiła, dorzucił: – Wtedy było ci wszystko jedno. –  Choć nigdy w życiu nikomu się do tego nie przyzna, tamtego dnia nie mógł tego znieść.  
– W przeszłości…  – zaczęła Narcyza, ale znów jej przerwał, podnosząc się z fotela:
– W przeszłości? Przeszłość będzie nas prześladować do końca życia, codziennie będziemy sobie przypominać co było „w przeszłości”! Było pomyśleć zanim się do niego przyłączyliśmy!
– Dobrze wiesz, że nie było innego wyjścia! – krzyknęła Narcyza.
– Zawsze jest inne wyjście, ZAWSZE! – Po tych słowach chłopak opuścił salon i zniknął na schodach. Przeskakiwał po dwa stopnie, nie dbając, o to, że powinien się oszczędzać. Nienawidził kłótni z Narcyzą, bo to właśnie ona była jego oparciem. Zatrzasnął za sobą drzwi sypialni i rzucił się na łóżko. Nie chciał, żeby Granger oglądała  go w takim stanie, ale najwidoczniej to było nieuniknione. Obiecał sobie, że Gryfonka po jutrzejszej wizycie, nie będzie chciała wrócić do Malfoy Manor już nigdy więcej. Dobrze wiedział, że dziewczyn nie może mu pomóc, z resztą ona również o tym wiedziała. Jeszcze długo wpatrywał się w sufit, zanim zasnął. Nie miał żadnych snów.
***
  Starannie wypowiedziała adres zamieszkania państwa Malfoy. Narcyza zostawiła adres u dyrektorki, a to oddała go Hermionie. Gryfonka zniknęła, otoczona zielonymi płomieniami. McGonagall wpatrywała się jeszcze chwilę w pustą przestrzeń w kominku.
– Powodzenia – szepnęła, całkowicie świadoma, że jej podopieczna tego nie usłyszy. W takich chwilach jak ta, bardziej niż zwykle chciała aby Albus wrócił.

  Hermiona wylądowała w salonie Malfoyów. Zbierało jej się na wymioty, nienawidziła podróżować przy pomocy kominków, jednak nieprzyjemne uczucie szybko minęło. Ostrożnie wyszła z kominka i rozejrzała się po domu. Zupełnie inaczej to wszystko zapamiętała. Pomieszczenie nadal było mroczne, zakurzone i trochę odpychające, ale zupełnie nie pamiętała mebli. Dwa mosiężne fotele, obite skórą w odcieniu butelkowej zieleni i kanapa do kompletu były nowością. Również komplet mebli z ciemnego drewna, w tym niski stolik stojący pomiędzy fotelami, a kanapą. Pamiętała jak zwijała się z bólu na posadzce w miejscu, gdzie teraz spokojnie stoi fotel. Grube, szaroczarne zasłony w ogóle nie wpuszczały światła do pomieszczenia. Hermiona zanim zdążyła pomyśleć podeszła do jednego z wielkich, gotyckich okien. Cały dom Malfoyów przypominał jej trochę ten styl w architekturze, wszystko było raczej strzeliste, duże. Dominowały łuki. Szarpnęła kotarę, zasłaniającą okno, udało jej się trochę ją przesunąć, ale tylko odrobinę. Z kolejnym szarpnięciem odsłoniła połowę okna, tym samym wpuszczając do salonu trochę światła. W Malfoy Manor było cicho, naprawdę cicho i dziewczyna pomyślała, że w żadnym domu nie powinno tak być. To miejsce porównane do Nory dawało piorunujący kontrast. Dom państwa Weasleyów, chociaż nie tak duży i pełen bibelotów, wydawał się wesoły, głośny i pełen życia, nawet po śmierci Freada, natomiast dom Malfoya był po prostu przygnębiający. Hermiona znów szarpnęła za kotarę, przysłaniającą okno.
– Co ty wyprawisz, Granger? – Do jej uszu dotarł opryskliwy głos Dracona Malfoya. Odwróciła się przez ramię. Stał oparty o framugę łuku, łączącego salon z holem.
– Ja... Ja tylko… – Zupełnie nie wiedziała co powiedzieć, a to zdarza się wyjątkowa rzadko. Sama nie wiedziała czemu chwyciła za te głupią zasłonę.
– Nie zadomawiaj się – rzucił z kpiącym uśmiechem.
– Wcale nie zamierzam – odparła cierpko i odeszła od okna.  Malfoy zrobił parę kroków w jej stronę, a gdy stanął bliżej dostrzegła jak strasznie się zmienił. Twarz miał niezdrowo białą, cerę tłustą, jakby nie był sobą. Włosy, które na pierwszy rzut oka były takie jak zwykle, niedbale uczesane i postawione z przodu na odrobinie żelu, straciły swój blask i pociemniały. Ślizgon miał wygniecioną koszulę. Jego wygląd ją zaszokował, nie sądziła, że jest tak źle.
– Czemu się gapisz, Granger? Brakuje ci tego widoku na co dzień? – znów zakpił, a współczucie, które przez chwilę towarzyszyło Gryfonce ulotniło się zanim dziewczyna zdała sobie z niego sprawę. Nic nie odpowiedziała.
– No co tak zamilkłaś? – Podszedł jeszcze bliżej i zerwał zasłonę z którą męczyła się panna Granger. Cofnęła się o krok, aby materiał na nią nie spadł. Teraz dostrzegła jeszcze więcej szczegółów informujących o złym samopoczuciu blondyna. Miał szkliste oczy, podkrążone. Wargi suche. Kiedy mosiężna zasłona spadła na podłogę do salonu wtargnęło światło. Kurz na meblach był doskonale widoczny, poświata padała na jeden z foteli, zakurzony stolik, kanapę i barek stojący pod ścianą. Ciemna podłoga przestała wydawać się czarna i Hermiona zauważyła, że tak naprawdę zrobiono ją z bukowego drewna. Ściany było ciemno szare, w całym salonie wisiał tylko jeden obraz. Najpewniej portret, ale Hermiona nie mogła ustalić czyj, bo postać opuściła ramę.
– Skoro już udało ci się zdemolować mi salon, myślę, że możesz iść – rzucił, zwijając kotarę i rzucając ją bliżej okna.
– Wcale nie zdemolowałam ci salonu! – Oburzyła się, nie miała pojęcia, jak odnieść się do reszty wypowiedzi. Uniósł jedynie pytająco brew.  Wtedy do salonu wkroczyła Narcyza.
– Witaj Hermiono.
– Dzień dobry – odpowiedziała grzecznie Gryfonka. Wzrok kobiety powędrował do odsłoniętego okna i zrzuconej zasłony.  Spojrzała na Dracona i uniosła pytająco brew. Hermiona poczuła się zobowiązana do wyjaśnień.
– To ja – rzuciła szybko. Wzrok Narcyzy przeniósł się na twarz Gryfonki, Hermiona spieszyła z wyjaśnieniami: – Pomyślałam, że przydałoby się więcej światła i… i próbując odsłonić okno, zrzuciłam zasłonę. – Rysy pani Malfoy złagodniały, można było również dostrzec cień uśmiechu na jej smukłej, pociągłej twarzy.
– Tak, zdecydowanie za ciemno tutaj. – Zgodziła się. Draco nie wierzył własnym uszom. Jego matka nikomu nie pozwalała zmieniać wystroju domu. Nawet skrzaty, gdy chciały coś przenieść musiały pytać o zgodę.
– Że co?! Przecież to… to… – poddał się, widząc zdziwienie Granger i szczere zainteresowanie matki. – NIE-WAŻ-NE, po prostu…  Ehhh… – Machnął na to ręką.  Dostrzegł jak zakurzony jest ich salon i stwierdził, że to wina skrzatów. On nie będzie się tym przejmował.
– Może usiądziemy? – Narcyza zachęcającym gestem wskazała fotele. Usiadła na kanapie, wpatrując się wyczekująco w uczniów Hogwartu. W końcu Draco i Hermiona zajęli fotele.
– Ja… – Hermiona postanowiła zabrać głos, wpatrywała się w swoje dłonie, złożone na kolanach. – Ja nie chcę pani rozczarować, ale nie zakładajmy, że uda mi się mu pomóc. – Kątem oka zerknęła w stronę Malfoya, chłopak siedział niewzruszony.
– Nie oczekujemy od ciebie cudu, ale raz już się udało… może… – Narcyza zawahała się chwilę.
– Ona po prostu dała mi w twarz, nie sądzę, żeby to był klucz do sukcesu – parsknął ironicznie blondyn. Udawał, że w ogóle go to nie obchodzi. Obojętność była jego tarczą, którą tak często się zasłaniał.
– Jednak nikomu innemu nie udało się powstrzymać ataku, nawet najlepsi magomedycy… – wszedł jej w słowo:
– Nie byli tak walnięci, żeby bić mnie po twarzy. Tu masz rację. – Narcyza zgromiła go spojrzeniem. Hermiona nadal siedziała cicho, wpatrując się w swoje dłonie. Zupełnie nie rozumiała co tu robi.
– Co tak zamilkłaś, Granger? Zawsze masz tyleee do powiedzenia . – Ale Gryfonka nie odpowiedziała na zaczepkę, przygryzła lekko wargę. Denerwowała się, poza tym przypomniała sobie poprzednią wizytę w tym domu. Odruchowo dotknęła nadgarstka. Draco dostrzegł ten ruch i jakieś dziwne uczucie próbowało go zniszczyć od środka. Zmarszczył z niesmakiem nos, jakby poczuł coś nieświeżego.
– Muszę się napić – mruknął, wstając. Narcyza nawet nie zdążyła zaprotestować, kiedy Ślizgon podszedł do barku, odkorkował butelkę alkoholu i pociągnął sporego łyka.  Spojrzał w stronę kanapy. Narcyza gromiła go spojrzeniem, natomiast panna Grenger nawet nie podniosła wzroku, trzymała się za nadgarstek, czym denerwowała go jeszcze bardziej. Wyjął z barku dwa piwa kremowe i przywołując skrzata, posłał po szklanki.  Pojawienie się skrzata domowego wzbudziło zainteresowanie Gryfonki. Najwidoczniej była o coś zła, bo charakterystycznie zmarszczyła nos. Hermiona widząc skrzata domowego zupełnie porzuciła myśli o bliźnie i znaku. Te małe stworzenia zwróciły jej uwagę, przypominając sobie Zgredka, zastanawiała się czy pozostałe skrzaty Malfoyowie traktują tak samo.
– Co jest Granger? Nie lubisz skrzatów? – zapytał  Draco, siadając na fotelu z butelką w dłoni.  Doskonale wiedział o WESZ’y, stowarzyszeniu, które założyła Gryfonka i podejrzewał dlaczego dziewczyna zainteresowała się Opowiastką, stwierdził, że to durne imię dla skrzata i sam nie wiedział co go podkusiło, aby nadać je skrzatce. Tłumaczył sobie to wiekem, w końcu miał zaledwie osiem lat, kiedy Opowiastka zamieszkała w Malfoy Manor.
– Draco, odłóż alkohol, jest stanowczo za wcześnie, nie powinieneś tyle pić.
– I tak najprawdopodobniej umrę, daj mi się nacieszyć życiem – rzucił, rozsiadając się w fotelu. Upił kolejny łyk, a skrzat wrócił z szklankami zostawił je na stole i zniknął. Narcyza nie wytrzymała i wstała z kanapy. Powstrzymując łzy, wyszła w pośpiechu. Uwaga syna zabolała ją tak bardzo, że nie mogła wytrzymać. Zostawiła ich, zamykając się w łazience. Łzy ciekły po policzkach kobiety, nie była zła ani o alkohol, ani o wyzwiska. Uświadomiła sobie, że to co chłopka mówi jest prawdą. Po raz pierwszy chciała, żeby znów zaczął ją okłamywać. Straciła już Lucjusza, ale nie dlatego, że siedzi w więzieniu. Straciła go już dawno, kiedy  Czarny Pan się odrodził. Teraz miała stracić jedynego syna. Dostrzegła swoje odbicie w lustrze. Zapuchnięte, czerwone oczy i policzki mokre od łez. Nie mogła stracić ich obu, ale pokładanie nadziei w osiemnastolatce, która nawet  nie zdała jeszcze Owumentów nie było najlepszym pomysłem.
- Co ta dziewczyna może? – zapytała swoje lustrzane odbicie. Jak na ironię mogła bardzo dużo.

  Hermiona nie mogła zrozumieć dlaczego Draco traktuje tak jedyną osobę, której na nim zależy.  W takich chwilach nienawidziła go jeszcze bardziej. Zapomniała o skrzatach, o Bellatriks, zastanawiała się jak można być takim potworem.
– Zraniłeś ją – powiedziała lodowatym tonem. Spojrzał na Gryfonkę, odkładając butelkę na stół.
– Niby czym? Przesadzasz, Granger. – Jednak dobrze wiedział, że dziewczyna ma rację. Chyba przesadziłeś z tą obojętnością. Podpowiedział mu jakiś irytujący głos. Kurwa, wariuję. Słyszę głosy jak Potter. Przebiegło mu przez głowę.  Z tych rozmyślań wyrwał go głos dziewczyny:
– Nie musisz jej przypominać, że najpewniej umrzesz. I tak jest jej ciężko.
– Niby dlaczego jest jej ciężko? To ja tu przechodzę przez te wszystkie tortury – parsknął.  Nie potrafił zrozumieć dlaczego ktoś miałby się nim przejmować, skoro od powstania Czarnego Pana rodzice mieli go gdzieś.
– Jaki ty jesteś samolubny, Malfoy! Ona cię kocha, matole i zależy jej na twoim zdrowiu! To chyba oczywiste, że jest jej ciężko, a nawet ciężej niż tobie, narcystyczny dupku! – Wstała z fotela w tej całej złości.  Draco zaniemówił.
– Oczywiście, że ty tego nie zrozumiesz, bo przecież nie jesteś zdolny do odczuwania czegokolwiek!  – mówiła dalej, była tak oburzona jego zachowaniem.
– Pomijając ból… – wtrącił cicho. Jego głos był przepełniony goryczą. Hermiona urwała w pół zdania. Odgarnęła włosy, które przy tym wybuchy złości opadły jej na twarz.  
– Ja… Ja... Nie chciałam – wydusiła w końcu, choć tak naprawdę była szczęśliwa, że w końcu jej się udało dotrzeć, choć w niewielkim stopniu, do Ślizgona.  Jednak zaraz pomyślała jak musiało wyglądać jego życie, skoro jest w stanie odczuwać jedynie ból. Zastanawiała się, czy rodzice choć raz powiedzieli, że go kochają. Pewnie nie.
– Ta, bo ci uwierzę – warknął w jej stronę.
– Ja… A wiesz co? Chciałam, bo jesteś zwykłym dupkiem! Nie szanujesz nawet swojej matki, a to chyba jedyna osoba, która jest w stanie znieść twoje wszystkie wady i nadal cię kochać. Jak mogłeś ją tak potraktować? – zapytała z niedowierzaniem. Słowa dziewczyny nie zrobiły na nim większego wrażenia. Był już znudzony wysłuchiwaniem, jak to strasznym jest synem.
– Granger i po co marnujesz tyle śliny na mówienie? Zamknęłabyś się czasem i wszystkim wyszłoby na dobre.
– Mówisz tak, bo to co powiedziałam to prawda, Malfoy.
– I co w związku z tym? Okjy, jestem dupkiem. Co ci da powtarzania tego w kółko? 
– Masz racje, nic. Ale byłam tak naiwna, żeby wierzyć, że coś do ciebie dotrze i się zmienisz. Teraz widzę, ze to bez sensu. – Nie wierzyła w to co mówiła, ale postanowiła zagrać tą samą kartą co Ślizgon. Udała całkowitą obojętność na jego los. Malfoy z tej całej wypowiedzi wyłapał coś innego. „Wierzyłam, że się zmienisz.” Głos Hermiony rozbrzmiał w jego głowie. Zaiperytował to inaczej:  Chcę, żebyś się zmienił, bo zależy mi na tobie. Był świadomy, że resztę sobie dośpiewał, ale jakoś tak miło mu się zrobiło.
– Po co tu właściwie jesteś, Granger? – zapytał po chwili milczenia.
– Mam cię namówić na powrót do szkoły. – Uświadomiła sobie to, dopiero, gdy wypowiedziała te słowa na głos. Nie każą ci go uzdrowić, ma tylko wrócić do szkoły.
– Myślałem, że chociaż ty jesteś rozsądniejsza, Granger.
– O co ci znowu chodzi? – syknęła, mrużąc gniewnie oczy.  Nie tak wyobrażała sobie te wizytę. Malfoy miał być przykuty do łóżka i tak słaby, że nie umiał by wymówić ani słowa sprzeciwu. Zamiast tego dostała wrednego Ślizgona, który kłócił się nie mniej zażarcie niż ona.
– Czemu wszyscy chcecie tak ryzykować! Sama widziałaś co stało się przy ostatnim ataku w szkole. – Uśmiechnęła się  tryumfująco.
– Czego się szczerzysz? – warknął, na co Gryfonka parsknęła śmiechem.
– Bo jednak na kimś ci zależy, a jest takich osób więcej niż sam przypuszczasz.
***
Gdzieś nad północną Francją

– Duszno tu – powiedziała Ślizgonka, odgarniając włosy na plecy. Lecieli dopiero pierwszą godzinę, a ona już nie mogła wytrzymać. Wyciągnęła gumkę i związała ciemne włosy w kucyk. Na dworze nie było ciepło, ale w środku powozu nie dało się wysiedzieć.
– Było lecieć późniejszym powozem, a nie tym w środku dnia.
– Chcesz być szybciej w Hogwarcie, czy nie? – Harry wzruszył ramionami. Spakowali się dość szybko i jeszcze szybciej opuścili Beauxbatons. Alexis nie omieszkała wycałować Harry’ego na drogę, czym zepsuła Parkinson humor na najbliższe pięć lat. Ślizgonka w końcu uświadomiła sobie, że najzwyczajniej w świecie jest zazdrosna. Nie czuła się z tym dobrze, ale przynajmniej wiedziała na czym stoi. Właściwie to ty nic nie wiesz! Całujecie się, a potem każecie sobie o tym zapomnieć. Takie nieprzyjemne myśli dręczyły ją od dłuższego czasu. Nie miała pojęcia o niczym co się między nią, a Gryfonem działo. Postanowiła coś z tym zrobić, ustalić coś raz na zawsze.
– Mam dość – oświadczyła, wlepiając spojrzenie niebieskich oczu w twarz chłopaka.
– Nie przesadzaj, nie jest, aż tak gorąco – odpowiedział Harry święcie przekonany, że dziewczyna mówi o zaduchu w powozie.
– Nie chodzi mi o pogodę – rzuciła z politowaniem.
– Więc co tym razem? – Harry aż bał się pytać. W ogóle nie wiedział, czego ma się spodziewać po Parkinson. Z Ginny nie było takiego problemu… Zaraz! Czemu na Merlina, porównuję Parkinson do Ginny? Wolał nie iść tym tokiem rozumowania dalej, bo mógł dojść do dziwnych wniosków.
– Musimy w końcu pogadać o tym co się między nami dzieje… – Przerwał jej unosząc brwi:
– A coś się dzieje? – Westchnęła.
– No właśnie o tym mówię! Wczoraj mnie całujesz, dziś mówisz, że nic się nie stało i obściskujesz się z Alexis! Mam dość tej telenoweli!
– To ty mnie wczoraj pocałowałaś!
– A ty nie protestowałeś zbyt głośno…  – rzuciła ironicznie. Harry nic nie odpowiedział. Jego również męczyły takie relację z Ślizgonką.
– Ustalmy sobie coś raz, a porządnie – zaczęła Pansy, ale nie dał jej dokończyć.
– Ty lepiej nic nie ustalaj, bo znów każesz mi trzymać się od ciebie z daleka. – Zebrał w sobie całą gryfońską odwagę, żeby to powiedzieć. Po wczorajszym pocałunku, wiedział, że nie chce się od niej trzymać z daleka.
– A co mam zrobić, skoro boisz się mówić mi po imieniu przy znajomych, pomyśl co będzie jak cię pocałuje na korytarzu! – Uśmiechnął się.
– Chcesz mnie całować na korytarzach?
– Co? Nie, ja… Nie zmieniaj tematu! – Rzuciła mu spojrzenie spode łba.
– Pansy, lubię cię, a ty chyba lubisz mnie. Może po prostu spróbujmy coś z tym zrobić, zamiast grać w kotka i myszkę. Ja też mam dość.

– Co proponujesz? – zapytała sceptycznie. Wiedziała, że to nie ma prawa się udać, ale na przekór wszystkiemu chciała spróbować. Nie pomyślała jedynie o Astorii, która nigdy w życiu nie da im spokoju. Zanim zdążyła choćby to jeszcze raz przemyśleć Harry wstał ze swojej kanapy i nachylając się nad nią, dotknął swoimi wargami jej czoła. Poczuła jak jej żołądek robi salto w tył. To były przysłowiowe motylki w brzuchu. Harry położył ręce po obu stronach jej głowy. Pansy nie wahając się, pocałowała go.  Nie zastanawiała się nad niczym, chciała po prostu, żeby ta chwila trwała bez końca.









piątek, 17 lipca 2015

Sowia Poczta

Witam was bardzo serdecznie!
Bez obaw, to NIE post dotyczący zawieszenia bloga, ani nic takiego. Chcę was po prostu poinformować, że rozdział 47 pojawi się we wtorek! Dlaczego? No cóż, nie ukrywam, że ten rozdział jest dla mnie dość ważny. W końcu wprowadzi nas w klimat dramione. Chcę, żeby był naprawdę świetny i sporo rzeczy muszę dopracować. Nie chcę teraz na szybko pisać, czegoś średniego. Wolę dopracować jeszcze to co mam i dopisać to i tamto. Mam nadzieję, że nie maci mi tego za złe... 

SPAM! 
Wcześniej nie miałam z tym problemu, ale od jakiegoś czasu coraz więcej osób reklamuje swoje blogi pod rozdziałam. Nie ukrywam, że to zaczyna być irytujące. Wchodzisz na bloga, patrzysz "o super 10 komentarzy" po czym okazuje się, że połowa to spam.. eehhh... 
Dlatego powstała nowa zakładka! ------>   DOM SALAZARA - ZAKŁADKA SPAM
Tutaj do woli możecie reklamować swoje blogi, informować o nowych notkach. Jeśli SPAM pojawi się pod rozdziałami zostanie usunięty! Nie mówię tu o linku pod komentarzem dotyczącym mojego bloga, takie coś jak najbardziej mi odpowiada, ALE  nie toleruje komentarzy w stylu: "Zapraszam na mój blog (tutaj pojawia się link) jest to dramione bla, bla, bla...  PS. Fajny rozdział." Jestem prawie pewna, ze takie osoby nawet nie przeczytały owe rozdziału.  

To na razie koniec informacji, liczę, że moja prośba zostanie potraktowana poważnie, a rozdział pojawi się bez opóźnień ;) 
Zapraszam również na naszego facebooka, gdzie będziecie informowani o nowych rozdziałach :) 
~Pani M. 

niedziela, 12 lipca 2015

Rozdział 46


Rozdział 46 – Jeśli potrafisz się pogodzić z bezsilnością, nigdy ci nie zależało. 

 Otworzyła drzwi gwałtownie, spodziewając się Harry’ego, ale w drzwiach stała Sophie.
– Ślicznie wyglądasz – powiedziała po francusku, co Ślizgonka zrozumiała bez trudu.
– Dzięki – odpowiedziała z uśmiechem. Trochę współczuła koleżance, że tamta nie może iść na bal. Była tylko rok młodsza. Pansy podeszła do kufra i wygrzebała z niego perfumy. Był to drobny, przeźroczysty flakonik. Dostała go w szóstej klasie od Draco i Blaise’a na urodziny. Wiedziała, że były drogie i używała ich tylko na specjalne okazje. Nie miała tylko pojęcia co zrobić z różdżką, krążyła nerwowo po pokoju, zupełnie zapominając o gościu.
– Szukasz czegoś? – zapytała w końcu Sophie. Ślizgonka zatrzymała się pośrodku pokoju.
– Oh… Przepraszam Sophie, trochę się stresuje, poza tym nie wiem, gdzie dać różdżkę i Potter pewnie zawali taniec i… – Uczennica Beauxbatons przerwała jej swoim śmiechem.
– Po co ci różdżka na balu? – zapytała w końcu.  Pansy wzruszyła ramionami, sama nie wiedząc.
– Właściwie to przyszłam ci powiedzieć, że Harry będzie czekał na ciebie przy sali jadalnej.
– Powiedział ci to francusku?
– Nie, Alexis kazała przekazać . – Na samo imię tej dziewczyny coś w Ślizgonce się gotowało. 
– Dzięki Sophie, bo pewnie tkwiłabym tu do niedzieli.
– Myślę, że to by była wielka strata. – Uczennica francuskiej szkoły puściła ciemnowłosej oczko.
– Chyba już pójdę – odezwała się znów Sophie.
– Tak… ja... Po prostu dzięki. – Pansy uśmiechnęła się do młodszej koleżanki. Gdy Sophie wyszła i zamknęła za sobą drzwi, Pansy spryskała się perfumami, odłożyła flakonik na komodę obok różdżki i również wyszła.
*
Harry stał przed salą jadalną. Co chwilę mijała go jakaś para. Widział też Alexis z jakimś wysokim facetem. Musiał być dużo starszy. Może w wieku Barkleya?  Przeszło mu przez myśl. Widział też Iwana z niziutką, pyzatą blondynką. Czekał, powtarzając w głowie kroki tego cholernego walca. Miał na sobie czarną szatę wyjściową, białą koszulę i czarną muchę. Strój chłopaka nie różnił się za bardzo od tego, który miał na sobie w czwartej klasie. Przypomniał sobie tą totalną katastrofę. Miał tylko nadzieję, że ten bal wypadnie  lepiej. Po chwili podeszła do niego madame Maxime z Alexis, jej partnerem i jeszcze jedną dziewczyną.
– Harry, gdzie zgubiłeś partnerkę? Zaraz tańczycie – oznajmiła dyrektorka, rozglądając się dokoła. W tym momencie podeszli do nich uczniowie Dumstrangu, każdy ze swoją partnerką. Dymitirowi towarzyszyła jakaś wysoka brunetka, wyższa nawet niż on sam. Iwan natomiast przyszedł z niziutką blondynką, którą już wcześniej Harry widział. Wszyscy czekali tylko na Parkinson.
– Ona zaraz przyjdzie – skłamał.
– To świetnie, bo zaraz zaczynamy – poinformowała madame Maxime i odeszła, wołając kogoś po imieniu. Alexis uśmiechnęła się do Harry’ego.
– Nie spinaj się tak – powiedziała cicho, stając obok niego. Gryfon był oszołomiony jej wyglądem.  Miała zwiewną, różową sukienkę na cieniutkich ramiączkach. Włosy upięte wysoko, wyglądała naprawdę świetnie.
– Nie spinam się – rzucił. Alexis uśmiechnęła się tylko i odeszła do swojego partnera, chłopak wiódł za nią wzrokiem. Nagle zza zakrętu wyszła Parkinson. Trzymała swoją suknie, aby się nie potknąć, wzrok miała wlepiony w ziemię. A szkoda, bo przegapiła minę Harry’ego. Gryfon doskonale pamiętał, jakie Hermiona miała wejście na balu w Hogwarcie, czuł się jakby przeżywał deja vu. Myślał, że to Alexis wygląda świetnie – mylił się. Rozejrzał się dookoła, myśląc, że ujrzy zdziwione spojrzenia, jednak nikt nie zwracał uwagi na Ślizgonkę. Zamknął otwarte dotąd, usta, nie wiedział co myśleć, bo w jego mniemaniu dziewczyna przyćmiła dziś wszystkich. Spojrzała na niego i uniosła jedną brew, jakby pytała na co się gapi. Harry szybko się otrząsnął i wyciągnął rękę do Ślizgonki. Chwyciła ją i podeszła bliżej. Chłopak stwierdził, że pięknie pachnie. Dopiero teraz Dymitir spojrzał w stronę Pansy. Uśmiechnął się i powiedział coś po bułgarsku, ale ani Pansy ani Harry nie zrozumieli. Ustawili się w kolejności, w której będą wchodzić do sali jadalnej. Pansy i Harry stali tuż za Alexis i jej wysokim chłopakiem. Zaraz miały rozpocząć się tańce.
– Stresujesz się? – szepnęła Pansy, nachylając się w stronę Gryfona. Kilka jej ciemnych włosów połaskotało policzek chłopaka. Pokręcił głową.
– Spokojnie, ćwiczyliśmy to, jak się nie zabiję w tych butach to będzie dobrze – rzuciła jeszcze, a potem rozbrzmiała muzyka.
*
Poszło im zaskakująco dobrze, Harry ani nie podeptał dziewczyny, ani nie pomylił kroków. Był z siebie dumny.  Po tym jak odtańczyli swoje Pansy zajęła miejsce przy stoliku razem z Iwanem i jego partnerką. Okazało się, że Milena potrafi co nieco po angielsku. Iwan co jakiś czas rzucał komplement w stronę Ślizgonki, ale Milenie chyba to nie przeszkadzało, Harry’emu – owszem.
– Przyniosę poncz – rzucił, wstając od stołu. Sala Jadalna została specjalnie udekorowana z okazji balu. Z sufitu leciały srebrne i złote iskierki, które nigdy nie miały dotknąć podłogi. Okna były przystrojone złotymi i srebrnymi, brokatowymi zasłonami, pod kolor obrusów. Złoto i srebro zdecydowanie dominowały, ale nie zabrakło również zieleni. W białych donicach stały przepiękne grubosze i cieszyły wzrok. Nad drzwiami do sali utworzony był tunel z czerwonych róż. Harry szedł bardzo pewnie i przyciągnął spojrzenie nie jednej uczennicy francuskiej szkoły. Podszedł do stołu bufetowego, zabrał ze sobą dwa kubki pełne różowej substancji. Omijając tańczących, doniósł pełne porcje napoju do stolika. Zastał Pansy samą. Już chciał pytać, ale dziewczyna uprzedziła go odpowiedzią.
– Poszli tańczyć – spojrzała w stronę wirujących par na parkiecie. Harry usiadł obok niej na krześle i podsunął kubek z napojem dziewczynie.
– Dzięki – mruknęła, upijając spory łyk.  Harry zastanawiał się, czy nie poprosić Ślizgonki do tańca, ale nie mógł się przemóc. Nagle podeszła do nich roześmiana Alexis.
– Czemu się nie bawicie? Wiem, że teraz trochę nudno, ale poczekajcie, aż nauczyciele się stracą! To dopiero będzie! – krzyczała, aby przebić się przez muzykę. Harry uśmiechnął się do niej.
– Bawimy się świetnie – zapewnił. Alexis puściła mu oczko i wróciła na parkiet. Pansy nerwowo przygryzła wargę, chciała zapytać Gryfona, czy nie poszliby tańczyć, ale zrezygnowała. Ale z ciebie tchórz!  Usłyszała głos w swojej głowie.  Przesiedzieli kolejne dziesięć piosenek w ciszy. W końcu Iwan wrócił do stolika.
– Gdzie zgubiłeś parę?! – zapytała, wrzeszcząc Pansy. Muzyka była naprawdę głośno.
– Wi toalecjie! – wrzasnął Iwan w odpowiedzi. – Zataniczysz? – dodał szybko, kątem oka zerkając na Harry’ego. Ślizgonka skinęła głową. Strasznie się cieszyła, ze nie przesiedzi całego balu. Iwan nie chciał  wypuścić jej z objęć przez kolejne cztery utwory. Harry obserwował jak jego towarzyszka wiruje na parkiecie. Żałował tylko, że nie z nim. W końcu wrócili do stolika. Ślizgonka od razu wypiła całą zawartość swojego kubka.  Harry rzucił Iwanowi spojrzenie z pode łba, ale uczeń Dumstrangu nic sobie z tego nie robił.  W końcu wróciła towarzyszka Iwana i razem odeszli w stronę parkietu. Para hogwardzkich uczniów znów została sama.
– Lubię tą piosenkę… – rzuciła Ślizgonka, gdy tępo zwolniło i cała sala zaczęła kołysać się w rytm muzyki. Właściwie nawet nie znała tytułu piosenki, chciała po prostu sprowokować jakąś reakcję Gryfona. Udało się.
– Słuchaj – zaczął Harry – wiem, że liczysz teraz na taniec. Wiem, że przyszliśmy tu razem i nie chcesz przesiedzieć całego balu, ale zrozum, ja nie tańczę. Nie lubię tego i nie robię, kiedy nie musze.  – Wyrzucił z siebie i zacisnął szczękę.
–Wiesz, rozumiem, że jestem Ślizgonką i normalnie się nie znosimy, ale czy chociaż dziś możesz zapomnieć o tym wszystkim i pozwolić mi się bawić? – Już miał coś powiedzieć, ale dziewczyna kontynuowała. – Wiem, że  one wszystkie wyglądają lepiej niż ja, ale mógłbyś przez chwilę nie zwracać uwagi na wygląd i zatańczyć ze mną? I na Merlina, nie gap się cały czas na tyłek Alexis, w końcu ktoś zauważy…
– Tu wcale nie chodzi o wygląd, ani o Alexis i wcale się nie gapię. – To ostatnie syknął w stronę Parkinson. Ta tylko uniosła lekceważąco brew.
– Nie tańczę z nikim, proste? – Niestety Harry miał pecha, dokładnie w tym momencie podeszła do nich Alexis i chwyciła Gryfona za ramię.
– Wiszę ci taniec, pamiętasz? – Po czym wyciągnęła go na parkiet. Pansy nie mogła uwierzyć własnym oczom. Partner Alexis usiadł obok niej na krześle. Nic nie mówił, po prostu obserwował Harry’ego.
– Cześć – powiedziała cicho po francusku Pansy. Mężczyzna oderwał wzrok od patrzących.
– Ty jesteś ta z Anglii? – zapytał. Ślizgonka kiwnęła głową.
– Jestem Thomas – powiedział po angielsku i wyciągnął rękę w kierunku zdziwionej dziewczyny.
– Pansy – odpowiedziała z uśmiechem.
– Widzę, że bawisz się świetnie – zakpił. Od jakiegoś czasu miał ochotę zapalić, ale nie mógł przy uczennicach i nauczycielach. Thomas był dorosłym mężczyzną, już dawno skończył szkołę. Alexis poznał w te wakacje, dość dobrze się dogadywali, ale to nie było nic poważnego.
– Bywa – rzuciła, wzruszając ramionami.
– Może chcesz zatańczyć? Chyba, że masz coś innego do roboty…
– Chodźmy.
*
Harry nie podejrzewał, że tak dobrze będzie mu się tańczyć. Alexis była wspaniałą partnerką. Przetańczyli dobre pięć piosenek, a Gryfon nawet nie pomyślał o Parkinson. Aż do momentu w którym nie zauważył jej w objęciach Thomasa. Nie przejął się tym za bardzo, muzyka zwolniła.  Alexis zarzuciła mu ręce na szyję i przyciągnęła trochę zmieszanego chłopaka bliżej siebie. Harry objął ją w tali. Interesowało go, czy Ślizgonka tą piosenkę również przetańczy z partnerem Alexis. Owszem tańczyli, potem dziewczyna zaczęła coś gestykulować, już po chwili próbowała się wyrwać. Gryfon zmarszczył brwi, puścił swoją partnerkę.
– Muszę coś sprawdzić – rzucił i uśmiechnął się przepraszająco. Alexis była w szoku, chyba pierwszy raz ktoś ja tak po prostu zostawił, tym bardziej w tak magicznej chwili. Pansy szybko opuściła salę, niemal biegiem. Thomas rozejrzał się po sali, a gdy dostrzegł Alexis uśmiechnął się pod nosem i ruszył w jej stronę. Mijając Pottera szturchnął go w ramię.  Harry nie przejął się tym, chciał jak najszybciej dotrzeć do Parkinson. Dziewczyna zniknęła zza łukiem z róż. Gryfon potrącał tańczących, wolna piosenka dobiegała końca. Wyszedł z sali. Nie miał pojęcia w którą stronę udała się ślizgonka, do sali jadalnej prowadziły trzy różne korytarze. Jęknął bezsilny. Wtedy pomoc nadeszła z najmniej spodziewanej strony. Przez środkowy korytarz wyszła w jego stronę Sophie. Gdy zobaczyła chłopaka uśmiech zniknął z jej twarzy. Zaczęła coś szybko mówić po francusku i gestykulować.
– Gdzie jest Parkinson?! – wrzasnął na nią Potter. Chciał wiedzieć co się stało, Sophie zaniemówiła. Zamrugała kilka razy oczami i wskazała korytarz z którego przyszła. Prowadził na dwór.  
– Dziękuje – rzucił Harry, mijając ją biegiem. Korytarz wychodził na plac przed szkołą. Plac na którym wylądował ich powóz, nie było innej drogi w dół niż powóz zaprzęgnięty w pegazy, dlatego też teren był ogrodzony białą balustradą z jakiegoś kamienia. Akademia znajdowała się wysoko w górach. Zrobiło się późno i księżyc zdążył wdrapać się na nieboskłon, rozsiewając za sobą tysiące gwiazd. Dostrzegł ją, stała pochylona nad balustradą, jej odsłonięte ramiona drgały. Wiedział co to oznacza - płakała. Zrobił parę kroków w jej stronę, nie usłyszała go pomimo ciszy panującej na dworze. Brak muzyki był aż ogłuszający w porównaniu z gwarem w sali jadalnej.
– Pansy? – szepnął. Zrobił kolejne kilka kroków w jej stronę. Znieruchomiała natychmiast.
– Odejdź – powiedziała bezsilnie i obojętnie. Harry przyzwyczaił się do jej nieznoszącego sprzeciwu tonu, dobitnego i pewnego siebie, ale to co właśnie wyszło z ust Ślizgonki nie przypominało niczego.
– Coś się stało? – zapytał, ani przez myśl mu nie przeszyło, żeby odejść zgodnie z jej prośbą.
– Odejdź – powtórzyła jedynie. Stanął obok niej i wlepił wzrok w nicość na dole. Dostrzegł jak dziewczyna kurczowo zaciska dłonie na balustradzie.  Nic nie mówił, bo i tak nie miał nic konkretnego do powiedzenia. Niby kim był żeby ją pocieszać? Przecież oni nawet się nie lubili, praktycznie nie znali. Pansy hamowała płynące łzy, nie chciała, żeby ktokolwiek widział ją w takim stanie, kiedy to wszystkie wspomnienia jak tsunami zalały jej głowę.
– Czy możesz zostawić mnie samą? – zapytała, przełykając gorzkie łzy.
– Wy Ślizgoni zawsze myślicie, że musicie być sami, to wasza największa wada. Zapominacie, że każdy kogoś potrzebuje… – Podniosła głowę i popatrzała na niego załzawionymi oczami. Łzy pociekły jej po policzkach, a potem przytuliła się do niego. Oparła głowę na jego ramieniu, pogładził ją po plecach. Odruchowo, tak po prostu. Stali tak przez chwilę.
– A wy Gryfoni – zaczęła szeptem – zawsze chcecie, pomóc, to wasza najbardziej denerwująca zaleta… Dzięki – dodała.  Harry uśmiechnął się sam do siebie, gładził Ślizgonkę uspokajającym gestem po plecach. Kiedy dotknął jej nagich ramion, przekonał się jak zimno jest na dworze. On dzięki koszuli i czarnej szacie wyjściowej w ogóle tego nie odczuwał.
– Zimno ci? – zapytał z zamiarem oddania dziewczynie swojej szaty.
– Już nie – szepnęła, nadal wtulona w jego ramię.
– Czy… Czy on ci coś zrobił? – Zabrała głowę z ramienia Harry’ego, odsunęła się na długość ramienia.
– Nie – powiedziała, ocierając łzy.
– To dlaczego…
– Musimy o tym gadać?
– Nie.
– Możesz wracać do Alexis – powiedziała z goryczą w głosie.
– Czy – zmarszczył brwi z niedowierzania. – Czy ty jesteś zazdrosna?
– A dziwisz mi się?
– Właściwie to tak, ale nie masz się co przejmować. – Uniosła pytająco brew. – Zostawiłem ja samą na parkiecie w najważniejszych minutach balu, więc, raczej nic z tego nie będzie. – Wzruszył ramionami.
– Przykro mi – rzuciła, świadoma, że powinna coś powiedzieć.
– Wcale nie – odpowiedział, przekrzywiając głowę. Zastanawiał się co mogło się stać pomiędzy Parkinson a Thomasem.
– Masz rację.
– Chodź do środka, bo jeszcze się przeziębisz i McGonagall pomyśli, że jakiś czubek wrzucił cię znów do jeziora … – Oboje uśmiechnęli się na to wspomnienie i wrócili na bal.
*
Weszli do Sali, jednak nikt nie zwracał na nich szczególnej uwagi. Przybyli w samą porę na przemówienie madame Maxime. Muzyka ucichła i rozległ się głos dyrektorki.
– Powoli dochodzi dwunasta, mam nadzieję, że bawicie się tak dobrze jak ja, na naszym balu. Cieszymy się, że możemy gościć uczniów z innych szkół. – Odszukała wzrokiem Harry’ego i Pansy. – Już niedługo bal się skończy, ale póki jeszcze trwa, bawcie się! Nauczyciele udają się do swoich komnat, licząc na wasze jakże dorosłe zachowanie. Cała odpowiedzialność spada na prefektów. Jako ostatni rocznik, liczę, że pokażecie się z jak najlepszej strony. – Rozległy się wiwaty i oklaski. Gdy wszyscy nauczyciele i dyrektorka opuścili salę zaczęła się prawdziwa impreza. Jakaś dziewczyna w krwiście czerwonej sukience dolała czegoś do ponczu. Wiele uczennic wraz ze swoimi partnerami zaczęło obcałowywać się po kątach.
– Rzygam – skomentowała to Pansy. Harry stał trochę zniesmaczony. Większość nadal szalała na parkiecie. 
– To może w końcu zatańczymy? – zapytał w końcu Gryfon. Ciemnowłosa dziewczyna uniosła pytająco brew.
– Przecież TY nie tańczysz.
– Dla ciebie zrobię wyjątek…
– Nie musisz się nade mną litować. Nie potrzebuje tego.
– Nie lituję się, ja tylko… – przerwała mu, ciągnąc Pottera w stronę parkietu:
– Zamknij się już, po prostu tańcz.
I tańczyli. W końcu zmęczeni usiedli przy swoim stoliku. Szybko dosiadł się do nich Dymitir ze swoją partnerką. Byli wykończeni.
– Pójdę po coś do picia – rzucił Harry, wstając. Ślizgonka z wdzięcznością kiwnęła głową. Przez chwilę naprawdę zapomniała, o tym co powiedział Thomas, przez chwilę naprawdę dobrze się bawiła. Przez chwilę. Wzięła głęboki wdech, czuła, że znów traci kontrolę. Dlaczego tak cholernie to przeżywała? Śmierć. Niby całkowicie naturalna, niby pisana każdemu, ale kiedy przychodzi nie potrafimy się z nią pogodzić. Chyba zwariowałam… Dziewczyna była tego pewna. Wtedy partnerka Dymitria podsunęła jej rozwiązanie, płyn zamknięty w przeźroczystej butelce, był na wyciągnięcie ręki. Drżącą dłonią chwyciła ów przedmiot. Spojrzała pytająco na dziewczę.
– Bierz – powiedziała po francusku. Pansy kiwnęła jej głową w geście podziękowania i odeszła. Nogi bolały ją od butów. Wyszła z balu, kurczowo zaciskając ręce na butelce z alkoholem.  Chciała zapomnieć o tym wszystkim i choć codziennie udawała, że wszystko jest dobrze - nie było. Wyszła na plac przed szkołą, polubiła to miejsce. Doskonale widać stąd było niebo, urzekł ją ten widok. Nie przejmowała się niską temperaturą. Usiadła pod murami akademii, opierając się plecami o mury zamku. Zdjęła buty, o sukienkę również nie dbała. Otworzyła butelkę alkoholu i wzięła łyka. Paliło ją w gardle, była pewna, że ów trunek jest mocniejszy niż ognista whisky. Znów powróciła do wspomnień o wojnie, rodzinie, Mirabell. Nie rozumiała jak inni potrafią sobie z tym wszystkim poradzić.
*
Harry podszedł do stolika i zobaczył jedynie Dymitria całującego się ze swoją partnerką. Wolał nie pytać o Pansy, pewnie i tak nie otrzymałby odpowiedzi. Westchnął zdegustowany, wtedy ktoś poklepał go w ramię.
– Ekhem… – usłyszał tuż obok ucha. Odwrócił się i zobaczył Alexis.
– Chcę tylko powiedzieć, że nie mam ci tego za złe.
– Ja… – zaczął Gryfon, trochę zmieszany. – Przepraszam za tamto, po prostu byłem trochę oszołomiony. Wiesz co się stało?
– Pewnie znów chodzi o jej wuja i Mirabell.
– Kogo? – zapytał Harry, nic z tego nie rozumiejąc.
– Może lepiej ją zapytaj, widziałam jak wychodziła. Z flaszką. – Po tych słowach Alexis odeszła w stronę Thomasa, Harry krzyknął za nią:
– Czekaj co?! – Ale nikt mu nie odpowiedział.  Zaklął i ściągając muszkę, opuścił salę. Kim do cholery jest Mirabell? Zastanawiał się po drodze na dwór. Doskonale wiedział, że właśnie tam ją znajdzie. Nie pomylił się. Ślizgonka nie zdążyła opróżnić nawet połowy butelki, za co Harry dziękował Merlinowi w duchu.
– Co się znowu dzieje?! – niemal wrzasnął. W sumie nie planował tak reagować, ale musiał przyznać, że się martwił. Odebrał dziewczynie trunek.
– Oddawaj to! – wrzasnęła jak oburzone dziecko.
– To chyba koniec tej imprezy dla ciebie – poinformował ją Harry, a potem wyciągnął rękę, aby pomóc Ślizgonce wstać. Planował odprowadzić ją do pokoju.
– I co? – parsknęła śmiechem. – Myślisz, że teraz tak po prostu z tobą pójdę? Śmieszny jesteś.
– Dlaczego od razu mnie obrażasz? Mam powoli tego dość. – Wziął oddech, żeby się uspokoić, Pansy była gorsza niż małe dziecko.  Chłopak nie miał pojęcia co właśnie się dzieje w jej  głowie. 
– Ja też mam już dość – powiedziała cicho, zupełnie innym tonem.
– Czego? – zapytał, kucając przy niej. Znów spojrzała na niego tymi, przeszywającymi dusze na wskroś, niebieskimi oczami.
– Życia – wyszeptała. W głowie chłopaka rozległ się alarm. Zdjął swoją szatę wierzchną i okrył Ślizgonkę, a potem usiadł obok z cichym stęknięciem.
– Dlaczego? – zapytał, wzruszając ramionami.
– Nie sądzą, żeby to był twój interes – powiedziała gorzko.
– Uznajmy, że to nie mój interes.
– To NA PEWNO nie twój interes.
– Będzie ci lepiej jak powiesz, uwierz, wiem z doświadczenia. Wiesz – zmarszczył brwi – opowiem ci coś, ale cały ten wieczór zostanie między nami, okej?
– Okej – zgodziła się obojętnie.
– Był – wziął wdech – był taki okres w moim życiu, kiedy… kiedy Voldemort – zauważył, że nie wzdrygnęła się na dźwięk tego imienia, zadziwiła go. – On próbował wejść do mojej głowy. – Harry przypominał sobie to wszystko.
– Kiedy, próbowałem to tłumić było jeszcze gorzej. Raz naprawdę straciłem kontrolę nad sobą. Wiesz co mi pomagało? – Pokręciła głową.
– Przyjaciele, pewnie słyszałaś o gwardii Dmbledore’a?  – Kiwnęła głową.
– Dzięki nim, jakoś sobie z tym radziłem.
– Moi przyjaciele, mają własne problemy – odpowiedziała.
– Każdy jakieś ma. – Wyruszył ramionami.
– Więc ten wieczór, zostaje tylko między nami? – zapytała, unosząc brew. Harry kiwnął głową. Dostrzegł uśmiech w kącikach jej warg. Siedzieli tam ramię w ramię na zimnym bruku. Ledwo widzieli swoje twarze, jedynym źródłem światła był księżyc. Powietrze było wilgotne. Harry z każdym oddechem wdychał jej słodki zapach. Pansy potrzebowała tej bliskości nawet, gdy nie zdawała sobie z tego sprawy. Wzięła głęboki wdech, a potem patrząc mu głęboko w oczy, złączyła ich usta w słodkim pocałunku. Harry objął twarz dziewczyny swoimi dłońmi. Ślizgonka nie protestowała. Usta dziewczyny lgnęły od ust Harry’ego. Smakowała jak słodki kwiat zmieszany z alkoholem. Lekko przygryzła jego wargę, a potem odsunęła się odrobinę. Pogładził ją po rozpalonym policzku. Przymknęła oczy.
– Odprowadzę cię do sypialni – szepnął jej do ucha. Pansy nie protestując, podniosła się z ziemi.
***
Hogwart
 Hermiona Granger, jak zwykle wstała przed swoją rudowłosą przyjaciółką. Ginevra jeszcze smacznie spała, gdy brązowooka szła pod prysznic. Nie wątpliwie panna Granger była poddenerwowana. Miała dziś odwiedzić rodzinę Malfoyów. Po zimnym prysznicu rozbudziła się zupełnie. W dormitorium prefektów było bardzo cicho, ale to nic nowego w niedzielny poranek. Dziewczyna cieszyła się, że już dziś Harry ma wrócić z Francji, zarówno jej jak i Ronowi bardzo brakowało przyjaciela.  Wysuszyła włosy i ubrała się. Z powodu barku zajęć mogła nie ograniczać się do mundurka. Założyła sprane jeansy, które towarzyszą jej już trzeci rok,  szarą koszulkę i bordową bluzę. Postanawiała zejść na śniadanie.  Stoliki świeciły pustkami, nie licząc kilku krukonów, pochylonych nad książkami i Rona. Hermiona zmarszczyła brwi, widząc swojego chłopaka tak wcześnie na nogach. Przysiadła się do niego z uśmiechem.
– Co dziś tak wcześnie? – zapytała, nakładając sobie na talerz trochę jajecznicy.  Ron wzruszył ramionami.
– Sam nie wiem, podasz mi chleb? – zapytał. Kiwnęła głową i podsunęła mu koszyk z pieczywem.
– Harry dziś wraca – powiedziała, jakby Ron wcale o tym nie wiedział.
– W końcu – dodał z uśmiechem. Jedli w ciszy, ale Gryfonka widziała, że coś nurtuje rudowłosego chłopka.
– Ron, stało się coś?
– Jeszcze nie – rzucił tajemniczo.  Zmarszczyła brwi, licząc na jego wylewność. Zaczął smarować maślaną bułkę jagodowym dżemem. Odchrząknął.
– Wiesz, masz dziś odwiedzić tę fredkę…
– A więc o to chodzi – mruknęła Hermiona.
– Tak właśnie o to. Boję się o ciebie – dodał, patrząc jej w oczy. Uśmiechnęła się rozczulająco.
– Zupełnie niepotrzebnie, jadę tam tylko z nim pogadać. Wiesz – postanowiła zwierzyć się chłopakowi. – Wszyscy oczekują ode mnie, że dokonam jakiegoś cudu, ale ja przecież jestem tylko uczennicą siódmego roku, nawet jeszcze owumentów nie zdałam… 
– Bardzo mądrą uczennicą. – Rzucił, odgryzając kawałek pieczywa. – Nie przejmuj się i tak cię podziwiamy z Harrym, że w ogóle zgodziłaś się pomóc.
– A co jeśli – Zrobiła wymowną pauzę. – On umrze? Albo postrada zmysły?
– Dostanie to na co zasługiwał. Za bardzo się tym przejmujesz, nie zapominaj, że to tylko Malfoy.
*
  Ginny wstała przed dziesiątą. Akurat, żeby zdążyć zamienić dwa słowa z szykującą się do wyjścia Hermioną.  Rudowłosa ziewnęła przeciągle.
– Nie wstaje… – mruknęła i przewróciła się na drugi bok. W domu zawsze wstawała wcześniej, żeby pomóc mamie, ale tutaj, w szkole, mogła się wyspać. Przynajmniej w weekendy.
– Widziałam dziś na śniadaniu jagodzianki… – rzuciła Hermiona, stojąc przed swoją szafą z kwaśną miną. Ginevra wyprostowała się, siadając na łóżku.
– Ty mała, podstępna… – mruczała, zbierając swoje ubrania i upychając do szafki.  Hermiona uśmiechnęła się pod nosem. Wiedziała jakich użyć argumentów, żeby dotrzeć do panny Weasley. Bała się tylko, że z Malfoy nie pójdzie tak łatwo. Na pewno nie pójdzie! Poprawiła się w myślach, nie była pesymistką. Uważała, że w rozmowach z Malfoyem nie ma co liczyć na „łatwo”. Ginny ubrana opuściła ich sypialnię, udała się do toalety. Hermiona nie miała pojęcia co na siebie włożyć. Nie była jedną z tych dziewczyn, które przejmują się wyglądem, ale tym razem była w kropce. Czy wypada udać się do arystokratycznej posiadłości w jeansach? Z drugie strony miała tam iść tylko w celu namówienia Malfoya do powrotu do szkoły. Westchnęła z irytacją, akurat, gdy Ginny weszła do sypialni.
– Coś się stało? – rzucała, chowając piżamę pod poduszkę.
– Nie, znaczy tak, znaczy. – Hermiona zmarszczyła brwi i spojrzała na przyjaciółkę, ścielącą łóżko. – Sama nie wiem. 
– Za bardzo się tym wszystkim przejmujesz, to tylko Malfoyowie. – Młodsza Gryfonka wzruszyła ramionami, być może kiedyś sama by się przejmowała, ale teraz było jej wszystko jedno.
– Powiedz mi tylko – Brązowooka Gryfonka wyjęła coś z szafy. – Ta, czy ta? – W jednej ręce trzymała dopasowaną koszulkę w kolorze brudnego różu, w drugiej - szary, długi sweterek. Rudowłosa uniosła pytająco brew.
– Tylko, nie mów, że ty tak serio…
*
Z pięć dwunasta Hermiona stanęła przed gabinetem dyrektorki. Dała namówić się Ginny na eleganckie, granatowe spodnie i białą, wzorzystą koszulę, zapinaną na guziki. Mimo protestów panny Weasley towarzyszył jej szary, ciepły sweter. Miała ze sobą tylko różdżkę. Długo zastanawiała się, czy nie zabrać choć kilku książek ze szkolnej biblioteki, ale porzuciła ten pomysł. Zapukała do drzwi. Po chwili usłyszała, ciche, lecz stanowcze „wejść”. Chwyciła dłonią klamkę. Jak zwykle zastała McGonagall siedzącą za biurkiem i studiującą jakieś księgi. Biurko niemal uginało się pod ciężarem pergaminów, prac domowych z transmutacji i wszelkiego rodzaju ksiąg.
– Dzień dobry – zagadnęła grzecznie Gryfonka. Trochę nieswojo się czuła w tym miejscu. Miało niesamowitą aurę.
– Istotnie, panno Granger. Dzień dobry. – McGonagall przerwała swoją pracę i spojrzała prosto w oczy dziewczynie. – Domniemam, że chce pani skorzystać z kominka?
– Jeśli można. – Hermiona zamknęła na sobą drzwi i podeszła do biurka McGonagall. Chciała zapytać o tyle rzeczy, przedyskutować tyle spraw. Mimo wszystko milczała.
– Proszek fiuu stoi tam. – Dyrektorka wskazała zawalony różnościami okrągły stoliczek.
– Dziękuje. – Gryfonka przeszła te kilka metrów i zabrała glinianą wazę, do połowy zapełnioną szarym proszkiem. Podeszła do kominka.
– Panno Granger? – Usłyszała za sobą głos McGonagall, odwróciła się. Liczyła na jakieś rady, wskazówki. I nie pomyliła się, chociaż nie do końca tego się spodziewała.
– Nie poddawaj się po pierwszej próbie. – Zmarszczyła brwi, patrząc na McGonagall, chciała wyjaśnień, jednak nie doczekała się. Postawiła wazę na kominku, wzięła garść proszku, a potem w gabinecie dyrektorki rozbłysnęły zielone płomienie.


Miał być rozdział z dramione, a wyszło jak zwykle… Ale ten cały bal się strasznie przedłużył, nie bijcie! Teraz już na 1000000% (ja sama jestem zbyt leniwa żeby przeczytać tę cyfrę xd) w następnym rozdziale  W KOŃCU się spotkają. Nawet ja nie dałabym rady tego przeciągnąć i nie robię tego specjalnie, ale mam dziwną manie opisywania wszystkiego ze szczegółami. No cóż… Rozdział na przyzwoite 10 stron więc jestem z siebie w miarę dumna w dodatku w terminie!
*święto internetowe,  Pani M. napisał coś w terminie!*
Trzymajcie się tam, mam nadzieję, że u was ciepło! Następny już w sobotę/niedzielę ;) Nie zapomnijcie o komentarzu!

Zapraszamy na naszą stronę na Facebooku, gdzie będziecie stale informowani o nowych rozdziałach :)
https://www.facebook.com/Domsalazarablog
~Pani M.