sobota, 8 października 2016

Rozdział 64

Rozdział 64 – Kolacja dla siedmiorga.  

– Nie wierzę, że ten stary zrzęda nawet w święta…
– Daj spokój, może to nawet lepiej? Odwiedzimy Draco. – Blaise próbował dostrzec jakieś pozytywy zaistniałej sytuacji. Zaraz po wizycie w Hogsmeade udali się do Hogwartu. Otworzył im niezadowolony woźny, a kiedy wyjaśnili, że chcą spędzić w szkole święta odesłano ich z kwitkiem. Filch bronił się brakiem ich imion na liście osób zostających w zamku. Nie pozwolił im również porozmawiać z McGonagall, więc zrezygnowana dwójka Ślizgonów, musiała opuścić tereny zamku.
Wrócili do magicznej wioski, a stamtąd złapali świstoklik. Pansy wpadła na pomysł pomniejszenia bagaży i noszenia ich w kieszeni, przysporzyło to trochę kłopotów, ale koniec końców udało im się.  Wylądowali na Raven Hill*, było to wzgórze niedaleko Malfoy Manor.
– Już prawie jesteśmy – zauważył Zabini, kiedy potężna rezydencja Malfoyów wychyliła się zza rogu.
– Świetnie, bo umieram z zimna. – Jakby na potwierdzenie tych słów Pansy zaszczękała zębami.
– Długo go nie widzieliśmy, myślisz…
– Myślę, że otworzy nam z tą swoją perfekcyjną fryzurą i w koszuli – zapewnił Blaise. Nie dopuszczał do siebie myśli o poważnym stanie zdrowia przyjaciela. Kiedy dłużej się nad tym zastanowił, naszły go wątpliwości. Dawno nic nie napisał. Pomyślał z pewną obawą. Nieświadomie przyspieszył kroku, aż w końcu stanęli przed ogromną bramą Malfoy Manor.
– Myślisz, że nadal jest zabezpieczona? – zapytała Ślizgonka, przyglądając się sceptycznie kutemu żelazu. Pamiętała, że na dom Draco nałożono wiele zaklęć ochronnych. Zabini pokręcił głową.
– Nie, musieli je zdjąć, część była czarnomagiczna i Ministerstwo się doczepiło. – Jakby na potwierdzenie tych słów pchnął bramę, a ta lekko się uchyliła. Ostrożnie weszli do ogrodu Malfoyów. Pansy zawsze czuła się tutaj trochę dziwnie, jakby znalazła się w innym świecie. Zauważyła, że miejsce jest nico zaniedbane, ale nie była zdziwiona. Wiedziała, że Narcyza z pewnością całą uwagę poświęca teraz Draco, a nie rezydencji. Blaise kroczył pewnie po wysypanej białymi kamyczkami, odśnieżonej dróżce. Dobrze się czuł w rezydencji Malfoyów, wiedział, że zawsze znajdzie tu pomoc przyjaciela. Właściwie chłopak nie wiedział, kiedy ze zwykłej znajomości wywiązała się przyjaźń między nim, a Draco. Często żartowali, że jedyne co ich łączy to znamię wypalone na ramieniu, jednak dobrze wiedzieli, że to coś o wiele więcej. Na służbie u Czarnego Pana nauczyli się współpracy i tego, że mogą na sobie polegać.
Pansy zapukała do drzwi kołatką i odsunęła się trochę, spoglądając niepewnie na Blaise’a.  Ślizgon uśmiechnął się, chcąc dodać jej otuchy. Wtedy drzwi się otworzyły i stanęła w nich Narcyza Malfoy. Zmarszczyła brwi na widok dwójki, przemarzniętych nastolatków. Jakby spodziewała się kogoś innego. Blaise’a zastanowiło dlaczego Narcyza sama otworzyła drzwi, a nie posłała jednego ze skrzatów, ale nie zadawał zbędnych pytań.
– Wejdźcie do środka – powiedziała kobieta, a na jej ustach pojawiło się coś na kształt uśmiechu. Zamknęła za nimi drzwi, a przyjemne ciepło rozlało się po klatce piersiowej Ślizgonki. W rezydencji Malfoyów było jak na Hawajach w porównaniu z ujemną temperaturą na zewnątrz. Blaise rozpiął płaszcz, a dziewczyna poluzowała szalik.
– Zastaliśmy Draco? – zapytał Zabini, sądząc, że to tylko formalność. Oboje z Pansy, byli przekonani, że zastaną przyjaciela. Wtedy usłyszeli głos z dalszej części korytarza i kroki:
– Narcyzo, na litość, któż to? – W progu pojawił się Lucjusz Malfoy. Parkinson zamarła, ponieważ ojciec Draco zawsze wydawał jej się osobą nieobliczalną.
– Dzień dobry – powiedział Blaise.
– Nie wiem, czy „dobry” – mruknął Lucjusz w odpowiedzi.
– Czy jest Draco? – zapytała Pansy, odzyskawszy głos. Zaraz pożałowała, tego, że się odezwała, bo państwo Malfoyowie zmrozili ją wymownymi spojrzeniami.
– Nie i może już nie wracać! Uciekł, gdzieś z tą szlamą – powiedział z pogardą Lucjusz. Dostrzegł karcące spojrzenie żony, ale jedynie zmrużył gniewnie oczy. Narcyza spokojnie zwróciła się do dwójki nastolatków:
– Podał mi swój adres, na wypadek, gdyby stało się coś… – zawahała się – nieoczekiwanego. – Pani domu wezwała skrzata i poleciła mu przynieść pergamin, piórko i kałamarz. Chwilę potem zapisała adres, który podał jej w liście Draco.
– Proszę. – Oddała kartkę Pansy. W międzyczasie Lucjusz, wzdychając pogardliwie, wrócił do salonu.
– Więcej nic nie wiem, ale podobno ma się dobrze… Właściwie to myślałam, że jest u ciebie Blaise… – Narcyza patrzała wyczekująco na Ślizgona, jakby Zabini faktycznie wiedział coś więcej.
– Niestety, byliśmy przekonani, że spędza święta w domu – wyjaśniła szybko Parkinson. Pani Malfoy kiwnęła głową i wyraźnie posmutniała.
– Dziękujemy – powiedział Blaise.
– I wesołych świąt – dodała zaraz Pansy, uśmiechając się uroczo. Pożegnali Narcyzę i udali się pod wskazany adres. Oboje byli w głębokim szoku, kiedy okazało się, że trafili do mugolskiej części Londynu.
*
Harry oniemiał. Stał w drzwiach i mrugał zawzięcie, chcąc pozbyć się halucynacji, ale obraz Pansy i Zabiniego wcale nie znikał. Potter zamknął im drzwi przed nosem, odwrócił się na pięcie i odszedł bez słowa. Jak w transie wszedł do salonu i usiadł przy stole. Hermiona, Ron, Ginny i Draco przyglądali mu się badawczo, czekając aż okularnik coś powie. Jednak nie doczekali się, a z ust Harry’ego nie wydostał się ani jeden dźwięk.
– Kto to był? – zapytała w końcu Hermiona. Gryfon zamrugał, a potem bezbarwnym głosem powiedział:
– Parkinson i Zabini. – Malfoy wyprostował się na te słowa i rzucił pytające spojrzenie Hermionie. Dziewczyna nie miała pojęcia, co Ślizgoni robią pod jej domem.
– Zapraszałaś kogoś jeszcze? – zapytał Ron, a jego była dziewczyna pokręciła głową.
– Draco, zaprasza… – Granger zaczęła formować pytanie, ale blondyn szybko jej przerwał, krótkim i dobitnym:
– Nie.
– A gdzie oni są? – zapytała Ginny, obserwując korytarz.
– Stoją – powiedział Harry, nadal nie mogąc pojąć co właśnie się stało.
– Na dworze?! – zapytała Hermiona, podnosząc się z krzesła. Okularnik kiwnął głową. Dziewczyna szybko udała się w stronę drzwi. Kiedy je otworzyła, rozmowa prowadzona przez dwójkę Ślizgonów ucichła. Gryfonka przyglądała się przybyłym, a oni mierzyli ją takim samym, ciekawskim spojrzeniem. Czyżby Draco zwariował i postanowił spędzić święta wśród Gryfonów? Zastanawiał się Blaise. Był w niezłym szoku, kiedy drzwi otworzył im Potter, a teraz  jeszcze Hermiona…
– Wesołych Świąt – powiedziała Pansy, uśmiechając się dość niezręcznie.
– Wejdźcie do środka – odpowiedziała jedynie Gryfonka, wiedząc, że to będzie naprawdę długa kolacja.

– Dlaczego tak długo jej nie ma? – zapytała w końcu Ginevra, nie kierując pytania do nikogo konkretnego.
– Pójdę sprawdzić – zadeklarował się Ron i zaczął podnosić się z krzesła.
–  Nie, ja pójdę. – Draco wstał i ruszył w stronę korytarza, nie pytając nikogo o zdanie. Ronald ciężko opadł na siedzenie. Harry nie podniósł wzroku znad talerza, zastanawiając się, co, na wielkiego Godryka, Parkinson i Zabini robią pod domem Hermiony. Cały czas myślał o Pansy i o tym, jak go potraktowała. Okłamała go w żywe oczy, bez zająknięcia. Bez wyrzutów sumienia. Jeszcze nosiła tak dumnie, ten przeklęty pierścionek… Potter mocniej zacisnął szczękę, a jego rozmyślania przerwał tłum, który pojawił się w salonie. Podniósł głowę i skrzyżował spojrzenie ze wzrokiem Parkinson. Wpatrywali się w siebie zawzięcie, ignorując wszystko dookoła. Już wiedziała. Wiedziała, że jej kłamstwo wyszło na jaw. Kącik ust Gryfona uniósł się ku górze. I kto jest teraz górą? Zdawał się pytać.
Hermiona rozpaczliwie próbowała wybrnąć z tej trudnej sytuacji. Rzucała proszące spojrzenia Ginny, ale ta uparcie odwracała wzrok. Panna Granger wiedziała, że Ginevra czuła się zdradzona, w końcu Hermiona wpuściła do domu Blaise’a i Pansy. Widziała jak Ron mierzy spojrzeniem Ślizgonów i jak Harry, i Pansy, niemal skaczą sobie do gardeł. Jej bezsilność dostrzegł Malfoy i uśmiechnął się pokrzepiająco. Porozumiewali się bez słów, aż w końcu Draco zabrał głos:
– Okej, nikt się nie spodziewał, że wylądujemy tu wszyscy razem, ale nie utrudniajcie życia Granger…
– I kto to mówi… – mruknął pod nosem Ron, gapiąc się w sufit. Malfoy go zignorował. – Po prostu posadźcie swoje tyłki na krzesłach i udawajmy, że to zwykła świąteczna kolacja w gronie znajomych…
– Co się z tobą dzieje Draco? – zapytała Pansy, była zła i trochę wystraszona. Wiedziała, że Potter dowiedział się o jej kłamstwach. Nie miała pojęcia co teraz będzie, w dodatku wszyscy byli tacy spokojni! Jakby nic się nie stało.
– Co się ze mną dzieje? Świetne pytanie, ale mam lepsze – ironizował Malfoy, w ten charakterystyczny dla niego sposób. – Możecie mi powiedzieć co tu robicie? Albo lepiej, dlaczego wszyscy siedzicie jak nadąsane paniątka i marudzicie? Podczas gdy grzaliście tyłki na kanapach w Hogwarcie, Granger siedziała w areszcie i jakoś nikt jej nie pytał, czy jej się podoba.
– A od kiedy przejmujesz się Hermioną? – zapytał zgryźliwe Harry.
– Odkąd ty i Weasley nie widzicie nic oprócz końca własnych mioteł – odgryzł się Malfoy i zajął miejsce po lewej stronie brązowookiej Gryfonki. Blaise szybko pojął przekaz i siadając, powiedział:
– Dziękuję Hermiono za zaproszenie. Doprawdy wyborna kolacja. – Gryfonka wyraźnie się rozpogodziła i parsknęła śmiechem. Atmosfera trochę się rozluźniła. Jedynie Ginny po komentarzu Zabiniego mocniej zacisnęła palce wokół srebrnego widelca.
– Trudno było? – zapytał Draco sarkastycznie, ale posłał przyjacielowi pełne wdzięczności spojrzenie. Przez kolejny kwadrans cała siódemka zajadała się pysznościami przygotowanymi przez Hermionę i panią Weasley. Jedzenia było pod dostatkiem. Czasem ktoś rzucił jakimś zabawnym komentarzem.
– … i wtedy ja na to: a co? Nie odróżniasz jednego końca miotły od drugiego! – zakończył Blaise, a towarzystwo wybuchło śmiechem.
– Zabawne – rzuciła z przekąsem Ginevra. Pogodny nastój wcale się jej nie udzielił. Zabini, który siedział naprzeciw rudowłosej zmarszczył brwi. Uciekła od jego pytającego spojrzenia.
– O co chodzi Ginny? – zapytała pokojowo Hermiona.
– Szkoda, że nie zaprosiłaś na kolację reszty Śmierciożerców – mruknęła sarkastycznie Ginevra i z całej siły wbiła widelec w pieczeń, a sos rozbryzgnął się na wszystkie strony. Draco wywrócił oczami, a Blaise parsknął śmiechem. Harry zmarszczył brwi, widząc reakcję Ślizgonów, nie tego się spodziewał. Wymienił z Ronem zdziwione spojrzenia, ale żaden się nie odezwał. Hermiona prosiła Merlina, żeby komentarz jej przyjaciółki, nie był powodem kolejnej kłótni. Ginny zmroziła Blaise’a spojrzeniem.
– Nie uważam, żeby to było zabawne – wycedziła. Blaise pokręcił głową z niedowierzaniem i iskierkami rozbawienia w oczach.
– Nikt się nie śmieje – wtrącił Draco, ale Ginevra puściła to mimo uszu. Chodziło jej wyłącznie o Zabiniego.
– Kwestię mojego śmierciożerstwa wyjaśniliśmy sobie zaraz na początku roku, pamiętasz? – Z całego tego wieczoru Ginny miała w głowie tylko pocałunek. Odtworzyła w głowie tamtą scenę i zaraz poczuła, że jej policzki nabierają czerwonej barwy. Spuściła wzrok.
– Jeśli chcesz, to przypomnę ci tamtą „rozmowę”… – powiedział Zabini, zniżając głos i nachylając się nad stołem. Dwuznaczność jego wypowiedzi sprawiła, że Ginny zaczerwieniła się jeszcze bardziej. Jednak tym razem dumnie uniosła głowę i z przekąsem odpowiedziała:
– Może i bym weszła w ten układ, ale jesteś zaręczony. – Posłała Pansy wyzywające spojrzenie, a zaraz potem wbiła świdrujący wzrok w Blaise’a. Ślizgonka czuła się coraz gorzej, wiedziała, że jest po części winna wszystkich nieporozumień, które sprawiały, że atmosfera przy stole jest tak napięta. Przestała grzebać w swoim talerzu i wyprostowała się na krześle.
– Właściwie, w kwestii tych zaręczyn… – zaczęła, chcąc wyznać prawdę. Jednak zaraz jej przerwano:
– Nikt nie chce tego słuchać. Twoich kolejnych kłamstw – rzucił Harry podirytowany powracającym tematem zaręczyn. Pansy zamierzała coś jeszcze powiedzieć, ale zamilkła zrezygnowana. Pokonał mnie moją własną bronią. Pomyślała z goryczą. Zapanowała nieprzyjemna cisza.
– Brawo, Ginny! Klimat właśnie nam padł – próbował zażartować Zabini, ale rudowłosa odebrała to jako kolejny atak w jej stronę.
– Oh, to może w ogóle mnie uderz! – Posłała mu wyzywające spojrzenie. Blaise aż wstał od stołu, wywracając kieliszek z winem. Nachylił się do panny Weasley i zaczął mówić, zniżając głos:
– Nigdy nie chciałem cię skrzywdzić. NIGDY. – Zaakcentował każde, pojedyncze słowo.
– Cóż, stało się – skwitowała Ginny i odchyliła się na krześle. Czuła się niekomfortowo, kiedy Ślizgon był tak blisko. Zrezygnowany Zabini opadł na krzesło, a Pansy ukradkiem rzuciła zaklęcie, pozbywając się rozlanego wina. Ron ostatkiem sił powstrzymywał wybuch gniewu. Za każdym razem, kiedy przypomniał sobie, co ciemnowłosy Ślizgon zrobił jego siostrze miał ochotę rozszarpać Blaise’a na strzępy.
– Możecie zostawić sobie te wszystkie podchody na potem? – zapytał Draco, udając znudzenie. Hermiona szturchnęła go ukradkiem, wiedząc jak ważne jest wyjaśnienie tych wszystkich nieporozumień.
– No co? – szepnął Malfoy, ale brązowooka Gryfonka nie odpowiedziała. Znów wszyscy zajęli się kolacją.
*
Hermiona i Ginny zmywały naczynia po kolacji, gdy do kuchni zajrzała Pansy. Czuła, że również powinna pomóc, choć sprzątanie nie było nawet w pierwszej setce jej ulubionych czynności.
– Można? – zapytała, nie chcąc przeszkodzić w rozmowie, którą prowadziły dwie Gryfonki. Hermiona odwróciła się od zlewu i skinęła głową. Ginny nie odpowiedziała i po prostu rzuciła w jej stronę szmatką. Pansy w ciszy zaczęła wycierać dopiero co umyte naczynia.
– Nie było tak źle – powiedziała w końcu, aby przerwać ciszę. Oczywistym było, że nawiązywała do wcześniejszej kolacji, która naprawdę mogła skończyć się tragicznie. Ginny spojrzała na nią spode łba, ale nic nie powiedziała. Liczyła na radosne spotkanie z Hermioną i wcale nie potrzebowała denerwujących Ślizgonów w komplecie. W ogóle nie czuła magii Świąt w tym roku.
– Jesteś zła o te zaręczyny? Daj spokój, to ty mu powiedziałaś, że nie chcesz mieć z nim nic wspólnego – zaczęła Pansy, zdenerwowana, że Ginevra obarcza ją winą za te nieszczęsne zaręczyny.
– Oh, nie o to chodzi – zaczęła Ginny, głosem wyższym o oktawę. – Po prostu musieliście się pojawić i zepsuć wszystko! Ślizgoni zawsze wszystko psują.
– Dobrze, że wy, Gryfoni zawsze jesteście idealni… A nie, czekaj… – Pansy posłała rudowłosej dziewczynie cyniczny uśmieszek. Ginevra prychnęła, odkładając talerz na kuchenny blat. Pewnie kłóciłby się jeszcze długo, ale Hermiona zabrała głos:
– Zerwałam z Ronem. – Wprawiła w niemałe zdziwienie obie dziewczyny. Obie zamilkły, przetwarzając tę informację. Ginny zmarszczyła brwi, a na ustach Pansy pojawił się uśmiech pełen aprobaty. Zapadła cisza, po której obie siódmoklasistki wypowiedziały identyczne słowa:
– Nareszcie!


W salonie zapadła krępująca cisza, kiedy wszystkie przedstawicielki płci żeńskiej zniknęły w kuchni. Harry mierzył Blaise’a morderczym spojrzeniem. Ron zerkał na niego ukradkiem, ciągle myśląc o rozstaniu z Hermioną, a Draco, jak zawsze, wydawał się być znudzony wszystkim wokół.
– Odpuść Potter, bo w końcu ci się uda i faktycznie go spetryfikujesz spojrzeniem… – rzucił Malfoy z dozą rozbawienia. Harry i w jego stronę skierował swój wzrok bazyliszka.
– Odpuść, Harry – mruknął Ron, nieświadom, że właśnie zgodził się z Draco. Nagle wszyscy obecni spojrzeli na niego zdziwieni. Rudowłosy westchnął i wzruszył ramionami.
– Coś się stało? – zapytał Potter, nie kryjąc zdziwienia. Ron wywrócił oczami, a Blaise parsknął śmiechem. Tym samym zwrócił na siebie uwagę okularnika, który znów zaczął ukatrupiać go spojrzeniem.
– Nie rób tego, bo ci tak zostanie… – rzucił Zabini, zmęczony już tą infantylną postawą Gryfona.
– Dlaczego w ogóle się jej oświadczyłeś? – zapytał Potter, ignorując wcześniejszy komentarz Blaise’a.  Malfoy gwizdnął cicho i odchylił się na krześle. Nareszcie przeszli do konkretów. To może być zabawne. Pomyślał, licząc na dobrą komedię. Ciemnowłosy Ślizgon podrapał się w tył głowy, nie do końca wiedział co ma odpowiedzieć.
– Jest moją przyjaciółką, nieźle się dogadujemy i…
– I to jest chyba najgłupszy powód jaki słyszałem – przerwał mu Harry, nadal zły. Draco doskonale się bawił, a Ronald nie zwracał większej uwagi na to wszystko. Ciągle myślał o Hermionie. A zaraz potem o Astorii i tak w kółko. Rozbolała go od tego głowa.
– Słuchaj Potter, jeśli coś do mnie masz to wyjdźmy na dwór i rozwiążmy to jak mężczyźni – powiedział Zabini naprawdę wkurzony.
– Świetnie! – Harry wstał od stołu z takim impetem, że wywrócił krzesło. Blaise był nieco zaskoczony, bo nie sądził, że Gryfon przystanie na jego propozycję. Musi mu zależeć. Przeszło mu przez głowę, kiedy podnosił się z miejsca.
– Zaraz, co? – zapytał Malfoy, patrząc pytająco to na jednego, to na drugiego. Nie otrzymał odpowiedzi, bo Harry i Blaise zniknęli w korytarzu. To się nie może dobrze skończyć… Pomyślał posępnie, a potem machnięciem różdżki postawił krzesło, które wywrócił okularnik.
– Weasley, a ty co? Nie idziesz dopingować swojego kumpla? – zapytał Malfoy z kpina w głosie. Ron posłał mu spojrzenie pełne politowania.
– Mógłbym zapytać o to samo…
– Co się z tobą dzieje, Weasley? Wyglądasz jakbyś używał mózgu… – mruknął Draco, choć faktycznie był zdziwiony opanowaniem rudzielca.
– Uważaj Malfoy, zaraz mogę użyć pięści. – Spokojnie, to wcale nie tak, że Weasley uformował zgrabną ripostę… Cholera. Pomyślał blondyn, będąc naprawdę zdezorientowanym. Odczekał chwilę i całkiem poważnie zapytał:
– Coś się stało? – Jakoś zmusił się na w miarę grzeczny ton. Był naprawdę ciekaw, co spowodowało tak drastyczne zmiany w zachowaniu jego rozmówcy.
– Odpuść sobie, Malfoy. Twoje komentarze, są ostatnią rzeczą, której mam ochotę słuchać. Nie rozumiem, czemu Hermiona wpuściła cię za próg tego domu, ale skoro już tu jesteś to nie utrudniaj wszystkim życia i się zamknij.
– Wow, kim jesteś i co zrobiłeś z Weaslyem?
*
Ginny zajrzała do salonu, upewniając się, że to już wszystkie naczynia, zaraz zauważyła nieobecność Harry’ego i Blaise’a. Zmrużyła podejrzliwie oczy, widząc jak jej brat i Malfoy spokojnie siedzą przy stole.
– Gdzie jest Harry?  – zapytała, krzyżując ręce na piersiach.
– Poszli z Zabinim na dwór – poinformował siostrę Ron. W drzwiach, obok Ginevry stanęła Pansy.
– Co się dzieje? – zapytała, posyłając Malfoyowi pytające spojrzenie. Blandyn mrugnął do Ślizgonki, ale nie odezwał się ani słowem.
– Po co tam poszli? –pytała dalej Ginny. Miała złe przeczucia co do tego wszystkiego. Wtedy w końcu odezwał się Draco:
– Chyba będą się naparzać, aż któryś straci przytomność.
– Że jak?! – krzyknęły obie dziewczyny naraz. Ginny już pędziła w stronę drzwi wyjściowych, a za nią Pansy. Malfoy pokręcił jedynie głową.
– Co się stało? – zapytała Hermiona, wchodząc do salonu. Blondyn widział, jak bardzo jest zmęczona. – Gdzie są wszyscy? – Nic nie rozumiała z zaistniałej sytuacji.
– Na dworze – powiedział Ron i uśmiechnął się ciepło. Dziewczyna zmarszczyła drobny nos.
– A co oni, na wielkiego Godryka, tam robią? – zapytała, opadają ciężko na krzesło obok Malfoya, a naprzeciwko Rona. Żaden z obecnych nie chciał jej martwić, toteż wymienili porozumiewawcze spojrzenia.
– Merlinie, chyba zwariowałam – mruknęła panna Granger widząc jak jej były chłopak i Draco porozumiewają się bez słów. – No żeby Gryfon z Ślizgonem się dogadał… – Pokręciła głową. Kącik ust blondyna uniósł się ku górze.
– Dla większego dobra – mruknął Ronald, który cały wieczór był, jak nie on. Dla twojego dobra, Granger. Pomyślał Malfoy, ale nie odezwał się słowem. Zaraz potem Blaise wkroczył do salonu. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie rozwrzeszczana, rudowłosa dziewczyna, przerzucona przez jego ramię…
*
Zostali sami. Krzyki i groźby Ginny nie były już słyszalne i zapanowała pełna napięcia cisza. Pansy potarła rękami ramiona, bo wybiegła przed dom bez kurtki i najzwyczajniej w świecie zamarzała. Oddychała przez usta, a para wydostawała się spomiędzy jej uchylonych warg. Harry pomyślał, że wygląda cudownie z płatkami śniegu w ciemnych włosach. Ślizgonka długo biła się z myślami, ale w końcu zrobiła kilka kroków w jego stronę. Bała się, a serce waliło jej jak oszalałe. Nie chciała usłyszeć, że nie mają sobie nic do powiedzenia, bo mieli. I to naprawdę sporo.
– Harry, ja… – zaczęła, ale gardło miała tak ściśnięte, że ledwo się słyszała. Chciała powiedzieć, że przeprasza, ale zanim mogła dokończyć usłyszała pogodne:
– W porządku. – Okularnik ku zdziwieniu Ślizgonki, uśmiechnął się.
– Nie jest w porządku. A już na pewno ja nie byłam w porządku. Nie powinnam…
– Wszystko jest okej, naprawdę. – Dziewczyna nic z tego nie rozumiała. Jeszcze przed chwilą Harry nie chciał jej widzieć.
– Teraz mnie trochę przerażasz… – przyznała brunetka, bo uśmiech Pottera przyprawiał ją o dreszcze. – Co powiedział ci Blaise? – zapytała, gdy tylko przypomniała sobie, że wraz z Ginny przerwały ich rozmowę.
– Nic, czego wcześniej bym nie wiedział. – Pansy rozumiała coraz mniej i coraz mniej jej się to podobało.
– Wracam do środka, to jest zbyt… – Już miała się odwrócić i ruszyć w stronę werandy, kiedy Gryfon złapał jej rękę i pociągnął do siebie.
– Po prostu przestań kłamać – powiedział szeptem, a potem pocałował Ślizgonkę. Pansy oniemiała, była tak zdezorientowana, że nawet nie zdążyła oddać pocałunku. Harry odsunął się odrobinę, ale jej nie puścił.
– Mam coś dla ciebie. – Dopiero teraz dziewczyna zauważyła, że cały czas trzymał coś w dłoni. Wyciągnął w jej stronę prostokątne pudełko. Ślizgonka chwyciła je niepewnie. Ważyło niewiele.
– No otwórz – polecił ze śmiechem Harry. Zdezorientowanie i niepewność na twarzy Pansy były dla niego niemal nagrodą. Czuł, że w końcu on ma kontrolę i naprawdę mu się to podobało. Ślizgonka otworzyła pudełko i wcięła się w szok. Zamrugała kilka razy, nie wierząc w to, co widziała. Na aksamitnej poduszeczce, ułożony był naszyjnik ze smokiem, pikującym w dół.
– Podoba ci się chociaż? – zapytał Harry, obserwując jej reakcję. Spojrzała na niego jeszcze bardzie zdezorientowana niż dziesięć minut temu. Jedyne co była w stanie wydukać to:
– Nie mogę tego przyjąć.
– Nie utrudniaj, komplikujesz moje życie wystarczająco… – Nie dokończył, bo Ślizgonka objęła jego szyję.
– Przepraszam – szepnęła, a Harry uśmiechnął się z satysfakcją. Jednak dziewczyna nie mogła tego widzieć. Odsunęła się po chwili.
– Nadal nie mogę tego przyjąć, kosztowało pewnie fortunę i…
– I? – Harry pytająco uniósł brew.
– I chyba zwariowałeś, myśląc, że przyjmę tak drogi prezent. Poza tym… Nic dla ciebie nie mam. – Policzki Ślizgonki poczerwieniały.
– Jest coś, co bardzo chciałbym dostać… – Harry uśmiechnął się tajemniczo. Pansy zmarszczyła brwi, a jej głowę nawiedziły naprawdę kosmate myśli. Powoli zapytała:
– Co to takiego?
– Obietnica.
– Obietnica? – powtórzyła zdezorientowana, ale Gryfon kiwnął głową.
– Obiecaj, że nie zaręczysz się z żadnym mężczyzną.
– Harry, ja… – Nie wiedziała co myśleć. Nigdy nie wyjść za mąż? Szkoła kiedyś się skończy, pójdą w różne strony…
– Żadnym, oprócz mnie. – Jej serce zaczęło bić szybciej, kiedy zdała sobie sprawę z dwuznaczności tych słów.
*
Ron poderwał się z miejsca, gdy zobaczył, jak jego młodsza siostra szarpie się w ramionach Zabiniego. Już miał wyciągnąć różdżkę, kiedy ciemnowłosy Ślizgon postawił rozwrzeszczaną dziewczynę na ziemi. Zaraz oberwał pięścią w brzuch, aż dech mu odebrało. Spodziewał się czegoś podobnego, więc skrzywił się jedynie i wyprostował zaraz, czekając na rozwój sytuacji. Cieszył się, że pomógł przyjaciółce, choć dogadanie się z Potterem kosztowało go naprawdę wiele.
– Mów, do cholery! Co tam się stało?! – wrzeszczała na niego Ginevra. Powiódł wzrokiem po pozostałych. Na twarzy Hermiony dostrzegł próby zrozumienia całego zamieszania. Draco był nieco znudzony, ale rozbawiony zarazem, natomiast Ronald wyglądał, jakby miał za moment posłać w jego stronę śmiertelną klątwę.
– Zostawicie nas? – zwrócił się przede wszystkim do Granger. Gryfonka skinęła głową, dając mu jasny przekaz „nie skop tego”. Draco wywrócił oczami, żeby podnieść się z krzesła i ruszyć w stronę kuchni. Ron wyglądał jakby nie zamierzał się nigdzie ruszać, ale Hermiona szepnęła mu coś na ucho. Spojrzał na nią zdziwiony, ale potem kiwnął głową.
– Drugiej szansy nie będzie – rzucił w stronę Blaise’a, dołączając do tych słów mordercze spojrzenie.
W końcu Ginny i Blaise zostali sami. Dziewczyna skrzyżowała ręce na piersiach i hardo patrzyła w oczy Ślizgona. Zabini westchnął i oparł się o stół. Nie wiedział co ma jej powiedzieć. Jeszcze nigdy nie znalazł się w sytuacji takiej, jak ta. Minuty się dłużyły, a brunet nadal milczał. Ginevra w końcu straciła cierpliwość.
– Skoro to wszystko, co masz mi do powiedzenia to nie ma sensu tu dalej sterczeć. – Opuściła salon, wchodząc do kuchni. Powitały ją zdziwione i pytające spojrzenia, ale zignorowała je i radośnie zapytała:
–  Kto ma ochotę na herbatę?



*Możemy to przetłumaczyć jako „ wzgórze kruków”, miejsce wymyślone na potrzeby opowiadania, nie zamieściłam polskiej nazwy, ponieważ w tłumaczeniu Harry’ego Potter (nowszym wydaniu) nazwy miejsc również nie są spolszczane ;) ~przyp. aut.

A więc rozdział 64! Co myślicie? Za dużo Hansy, za mało Dramione? Jestem ciekawa waszych odczuć w związku z tą częścią! Piszcie mi wszystko w komentarzach :D

Trzymajcie się cieplutko i do następnego: ~Pani M.