niedziela, 31 stycznia 2016

Sowia Poczta


WAŻNA INFORMACJA! 

Blog "dom Salazara zwariował" zostaje zawieszony, aż do odwołania. Być może na zawsze.

Dziękuję wszystkim komentującym i obserwującym za to, że byliście ze mną przez cały ten czas. Na razie nie planuję szybkiego powrotu, ale być może wrócę do pisania w przyszłości. 

~Pani M. 

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Rozdział 56


Rozdział 56 – Coś w nich umarło.


  Uczniowie smętne przechadzali się korytarzami, w ciszy, w spokoju, bez wrzasków, popychania, dogryzania, czy kłótni. Hogwart podczas przerwy między lekcjami  nigdy nie był taki cichy. Kiedy rozmawiali to tylko w obrębie własnych domów. Podział. Znów zapanował podział. McGonagall widząc to, była po prostu zawiedziona, myślała, że szkoła zmierza ku lepszemu, a teraz znów zrobili krok milowy… w tył. Westchnęła cicho, pilnowała dziś porządku w Sali Wejściowej, ale właściwie nie było czego pilnować. Było tak cicho!
  W końcu udała się do swojego gabinetu. Nie mogła na to wszystko patrzeć. Na jej biurku leżało kilka świeżych dokumentów, dotyczących najnowszych wydarzeń. Na samym wierzchu widniał wypełniony formularz dotyczący zawieszenia Blaise’a Zambiniego w prawach ucznia. Raził w oczy. Później dostrzegła wypis panny Weasley ze Świętego Munga. Równiutki stos, świeżych ogłoszeń czekał na biurku. Na kartkach z cienkiego papieru widniała ruchoma podobizna Harry’ego Pottera i Pansy Parkinson. Wielkie, czarne litery głosiły: „ZAGINIENI”. Dyrektorka miała oddać je madame Rosmercie, żeby rozwiesiła je w Hogsmeade. Powiadomiono już Ministerstwo, ale nie chciano nagłaśniać sprawy. Zagniecie Harry’ego wywołałoby niepotrzebną panikę. Oczywiście w Hogwarcie huczało od plotek w tym temacie, Gryfoni oskarżali Ślizgonów o porywanie Pottera, Ślizgoni nie pozostawali im dłużni i pewni byli, że zaginięcie Pansy Parkinson to sprawka uczniów domu Godryka. Zaraz potem rzuciła jej się w oczy wczorajsza gazeta, nagłówek głosił: „Napad na Gringotta,  sprawką młodych czarodziejów?”.  Dalej leżała wiadomość do profesor Sprout, która rozdała kolejne dwa szlabany. Widziała też zwolnienie z lekcji Astorii Greengrass. Jej matka osobiście je dostarczyła, robiąc awanturę o większą dyscyplinę w szkolę i surowsze kary. McGonagall w ciągu ostatnich trzech dni odbyła tyle nieprzyjemnych rozmów, że z pewnością ustanowiła nowy rekord szkoły. Z jednej strony cieszyła się, że uczniowie zaprzestali ciągłych bójek, wyzwisk, a nawet pojedynków, które odbywały się niemal codziennie od trzech dni. Pani Pomfrey miała pełne ręce roboty, nastawiła tyle złamanych nosów, co jeszcze nigdy. Z drugiej strony McGonagall widziała, że większość uczniów nie jest sobą. Jakby coś w nich umarło.
Wtedy na parapecie jej okna usiadła sowa i zapukała dziobem w szybę. Kobieta wstała i wpuściła stworzonko do środka. Jednak biała płomykówka zostawiła list i odleciała. Dyrektorka zamknęła okno i usiadła z wiadomością przed biurkiem. Pieczęć z Ministerstwa. To nie wróżyło nic dobrego. Szybko złamała lak i drżącymi rękami otworzyła kopertę. Położyła ją na resztę papierów i rozłożyła list. Niemal zachłysnęła się powietrzem. W rękach trzymała nakaz aresztowania Hermiony Granger.
***
3 dni wcześniej, Hogsmeade
Dziewczyna trzymała się blisko Gryfona. Od jakiś dziesięciu minut śledzili Theodora Notta, który okryty czarną peleryną, chował się pomiędzy domami w magicznej wiosce. W końcu Ślizgon zatrzymał się przed jednym ze starych domów. Drzwi skrzypiały, kiedy je otwierał. Pansy i Harry, kiedy upewnili się już, że Nott zamknął za sobą drzwi, wyszli zza zakrętu, stając na ulicy przy której stały stare, zaniedbane domy.
– Mieszka tam? – zapytał Gryfon, żeby rozładować napięcie. Pansy posłała mu rozbawione spojrzenie.
– Wiesz taki ślizgoński klimat… – Dostał z łokcia w brzuch. Siódmoklasistka uśmiechnęła się zarozumiale.
– To był w ślizgońskim klimacie – szepnęła mu do ucha, kiedy Harry nadal trzymał się za brzuch. Wcale mocno nie oberwał, jednak kościsty łokieć zawsze okazuje się zabójczą bronią.
– Chcesz tam wejść? – zapytała nagle dziewczyna, z powątpieniem patrząc na spróchniały dach domu i sypiące się ściany. Jedno z dolnych okien było wybite, jedynie drzwi wydawały się być solidne. Harry zastanawiał się chwilę i doszedł do wniosku, że bezsensem byłoby śledzenie Ślizgona, a potem odpuszczenie sobie w kluczowym momencie. Zerknął w stronę ciemnowłosej dziewczyn, która studiowała, każdy szczegół ponurego domu. Pansy nie uśmiechało się zwiedzanie go, ale chętnie dowiedziałaby się, co kombinuje jej kolega. Jego zachowanie, tak tajemnicze, intrygowało ją od samego początku. Tym bardziej, że Ślizgoni pilnie strzegą swych sekretów.
– Możemy się rozejrzeć… – Harry wzruszył ramionami i zdecydowanym krokiem zmierzał w stronę budynku.
– Czekaj – syknęła Parkinson. – Chyba nie zamierzasz tak po prostu tam wejść?
– Oczywiście, że nie. Razem tam wejdziemy – uśmiechnął się. Wtedy dostrzegł, że Pansy się nie uśmiecha, a w jej oczach rodziło się coś na kształt obawy. Przeklął się w myślach. Zupełnie zapomniał, że Pansy to nie Ginny, czy Hermiona, że nie jest tak odważna. Nie chciał jej w żaden sposób urazić, po prostu takie były fakty. Uśmiechnął się do niej pokrzepiająco.
– Nie musimy tam iść – powiedział spokojnie. Dziewczyna zmrużyła podejrzliwie oczy. Nie rozumiała co spowodowało szybką zmianę zdania Harry’ego.
– Dlaczego? – zapytała, unosząc brew.
– Dlaczego, co?
– Zmieniłeś nagle plan. – Harry machnął ręką. Nie chciał mówić, że wie o obawach Pansy. Takie rozmowy nie mogły się dobrze kończyć.
– Choć sprawdzimy, czy nie zwolniło się coś „Pod trzema miotłami” – zmienił temat, stając tyłem do budynku. Stary dom wręcz go wzywał, wykręcało mu żołądek z podekscytowania na myśl o tajemnicach, kryjących się za drzwiami, ale tłumił to wszystko myśląc o Pasny. Od kiedy troszczysz się o Ślizgonów?  Usłyszał w głowie głos Rona. Właściwie to nie wiedział, a wizję przyjaciela wyrzucił z głowy.
– Może powinniśmy jednak tam wejść. Śledziliśmy go bez sensu, jeśli coś ma z tego być, to… – Harry przerwał wykład Ślizgonki, która nadal kątem oka obserwowała budynek.
– To chyba nienajlepszy pomysł…
– Dobra, mów po prostu o co chodzi. – Dziewczyna wiedziała, że kłamie jej prosto w oczy. Nie chciała, żeby zaczynali od półprawd.  Harry zerknął przez ramię na budynek i coś ścisnęło go w żołądku, musiał tam wejść!
– Jeśli nie chcesz, nie musimy tam iść – powiedział cicho, nie spuszczając wzroku. Patrzała mu prosto w oczy. Bała się, to fakt, ale przy Harrym potrafiła w sobie znaleźć te resztki odwagi. Westchnęła.
– Okej, boję się, ale to nie zmienia faktu, że z tobą mogę tam iść. – Potter rozpromienił się i uśmiechnął do Ślizgonki. Dziewczyna stanęła obok niego, patrzeli przez chwilę na zniszczony dom. Gryfon pewnie chwycił ją za rękę. Ruszyli w stronę budynku. Mimo wszystko Pansy trzymała się pół kroku za okularnikiem. Gęsiego wspięli się po trzech, niewysokich stopniach i stanęli przed drzwiami. Harry puścił jej rękę i wyciągnął różdżkę. Ślizgonka szybko chwyciła swój magiczny patyk.
– Gotowa? – zapytał Gryfon, odwracając głowę w jej kierunku. Uśmiechnął się, chcąc dodać jej odwagi. Parkinson była blada jak ściana, ale jedynie skinęła głową. W pewnym sensie, ją również zżerała ciekawość. Harry nacisnął klamkę, drzwi nie były zamknięte. Bez problemów znaleźli się w środku. Dziewczyna szybko rozejrzała się dookoła. Stali w niewielkim holu, a przed nimi, aż po sufit piętrzył się łuk. Był on przejściem do salonu. Przez okna, w tym jedno wybite, do pomieszczenia wpadało jasne, zimowe światło. Mimo to, dom wydawał się być mroczny i ciemny. Poszarzała podłoga, zakurzone meble i ciemnogranatowa, łuszcząca się tapeta nie wyglądały zachęcająco. Potter przeszedł przez pokój i zajrzał do salonu, stając przy krawędzi łuku. Będąc w salonie nie można było go dostrzec. Pansy w tym czasie zainteresowała się starą, drewnianą komodą. Mebel był pokryty grubą warstwą kurzu, starała się nie kasłać, kiedy jego kłęby wzbiły się w powietrze. Otworzyła pierwszą szufladę, ale znalazła tam jedynie pozostałości jakiś korali, trzy samotne, okrągłe perły turlały się po dnie szuflady, kiedy dziewczyną ją zamykała. W następnej znalazła kawałek pergaminu, starego, ale niezapisanego. Pod nim było zniszczone pióro, ubrudzone zaschniętym atramentem. Oprócz tych domniemanych skarbów, znalazła kartę z czekoladowej żaby i parę dziurawych skarpet. Zerknęła w stronę Harry’ego, a Gryfon szepnął w jej stronę:
– Nikogo tam nie ma.
– A tu NIC nie ma – poinformowała, również szeptem, wskazując mebel. Podeszła do niego, a Harry odsunął się do przejścia. W ręce nadal trzymał różdżkę. Parkinson kątem oka dostrzegła, jak kurczowa zaciska na niej palce.
– Myślisz, że Nott jest tutaj sam? – zapytał Gryfon, Pansy pokręciła głową. – Może tu zostań, a ja się rozejrzę?
– Nie ma mowy, idę z tobą – stanowczo odpowiedziała.
Cicho ruszyli w stronę salonu. Oprócz zniszczonych foteli, starego, zakurzonego dywanu i meblościanki, pomieszczenie było puste. Trochę szkła leżało na podłodze, Ślizgonka uważała, żeby na żaden odłamek nie nadepnąć. Na prawo od wejścia był kolejny łuk, a za nim szerokie schody, prowadzące na górę. Harry zauważył również drzwi, z odchodzącą farbą. Były stosunkowo niewielkie, umieszczone za fotelem. Chłopak nacisnął klamkę, ale drzwi nie ustąpiły. Były zamknięte.
– Alohomora – mruknął i wycelował czubkiem różdżki w zamek. Coś kliknęło i kiedy Harry chwycił za klamkę, drzwi ustąpiły. Jego oczom ukazało się ciemne pomieszczenie bez okien.
– Lumos. – Na końcu jego różdżki rozbłysnęło światło.
– Pansy, chodź tu – powiedział, odwracając się do dziewczyny. Ślizgonka odłożyła figurkę słonia z powrotem na jedną z półek meblościanki i podeszła do Gryfona.
– Lumos – mruknęła, a z końca jej różdżki również wydobyło się światło. Weszli do pomieszczenia, nie było już tak ciemne. Jednak wchodząc do środka, nie mogli przesunąć się w żadną stronę. Schowek był strasznie zagracony. Pudła, fotel bujany, stara kanapa, materac i stosy książek. To wszystko zajmowało powierzchnię niewielkiego pomieszczenia. Pansy i Harry stali pośród tych wszystkich gratów, kiedy nagle drzwi się zatrzasnęły. Ślizgonka stłumiała krzyk. Odwróciła się szybko i nacisnęła klamkę. Zamknięte.  Przerażona spojrzała na Harry’ego, którego twarz była oświetlona bladym światłem z różdżki.
– Spokojnie – powiedział, a potem wycelował różdżką w zamek. – Alohomora. – Jednak, kiedy Ślizgonka pociągnęła zza klamkę drzwi się nie otworzyły. Potter zmarszczył brwi i sam podszedł do zamka. Jeszcze raz spróbował zaklęcia, ale nie podziałało.
– Harry? Co tu się dzieje? – zapytała dziewczyna, bała się. Ktoś musiał ich tu zamknąć jakimś zaklęciem. Wtedy usłyszeli jakiś hałas, jakby ktoś biegnąc, przewrócił coś ciężkiego. Nie był to odgłos jednej pary stóp, ale co najmniej dwóch. Usłyszeli głos Theodora Notta:
– Pośpiesz się! – Był stłumiony, ale Pansy wychwyciła wszystkie słowa. Potem ktoś trzasnął drzwiami, prowadzącymi na zewnątrz. Zostali sami.
*
Hermiona pozbierała wszystkie odłamki lusterka i ułożyła je na stole. Oczywiście pomogła sobie czarami, bo inaczej z pewnością nie skończyłaby do gwiazdki. Draco nerwowo krążył po pokoju, od czasu do czasu, klnąc pod nosem. Dziewczyna wypróbowała już wszystkie znane jej zaklęcia, próbując naprawić rozbite zwierciadło, ale nic nie działało. Malfoy w końcu usiadł obok niej na kanapie.
– Tak to zazwyczaj wygląda? Te twoje ratowanie wszystkich? Bo jak na razie nic ci nie wychodzi – rzucił wściekle. Gryfonka spojrzała na niego wilkiem i zaprzestała prób.
– A ty co niby robisz? Nawet palcem nie kiwnąłeś w tej sprawie, niby wielki czarodziej, czystokrwisty, a gówno po…
– Przestań! – wydarł się i wstał. Hermiona równie zdenerwowana, podniosła się z kanapy.
– Prawda boli? – zakpiła, krzyżując ręce na piersiach. Draco prychnął.
– Nie dam ci się sprowokować – rzucił tylko i wyszedł z pomieszczenia, trzaskając drzwiami. Panna Granger wróciła do prób naprawienia lusterka. Niestety jej próby nic nie dały, ale obraz niebieskich kwiatów wyraźnie miała przed oczami. Chciałaby zobaczyć je jeszcze raz. Było w nich coś hipnotyzującego, ale zarazem coś co sprawiało, że panna Granger dostawała ciarek. Działa zupełnie jak Malfoy. Pomyślała, a zaraz potem zdała sobie sprawę, z tego jak to mogło zabrzmieć. Usiadła zdegustowana na kanapie i podrapała się różdżką po głowie. Była bezradna wobec tego głupiego lustra. Chwyciła jeden z większych odłamków i przez dobrą chwilę wpatrywała się w gładką taflę. Nic to nie dało. Wtedy wrócił Draco. Usta miał wykrzywione w leniwym uśmiechu.
– Wysłałem sowę do matki, znajdzie dziś dla nas chwilę.
– Wie jak naprawić lusterko? – zapytała z nowym entuzjazmem Gryfonka.
– Nie napisałem, że je zepsułaś.
– JA?! – Teraz naprawdę udało mu się wyprowadzić ją z równowagi. Hermiona nie mogła uwierzyć, że oskarża ją o ten wypadek.
– To była tak samo moja wina, jak i twoja. I wiesz o tym – rzuciła wściekle, krzyżując ręce na piersiach. Ślizgon wzruszył ramionami.
– Wiesz przynajmniej co to były za kwiaty? – zapytał po chwili milczenia. Panna Granger pokręciła głową i spuściła ręce wzdłuż tułowia.
– Mam wrażenie, że jeśli coś jest powiązane z tobą to nie mam pojęcia o niczym… – przyznała cicho, uciekając wzrokiem od pytającego spojrzenia blondyna. Draco chwycił fragment lusterka i obracał go w dłoniach pod różnymi kątami. Po chwili odłożył kawałek na stolik i opadł na jeden z foteli.
– Mamy jakiś plan, Granger? – zapytał sceptycznie. Dziewczyna przysiadła na skraju drugiego fotela.
– Został nam medalion i książka. Medalion jest pół horkruksem? – zapytała rzeczowo, patrząc ponad jego głowę.
– Nie wiem.
– Oczywiście, nic nie wiemy… – Hermiona założyła pasmo włosów za ucho i westchnęła.
– Nie ma co tu siedzieć. Moja matka może będzie coś wiedzieć w sprawie tego cholernego lustra. – Draco wstał z fotela i zagarnął fragmenty do kieszeni. Hermiona chwyciła książkę i medalion. Ubrali się dość szybko i wyszli z zagraconego pokoju, a potem frontowymi drzwiami na dwór. Panna Granger schowała medalion do kieszeni płaszcza, a starą księgę trzymała pod pachą. Mimo że stali na dworze dobrą chwilę, dziewczyna nie miała pojęcia, gdzie są. Nie śmiała pytać.
– Gotowa? – zapytał Draco i wyciągnął do niej rękę. Chwyciła ją pewnie, była ciepła w porównaniu z jej lodowatą dłonią. Dziwne. Pomyślała; żyła w przekonaniu, że Malfoy zawsze jest tak zimnokrwisty, a ciepło jest mu zupełnie obce.
– Zimno ci, Granger? – zapytał z figlarnym uśmieszkiem, zanim się nie aportowali.
*
Wieczór, gdzieś w Hogsmeade
Pansy siedziała, opierając łopatki o zimną ścianę. Mimo kurtki i szala, pożyczonego od Harry’ego było jej przeraźliwie zimno. Podciągnęła kolana pod brodę. Pierwszy szok i przerażenie minęło, pogodziła się z utknięciem w tym głupim schowku. Teraz jej największym problemem było zimno. Potter wcale nie czuł się lepiej. Przez kilka godzin próbował wydostać ich ze skrytki, ale żadne zaklęcie, oprócz Lumos, czy Nox, nie działało. Potem chciał znaleźć inne wyjście i bez sensu przerzucali z Pansy, książki, gazety i część mebli. Oprócz zastraszającej masy kurzu nic nie znaleźli. Oboje wyczerpani, głodni i spragnieni siedzieli pod ścianą. Pansy wielokrotnie próbowała wyczarować patronusa, aby kogoś powiadomić, ale to również nic nie dawało. Jakby żadna magia nie działała. Oboje próbowali zrozumieć, dlaczego ich różdżki jeszcze nie zgasły, obie złożone na podłodze paliły się bladym światłem.
– Zimno mi – mruknęła Ślizgonka, nieco bardziej płaczliwie niż zamierzała. Chłopak zerknął na nią i przysunął się bliżej.
– Wyjdziemy stąd – powiedział bez większego sensu, obejmując ją ramieniem. Wywróciła oczami.
– Nie musisz mnie traktować w ten sposób.
– O co ci chodzi? – zapytał  sucho. Odsunęła się trochę, zabierając jego rękę ze swojego ramienia.
– Przeszłam niewiele mniej niż ty, nie jestem słaba. I nie rozpłacze się od siedzenie tutaj.
– Ja wcale nie mówię, że…
– Proszę cię, Harry. Traktujesz mnie jak histeryczkę.
– Przepraszam – powiedział zmieszany, nie miał ochoty na kłótnie. Wiedział, że to na pewno im nie pomoże. Uległość w jego głosie zdenerwowała ją jeszcze bardziej. Stanęła na równie nogi.
– Jak możesz być takim mięczakiem! Potrzebuję faceta, a nie cipy! – Parkinson zatkała sobie usta dłonią. Nie wierzyła, że właśnie powiedziała to na głos. Harry dostał wypieków i zacisnął ręce w pięści. Również wstał i wymierzył różdżkę w gardło Ślizgonki. Dziewczyna zrobiła wielkie oczy, widząc złość, a zarazem chłodne opanowanie Pottera.
– Harry, ja… – Przerwał jej:
– Raz Ślizgon, zawsze Ślizgon, co? – wywarczał. Przełknęła ślinę, która gulą stanęła jej w gardle. Były takie chwilę, w których wolała nie wchodzić Gryfonowi w drogę, ale odkąd zaczęli się spotykać, Harry zrobił się  wobec niej, niczym pluszowy miś. Teraz wiedziała, że znów jest sobą. Uwielbiała to uczucie, kiedy strach mieszał się z ekscytacją i podnieceniem. Mimo różdżki wymierzonej w jej gardło, uśmiechnęła się arogancko. Patrzeli na siebie, milcząc. Słychać było tylko ich miarowe oddechy. Harry nagle chwycił szal, owinięty wokół szyi Ślizgonki i przyciągnął ją do siebie. Pansy zabrakło tchu, kiedy nagle pocałował jej usta. Potter puścił szali i objął Ślizgonkę w tali. Pansy była w szoku, odcięła się od wszystkich myśli. Harry pocałunkiem skupił na sobie całą jej uwagę. W pewnym momencie oparł ciało dziewczyny o ścianę, ustami nadal pieszcząc jej usta. Wplotła ręce w jego czarne włosy. Na moment oderwał się od dziewczyny.
– O to chodziło? – powiedział ochryple. Przyciągnęła go z powrotem do siebie i wymruczała tuż przed ponownym pocałunkiem:
– Och, zamknij się. – Kiedy zassał jej dolna wargę z ust siódmoklasistki wyrwał się cichy jęk. Momentalnie zrobiło im się ciepło. Kiedy w końcu Harry puścił dziewczynę, ta szybko zdjęła szalik i zaczęła rozpinać kurtkę. Uśmiechnął się leniwie na ten widok.
– Nie tak szybko – mruknął. Podniosła na niego wzrok i zrozumiała jak musi wyglądać jej zachowanie. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów. Zaśmiał się cicho widząc to wszystko. Powoli podszedł do Pansy i nachylił się do dziewczyny, ta przymknęła oczy, licząc na kolejny pocałunek, ale Gryfon minął jej usta i zatrzymał się przy uchu, odgarniając włosy Ślizgonki na plecy.
– Szczerze? Też wolę, kiedy nasze relację wyglądają w ten sposób… – szepnął jej do ucha. Pansy cofnęła się i znów oparła plecami o zimną ścianę. Otworzyła oczy, a Harry odsunął się trochę. Czuła, że się czerwieni. Pocałował ją przelotnie w usta.
– Może w końcu stąd wyjdziemy, co? – mruknął, kiedy Ślizgonka wypuściła go ze swoich objęć.
*
Malfoy Manor, późnym popołudniem
– Więc? – zaczęła Narcyza, kiedy wraz z Hermioną Granger i synem rozsiedli się w salonie. Bawiło ją, jak często panna Granger jest ich gościem. Jeszcze żadna dziewczyna, prócz Pansy Parkinson nie gościła tutaj tak często. Jak na ironie, z jej synem nawet się nie specjalnie tolerowali. Skrzat przyniósł imbryk z herbatą i trzy filiżanki na ręcznie malowanych spodeczkach. Narcyza lubiła ten komplet. Odesłała skrzata, kątem oka widząc niezadowolenie Hermiony. Słyszała jak Gryfonka troszczy się o te stworzenia. Sama nie przejmowała się zbytnio ich losem, były po prostu użyteczne. Odchrząknęła, a Draco rozlał herbatę do filiżanek.
– Wszystko się udało? – zwróciła się do syna. Młody Malfoy skinął głową.
– Jeszcze żyjemy – mruknął. Narcyza skinęła niezauważalnie głową.
– Co was tutaj sprowadza, wspominałeś, że to coś ważnego…
– Istotnie – wtrąciła się panna Granger, która od początku spotkania siedziała jak na szpilkach. Nerwowo miętosiła skrawek koszulki, aż do momentu w którym się nie odezwała.
– Chodzi o lusterko – powiedziała, nie owijając w bawełnę. Draco posłał jej podirytowane spojrzenie, ale pani Malfoy wątpiła, że Gryfonka w ogóle je dostrzegła. Siedzieli naprzeciw niej na kanapie, podczas gdy Narcyza zajmowała wygodny fotel.
– Co z lusterkiem? – zapytała i napiła się herbaty. Wsypała do niej łyżeczkę cukru i zamieszała, a potem napiła się znowu. Słodki napój smakował o wiele lepiej. Z brzdękiem odstawiła filiżankę. Draco wstał, a potem ostrożnie zaczął wyjmować coś z kieszeni. Narcyza nachyliła się i zaniemówiła. Na stole jej salonu leżały fragmenty jej najcenniejszej pamiątki rodzinnej.
– Jak to się stało? – zapytała zaszokowana, wodząc wzrokiem od Hermiony do Dracona. Gryfonka uśmiechnęła się przepraszająco.
– To był wypadek, lusterko wypadło mi z rąk i…
– Nam – wtrącił Draco. Hermiona odwróciła głowę w jego stronę. Wyraz twarzy miał obojętny jak zawsze, ale oczy… Oczy mówiły coś więcej. Hermiona niechętnie przeniosła wzrok na panią Malfoy.
– Rozumiem – sucho odpowiedziała kobieta. Była zła na ową dwójkę za to, że nie uważali.
– Co pokazuje? – zapytał Draco beznamiętnym tonem.
– Pokazywało – poprawiła syna pani Malfoy. Chłopak wywrócił oczami. – Pokazywało – powtórzył, akcentując każdą sylabę.
– Pokazywało to czego najbardziej potrzebujesz. Miało wiekową historię, podobno jeden z czarów, rzucał sam Merlin, osobiście, akurat w to, nie wierzę. Niemniej jednak, było dość przydatne.
– Pokazało tylko jakieś zielsko – wyraził swoje wątpliwości Draco. Narcyza zaśmiała się, jakby znała jakąś wielką tajemnicę. Hermiona nabrała pewnych podejrzeń, zmarszczyła brwi, a jej mózg pracował na pełnych obrotach. Narcyza dostrzegła ten błysk w oczach dziewczyny, kiedy rozszyfrowała zagadkę.
– Hermiono, może oświecisz mojego syna? – Draco posłał matce chłodne spojrzenie, a zaraz potem przeniósł wzrok na Granger. Gryfonka czuła pewną presję, odchrząknęła.
– Chodzi o symbolikę… – przerwała, żeby uporządkować myśli i wyrazić się jaśniej. – To jest… Kwiaty mają swoją symbolikę. Jakby język, widziałam taką książkę i…
– Czyli co? Chcecie mi powiedzieć, że potrzebujemy czegoś co symbolizują te badyle? – wściekle rzucił Malfoy. Nie lubił takich bajek i bredni. Wolał konkrety, a nie symboliczne znaczenia i domysły.
– Więc chyba już wiecie czego szukać? – zapytała z błyskiem w oku Narcyza.
– Gdzie była ta książka, Granger?
– W Hogwarcie, to znaczy nie do końca… Bo… – Zaczęła się plątać, nie chciała przyznawać się Draconowi i jego matce do przesiadywania w Pokoju Życzeń. Zdarzyło jej się spędzić tam kilka wieczorów na szóstym roku i była pewna, że widziała książkę o symbolice kwiatów. Za różdżkę Merlina, nie mogła sobie przypomnieć autora i tytułu. Wtedy ją tylko przekartowała, nie miała pojęcia, że kiedyś będzie jej jeszcze potrzebować.
– Mam wrócić do Hogwartu? – zapytał Draco z niedowierzeniem. Nie miał ochoty wracać do zamku i odpowiadać na pytania. Poza tym nie czuł się wiele lepiej niż dwa miesiące temu. Bał się, że ataki powrócą, choć od jakiegoś czasu przestały się pojawiać.
– Porozmawiam z McGonagall o tym wszystkim, obawiam się, że będziecie musieli powiedzieć jej choć część. Jeśli wróciłbyś do Hogwartu – tutaj Narcyza zwróciła się do syna. – Z pewnością ułatwiłoby to poszukiwania.
– W każdym razie, bardzo pani dziękujemy – powiedziała Hermiona, wstając. Nie zamierzała marnować czasu. Draco również się podniósł i dopił herbatę. Panna Granger pożegnała Narcyzę i wyszła na zewnątrz domu. Czekała na blondyna. Pani Malfoy została z synem w holu. Pomieszczenie wypełniała nieprzyjemna cisza. W końcu Ślizgon ją przerwał:
– Hodujesz białe róże. W ogrodzie. Co to oznacza? – Na zmęczoną twarz kobiety, wkradł się cień uśmiechu.
– Wierzę, że wam się uda, Draco. – Skinął głową na pożegnanie i opuścił Malfoy Manor.
 Wracał dziś do Hogwartu, w towarzystwie panny Granger. Ostatnio wszystko robisz w jej towarzystwie… Podpowiedział irytujący głosik. Przeklął to wszystko, chwycił jej rękę i aportowali się do Hogsmeade. Akurat zdążyli na zachód słońca.
*
Hogwart, pora kolacji
Zapadł pierwszy cios. Szczęka chłopaka odskoczyła do tyłu, dało się słyszeć stłumiony krzyk dziewczyny, przyglądającej się temu, zza pleców ciemnowłosego Ślizgona. Blaise trochę oszołomiony powiódł wzrokiem po korytarzu, ale szybko skupił uwagę na przeciwniku. Przez myśl im nie przeszło, żeby użyć różdżek, chcieli załatwić to bez czarów. Przeciwnik znów zaatakował, ale tym razem Zabini uniknął ciosu. Był niewiele wyższy od Ronalda Weasleya, ale tamten zwyczajnie go zaskoczył. Skupił się na wyprowadzeniu ciosu i udało się. Jego pięść trafiła przeciwnika w brzuch. Rudowłosy chłopak skulił się mimowolnie i spotkał  z drugim uderzeniem, tym razem w szczękę. Upadł na ziemię. W głowie mu huczało. Chciał się podnieść, ale Blaise doskoczył do niego i zadał kolejny cios. Ron szybko przeturlał się kawałek, dziki czemu pieść Ślizgona trafiła w podłogę. Ciemnowłosy syknął z bólu. Wściekle odszukał wzrokiem Weasleya. Ron stał chwiejnie na nogach niecałe dwa metry do Zabiniego. Blaise skoczył na równe nogi i kiedy zbliżył się do rudowłosego Gryfona, poczuł, że ten wbija mu kolano w brzuch. Ron powtórzył czynność kilka razy.
– To. Za. Moją. Siostrę. – mówił pojedyncze słowo po każdym ciosie. Blaise miał już dość, ale Ronald nie odpuszczał. Uderzył Ślizgona w twarz, a ten upadł na parkiet. Z jego nosa lała się krew. Astoria lamentowała nad ich bójką od kilku minut. Kiedy Blaise, leżąc na ziemi, obrywał cios za ciosem, podjęła spontaniczną decyzję i doskoczyła do Gryfona, który nieustannie okaleczał jej przyjaciela.
– Zostaw go! – chciała krzyknąć, ale zabrzmiało to bardziej jak pisk. Ron głuchy był na jej wołania. W tamtej chwili nienawidził Zabiniego tak bardzo, że wyłączyły mu się wszystkie hamulce. Kiedy zobaczył go, jak idzie do Skrzydła Szpitalnego, bez namysłu rzucił się na niego. Astoria Stanęła zza Ronem i chciała chwycić jego ramię, z którego wyprowadzał następny cios, ale stanęła tak niefortunnie, że Weasley, biorąc zamach, uderzył ją łokciem w policzek. Starsza z sióstr Greengrass upadła na plecy do tyłu. Jej głowa odbiła się od kafelek. To sprawiło, że Ronald zostawił zakrwawionego Blaise’a na podłodze i znalazł się przy Ślizgonce. Astoria nie otwierała oczu. Wtedy Ron dostrzegł krew dziewczyny. Czerwona substancja skleiła jej włosy przy czubku głowy. Gryfon zaklął pod nosem i sprawdził, czy dziewczyna ma tętno. Żyje. Przeklął sam siebie i odetchnął z ulgą. Odwrócił się w stronę Zabiniego, który zbierał się z posadzki. Wyglądał okropnie, twarz miał opuchniętą, nos z pewnością złamany. Częściowo krew zdążyła już zaschnąć mu na twarzy, ale paskudna rana na czole nadal krwawiła. Ron sam był dość poturbowany, z lewego ucha leciała mu krew.
– Nie chcę ci widzieć w jej pobliżu – rzucił w stronę Blaise’a. Ślizgon nic nie powiedział.
Sam nie chciał się zbliżać do Ginny po tym wszystkim, Michael trafił do św. Munga od razu, a jeśli piegowata Gryfonka nie obudzi się do jutra rana, ją również przewiozą do szpitala. Nie mógł uwierzyć w to co zrobił. Cały Hogwart patrzał na niego, jak na najgorszego zwyrodnialca. Jedynie Ślizgoni solidarnie trzymali jego stronę, choć już sobie mógł wyobrazić, co powie o tym wszystkim Pansy. Właściwie zaczął się zastanawiać, gdzie Ślizgonka się podziewa, nie było jej na obiedzie. Zabini cały dzień trzymał się z daleka do Skrzydła Szpitalnego, ale już dłużej nie potrafił tego wytrzymać. Musiał zobaczyć Ginny, choć przez chwilę. Decyzja w sprawie jego dalszej edukacji miała być podjęta dopiero jutro, ale miał to wszystko gdzieś. Liczyła się tylko ta drobna Gryfonka. Chciał odwiedzić ją w porze kolacji, bez światków.  Pech chciał, że musiał trafić na brata Ginny. Astoria zaoferowała mu swoje towarzystwo, a on z braku lepszych opcji, zgodził się.
Ronald znalazł swoją różdżkę i sprawił, że ciało Ślizgonki zaczęło lewitować. Skupiając się na zaklęciu, przetransportował ją w ten sposób do Skrzydła Szpitalnego. Zabini zaczekał, aż zamkną się za nimi drzwi, a potem również ruszył w tamtym kierunku. Złamany nos był niezłym pretekstem, żeby zobaczyć Ginny. Zobaczył te całą krew na korytarzu i szukał w głowie odpowiedniego zaklęcia, żeby posprzątać to wszystko. Jednak głowa mu pulsowała i nie potrafił się skupić. Wtedy zza zakrętu wyłoniły się dwie sylwetki. Nigdy by się ich tutaj nie spodziewał. Był pewny, że mam jakieś omamy.
– Draco? – wychrypiał, a potem wypluł na podłogę ślinę zmieszaną z krwią.
– Nieźle się urządziłeś, nie było mnie parę dni, a ty już… – Wywód blondyna, przerwała panna Granger:
– Trzeba go zabrać do pani Pomfrey!
– No co ty nie powiesz… – rzucił sarkastycznie Malfoy, ale podszedł do przyjaciela i kładąc sobie rękę Zabiniego na ramieniu zaczął prowadzić go w stronę Skrzydła Szpitalnego. Gryfonka szybko uporała się z całą tą krwią na korytarzu i dogoniła ich.
– Co tu się stało? Z kim się biłeś? To o Ginny to prawda? – zasypała ciemnowłosego Ślizgona lawiną pytań.
Właśnie zaniepokojona wracała z Wielkiej Sali. Chciała powiadomić przyjaciół o powrocie, ale nie znalazła ni Harry’ego ani Ginny ani Rona. Romilda opowiedziała jej, że Ginny leży nieprzytomna w Skrzydle Szpitalnym, a Harry’ego od rana nikt nie widział. Panna Granger wybiegła z Wielkiej Sali i odnajdując po drodze Dracona ruszyli prosto do pani Pomfry. Malfoy powiedział jej , że w lochach nie znalazł ani Blaise ani Pansy. Jeden dzień, nie ma mnie jeden dzień i proszę!  Pomyślała sfrustrowana Hermiona, wtedy weszli do pomieszczenia. Pani Pomfrey nachylała się nad nieprzytomną Astorią Greengrass. Obok na stołku siedział Ron i przykładał gazę do ucha. Nasiąknęła krwią. Parę łóżek dalej panna Granger dostrzegła swoją przyjaciółkę. Zatkała sobie usta dłonią, widząc to wszystko. Poppy Pomfrey odwróciła się do niej i dwóch Ślizgonów.
– Kolejny? – zapytała, łapiąc się za głowę. Posadziła Blaise’a na wolnym łóżku i podała mu czystą gazę. Draco otrząsnął się z szoku i nachylił do Hermiony, która nadal z otwartymi ustami wodziła wzrokiem od nieprzytomnej Ginny do krwawiącego Rona.
– Jeśli to właśnie się dzieje za każdym razem, kiedy cię nie ma to może faktycznie lepiej będzie, jeśli wrócimy do Hogwartu…

Przytaknęła, nie mogąc, otrząsnąć się z szoku.












Komentujemy :3

Jak zwykle dziękuję Ali$hii za sprawdzenie tekstu :)
~Pani M. 

niedziela, 10 stycznia 2016

Rozdział 55


Witam Was w nowym roku ;) Od razu musze się przyznać, że nie podoba mi się ten rozdział, czegoś w nim brakuje, ale mam nadzieję, że w następnym uda mi się zawrzeć więcej. Miałam jednodniowy poślizg z dodaniem rozdziału, ale jeden dzień chyba możecie wybaczyć :p Nie przedłużam i zapraszam do lektury. Mam nadzieję, że kolejny rozdział pojawi się 17 stycznia.
~Pani M.



Rozdział 55 – Czekolada i kwiaty.

– Pokaż to, no przestań. Daj mi rękę!  – W końcu brązowooka podała Ślizgonowi zranioną dłoń. Siedzieli na niskim, ceglanym murku w jednej z bocznych uliczek, połączonych prostopadle z ulicą Pokątną. Draco z fachowym skupieniem mruczał zaklęcia uzdrawiające, a panna Granger krzywiła się od czasu do czasu, kiedy to co większe pęcherze pękały i znikały.
– Gotowe – mruknął, wypuszczając jej rękę. Panna Granger ostrożnie zgięła palce. Nie czuła bólu.
– Druga – polecił Malfoy, wyciągając rękę po drugą dłoń Gryfonki. Hermiona już nic nie mówiąc, podała mu swoją dłoń. Uleczył ją z tym samym skupieniem co poprzednią. Po niespełna dwudziestu minutach od opuszczenia banku, pęcherze i oparzenia zniknęły z rąk dziewczyny.
– Mam masę pytań i nie ruszę się stąd bez porządnych odpowiedzi – powiedziała Hermiona, ubierając rękawiczki. Było naprawdę zimno, a śnieg padał i padał. Malfoy schował różdżkę.
– Wiesz, być może jesteś przyzwyczajona do ujemnych temperatur, ale ja nie zamierzam tutaj marznąć. Proponuję przejść się kawałek w stronę tej nowo otwartej pijalni czekolady. Tam obiecuję rozwiać twoje wątpliwości. – Uśmiechnął się, widząc jak jego towarzyszka przewraca oczami. Hermiona nic nie powiedziała i ruszyli przed siebie.
– Niebywałe, że dumny Draco Malfoy zaprosił mnie na kubek gorącej czekolady… – mruknęła na zaczepkę.
– Nie zaczynaj… – Parsknęła śmiechem. Kilka metrów dalej im oczom ukazał się szyld „Pijalnia czekolady madame Hopkit”. Malfoy otworzył przeszklone drzwi i puścił Hermionę przodem. Zajęli dwuosobowy stolik w kącie pomieszczenia. Hermiona zajęła miejsce plecami do okna, za to Draco świetnie widział ulicę. Zdęli płaszcze, czapki i rękawiczki, a potem Draco odwiesił wszystko na wieszak przy drzwiach. Wcześniej pomniejszył wszystko co zabrał ze skrytki w banku, więc księga, medalion oraz lusterko spoczywało w kieszeni jego spodni.
– Pójdę zamówić – rzucił do Hermiony i skierował swoje kroki w stronę wypolerowanej lady. Dziewczyna usiadła przy ich stoliku i obserwowała jak Ślizgon rozmawia z właścicielką. Domniemaną panią Hopkit. Zauważyła te wszystkie zmiany już dawno, ale dopiero teraz zdała sobie sprawę, że naprawdę w nie wierzy. Oparła policzek o zaciśniętą w pięść lewą rękę. Łokieć oparła na stole i wpatrywała się w punkt tuż nad głową Ślizgona. Zwariowałam. Zwyczajnie zwariowałam. Nie mogła uwierzyć, że kilka wspólnych chwil wystarczyło by tak zmieniła zdanie o Draconie Malfoyu. O nienawiści nie mogło być mowy. Więc co? Nie wiedziała. Z zamyślenia wyrwał ją jego głos:
– Dobrze się czujesz, Granger? – zapytał, marszcząc brwi i stawiając przed nią, parującą jeszcze, gorącą czekoladę z dużą porcją bitej śmietany wystającej ponad brzegi kubka.
– Co? Ah, tak, tak. Dziękuje – powiedziała.
– Zaczekaj mam pieniądze w kieszeni płaszcza, zaraz… – Zaczęła się podnosić z miejsca. Naturalne dla niej było, że powinna oddać chłopakowi pieniądze.
– Nie żartuj, nie ma mowy, że wezmę od ciebie te pieniądze.
– Wolałabym ci oddać choć część. – Zgromił ją wzrokiem.
– Nawet nie żartuj. – Nie odezwała się, a za to upiła spory łyk przepysznej czekolady. Trochę bitej śmietany zostało jej na górnej wardze, więc oblizała ją szybko.
– Świetna – skomentowała. Draco małą, srebrną łyżeczką zjadł najpierw całą bitą śmietanie, a potem wziął się za picie czekolady. Hermionie wydało się to śmieszne, przecież makuje lepiej, gdy wszystko łączysz…
– Co jest, Granger? – zapytał, kiedy od dłużejsz chwili przyglądała się jego sposobowi na gorącą czekoladę. Dziewczyna wzruszyła ramionami, ale po chwili zdecydowała, że zwróci mu ta uwagę:
– Chyba lepiej smakuje, jak pijesz czekoladę ze śmietaną. – Spojrzał na nią rozbawiony. Niemal niedowierzał, że zwraca uwagę na takie rzeczy.
– Mnie jest obojętnie, Granger. Poza tym kiedy dziewczyny oblizują wargi w ten sposób co ty, co pół minuty, być może jest na co patrzeć. Jeśli robi to facet, no cóż, zaczynam się zastanawiać nad jego orientacją…  – Spojrzała na niego szczerze zdziwiona, a potem oblała się rumieńcem. Wlepiła wzrok w blat stołu.
– Ja wcale, znaczy… Nie wiedziałam, że… – Parsknął śmiechem, widząc, że chce się wytłumaczyć.
– Daj spokój, Granger. To żadna nowość, że nie zdajesz sobie sprawy ze swojej kobiecości.
– A właśnie, że bardzo zdaję sobie sprawę – burknęła. Nie miała ochoty dłużej prowadzić, tej rozmowy. Obdarzył ją kpiącym uśmieszkiem. W spokoju dopili czekoladę. Kiedy Hermiona odstawiła pusty kubek, Malfoy stwierdził, że najwyższa pora porozmawiać z Gryfonką.
– Podobno miałaś jakieś pytania… – rzucił na zachętę. Szybko podniosła na niego wzrok, czekoladowe oczy wpatrywały się w jego bladą twarz. Poczuł się nieswojo. Odrzchąknął.
– Czyja to była skrytka? Tylko nie próbuj kłamać. – Uśmiechnął się arogancko. Bez słów zrozumiała, co chce jej powiedzieć. „Kłamać to moje drugie imię”.
– Ta informacja nie jest ci do niczego potrzebna – rzucił, nie patrząc jej w oczy. Jej mała pięść uderzyła w stół. Nachyliła się do niego.
– Do jasnej cholery! Właśnie, kogoś okradłam, mam prawo wiedzieć kogo.
– To była moja skrytka – powiedział spokojnie, bez zająknięcia. Parzył jej w oczy, nie kłamał. Hermiona odchyliła się na krześle, żeby przetrawić tę informację. Zaraz usłyszał jej podirytowany głos:
– Jak to twoja? Po jakiego się tam włamywaliśmy?  – Draco potargał sobie włosy.
– Może nie do końca moja…
– Malfoy – warknęła. – Nie drażnij się ze mną.
– Dobra, w rodzinie mojego ojca od wieków jest skrytka, do której wszyscy Malfoyowie zanoszą swoje sekrety, cenne przedmioty. Nie można z tamtą niczego wynieść, dlatego musieliśmy się włamać. Dlatego też, miałem klucz.
– Mogliśmy po prostu tam wejść i obejrzeć wszystko na miejscu. – Jak zwykle trafnie, zauważyła Hermiona. Westchnął.
– Czego mi nie mówisz? – zapytała otwarcie. Znów westchnął.
– To głupie, ale…
– Ale? – przerwała mu. – Chodzi o krew, tak? – Kiwnął głową. Nie chciał jej urazić, ale… Stop! Nie. Chciałem. JEJ. Urazić. Wdech, Draco. Wydech. Świetnie… Nie chciałem jej urazić. Nie chciałem…  Jakaś część podświadomości arystokraty przeżyła właśnie wstrząs. Aż tyle się zmieniło? Zadał sobie pytanie, ale doskonale wiedział, że odpowiedź jest krótka – tak. 
– Malfoy? – Pstryknęła palcami tuż przed jego nosem. Ślizgon otrząsnął się.
– Tak? Znacz, tak. Chodziło o krew, mój stryjeczny wuj miał obsesję na punkcie…
– To chyba dziedziczne – mruknęła. Zacisnął pod stołem ręce w pięści.
– Nie zaczynaj, Granger – warknął.
– To wciąż boli – wyrwało jej się, a wzrok utkwiony miała w jakiś punkt na stole. Myślami wydawała się być daleko.
– W każdym bądź razie, nie mogłaś wejść do tego skarbca – skwitował, kończąc temat. Hermiona nie wiedziała co powiedzieć. Uświadomiła sobie, że Draco nie chciał aby było jej przykro i dlatego nie wspominał nic o krwi. Nie wierzyła w to.
– Mam inne pytania.
– Słucham – powiedział, wzruszając ramionami. Siedzieli naprzeciwko siebie w tej uroczej pijalni czekolady i rozmawiali o dokonanym napadzie na bank. Iście futurystyczna scena. Na szczęście nikt nie przysłuchiwał się owej dwójce, mylnie biorąc ich za jedną z par.
– Zwrócimy to potem? – zapytała Hermiona, miała pierwsze wyrzuty sumienia. Dokonała kradzieży i nic nie było w stanie togo usprawiedliwić. Z pucharem Helgi Hufflepuff było inaczej, złota czara nigdy nie należała do Bellatriks.
– Nie zajdzie taka potrzeba, widzisz… Czasem Malfoyowie chcieli ukryć coś w chwili śmierci albo zagrożenia życia. Wtedy nie pędzili do banku, przywołując odpowiednie zaklęcie ich skarb materializował się w skrytce. Nie można go było wynieść, dlatego nie znajdziesz tam złota. Głównie to książki i czarnomagiczne przedmioty.
– Co zabrałeś ze skrytki? – zapytała panna Granger, patrząc podejrzliwie na blondyna.
– Tego dowiesz się wkrótce. Coś jeszcze?
– A jeśli nas złapią? – wypaliła, taka myśl dręczyła ją od jakiegoś czasu. Malfoy uśmiechnął się ironicznie.
– Boisz się? – Spiorunowała go wzrokiem.
– Oczywiście, że nie. – Prychnęła. – Zapominasz, że jestem Gryfonką.
– Nie tak łatwo o tobie zapomnieć… – rzucił. Przez umysł dziewczyny przelało się milion interpretacji tego zdania. Nie wiedziała, czy to rodzaj komplementu, obelgi, zwykłe zdanie, metafora? To była dla niej nowość, jakby Malfoy był jakiś nowy. Ślizgon zerknął na zegarek.
– Powinniśmy się zbierać, jeszcze trzeba odwiedzić Nokturn.
– Tak, masz rację – przytaknęła i uśmiechnęła się sztucznie. Mechanicznie podniosła się z krzesła i ruszyła w stronę wieszaka, na którym wisiał jej czarny płaszcz. Owinęła szyję szalem, a na dłonie założyła rękawiczki.
Kiedy wychodzili, uprzejma madame Hopkit pożegnała ich, jak przystało na właścicielkę lokalu. Draco otworzył przed Hermioną drzwi i uderzył w nią podmuch zimna. W pijalni faktycznie się ogrzała, a teraz znów marzł jej nos, a mróz szczypał w policzki. Momentalnie zrobiły się czerwone. Chłopak zauważył, że Hermiona jest strasznie milcząca, co było niezdrowo niepodobne do Granger. Ona właściwie sama nie wiedziała, dlaczego nagle zabrakło jej słów, pytań, sił. Miała dość wrażeń jak na jeden dzień. Okradłam ich. Znów wyrzuty sumienia zaczęły zatruwać jej głowę. Śnieg skrzypiał pod jej butami. Mimo że przed Hermioną tą samą drogę przemierzyło, do południa, tysiąc innych par butów, Draco dokładnie wiedział, które odbicie na śniegu należy do jego towarzyszki. Trzymał się z boku, podążając pół kroku za nią jak cień. Schował podbródek głębiej w kołnierzu płaszcza. Nie mówili nic, a cisza wcale żadnemu nie przeszkadzała.
W końcu stanęli przed boczną uliczką Pokątnej, prowadzącą na ulicę Śmiertelnego Nokturnu. Hermiona zatrzymała się, a Draco stanął tuż obok. Skradzione przedmioty nadal miał w kieszeni. Nie ciążyły mu, bo wiedział, że w pewnym sensie są częścią jego dziedzictwa, może nie powinien ich wynosić, ale były jego. W końcu odezwał się do Gryfonki:
– Gdzie idziemy najpierw? Jaki jest plan? – Pokręciła głową. Miała ochotę się rozpłakać z tej bezsilności. Nie wiedziała nic. Kompletnie nic. No co głupia liczyłaś? Na drogowskazy? Wyrzucała sobie, czując się jeszcze gorzej. Czuła, że zawiodła. Nie tylko Malfoya, ale przede wszystkim siebie. Chłopak widział łzy, cisnące się Granger do oczu. Odciągnął ją do wejścia na Nokturn.
– Wszystko w porządku? – Po raz pierwszy Hermiona widziała autentyczne zmartwienie na jego twarzy, jednak w tamtym momencie nie potrafiła tego docenić. Przełknęła ślinę, ale przez gulę w gardle nie potrafiła wykrztusić słowa. Nie tak to miało wyglądać. Właściwie sama nie wiedziała, jak mogła przyjść w takie miejsce nieprzygotowana. Draco położył ręce na jej ramionach.
– Weź się w garść, okej? – Spojrzała na niego oczami pełnymi łez. Nie miał pojęcia, co robić. Nie wiedział nawet dlaczego, dziewczyna tak się zachowuje.
– Możesz w końcu coś z siebie wykrztusić? Słuchaj nie jestem dobry w pocieszaniu ludzi czy coś, jak chcesz odstawię ci do Hogwartu, tam… – Wtedy poczuł jak Gryfonka oplata jego szyję rękami. Położyła mu głowę na ramieniu. Powoli się uspokajała. Młody Malfoy był zdezorientowany. Nie rozumiał co się dzieje, Hermiona zaczęła pochlipywać cicho. Czuł się zmieszany, łzy był dla niego bardzo osobistą rzeczą. Ręce, które miał opuszczone wzdłuż tułowia, nagle zaczęły gładzić Hermionę po plecach. Wsparł brodę na czubku jej głowy. Już nie płakała. Dał jej jeszcze kilka chwili. Draco doszedł do wniosku, że to wcale nie jest takie złe. Uczucia. Odkąd zaczął spędzać czas z Gryfonką poznawał zupełnie nowy świat. I być może brzmiało to tandetnie, ale arystokratę w ogóle to nie obchodziło. Odsunęła się od niego. Był zawiedziony, że zniknęło to przyjemne ciepło. Widział jej zmieszanie, wstyd. Wszystkie komentarze zatrzymał dla siebie, choć kilka perfidnych cisnęło mu się na usta. Przemilczał to wszystko.
– Chodźmy stąd – mruknął, obejmując ją ramieniem. Nie powiedziała nic, nie zadała żadnego pytania. Pozwoliła, żeby ją prowadził.
*
Harry i Pansy w końcu osiągnęli cel. Hogsmeade. Wioska tętniła życiem mimo mrozu i śniegu. Właściciel Miodowego Królestwa był z pewnością  wniebowzięty. Towar znikał z półek z prędkością światła. Pansy uśmiechnęła się, widząc zza witryną sklepu, dzieciaki w kolorowych szalach.
– My też tak wyglądaliśmy? – zapytała ze śmiechem. Harry wyprostował się, zwracając uwagę Ślizgonki.
– My byliśmy wyżsi… – Pansy parsknęła śmiechem. Przeszli obok Miodowego Królestwa. Nogi same ich poniosły do baru „Pod trzema miotłami”. Niestety wszystkie stoliki były zajęte. Madame Rosmerta uśmiechnęła się do nich przepraszająco, zmierzając w stronę drzwi.
– Niestety wszystko mam zajęte, kochani – powiedziała.
– Nic nie szkodzi – odparła Pansy.
– Może u Puddifoot* będzie coś wolnego – zaproponowała właścicielka.
– Nie lubię tego miejsca. – Rzucili jednocześnie Harry i Pansy. Popatrzeli na siebie zdziwieni, ale zaraz na usta Gryfona wstąpił uśmiech.
– No cóż, dziękujemy raz jeszcze. – Harry zwrócił się do madame Rosmerty, pożegnali się i opuścili pub. HChłopak nie chciał zabierać dziewczyny do baru „Pod Świńskim Łbem”. Nie wiedział co robić. Ślizgonka wyszła z inicjatywą.
– Może odwiedzimy sklep Zonka? – Chłopak zgodził się dość chętnie. Nic innego nie przychodziło mu do głowy, toteż ruszyli w stronę sklepu. Jednak po drodze ich plany zmieniły się diametralnie.
– Czy to… Theodor? – zapytała Pansy, dostrzegając kolegę ze swojego domu. Harry zaraz dostrzegł Ślizgona. Nott z pewnością nie chciał zostać zauważony. Przywarł do muru jakiegoś domu w ciemnej pelerynie i kapturze trudno było go dostrzec.
– Chyba nie chciał, żeby ktoś go zauważył – mruknął Harry. Stanęli na uboczu i obserwowali poczynania Theodora. Siódmoklasista wyciągnął coś z kieszeni, przypominało zegarek kieszonkowy.
– Co to jest? – zapytała Pansy cicho. Harry pokręcił głową, nie miał pojęcia.
– Wiesz wygląda trochę podejrzanie, może… – Gryfon zawahał się. Najchętniej po prostu śledziłby Notta. Jakaś cząstka jego umysłu nie potrafiła przepuścić takich okazji.  Już od pierwszego roku jeśli coś było podejrzane, Harry musiał to zbadać i dowiedzieć się jak najwięcej. Być może właśnie dlatego zawsze pakował się w kłopoty. Z zamyślenia wyrwał go przyciszony głos Parkinson:
– Chcesz go śledzić? – Spojrzał na nią zdziwiony.
– Wiem jaki jesteś Harry, poza tym mnie również zżera ciekawość… – Uśmiechnął się do niej, odwzajemniła uśmiech.
– Wiesz, że będą z tego same problemy? – zapytał, kiedy szli boczną uliczką za Theodorem Nottem. Dziewczyna zatrzymała się, Harry też przystanął i odwrócił się do Ślizgonki. Podeszła do niego szybko i pocałowała go. Jednak Harry nawet nie zdążył jej objąć, kiedy odsunęła się i z figlarnym błyskiem w oku, powiedziała:
– Na to liczę.
*
Pchnął drewniane drzwi. Puścił dziewczynę przodem, a ta ostrożnie weszła do pomieszczenia. Było ciemne i ciche. Malfoy starannie zamknął za nimi drzwi i wyciągnął różdżkę. Rzucił niewerbalne zaklęcie, a w pomieszczeniu, jak i całym mieszkaniu, rozbłysnęły światła. Hermiona nadal była trochę otępiała po teleportacji. Nie miała pojęcia, gdzie się znajdują. Draco w pewnym momencie po prostu chwycił pewnie jej rękę, a potem wylądowali przed tym budynkiem. Hermiona nie maiła czasu się rozejrzeć, kiedy Ślizgon stanowczo wprowadził ją do środka. Kiedy zapaliło się światło mogła określić w jakim pomieszczeniu się znajdują. Stali na początku korytarza. Było tu troje drzwi, ciemna podłoga i sypiące się ściany. Mieszkanie pachniało wilgocią, był dawno nieodwiedzane. Czuła się tu trochę nieswoje, poza tym było zimno.
– Zaraz powinno się zrobić cieplej, nigdy nie było mnie tu w zimie – powiedział bezbarwnym tonem i zdjął płaszcz. Zaraz odwiesił go na wieszak. Hermiona zrobiła to samo.
– Gdzie jesteśmy? – zapytała cicho, idąc za Malfoyem. Przeszli przed drzwi na wprost wejściowych, a oczom dziewczyny ukazało się pomieszczenie zawalone różnymi przedmiotami i meblami.
– To mieszkanie należało kiedyś do mojej matki. Właściwie nic więcej nie wiem, później zaczęli z ojcem wynosić tu rzeczy z Malfoy Manor. Najczęściej zepsute. – Hermiona poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. Draco uporządkował trochę pokój i z pod sterty starych gazet oraz zepsutych drobiazgów wyłoniła się kanapa. Kolejnym zaklęciem Dracon odnowił mebel i polecił dziewczynie żeby usiadła.
– Zrobię herbaty – poinformował, wychodząc. Nie zamknął za sobą drzwi, mimo to Hermiona czuła się jak w pułapce. Rozejrzała się, rejestrując każdy szczegół, ale większość przedmiotów widziała po raz pierwszy. Było tu kilka starych zegarów, fotel, potężna szafa, niedomykająca się komoda, krzesła i mnóstwo gazet. Gryfonka wzięła jedną z nich. Nie był to Prorok Codzienny ani żaden znany jej magazyn. Skupiła wzrok na nagłówku i doszła do wniosku, że to nawet nie było anglojęzyczne wydanie. Nie był to również francuski, który, jak sądziła, udałoby się jej rozpoznać. Zerknęła na datę wydania. 26 wrzesień 1976. Ta data nic jej nie mówiła. Sięgnęła po kolejną gazetę. I dostała swój francuski, jeśli się nie myliła nagłówek głosił:  „Protest społeczny rozpoczęty’. Maj 1968. Zmarszczyła brwi, próbując rozszyfrować tekst. Draco wrócił z herbatą.
– Wciągająca lektura? – zakpił i podał jej kubek. Przyjęła go bez słowa i odłożyła gazetę. Draco postawił kubek na ziemi i wstał, wyciągając coś z kieszeni. Hermiona dostrzegła miniaturową książkę, ale przedmiot zaraz zniknął w zaciśniętej dłoni chłopaka. Ślizgon przetransmutował stary taboret w drewniany stolik i przystawił go do kanapy. Położył na nim swoją herbatę i trzy przedmioty, miniaturowych rozmiarów. Teraz Hermiona oprócz księgi mogła zauważyć lusterko i medalion. Wzdrygnęła się, nie lubiła medalionów. Bardzo źle jej się kojarzyły. Malfoy przywrócił im naturalne rozmiary.
– Po co nam medalion? – zapytała, starając się zachować spokój. Draco popatrzał na nią z ukosa. Dlaczego od tego musiałaś zacząć? Dlaczego nie książka?  Ale nie było już powrotu. Nie mógł się już wycofać i chyba nawet nie chciał…
– Próbowałem z medalionem. Nie wiem, czy… – urwał w pół zdania. Hermiona siedziała w ciszy, wpatrując się w medalion. Był w całości wykonany ze srebra. Łańcuszek miał zerwany. Nie był specjalnie duży, za to jego kształt trochę ją intrygował. Powinien być okrągły lub owalny, jednak przedstawiał sześciokąt. Najwidoczniej miał uszkodzone zapięcie z boku, a na samym środku gładkiej powierzchni wygrawerowano inicjały M. D..
– Próbowałeś go otworzyć? – Bardziej stwierdziła niż zapytała. Pokiwał głową.
– I co? – Jego oczy zaszły mgłą, nie odzywał się, ale w końcu pokręcił jedynie głową. To było zbyt straszne by o tym mówić. Wzdrygnął się, a po plecach przeszły mu ciarki. Nie chciał sobie przypominać. Hermiona napiła się herbaty, a potem chwyciła książkę.
– Pomyślałem, że się przyda. Z niej dowiedziałem się o…
– Horkruksach? – Kiwnął głową, nawet nie potrafił wymówić tej nazwy. Nie przechodziła mu przez gardło.
– I lusterko – powiedziała, odkładając księgę i chwytając złotą rączkę przedmiotu, w którym powinna zobaczyć swoje odbicie. Lusterko miało złotą ramę, misternie zdobioną różnorakimi wzorami. Było trochę za duże, jak na zwykłe lusterko z rączką. Przyglądała się mu przez chwilę dokładnie, a potem chciała zobaczyć swoją twarz, ale przedmiot jej nie odbijał. Jakby była niewidzialna, przeźroczysta.
– Czy to tak powinno działać?  – zapytała Malfoya. Również zajrzał do lustra i również nie zobaczył swojego odbicia.
– Matka powiedziała, żebym je zabrał. Jak to określiła „może się przydać”. – Zrobił cudzysłów palcami, kiedy przekazywał dziewczynie słowa Narcyzy. Hermiona jak zahipnotyzowana wpatrywała się w lusterko pod różnymi kątami. Jednak jej osoba po prostu się w nim nie odbijała.
– Co ono ma niby pokazywać? – zapytała podirytowana po kilku minutach. Draco wzruszył ramionami, nie miał bladego pojęcia. Chciał chwycić rączkę lusterka, żeby samemu zbadać przedmiot i wtedy jego rękę chwyciła dłoń Hermiony, która nadal trzymała zwierciadło. Dziewczyna nie puściła przedmiotu od razu i kiedy oboje trzymali lusterko i nachylili się, aby spojrzeć w jego tafle ujrzeli skromny bukiecik polnych kwiatów. Lustro już nie odbijało pomieszczenia, jakby w srebrnoperłowej masie lewitowały kwiaty. Niebieskie o drobnych płatkach. Zaraz roślina zaczęła się powiększać, jakby się do nich zbliżała, patrzeli jak zahipnotyzowani. Jakby mogli wejść w inny wymiar dzięki obrazowi z lusterka. Było cos dziwnego w tych kwiatach. Coś niebezpiecznego? Kiedy ich twarze prawie dotykały powierzchni lustra, oboje jakby się ocknęli. Nagle oboje wypuścili przedmiot z rąk, przerażeni tym co zauważyli. Zwierciadło rozbiło się na tysiąc kawałków. Popatrzeli po sobie przerażeni i zdziwieni. Oboje byli przekonani, że „reparo” tutaj nie pomoże.



*mowa tu o herbaciarni pani Puddifoot, gdzie w piątej części Harry’ego Pottera (Zakon Feniksa), Harry i Cho Chang wybrali się na randkę 






piątek, 1 stycznia 2016

Rozdział 54

Rozdział 54 – Skok na bank.

Hermiona wyszła z wanny, owinięta czerwonym ręcznikiem. Włosy miała wilgotne, a przez to jeszcze bardziej poskręcane. Szybko ubrała piżamę, a na nią narzuciła bladoróżowy szlafrok. Opuściła łazienkę prefektów na czwartym piętrze, zmierzając w stronę sypialni. W głowie układała obszerne sprawozdanie dla Ginny. Wiedziała, że młodsza Gryfonka nie da jej spokoju, jeśli nie usłyszy satysfakcjonujących wyjaśnień. Brązowooka dziewczyna idąc korytarzem, zastanawiała się, czy warto opowiedzieć Ginevrze o „wszystkim”. Przez chwilę wyraźnie widziała scenę pocałunku jej i Malfoya. Przyglądała się temu, jakby z boku. Szybko odpędziła niepożądany obraz.

– Jesteś w końcu! Już myślałam, że brałaś tą kąpiel z kimś jeszcze… – Hermiona spojrzała chłodno na koleżankę i nie odpowiedziała na zaczepkę. Ostatnio była strasznie cięta na tego typu insynuację.
– Królowa lodu… – mruknęła Ginny, ale jej entuzjazm ani trochę nie zmalał. Poczekała, aż panna Granger usadowi się wygodnie na swoim łóżku. Hermiona oparła się o chłodną ścianę i podciągnęła nogi pod brodę. Panna Weasley otulona kocem siedziała po turecku na swoim łóżku i z ogromnym zainteresowaniem śledziła, każdy ruch starszej Gryfonki. W końcu wybuchnęła:
– No opowiadaj!
– Nie ma o czym – skwitowała Hermiona i wzruszyła ramionami, naprawdę wolała o niczym nie wspominać. Jednak nie łudziła się, że Ginevra odpuści.
– Nie wygłupiaj się! Spałaś z nim? – zapytała ze śmiechem rudowłosa dziewczyna i rozbawiona mogła obserwować jak policzki Hermiony ciemnieją.
– Ginny! – wrzasnęła panna Granger, czując, że się czerwieni. Spokojnie Hermiono, tylko spokojnie. Nic się nie stało. Starała się uspokoić.
– Bo powiem wszystkim, że… – ale Ginny nie mogła dokończyć, bo oberwała poduszką.
– Wścibski rudzielec – powiedziała ze śmiechem Hermiona, a młodsza Gryfonka posłała jej spojrzenie Bazyliszka. Brązowooka dziewczyna wywróciła oczami.
– Jeśli już bardzo chcesz wiedzieć…
– Dlaczego w ogóle u nich zostałaś?! – wyrwało się Ginevrze, kiedy tylko zorientowała się, że Hermiona jest skora do zwierzeń.
– Właśnie to usiłuję wyjaśnić – powiedziała podirytowana panna Granger. – No więc; ostatnio w Ministerstwie mają problemy w dziale komunikacji szwankują kominki i miałam to „szczęście” trafić na niedziałający.
– Ale skoro nie działał to jak się tam dostałaś?
– Zepsuł się jak tam byłam. Poza tym Narcyzy nie było i…
– O GODRYKU! Byliście tam sami?!
– Jeśli zaliczymy skrzaty to nie…
– Spędziłaś noc z Malfoyem SAM NA SAM!
– Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele – mruknęła posępnie Granger, ale Ginny nie zwróciła na to większej uwagi. Oczywiście wiedziała, że Hermiona nie pozwoliłaby się tknąć Draconowi, ale chciała pomęczyć przyjaciółkę. Myśl o przyjaźni tych dwojga była tak odległa jak Ron przestający jeść. Krótko mówią: TO BYŁO NIEMOŻLIWE. Ale Blaise i ja…? Przeszło jej przez głowę. Hermiona spokojnie obserwowała przyjaciółkę, była bardzo ciekawa, jakie wnioski wyciągnie z tego wszystkiego.
– A w sprawie – zaczęła, wyrywając się z zamyślenia Ginny – jego choroby? – Panna Granger zmarszczyła brwi.
– Możemy powiedzieć, że jestem bliżej niż dalej, ale – westchnęła. – To bardziej skomplikowane.
– Co chcesz przez to powiedzieć?
– Po prostu Malfoy na początku mnie trochę oszukał, teraz…
– Powiedział prawdę – dokończyła Ginny, Hermiona przytaknęła.
– Czyli tylko ty i on wiecie o co naprawdę chodzi? – Hermiona znów kiwnęła głową.
– Myślisz, że powiedział Blaise’owi? – Ginevra zadała kolejne pytanie.
– Nie. Nie powiedział nikomu, nawet Narcyzie.
– To dlaczego zaufał tobie? – To było jedno z tych pytań na które Hermiona nie znała jednoznacznej odpowiedzi.
– Nie wiem, Ginny, ale on umiera.
*
– Koniec tego! – wrzasnęła Astoria, trzaskając drzwiami. Podeszła do łóżka siostry i zrzuciła z niego kołdrę. Jej oczom ukazał się żałosny obraz Daphnie skulonej na materacu i wypłakującej oczy. Młodsza z sióstr Greengrass oczy miała podkrążone  i zapuchnięte. Włosy wydawały się być jednym wielkim kołtunem. Daf miała na sobie poplamioną, jasną koszulkę i szare majtki.
– SALAZARZE! Nie wierzę, że ubrałaś te babcine gacie!
– Są wygodne – cicho powiedziała ciemnowłosa Ślizgonka.
Pansy ulotniła się pięć minut temu i teraz siostry Greengrass zostały same. Astoria schyliła się i spod łóżka siostry wyjęła jakieś opakowanie.
– Zjadłaś całe opakowanie „czarownych czekoladek”? Jak możesz wpychać w siebie to świństwo!
– Są dobre – mruknęła Daf, lakonicznie.
– Nie możesz doprowadzać się do takiego stanu przez chłopaka! Na miłość Merlina, Daf! Co ty z sobą robisz? – Blondynka nie otrzymała odpowiedzi. Rzuciła opakowanie na podłogę i usiadła na skraju łóżka młodszej siostry. Odgarnęła jej włosy z twarzy.
– Co on z tobą zrobił? – zapytała cicho, gładząc Daf po głowie. Nie liczyła, że otrzyma odpowiedź. Daphnie gapiła się pustym wzrokiem, gdzieś ponad głowę siostry. Miała ochotę zostać w łóżku na zawsze i nigdy nie wychodzić. Nie chciała z nikim rozmawiać, nie chciała nikogo widzieć. Jeszcze nigdy nie była tak załamana, owszem jej doświadczenie w sprawach sercowych było znikome, jednak po każdym miłosnym zawodzie zbierała się dość szybko. Tydzień, dwa, ale z pewnością nie ponad dwa miesiące. Zamknęła oczy, a łzy płynęły jej po policzkach.
– Przestań płakać. – Usłyszała głos siostry. Astoria wstała z jej łóżka. Daf podniosła głowę i mogła zaobserwować jak siostra za pomocą kilku zaklęć uporządkowała ich pokój. Blondynka wyszła z pokoju, aby wrócić po chwili z przebiegłym uśmiechem na ustach.
– Musisz coś zrozumieć, Daphnie. Powiem to tylko raz. Im dłużej ty zostaniesz tutaj,  w tym stanie, tym większy on odniesie sukces. Nie powiem, że wiem jak to jest, gdy masz złamane serce, ale wiem, że jesteś śliną, mądrą i piękną dziewczyną. Więc, do cholery, przestań się chować pod tą kołdrą i pokaż mu co stracił! Albo w ogóle go olej, pokaż, że masz go gdzieś, że możesz błyszczeć bez niego. Że facet nie jest ci do niczego potrzebny, pokaż, że jesteś Greengrass, że możesz mieć każdego! – Daphnie spojrzała siostrze w oczy. Ona tak nie potrafiła. Nie chciała nikomu, niczego pokazywać, chciała tylko… No właśnie. Czego chciała?
I nagle uświadomiła sobie, że sama nie wie. Że marnuje swój najlepszy rok w Hogwarcie, że Astoria ma rację, że to wszystko nie ma większego sensu. Usiadła na łóżku i otarła policzki z łez. Jasnowłosa Ślizgonka kiwnęła głową i usiadła zadowolona na swoim łóżku.
– To była najtrudniejsza rozmowa w moim życiu, Daf. Jeśli zamierzasz jeszcze raz coś takiego odwalić, to osobiście wykastruję tego idiotę. – Obie zaczęły się śmiać, a Daphnie uściskała siostrę.
– Idę pod prysznic – oznajmiła szatynka. – To były długie dwa miesiące…
Astoria parsknęła śmiechem. Cieszyła się, że odzyskała siostrę. Pansy minęła Daphnie w drzwiach. Już chciała zwrócić jej uwagę, że nie powinna wychodzić w majtkach, ale w końcu nic nie powiedziała. Była zaskoczona, że młodsza z sióstr Greengrass w ogóle opuściła sypialnię. Zerknęła pytająco na Astorię.
– Chyba wróciła – powiedziała blondynka, dumna z siebie.
– Dzięki Salazarowi za to – mruknęła Parkinson i uśmiechnęła się przelotnie. Rzuciła się na swoje łóżko, nie miała na nic siły. Zasnęła dość szybko i o dziwo, przespała całą noc.
***
Sobotni poranek był bardzo nerwową porą. Uczniowie Hogwartu od trzeciej klasy wzwyż krążyli wokół wejścia do budynku. Wyjścia do Hogsmeade zawsze były wielką atrakcją, szczególnie dla uczniów trzecich klas, którzy magiczną wioskę mieli odwiedzić po raz pierwszy. Wśród dwunastolatków znalazło się kilkoro przedstawicieli starszego rocznika, którzy denerwowali się równie mocno, co przy pierwszej wizycie. Należał do nich między innymi Harry Potter. 
Chłopak mocniej naciągnął czapkę na uszy, pogoda nikogo w tym roku nie rozpieszczała i od paru dni z nieba leciały duże zlepy płatków śniegu, mokrych od deszczu. Mróz szczypał w uszy i nos, a okulary Gryfona parowały za każdym razem, gdy usiłował wypowiedzieć pełne zdanie. Mimo wszystkich tych utrudnień, z uśmiechem czekał, oparty o mur zamku. Ręce miał głęboko schowane w kieszeniach puchowej kurtki, a jego szyję otulał szal w złote i bordowe pasy.
W końcu McGonagall zjawiła się z listą i po odczytaniu nazwisk oraz sprawdzeniu zgód, rozwrzeszczana gromada, ruszyła w stronę wioski. Harry oderwał plecy od muru i obejrzał i ruszył, jak cień, za liczną gromadą. Dziwił się, że w tym roku nie towarzyszy mu ani Ron ani Hermiona. To wszytko było jakieś dziwnie. Oczywiście rozmawiał z przyjacielem rano, ale Ronald nadal się dąsał. Jak dziecko. Pomyślał Harry. Mu również nie odpowiadało, że Hermiona spędzi dzisiejszy dzień z Malfoyem, ale była dorosłą czarownicą i samodzielnie mogła podejmować takie decyzję. Do Rona nie trafił żaden racjonalny argument w efekcie czego, chodził obrażony od wczorajszego wieczora, kiedy to panna Granger poinformowała ich o swoich planach. Musiała odmówić rudowłosemu Gryfonowi wspólnego wyjścia, ale przepraszała go tak gorliwe, że Harry nie mógł się nie wtrącić i obrać strony przyjaciółki. W tamtym momencie Ronald Weasley po prostu wyszedł bez słowa. Potter westchnął, wspominając wczorajsze wydarzenia.
– Przejdzie mu – mruknął wtedy do Hermiony, która była bliska łez.
Teraz jednak, szedł za grupą trzecioklasistów, trzymając dystans i głowił się, gdzie, na Godryka, podziewa się Pansy. Powoli zaczął się denerwować na Ślizgonkę. Zerknął przez ramię, aby się upewnić, czy przypadkiem czarnowłosa dziewczyna nie biegnie za nimi, ale ujrzał tylko pustą drogę. Za wszystkie galeony świata, nie mógł sobie przypomnieć, czy umówił się z Pansy pod zamkiem, czy już w wiosce. Dlatego nieśpiesznie zmierzał w stronę Hogsmeade, zostawiając zamek za sobą.
                                                                           *

– Kurwa, kurwa, kurwa, kur… – Ale za czwartym razem przerwał jej niezadowolony głos Daphnie:
– Przestań! Klniesz od dziesięciu minut i szczerzę wątpię, że to pomaga w czymkolwiek… – Nie odezwała się już więcej. W końcu zapięła czarne spodnie  i już miała wybiec w staniku z sypialni, ale znów zatrzymała ją Daf:
– Ekhem… Koszulka.
– Kurwa – znów powtórzyła Ślizgonka, otwierając, dopiero co zatrzaśniętą szafę. W końcu zdecydowała się na beżowy sweterek ze subtelnym, okrągłym dekoltem.  Ciemne włosy Pansy ładnie odcinały się od niemal białego okrycia. Rozczesała je szybko, różdżką kreśląc przedziałek. Wyszorowała zęby, w dziurki w uszach wetknęła srebrne kolczyki, różdżką nałożyła odrobinę makijażu, głównie po to by ukryć wory pod oczami. Spryskała szyję odrobiną perfum i zerkając w lustro, stwierdziła, że nic lepszego z tego i tak nie będzie. Wybiegła z lochów, zakładając kurtkę.
Oczywiście plac przed zamkiem był pusty. Dziewczyna oparła ręce na kolanach i dyszała po szaleńczym biegu. Sama nie wiedziała czemu jej budzik nie zadzwonił, zamiast pobudki o dziewiątej, obudziła się za kwadrans jedenasta. Umówiona z Harrym na dziesiątą trzydzieści, znalazła się w fatalnym położeniu. Kiedy złapała oddech, zaczęła myśleć trzeźwiej. Chwyciła różdżkę i z obrazem Miri przed oczyma, wezwała patronusa. Zgrabny kot pojawił się przed nią i spojrzał na swoją właścicielkę jasnoniebieskimi ślepiami. Pansy ułożyła wiadomość, która miała wyjaśnić Harry’emu całe zajście, a potem wysłała patronusa. Ruszyła do Hogsmeade w ślad za niebieskobiałym kotem, który zniknął równie szybko jak się pojawił. Nie lubiła przekazywać wiadomości w ten sposób, jednak musiała przyznać, że żadne, lepsze rozwiązanie nie przyszło jej do głowy. Wszystkie jej szczęśliwe wspomnienia były powiązane z Mirabel i wezwanie patronusa było dla niej trudna. Przez pewien okras nawet niemożliwe, ale z czasem wypracowała w sobie siłę.
Śnieg padał coraz gęściej i Pansy przeklinała, że nie wzięła czapki, albo chociaż szalika. Nagle zza drzewa, które mijała, wyłoniła się postać. Dziewczyna odruchowo zrobiła krok w tył, ale wtedy postać podeszła bliżej.
– Wystraszyłeś mnie – mruknęła Ślizgonka. Choć tak naprawdę cieszyła się na jego widok. Harry wyszczerzył się do siódmoklasistki.
– Dostałem twoją wiadomość. – Pansy kiwnęła głową i zmieszana, wybąkała coś na kształt przeprosin. Gryfon wzruszył ramionami, stając naprzeciwko Ślizgonki.
– Zdarza się, choć przez chwilę bałem się, że przestało ci zależeć… – Parsknęła śmiechem.
– Ależ skądże, nie mogłabym przepuścić spotkania ze słynnym Harrym Potterem.
– Randki – poprawił z figlarnym błyskiem w oku. Posłała mu zaciekawione spojrzenie.
– Przepuścić randki ze słynnym, przystojnym, utalentowanym Harrym Potterem. – Zaśmiała się, słysząc wszystkie epitety, które Gryfon sobie przypisał.
– Ja nie widzę w tym nic zabawnego… – niewinnie przyznał Harry. Kiedy dziewczyna przestała się śmiać, podał jej ramię i razem ruszyli w stronę Hogsmeade. Harry zauważył, że jego towarzyszka szczęka zębami. Zdjął swój szalik i opatulił nim szyję Ślizgonki. Pansy skinęła w podziękowaniu. Mocniej przylgnęła do jego ramienia. Teraz nie straszny im był ani porywisty wiatr, ani gęsto padający śnieg.
*

Ginny pożegnała krótko Hermionę i kazała przyjaciółce uważać. W końcu ulica Śmiertelnego Nokturnu to nie najbezpieczniejsze miejsce.  Kiedy panna Granger opuściła dormitorium, rudowłosa opadła na fotel w salonie, czekając na odwiedziny pewnego Ślizgona. Liczyła na cały dzień sam na sam. Przymknęła oczy, rozkoszując się widokiem jej w objęciach Zabiniego, leżących na kanapie przed kominkiem. Wtedy ktoś otworzył drzwi. Otworzyła oczy i zmarszczyła brwi. Michael. Obrzuciła Krukona pytającym spojrzeniem.
– Nie w Hogsmeade? – zapytała, licząc, że zaraz usłyszy, jak to chłopak zaspał i właśnie idzie do…
– Nie. Nigdzie się nie wybieram. – To stwierdzenie zniszczyło przed popołudniowe plany Ginevry. Dziewczyna wstała z fotela. Była trochę podirytowana.
–  Będziesz tu siedział cały dzień? – zapytała, trochę ostrzej niż zamierzała. Michael kiwnął głową, niezrażony jej tonem. Rozsiadł się na kanapie.
– Cały dzień – przytaknął i spojrzał na dziewczynę, mrużąc oczy.  Doskonale wiedział, że jego obecność nie jest jej na rękę. Obiło mu się o uszy coś o spotkaniu. Uśmiechnął się do siebie pod nosem.
– Co ci tak wesoło? –  warknęła w jego stronę. Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Słyszałem o twojej małej schadzce… – Oczy Ginny niemal wyskoczyły z orbit. Dziewczyna lekko rozchyliła usta. Michael wstał i podszedł do dziewczyny. Ginevra odruchowo zaczęła się cofać.
– Wiesz, wcale nie musi mnie tu być… Mógłbym na przykład posiedzieć w Wieży Revenclowu albo czy ja wiem… Bibliotece?
– Do rzeczy, Michael – rzuciła, krzyżując ręce na piersiach. Chłopak znów uśmiechnął się pod nosem, odwrócił na pięcie i wolno zmierzał w stronę kanapy. Gryfonka czekała na to, co ma jej do zaproponowania. Jednak prefekt nigdzie się nie śpieszył. Wolno usiadł na czerwonej sofie.
– Jest coś, co faktycznie mogłoby mnie przekonać do opuszczenia czwartego pietra, przynajmniej do kolacji…
– Nie mam czasu na takie gierki. Mów czego chcesz. – Była podenerwowana i zniecierpliwiona. Wiedziała, że czas jej się kończy. Jeśli Michael dowiedziałby się o niej i Blaisie… Wolała nie myśleć o konsekwencjach, a Ślizgon lada chwila miał przekroczyć próg dormitorium na czwartym piętrze. Krukon udał, że się zastanawia.
– Wiesz, zawsze było coś co w tobie ubóstwiałem… – Ginny rzuciła mu takie spojrzenie, że zdołałoby uciszyć samego Voldemorta. I faktycznie na chwilę zbiła Michaela z tropu. Krukon po chwili zebrał myśli.
– Chyba kończy ci się czas, mamy za pięć jedenasta, a twój…
– Do rzeczy – wywarczała przez zaciśnięte zęby. Chłopak odchrząknął.
– Jeden całus i masz mnie z głowy.
– Chyba, cię Merlin opuścił. – Gryfonka parsknęła śmiechem i nie wzięła tego na serio. Jednak Michael posłał jej pytające spojrzenie.
– To nie był żart – powiedziała z przestrachem po chwili.
– Oczywiście, że nie.
– Możesz zapomnieć – rzuciła Ginny. Krukon założył sobie ręce za głowę. Jego postawa wręcz krzyczała: „nigdzie się nie wybieram!”.
– Tik tak, tik tak… – wymruczał. Oczy miał zamknięte i rozkoszował się niepewnością swojej byłej dziewczyny. Ginny wzięła głęboki wdech i szybko podeszła do kanapy, na której siedział Krukon. Nachyliła się nad Michaelem i pocałowała go, zamykając oczy. Chłopak przez chwilę nie wiedział co się dzieje. Nie sądził, że mu się uda. Szybko oplótł rękami talię dziewczyny i przyciągnął ją do siebie. Ginny z barku innego wyjścia usiadła na swoim współlokatorze, wbijając kolana w kanapę. Próbowała uwolnić się z uścisku Michaela, ale panu prefektowi nawet na myśl nie przyszło wypuszczenie Gryfonki. Zaciskał ręce na jej plecach i tali, jednoczenie próbował włożyć język do jej gardła. Wtedy portret przesunął się.
– Kurwa, no chyba nie!
Dziewczyna ledwie zdążyła otworzyć oczy, mignał jej obraz Zabiniego z różdżką w dłoni. Krzyknęła, kiedy z zawrotną prędkością przeleciała przez pokój, uderzając plecami o ścianę. Osunęła się na ziemię. Nie miała siły wstać, głowa jej pękała. Zmusiła się, żeby otworzyć oczy i zobaczyła Blaise’a ściskającego Michaela za gardło. Tłukł czaszką Krukona o ścianę. Nie rozróżniała słów, jedynie krzyki i jęki Michaela były doskonale słyszalne.
– Przestań! – Zmusiła się do krzyku. Zabini odwrócił się w jej stronę, jego oczy niemal płonęły. Puścił Krukona, a bezwładne ciało chłopaka osunęło się po ścianie. Podszedł do Ginny i kucnął tuż przy jej twarzy.                                        
– Nie masz prawa głosu – syknął w jej stronę, przytrzymując jej podbródek przy swojej twarzy. – Jak długo ten skurwiel ma czelność cię macać?
– To nie… – Łzy zaczęły spływać po jej twarz, mieszając się z krwią. Rozcięcie na lewym policzku wyglądało okropnie. W tamtym momencie bała się mężczyzny, który przed nią stał. Próbowała to jakoś wytłumaczyć.
– My wcale – zaczęła, ale Zabini puścił jej podbródek i wstał.
– Daruj sobie – mruknął, odwracając się do niej plecami. Straciła przytomność.
*
Hermiona po uzyskaniu zgody McGonagall i przestrogach Ginny w końcu opuściła Hogwart. Gdy tylko znalazła się poza magicznymi barierami zamku aporotowała się do Hogsmeade. Malfoy już na nią czekał. Nie zmienił się od jej wizyty, ale też nie minęło specjalnie dużo czasu. Skinął jej głową na powitanie.
– Chcesz iść na Nokturnu od razu? – zapytała bez ogródek Hermiona. Pokręcił przecząco głową i niepewnie spojrzał na jej wyciągniętą dłoń. Chwycił ją delikatnie, a potem poczuł nieprzyjemne rwanie w okolicach brzucha. Skutki uboczne aportacji. Wylądowali na Pokątnej. Za plecami Malfoya rozpościerał się gmach banku.
– Musimy  wziąć coś ze skrytki. – Zerknął przez ramię. Nieśpiesznym krokiem ruszyli w tamtą stronę. Panna Granger odchrząknęła.
– Twojej skrytki? – Dostrzegła, że uśmiecha się pod nosem, nie odpowiedział.
– Tak sądziłam – mruknęła do siebie Gryfonka. Uśmiech nie zachodził Draconowi z twarzy. Mimo paskudnej zamieci i jego złego stanu zdrowia, chłopak cieszył się jak małe dziecko. Otworzył przed nią drzwi.
– Coś taki wesoły? – mruknęła do niego pani prefekt, kiedy weszli do środka. W pomieszczeniu było przyjemnie ciepło. Hermiona poluzowała szalik ciasno owinięty wokół jej szyi, zdjęła rękawiczki i wcisnęła je do kieszeni płaszcza. Zawsze trochę onieśmielały ją gobliny pracujące w banku Gringotta, natomiast Malfoy najwyraźniej czuł się jak w domu. Nie zważając na kolejkę podszedł do jednego z goblinów. Hermiona utorowała sobie drogę za nim. Przeprosiła parę starszych czarodziei za zachowanie Malfoya, który bezwstydnie wepchnął się do kolejki. Czarownica zmierzyła Hermionę nieprzychylnym spojrzeniem, ale nic nie powiedziała.
– Zabiję cię kiedyś – syknęła do ucha blondynowi, kiedy ten rozmawiał z urzędnikiem. Podawał właśnie goblinowi klucz, półgębkiem odpowiedział dziewczynie:
– Niedługo będziesz miała świetną okazję…  – Gryfonka na razie wolała nie pytać, co Draco ma na myśli. W milczeniu przysłuchiwała się rozmowie. W końcu goblin, o wdzięcznym imieniu Gracyn, skonsultował się ze swoim przełożonym i ruszyli w drogę.
– Dawno nieodwiedzana skrytka, bardzo dawno… – mruczał Gracyn, prowadząc dwójkę nastolatków za sobą.
– W istocie – uciął Malfoy. W końcu wsiedli do wagonika, zjeżdżając na jeden z najniższych poziomów. Wszystko to wydawało się Hermione dziwnym deja vu. Jednak niektóre szczegóły różniły się znacznie. Przede wszystkim towarzyszył jej Malfoy.
– Jesteśmy – oznajmił Gracyn, zatrzymując wagon. Wysiadł, zabierając lampę.  Przeszli kawałek, a oczom dziewczyny ukazały się kręte schody w dół, wykute w skale.
– Resztę drogi trzeba przejść pieszo – mruknął Draco, wyjaśniając Hermionie ten widok. Gracyn zniknął im z oczu, schodząc w dół schodów. Dziewczyna już chciała ruszyć za goblinem, ale Ślizgon chwycił jej ramię.
– Uważaj – syknął dziewczynie do ucha. – To test, tylko ten, kto założył skrytkę zejdzie w dół bez utraty życia.
– A jak my tego dokonamy? – zapytała, wyrywając ramię z uścisku. Draco znów się uśmiechnął.
– Zobaczy się. – Ruszył ostrożnie przodem. Stanął na pierwszym stopniu, a potem wyciągnął różdżkę i zaczął mruczeć coś pod nosem. Jednak nic się nie wydarzyło.
– Z ostatniej chwili, magia tutaj nie działa – powiedziała panna Granger. Uśmiechnęła się triumfująco, myślała, że znów jest górą. Jednak Draco nie zwrócił uwagi na jej komentarz i mruczał dalej. Jego głos stawał się coraz głośniejszy. Hermiona nie mogła zrozumieć żadnego słowa, to co wydobywało się z ust blondyna nie przypominało jej niczego. Nagle z końca różdżki Malfoya rozbłysnęło jaskrawe światło, a potem cały budynek zatrząsnął się w posadach. Hermiona przerażona zerknęła na Dracona, ale ten tylko pewnie chwycił jej rękę i pociągnął w dół schodów.
– Chodź! Mamy jakieś pięć minut. – Zbiegli po schodach, które jak się okazało były wybrakowane. Hermiona wywnioskowała, że to dziwne zaklęcia Ślizgona odkryły fałszywe stopnie. Zerknęła przez szparę w schodach w dół i aż zakręciło się jej w głowie. Przepaść zdawała się nie mieć końca.  Minęli po drodze goblina, który ich prowadził. Gracyn jakby zastygł z lampą w dłoni.
– Nic mu nie będzie – syknął Malfoy, kiedy Gryfonka nagle zwolniła, odwracając się w stronę goblina. Pokonali schody, a im oczom ukazał się wąski korytarz wykuty w litej skale. Draco już miał puścić się biegiem, ale zatrzymał go głos Hermiony.
– Stój! – krzyknęła, odwrócił z pytającym wyrazem twarzy.
– Granger, nie mamy czasu! – Skinęła głową. To tylko przewidzenie. Wmawiała sobie. Puścili się biegiem przez korytarz, na jego końcu znaleźli drzwi.
Jednak nie miały zamka. Były niczym gładka tafla wody. Wykonane z jakiegoś metalu o ciemnofioletowej barwie, prawie czarnej. Draco ostrożnie położył dłoń na drzwiach. Szybko ja cofnął i syknął z bólu.
– Parzy – mruknął w celu wyjaśnienia.
– Myślisz, że to jakieś zaklęcie? – zapytała Hermiona, przyglądając się wejściu do skrytki. Blondyn pokręcił głową.
– Nie, trzeba wymacać zamek. Klucz mam tutaj. – Poklepał się po kieszeni. Hermiona przyłożyła dłoń do metalowej powierzchni, ale zaraz cofnęła dłoń. Skóra jej płonęła.
– Żeby wejść trzeba trochę pocierpieć, zamek zmienia miejsce po każdej wizycie. Nawet właściciel musi się namęczyć  zanim znajdzie dziurkę od klucza.
– A czyj to… – Dziewczyna nie dokończyła pytania, bo Ślizgon naskoczył na nią:
– To nieistotne. Czas się kończy, a my musimy jeszcze wyjść. – Hermiona zacisnęła ręce w pięści. Zlekceważył ją, nienawidziła tego.
– Dobrze – powiedziała cicho, podwijając rękawy. – Dobrze – powtórzyła.
– Czekaj Granger!  Co robisz?!
Ale było już za późno. Hermiona przyłożyła ręce do gładkiej powierzchni drzwi i zaczęła przesuwać dłońmi po całej ich powierzchni. Krzywiła się z bólu. W pewnym momencie myślała, że straciła dłonie. Metal zdawał się być płynną lawą. Jakby włożyła ręce do rozgrzanego pieca. Ból był nie do wytrzymania, zagryzła wargę do krwi, żeby nie krzyczeć. Nagle oczom Malfoya ukazał się zamek. Tuż przy górnej krawędzi drzwi. Był to złoty, wymyślny, kwadratowy otwór, który pojawił się zaraz po tym jak ręka Hermiony dotknęła tamtego miejsca. Chłopak wyciągnął klucz z kieszeni spodni i wsunął do zamka, przekręcił, a drzwi ustąpiły. Hermiona odsunęła się od drzwi. Przykucnęła, dotykając rękami zimnej, kamiennej podłogi. Na jej dłoniach pojawiły się pierwsze pęcherze. Nie potrafiła ruszyć palcami.  Malfoy wszedł do skrytki i wrócił nim dziewczyna zdążyła zamrugać. Trzymał coś pod kurtką. Pomógł wstać Gryfonce i przyjrzał się wewnętrznej stronie jej rąk.
– Paskudnie to wygląda. Wyleczę cię jak tylko wyjdziemy. Wytrzymasz? – Dziewczyna kiwnęła głową. Dość szybko pokonali drogę do schodów, a potem rozległo się wycie syren. W całym banku włączyły się alarmy.
– Cholera – mruknął Ślizgon, nie tak to wszystko zaplanował. Nie mieli dać się złapać. Oczywiście nie mogło pójść tak łatwo.
– Cholera? Delikatnie powiedziane, Malfoy! – Co on sobie w ogóle myślał? Co ja myślałam?! Dobrze wiedziałaś, że wam się nie uda, głupia! Wyrzucała sobie Hermiona, próbując zapomnieć o bólu. Draco walnął pięścią w ścianę.
– Za chwilę tu będą, co przewiduje plan? – zapytała panna Granger. Wiedziała, że nie otrzyma odpowiedzi, ale do ostatniej sekundy łudziła się, że Ślizgon coś wymyśli. Dracon nie odpowiadał.
– Cóż… Możemy się łudzić, że powpadają w te dziury na schodach… – mruknęła Hermiona. Byli w beznadziejnej sytuacji. Wtedy blondyna olśniło.
– Salazarze, jeśli to się uda… – Ruszył w górę schodów. – No chodź, Granger! – Minęli po drodze Gracyna, który w dalszym ciągu był jak spetryfikowany. Słyszeli nad sobą dudniące kroki goblinów i towarzyszących im czarodziei.
– Dużo ważysz Granger? – zapytał nagle Draco, zatrzymując się u szczytu schodów. Gryfonkę zatkało, była gotowa na wiele, ale to pytanie kompletnie wybiło ją z rytmu. Stała jak słup soli, gapiąc się na Ślizgona. Ten tylko wywrócił oczami.
– Dużo? – powtórzył, dziewczyna zamrugała parę razy. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale zaraz je zamknęła.
– Granger!
– To zależy jak zdefiniujemy dużo, bo… – Malfoy przejechał sobie ręką po twarzy w geście zupełnego zrezygnowania.
– Wybacz Granger. – Po tych słowach podniósł dziewczynę.
– Nie dużo – stwierdził, odstawiając ja na podłogę. – Podejrzewam, że nie dasz rady niczego chwycić z tymi dłońmi?  – Hermiona zrobiła bezradną minę i mogła jedynie obserwować, jak Draco siada na skraju jednego ze schodów. Niczego nie rozumiała z ich dzisiejszego wypadu;  zacząwszy od tego, po co robili to wszystko skoro Malfoy miał klucz, a skończywszy na tym, dlaczego do diabła, nogi chłopaka dyndają w przepaści między jednym schodem a drugim!
– Nie skacz, głupku! Wyjdziemy stąd!  
– Doceniam troskę Granger – mruknął, opuszczając się na rękach w dół. Hermiona słyszała kroki coraz wyraźniej. – Ale nie zamierzam dziś umrzeć.
Draco zawisł w przepaści, trzymając kurczowo rękami jeden ze stopni. Sprawdził, czy da radę się podciągnąć. Udało się. Wziął głęboki wdech.
– Dobra Granger, teraz nie możesz panikować. Okej? Zero paniki. – Draco oparł na stopniu całe ramiona, a czubek jego brody muskał kamienną powierzchnie. Hermiona klęknęła tuż przed nim. Miała kolana na wysokości jego nosa.
– Co mam robić?
– Teraz spokojnie chwycisz mnie za szyję. – W tym momencie zaczęła się panika. Panna Granger otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Pokręciła głową, a jej oczy miały rozmiary małych spodków. Malfoy próbował się uśmiechnąć, dodając jej otuchy.
– To nic wielkiego… – Przerwała mu jeszcze bardziej przerażona:
– Nie chwycę cię. – Pokazała mu dłonie pokryte pęcherzami.
– Masz mnie objąć za szyję, zegniesz ręce w łokciach i…
– Nie zrobię tego. – Kiedyś z pewnością rozkoszowałby się chwilą w której udało mu się tak bardzo przerazić Hermionę Granger. Kiedyś, ale nie teraz.
– Nie mamy czasu na lęk wysokości. Zamkniesz oczy, cokolwiek! Zaraz tu będą! – Pokręciła głową. Nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Cały ten plan był jedną wielką pomyłką.
– Proszę, Granger. – Kiedy usłyszała krzyki tuż nad swoją głową, uległa. Malfoy opuścił się, wisiał teraz na wyprostowanych rękach. Hermiona usiadła na skraju kamiennego stopnia i spuściła nogi w dół. Starała się nie patrzeć w ciemność. Oddech jej przyspieszył. Malfoy podciągnął się trochę, tak, że jego szyja była na wysokości ramion przerażonej Gryfonki. Dziękował Salazarowi za każdy dzień, który poświęcił na treningi. Podejrzewał, że nawet Zabini nie mógł pochwalić się taką siłą ramion. Jednakże ostatnio trochę się zaniedbał. Modlił się, żeby wystarczyło mu sił. Hermiona z całych sił oplotła ramionami szyję blondyna. Przylgnęła do niego całym ciałem, zamknęła oczy i opuściła się w dół. Zdusiła krzyk, kiedy nie poczuła żadnego oparcia pod nogami. Malfoy z twarzą na wysokości obojczyka panny Granger, wyprostował ręce. Czekali. Ślizgon mocniej zacisnął palce na krawędzi stopnia. Hermiona liczyła każdy oddech. Modliła się, żeby Malfoyowi wystarczyło siły. Draco miał nieodpartą ochotę aby puścić krawędź schodów i przytrzymać, choć jedną ręką, ciało Hermiony przy sobie. Dziewczyna mocniej oplotła rękami jego barki i szyję. Przez chwilę nie myślała o bólu i pęcherzach. Chciała tylko wydostać się na powierzchnie.
Wtedy to usłyszeli. Straszliwy jazgot, krzyki i odgłos stóp zbiegających po schodach. Oboje modlili się, żeby nikt nie zauważył dziesięciu palców, kurczowo trzymających się trzeciego od góry schodu. Po chwili cały ten harmider zaczął się oddalać. Na wszelki wypadek panna Granger policzyła do piętnastu, zanim się odezwała:
– Poszli już? – szepnęła, nadal nie otwierając oczu. Słyszeli, gdzieś w oddali cały ten hałas.
– Tak – jęknął Malfoy. Nie miał już sił, ale zmuszając się do nadludzkiego wysiłku podciągnął swoje ciało i ciało Gryfonki uwieszonej na jego szyi, ku górze. Hermiona szybko i sprawnie usiadła na stopniu, wciągając swoje nogi na górę. Chciała podać rękę Ślizgonowi, ale pęcherze przypomniały o sobie w dość bolesny sposób. Zamiast tego odsunęła się, robiąc miejsce chłopakowi. Draco dysząc i sapiąc, wdrapał się na górę. Minęło może z pół minuty, zanim podniósł się z klęczek.
– Musimy uciekać.
– No co… ty… nie… powiesz… – wysapał. Oboje stanęli u szczytu schodów, a potem wsiedli do najbliższego wagonika. Oddalali się od całego tego zamieszania przy skrytce, którą nie tak dawno obrabowali. Draco zatrzymał wagon przy głównym wejściu do sali, gdzie rozmawiali z Gracynem.
– Nie możemy tak po prostu tam wejść – oznajmiła Hermiona. Ślizgon wzruszył ramionami.
– Dlaczego nie? Nie zorientują się, że złodzieje wychodzą głównym wejściem. Nikt na to nie wpadnie.
– To nie może się udać.
– Zobaczymy – I wtedy Malfoy pchnął drzwi. Może faktycznie kilkoro goblinów zerknęło w ich stronę, ale nic poza tym. Niektórzy czarodzieje w służbowych mundurach łypali na nich podejrzliwie.
– Wiem, że wolałabyś wylecieć stąd na smoku, ale… – cicho zaczął chłopak, ale Hermiona sprzedała mu kuksańca w bok. Całą drogę do głównego wyjścia, siedział cicho.
– Zatrzymajcie ich! – Hermiona przymknęła oczy, słysząc za sobą ten głos. Wiedziała, że to się nie uda. Jednak Malfoy łapiąc ją pod ramię, uparcie szedł dalej. Dziewczyna zerknęła za siebie i widziała strażnika biegnącego w ich stronę. Dwójka goblinów przy drzwiach zagrodziła wyjście.  Draco westchnął i odwrócił się, przyjmując swój najbardziej arogancku wyraz twarzy.
– O co chodzi? – zapytał władczo.
– Przykro mi, ale nie mogą państwo opuścić banku. Uruchomiły się alarmy i…
– I co nas to obchodzi? Dokonaliśmy wpłaty, a teraz śpieszymy się na ważne spotkanie w Ministerstwie. Kingsley Shacklebolt? Mówi ci to coś?
– Ja… Znaczy… Widzi pan… – Strażnik zaczął się mieszać. Był to stosunkowo młody czarodziej, niewiele starszy od Dracona czy Hermiony. Hermiona próbowała pogardliwe spojrzenie blondyna, ale marnie jej to wychodziło. Mieli szczęście, że strażnik skupił uwagę na Malfoyu.
– Nic mi się nie widzi. A teraz przepraszam, ale wychodzimy.


I już. Tak po prostu. Hermiona nie mogła uwierzyć, że znaleźli się na zewnątrz. Odeszli kawałek od gmachu banku, a potem dziewczyna usiadła pod murem jakiegoś opuszczonego budynku i zaczęła się głośno śmiać. Malfoy widząc ją w tym stanie, również parsknął śmiechem raz, czy dwa. Był w nie mniejszym szoku niż pani prefekt. Usiadł około niej. Już po chwili oboje śmiali się bardzo głośno. 





Ostatni rozdział w roku 2015. Jak się z tym czujecie? Chciałabym również napisać "ostatni spóźniony rozdział", ale dobrze wiecie, że to nie takie proste... Nie w moim przypadku. Postanowienia noworoczne?
"Będę pisać rozdziały w terminie", choć boję się, że skończy się to tak samo jak z tym całym "od jutra będę biegać" :P Jedynie mogę obiecać, że będę się starać i naginać waszą cierpliwość do granic możliwości... No cóż, mam nadzieję, że pozostawicie po sobie ślad w komentarzach :)
Szczęśliwego Nowego Roku!
~Pani M.