piątek, 27 marca 2015

Rozdział 33

No to wracamy...  Potrzebowałam tego "odpoczynku". Ale teraz w pełni sił wracam do pracy. Zapraszam na 33 rozdział, trochę dłuższy, ale mam nadzieję, że to nie problem. Następny rozdział  za tydzień ;)
~Pani M.

Zapraszamy na naszą stronę ------> Dom Salazara - facebook


Rozdział 33 – Problem Zabiniego.

Hermiona siedziała przy kominku w salonie dormitorium na czwartym piętrze. Przeglądała list od Neville’a. Miała nieodparte wrażenie, że te listy wcale nie miały trafić w ręce akurat tego Gryfona. Westchnęła cicho i wstała z kanapy, zostawiając lisy na stole. Weszła do toalety i przemyła twarz zimną wodą. W tym czasie do dormitorium wrócił Malfoy. Kierował się w stronę sypialni, kiedy bałagan na stole przyciągnął jego uwagę. Zazwyczaj nikt po sobie niczego nie zostawiał. Rozejrzał się odruchowo, ale nikogo oczywiście nie zauważył. Zmarszczył brwi i podszedł do stołu. Chwycił pierwszy list z brzegu i od razu rozpoznał fikuśne pismo Astorii. Szybko zerknął na podpis u dołu strony, jednak widniało tam jedynie tajemnicze "G". Odłożył list i zabrał kolejny. Pogrążony w lekturze nie zauważył Gryfonki, wychodzącej z toalety.
– Czy ja ci w czymś nie przeszkadzam?! – Wściekła Hermiona stała tuż za nim. Wypuścił list z ręki i odwrócił się do dziewczyny. Nie wiedział co ma powiedzieć, najpierw chciał się wytłumaczyć, ale szybko doszedł do wniosku, że nie zrobił nic złego. Hermiona świdrowała go oskarżycielskim spojrzeniem, położyła ręce na biodrach.
– Nie masz mi nic do powiedzenia?! – zapytała, mrużąc gniewnie oczy. Draco przykleił jeden ze swoich zarozumiałych uśmieszków.
– Nie.
– Co "nie"? – fuknęła.
– Nie ma ci nic do powiedzenia Granger – odwrócił się napięcie i podszedł do drzwi sypialni. W ostatniej chwili się odwrócił i rzucił, jakby od niechcenia:
– Zastanawiam się tylko, dlaczego Astoria wysyła do ciebie listy...
*
Wcześniej...
Ginny skończyła lekcje i zaraz pobiegła do dormitorium, jednak w połowie drogi ktoś ją zatrzymał. Poczuła jak łapię ją w tali i okręca. Stanęła twarzą w twarz z Blaisem.
– Gdzie się tak spieszysz? – wymruczał. Podniosła głowę do góry, aby na niego spojrzeć. Był wyższy o głowę i trochę.
– Szłam... Właściwie... – Nie potrafiła się skupić, zmarszczyła brwi. Teraz stojąc tu, w ramionach Zabiniego nie miała pojęcia gdzie właściwie szła. Chłopak nachylił się aby ją pocałować, ale w głowie Ginny jak na zawołanie włączył się alarm. Odsunęła się szybko, a potem spłonęła rumieńcem. Ślizgon był zaskoczony jej zachowaniem, uważał, że dziewczyna powinna mu już ulec. Uśmiechnął się pytająco, ale dziewczyna tylko pokręciła głową. Złapał ją za rękę i zapytał:
– Coś się stało? – Ginny podniosła na niego spojrzenie niebieskich oczu.
– Za szybko – powiedziała jedynie. Nie zrozumiał, zachowywała się zupełnie inaczej niż by się tego spodziewał. Zaczynał się obawiać, że plan może nie wypalić.
– Przejdźmy się, okej? – zaproponował, nie puszczając jej ręki. Ginevra kiwnęła głową. Poszli najpierw w stronę czwartego piętra, gdzie odłożyli torby z książkami i ubrali się ciepło. Hermiona w tym czasie siedziała wśród jakiś papierów.
– Idziemy na spacer – rzuciła rudowłosa dziewczyna. Hermiona odpowiedziała pomrukiem, nie podnosząc głowy znad czytanego tekstu. Weasley wzruszyła ramionami i razem z Blaisem wyszli z dormitorium. Zeszli na korytarz przed Wielką Salą, z którego dało się również wyjść na błonia. Ślizgon złapał ją za rękę. Ginny spojrzała na niego trochę zaskoczona. To wszystko działo się dla niej za szybko. Jeszcze dwa tygodnie temu chodziła z Harrym, a teraz? Teraz trzyma się za ręce ze Ślizgonem, w dodatku Zabinim. Oczywiście nie przeczyła, że być może darzy Ślizgona jakimś uczuciem, ale...
– Nie potrafię – powiedziała cicho i zabrała swoją rękę. Chłopak zmrużył oczy. Gryfonka swoją niepewnością zaczęła go irytować, zazwyczaj dziewczyny szybciej mu ulegały. Niechętnie pomyślał, że będzie musiał bardziej się postarać.
– Dlaczego, Gin? Przecież wiesz, że cię lubię... Nawet bardzo – mruczał, nachylając się nad dziewczyną. Ginny przymknęła oczy, rozkoszując się ciepłem bijącym od jego ciała. Nie potrafiła poukładać tego wszystkiego w głowie, jakby dwa głosy mieszały się w środku i próbowały rozsadzić jej czaszkę. To Ślizgon! Darł się jeden, ale zaraz drugi odpowiadał Lubisz go! i wtedy znów pierwszy: to Śmierociożerca, a między tymi dwoma głosami stała mała Ginny, którą ogłuszały te wrzaski. Odsunęła się trochę od niego i otworzyła oczy.
– Problem w tym... – Założył kosmyk jej włosów za ucho, ze skupieniem i rozbawianiem wpatrując się w twarz dziewczyny.
– Mhm... – powiedział, zbliżając się.  Ginny zaschło w gardle, przełknęła ślinę.
– Problem w tym... – zaczęła zachrypniętym głosem jeszcze raz. – Ja cię nie znam. Nie wiem, co lubisz... Ty o mnie też nic nie wiesz... – Spojrzał na nią zaskoczony i odsunął się. Nie lubił mówić o sobie.
– Wiem o tobie bardzo dużo...– wymruczał, odzyskując pewność siebie. Ginny złożyła ręce na piersiach.
– To ilu mam braci?
– Pięciu... Znaczy z Fredem, sześciu... – powiedział, stał nachylony nad dziewczyną, a Ginny cofając się znów o krok, trafiła na ścianę. Zaskoczył ją trafną odpowiedzią. Blaise oparł się jedną ręką o ścianą tuż obok głowy Gryfonki.
– Mam inne pytanie... – powiedziała, spuszczając wzrok.
– Mhm... – znów mruknął, zbliżając usta do jej ust.
– Kolor oczu – wykrztusiła. – Jaki mam kolor oczu? – Szybko zamknęła oczy. Zabini stał trochę zbity z tropu, ale odpowiedział, dalej grając w jej grę:
– Zazwyczaj niebieskie, kiedy się denerwujesz mają kolor nieba podczas burzy, są granatowe, kiedy się rumienisz są błękitne. Gdy się śmiejesz mrużysz je lekko i widać w nich iskierki. – Koloryzował, z doświadczenia wiedział, że dziewczyny lecą na takie rzeczy i nie pomylił się i w tym wypadku. Zaskoczone spojrzenie Ginevry, powitał uśmiechem. Jednak potem stało się coś niespodziewanego. Spodziewał się raczej buziaka i rumieńców, a usłyszał jedynie:
– Niebieskie w zupełności by wystarczyły...  – mruknęła. Chłopak odsunął się troszkę, a dziewczyna wykorzystała okazję i odeszła kawałek. Odwróciła się i powiedziała:
– Idziemy na ten spacer? – Ślizgon tylko kiwnął głową i powlókł  się za Ginny.
*

– Było warto – powiedział cicho Harry, odwracając się za siebie, ale Ślizgonki już tam nie było. Wzruszył ramionami, ale szybko podjął decyzję nie mógł, a przede wszystkim nie chciał, tego tak zostawić. Zaczął dobijać się do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Pansy, nadal w piżamie, powitała go spojrzeniem bazyliszka.
– I czego się drzesz? – Ślizgonka wyglądała na naprawdę wkurzoną.
– Ja... Znaczy, ja tylko... To było nieporozumienie.
– Świetnie, coś jeszcze? Bo jeśli przyszedłeś mi powiedzieć, że nie chcesz czegoś podobnego, to marnujesz tylko czas. Gwarantuje, że to się nie powtórzy... – Ale dalszą rozmowę przerwał jakiś młody Ślizgon.
– Harry Potter? – zapytał, wlepiając wzrok w Gryfona, ten tylko skinął głową. –Masz przyjść, jeszcze na chwilę, do pani dyrektor z jakąś dziewczyną...
– Dobra już idziemy  – mruknął niepocieszony Harry.
– Daj mi się ubrać – rzuciła Pansy i wbiegła do Pokoju Wspólnego. Gryfon stał, opierając się o ścianę, po niecałych dziesięciu minutach Pansy stanęła przed nim, już całkowicie ubrana.
– Idziemy? – zapytała chłodno i nie czekając na odpowiedź, ruszyła przed siebie. Harry wlókł się z tyłu. Okazało się, że dyrektorka chciała ich jedynie powiadomić, że wysłała już sowę do Beauxbatons i decyzja jest nieodwołalna. Ponadto podkreśliła, że oczekuje od nich jak najlepszej prezentacji Hogwartu. Następnie wszedł Hagrid i mówiąc coś o Zakazanym Lesie, skutecznie odwrócił uwagę dyrektorki od dwójki uczniów. Harry zamierzał mu później podziękować. McGonagall odprawiła ich równie szybko jak wezwała.
– Nie wieżę, że ona... Jak mogła... Przecież jest rok szkolny! – Oburzał się Harry, wracając do wieży Gryffindoru. Przez część drogi towarzyszyła mu Pansy. Nic nie mówiła, przerażało ją zupełnie coś innego. Miała tam wrócić. Do szkoły Mirabell. Tam, gdzie to wszystko się zaczęło.  Na te wspomnienie łzy napłynęły jej do oczu. Harry niczego z początku nie zauważył, ale gdy pociągnęła nosem, odwrócił się i zamilkł w pół zdania. Pansy pospiesznie zaczęła ocierać łzy, szybkimi ruchami.
– Co... się stało? – wykrztusił Harry. Ślizgonka pokręciła głową, pociągnęła nosem.
– Nic – odparła. Nie mogła sobie wybaczyć, że się rozpłakała, nie przy nim. Robię z siebie idiotkę. Pomyślała, przełykając łzy.
– To... alergia – wydukała w końcu, a potem pobiegła w stronę lochów. Harry stał pośrodku  korytarza osłupiały, analizował wszystko co powiedział, starał się odszukać coś, co ją uraziło. Jednak szybko odrzucił tę tezę. Pansy nie wydała mi się osobą, która rozpłakałaby się z takiego powodu. Wiedział, że ta sprawa nie da mu spokoju. Musiał się czegoś dowiedzieć. Z takim postanowieniem udał się do wieży Gryffindoru. Ron siedział w salonie.
– I jak? – zapytał. Harry usiadł na kanapie obok przyjaciela.
– Wysyłają mnie na tydzień do Francji. – Ronowi oczy zabłysły.
– Do Beauxbatons? – Harry niepocieszony kiwnął głową. Oczy Rona zapłonęły.
– Ty to masz farta!
– Co? – wyrwało się zaskoczonemu chłopakowi.
– No... Będziesz tam jedynym facetem, ty i tysiąc lasek, to dość optymistyczny obraz...
– Jadę tam z Parkinson – powiedział ponuro Harry.
– No to co? To kolejna laska... – Harry'emu jakoś dziwnie zabrzmiało określenie "laska" w stosunku do Pansy. Znaczy owszem była ładna, ale Ron nie powinien tak o niej mówić. Zdał sobie sprawę z tego co pomyślał i chciał się walnąć ręką w czoło. Ona mnie nie interesuje. Powiedział do siebie w myślach.
– Ach, te laski z Beauxbatons ... – rozmarzył się Ron.
– Ron ty masz dziewczynę – przypomniał mu Harry. Lubił tak samo Rona jak i Hermionę, ale on również widział, że ich związek się rozpada.
– No tak. – Rudowłosy Gryfon spochmurniał. – Widzisz Harry, ostatnio coraz częściej się z nią kłócę, a jak się nie kłócimy to w ogóle nie gadamy ja już nie wiem, co mam robić.
– Wy zawsze się kłóciliście... To chyba nie jest główny pro.. – Ron przerwał mu w pół zdania:
– Masz racje, to nie przez kłótnie, znaczy też, ale chodzi o to... – Urwał, a policzki mu zapłonęły. – Nie wiem czy mam ci o tym mówić, w końcu Herm to też twoja przyjaciółka.
– Wiesz, że możesz ze mną pogadać. – Rudowłosy chłopak westchnął.
– Ona jest tak niedotykalska... Wiesz zero całowania, a co dopiero coś więcej... – Harry podrapał się po głowie. Nie wiedział co powiedzieć przyjacielowi, sam nie miał tego problemu.
– Wiesz Hermiona jest wyjątkowa... Ale będąc z nią, spodziewałeś się czegoś… No wiesz...
– Nie, nie tak od razu. Eh... Zresztą nieważne. Idę spać.
Ron wstał z kanapy i wszedł po schodach na górę. Harry posiedział jeszcze trochę w salonie, wypił kremowe piwo i z całych sił starał się nie myśleć o ciemnowłosej Ślizgonce.
*

– Poczekaj chwilę. – Hermiona próbowała coś z tego zrozumieć. Chwyciła list i spojrzała na podpis.
– Greengrass... – wymruczała do siebie. Spojrzała na Ślizgona, stojącego przy drzwiach sypialni. Patrzał na nią z tym ironicznym uśmieszkiem. Dziewczyna miała ochotę go walać. Wzięła jedynie głęboki wdech i zapytała, siląc się na spokój:
– Skąd wiesz, że to ona napisała te listy?
– Tak się składa, że zawsze gdy pisze "m" można je pomylić z "n", a wszystkie litery są pochylone w prawo... – Hermiona zerknęła na listy i faktycznie tak było. Usłyszała głos chłopaka, Draco poszedł do niej i chwycił plik listów, przejrzał je szybko i zostawił jeden.
– Spójrz tu. – Pokazał coś palcem, Hermiona niepewnie do niego podeszła i nachyliła się nad kartką, nad literą "i" była nienaturalnie duża kropka, błąd powtarzał się przez pierwszą linijkę i kawałek drugiej.
– No i co? – zapytała, marszcząc nos.
– No, ona pisze serduszka nad "i" – Malfoy skrzywił się teatralnie.
– Ale tu nie ma serduszek... – powiedziała Hermiona, zanim w ogóle pomyślała. Już sekundę później wiedziała wszystko, jednak pozwoliła Ślizgonowi odpowiedzieć:
– Chciała być anonimowa, więc nie pisała serduszek w listach, bo to dość charakterystyczne, ale w pierwszym liście na początku się pomyliła. Przyzwyczajenie. – Chłopak wzruszył ramionami. Hermiona chrząknęła, zabierając mu list.
– Dzięki – mruknęła tak cicho, że prawie sama siebie nie słyszała. Draco uśmiechnął się pod nosem z wyższością. Nadstawił ucho i powiedział głośno:
– Nie słyszałem.
– Zapomnij, że to powtórzę – wysyczała Hermiona przez zęby. Pozbierała listy i umknęła do sypialni. Draco został w salonie, wpatrując się w plecy Gryfonki, znikającej za drzwiami. Rozsiadł się w fotelu i myślał o tych dziwnych listach. Bo niby po co Astoria miałaby pisać do Granger? Przez chwilę nawet był gotów zapytać Hermionę o całą sprawę, ale szybko się otrząsnął. Swoją drogą nie podobało mu się, że tak swobodnie rozmawia ze szlamą. Chciał porozmawiać z Zabinim, ale jak zwykle nie było go, gdy był potrzebny. Wtedy jak na zawołanie Blaise wpadł wściekły do salonu dormitorium. Za nim jak burza wpadła Ginny. Żadne nic nie mówiło, tylko szybko przeszli przez salon i zniknęli w swoich sypialniach. Draco wstał z fotela. Chciał porozmawiać z Zabinim, ale wnioskując po jego zachowaniu,  to nie był najlepszy pomysł. Usiadł z powrotem, prychając. Sprawa listów Granger go nurtowała, sam nie wiedział czemu jest, aż tak, ciekawy. Zazwyczaj nie mieszał się w nieswoje sprawy. Zamyślił się na chwilę, a potem doszedł do bardzo prostego wniosku: on już nie ma "własnych" spraw.
– Dobra, pora narobić sobie problemów... – mruknął do siebie, wstał z fotela po raz drugi i zszedł do lochów.
*
Ginny wpadła do sypialni, jakby gonił ją rozwścieczony hipogryf. Rozpięła szybko suwak kurtki i cisnęła ją na podłogę. Hermiona siedziała w osłupieniu, po chwili odważyła się odezwać:
– Gin...
– NIC NIE MÓW!!! – wydarła się rudowłosa dziewczyna, odwracając się do przyjaciółki. Hermionę zamurowało, spojrzała z wyrzutem na Ginny, Gryfonka miała wypieki na twarzy, a w oczach dało się dostrzec groźne iskierki. Zamrugała kila razy i spojrzała na przyjaciółkę. Zrobiło jej się głupio.
– Jeju, Herm przepraszam, ja nie chciałam. To znaczy... Eh... Przepraszam, okej? – powiedziała, spoglądając przyjaciółce w oczy. Hermiona skrzyżowała ręce na piersiach, ale nie mogła długo się gniewać.
– Co tym razem zrobił? – zapytała starsza Gryfonka, próbując nadać surowość swojemu głosowi. Ginny westchnęła przeciągle i usiadła na łóżku koło przyjaciółki, oparła głowę o jej ramię.
– Znów się pokłóciliśmy.
– Tyle to wywnioskowałam z twojego zachowania... O co poszło? – zapytała Hermiona, marszcząc brwi. Ostatnio miała wrażenie, że między Ginny, a Blaisem dobrze się układa, chwilami aż za dobrze...
– Powiedział, że jestem strasznie niezdecydowana i nie wiem czego chcę.
– A ty mu na to? – Ginny zarumieniła się.
– Że jak chcę łatwej laski to niech zdecyduje się na kogoś z domu Salazara...
– GINNY!! – krzyknęła oburzona Hermiona, chciała utrzymać pokojowe stosunki pomiędzy Gryfonami, a Ślizgonami.
– Oj no wiem, wiem... Ale pomyślałam o tej całej Greengrass...
– Ona jest teraz w trudnej sytuacji... – powiedziała cicho starsza Gryfona. Ginny zabrał głowę z jej ramienia i popatrzyła podejrzliwie.
– Bronisz jej?
– To nie tak, po prostu, ona, no, też ma swoje problemy... To nie jej wina.
– Coś kręcisz, o co chodzi? – zapytała podejrzliwie Ginny, nie wierzyła, że Hermiona broni Daphnie. Hermiona nerwowo zaczęła miętosić skrawek bluzki, nie patrzała przyjaciółce w oczy.
–Nie mogę ci powiedzieć, obiecałam… To dość skomplikowane. – Pani Prefekt w końcu podniosła wzrok, dostrzegła w oczach Ginny zawód i zdenerwowanie. Już chciała powiedzieć "nie gniewaj się, Gin", ale zanim otworzyła usta, piegowata Gryfonka starając się nie krzyczeć, powiedziała:
– Myślałam, że jesteś moją przyjaciółką. – Hermiona nie mogła wtrącić swojego "jestem”. – Myślałam, że mówimy sobie o wszystkim i w końcu MYŚLAŁAM –podkreśliła to słowo wyjątkowo dobitnie – że jesteś Gryfonką i trzymasz z Gryfonami. No cóż, chyba się myliłam... – Ginny rzuciła Hermionie takie spojrzenie, że bazyliszek mógłby się schować.
– To nie fair, nie powinnaś mnie oceniać, poza tym JESTEM twoją przyjaciółką, a stronę trzymam tych, co mają słuszność. W tym przypadku, co do Daphnie się mylisz.
– Bo oczywiście ty coś wiesz, ale nie zamierzasz mi powiedzieć, prawda? Zawsze to samo, ty Ron i Harry zawsze macie jakieś sekrety i mi nigdy o niczym nie mówicie!
– Mówimy ci zawsze tyle ile możemy – powiedziała Hermiona, nienawidziła kłótni, szczególnie z Ginny. Niektóre, takie jak ta, były nieuniknione.
– Nie chce się kłócić – powiedziała łagodnie panna Granger.
– To trochę za późno, bo właśnie to robimy... – odpowiedziała Ginevra z kamienną miną, ale gdzieś w środku, również nie miała ochoty na tę kłótnię. Hermiona rzuciła jej pytające spojrzenie, a Ginny wywróciła oczami. Rozumiały się bez słów.
– No dobra, przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam – powiedziała młodsza Gryfonka i wyciągnęła rękę na zgodę.
– Ja też przepraszam – powiedziała Hermiona i wpadły sobie w ramiona. Usiadły na łóżku.
– Teraz jeszcze raz opowiedz mi o Zabinim, okej?
– Mhm – przytaknęła Weasley. Obie wiedziały, że potrzebują tej rozmowy.
*


Blaise krążył po sypialni. Nie mógł pojąć, dlaczego ta uparta Weasley jeszcze nie poddała mu się całkowicie. Odfajkował już niewinny flirt, dwuznaczne kłótnie, romantyczne teksty o oczach i nic nie zadziałało! Zazwyczaj dziewczyny już są jego przy "niewinnym flircie". Rzucił się na łóżko, uderzając głową w ścianę, zaklął głośno i rozmasował tył czaszki. Musiał pogadać z Draco, teraz. Wyjrzał za drzwi, ale młodego Malfoya nie było w salonie. Nigdy go nie ma jak jest potrzebny. Pomyślał podirytowany brunet. Trzasnął drzwiami i z powrotem zaczął krążyć po pokoju. Sytuacja robiła się coraz bardziej napięta, ze względu na ten cały pomysł matki Zabiniego. Ślizgon pomyślał, że musi być naprawdę zdesperowany skoro startuje do Gryfonki, w dodatku Weasley. Postanowił wziąć prysznic i pomyśleć spokojnie, bo na razie był kłębkiem nerwów. Czas zdecydowanie nie był jego sprzymierzeńcem. W przerwie świątecznej matka Blaise’a chciała poznać wybrankę syna. Chłopak zabrał ze sobą czystą koszulę, spodnie i bieliznę. Zamknął się w łazience dokładnie w tej samej chwili, w której znudzony Draco wrócił do dormitorium. Obaj wiedzieli, że przyszedł czas na rozmowę.














niedziela, 8 marca 2015

SOWIA POCZTA

Cześć, przybywam z  (być może, dla niektórych) smutną wiadomością. Nie mam ostatnio ani czasu ani pomysłu na tego bloga, rozdział są coraz gorsze (przynajmniej takie mam wrażenie) i nie chodzi mi teraz aby wszyscy zaczęli pisać "nie przecież rozdziały są świetne" i takie tam. Nie mam pomysłów, weny, czasu, a ostatnio nawet ochoty aby coś napisać. Dlatego nie obiecuje, że rozdział pojawi się za tydzień, pojawi się jak się ogarnę, poukładam fabułę, wymyśle coś nowego. Może to będzie za 5 dni, może za miesiąc. Mam ostatnio dużo nauki i to mnie dobija (jak masa innych rzeczy), wyznaję również zasadę "piszę bo lubię, a nie bo muszę" a coraz częściej mam wrażenie, że muszę. TO NIE JEST pożegnanie, ani zawieszenie bloga, to raczej jak przerwa. Myślę, że mniej więcej mnie zrozumiecie.
~Pani M.



niedziela, 1 marca 2015

Rozdział 32

Okey, więc rozdział 32 (w końcu) jest. Teraz mogłabym napisać tłumaczenie na pół strony, dlaczego jest dzisiaj, a nie wczoraj, ale postawmy sprawę jasno, przyznaje się bez bicia... Jestem leniem, leniem do kwadratu. Oczywiście zmieniacz czasu prawdopodobnie by pomógł, ale Ministerstwo Magii jest przeciwne... No cóż. Następny rozdział za tydzień w niedzielę, a jak nie to macie pełne prawo się wkurzyć, narzekać itp. A teraz zapraszam na rozdział ;)
~Pani M.


Rozdział 32 – Poranne perypetie.

McGonagall siedziała przy swoim biurku kompletnie załamana. Do listy problemów, która i tak ciągnęła się niemiłosiernie, musiała dopisać wymyślenie szlabanu dla Pottera. Westchnęła na samo wspomnienie. Gdy Filch znów przyprowadził jakiś uczniów, nie była zdziwiona, natomiast gdy zobaczyła Pottera z tą całą Parkinson irytacja zmieszała się z rozczarowaniem. Dyrektorka naprawdę nie potrafiła zrozumieć dlaczego właśnie jej uczniowie zawsze wpadają w największe tarapaty, jej i Slughorna.
– Jak ty sobie z tym wszystkim radziłeś Albusie? – mruknęła cicho w stronę pustej ramy, w której zazwyczaj widywała Dumbledora. Z szuflady biurka wyciągnęła kawałek pergaminu i dopisała na końcu lisy po raz drugi nazwiska Pottera i Parkinson. Nagłówek głosił „Uczniowie, którzy otrzymali szlabany.” McGonagall nie wiedziała co wymyślić owej dwójce, w końcu patrole wokół jeziora, aż do pierwszego śniegu były już dość poważną karą. Poprawiła okulary i chwyciła pióro do ręki. Schludnym pismem zapisała coś na pergaminie pod nazwiskami. Pomachała chwilę pergaminem, aby tusz wysechł. Odłożyła kartkę na biurko i udała się do Slughorna. Musieli omówić kilka spraw związanych z jej nowym pomysłem. Na pergaminie widniał napis "Wymiana".
*
Pansy i Harry nie mogli uwierzyć we własne szczęście. McGonagall nie dała im żadnego szlabanu, co prawda mają stawić się jutro po śniadaniu w jej gabinecie, ale do tego czasu dyrektorka zdąży ochłonąć. Przynajmniej tak im się zdawało.  Wrócili na lekcję, rozmawiając po drodze o tym dziwnym pomyśle z lekcjami. Harry odprowadził Ślizgonkę pod klasę historii magii, czuł, że tak trzeba. Stali chwilę pod klasą, patrząc na siebie. Pansy poprawiła torbę na ramieniu. Harry odchylił się do tyłu na piętach.
– Eee.. To do zobaczenia – powiedział w końcu.
– Tak... To znaczy, do zobaczenia... – Dziewczyna już miała się odwrócić i przejść parę kroków w stronę klasy, gdy Harry szybko chwycił jej dłoń i odwrócił Ślizgonkę twarzą do siebie. Z rozpędu prawie na niego wpadła. Przytrzymał ją przy sobie, gdy chciała się odsunąć, a potem lekko musnął wargami jej usta. Puścił zdziwioną dziewczynę i poszedł w stronę sali, gdzie miał lekcje. Pansy jeszcze chwilę stała jak słup soli, potem przygryzła wargę i uśmiechnęła się. Odwróciła się na pięcie i weszła do klasy. Harry z uśmiechem na twarzy szedł na obronę przed czarną magią. Pomyślał o pocałunku, nie planował tego, po prostu... Po prostu pomyślał, że tak trzeba.
***
Następnego dnia Ginny obudziła się dobrze po dziewiątej, już miała się zerwać z łóżka, gdy przypomniała sobie, że przecież jest sobota. Z uśmiechem opadła z powrotem na poduszkę.
– Herm? – powiedziała, patrząc w sufit, ale przyjaciółka nie odpowiedziała. Ginny odwróciła głowę w stronę jej łóżka i stwierdziła, że starszej Gryfonki w ogóle nie ma w pokoju. Rudowłosa siódmoklasistka zmarszczyła lekko nos, nie przypominała sobie, żeby Hermiona cokolwiek jej mówiła o planach na sobotę. Wstała z łóżka i rozejrzała się za jakąś kartką, kawałkiem pergaminu, czymkolwiek. Jednak nic takiego nie znalazła. Zaczęła się ubierać, licząc, że Hermiona je śniadanie. Wyszła z dormitorium i zbiegła z czwartego piętra po drodze, spinając włosy w kucyk. W Wielkiej Sali również nie znalazła Hermiony. Zjadła śniadanie z Harrym. Rozmawiali o Quidditchu, treningach, taktyce. Już dawno dziewczynie tak dobrze się z nim nie gadało. Również Harry nie krępował się rozmową. Oboje byli w bardzo dobrych  humorach i owszem, miało to związek z parą pewnych Ślizgonów.
– A właśnie... Nie widziałeś Hermiony? – zapytała Ginny, przeżuwając kanapkę. Harry tylko pokręcił głową i zmarszczył brwi.
– Mówiła coś, że chce odwiedzić Hagrida ze mną i Ronem...
– A gdzie Ron? – zainteresowała się Ginevra.
– Śpi – odpowiedział Harry i uśmiechnęli się znacząco do siebie. Owszem Ron lubił sobie pospać, a w soboty miał ku temu najlepszą okazję.
– Sprawdzałaś w bibliotece? – zapytał Gryfon, zniknięcie Hermiony nie dawało mu spokoju.
– Nie, przejdą się tam zaraz po śniadaniu – odpowiedziała Ginny, dopijając sok.
– Pójdę z tobą i tak nie mam co robić.
– Jasne. – Dziewczyna wstała, widząc, że Harry również dokończył swoją porcję. Razem wyszli z Wielkiej Sali i ruszyli w stronę biblioteki.
– Wiesz... Myślisz, że w tym roku mamy szanse na puchar Quiddicha? – zapytała Ginny po drodze.
– Myślę, że tak, ale musimy więcej ćwiczyć, a teraz prawie nikt nie ma czasu...
–Nie ma tego złego, Ślizgoni tez nie mają czasu ćwiczyć – powiedziała jak zawsze optymistycznie dziewczyna.
– Skąd to wiesz?
– Blaise mi mówił – powiedziała lekko. Harry zmarszczył brwi.
– A więc, ten cały Zabini ci mówił.... – zaczął po cichu. Ginny gwałtownie się odwróciła, słysząc jego podejrzliwy ton.
– Tak, a co? – Gniewnie zmarszczyła brwi. Harry wzruszył ramionami i nic więcej nie powiedział. W końcu, gdy przeszli parę kolejnych metrów nie wytrzymał i zapytał:
–A nie myślisz, że on cię oszukuje? Mówi, że nie ćwiczą, nie mają czasu, a po kryjomu...
– Proszę cię Harry, nie dramatyzuj– przerwała mu, rozbawiona reakcją bruneta.
– Jak mam nie dramatyzować? Ostatnio coraz częściej cię z nim widuje i może on po prosu chce wyciągnąć od ciebie informację. Rozmawialiście o naszej strategii? – zapytał rozgorączkowany chłopak. Gryfonka wywróciła oczami.
– Jasne, ja mu szczegółowo opowiadałam o naszej strategii, a on robił notatki...
– Bardzo śmieszne – powiedział ponuro.
– Daj spokój, wiesz, że nic bym nie powiedziała...
– No wiem – rzekł Harry, a gdy zdał sobie sprawę, że faktycznie Ginny nie jest osobą, która mogłaby cokolwiek powiedzieć, poczuł się lżej.
*
Wcześniej...
Hermiona obudziła się przed siódmą. Ziewnęła i już miała z powrotem opaść na poduszkę, a potem zasnąć, gdy przypomniała sobie o Neville’u. Pacnęła się ręką w czoło i cicho, aby nie obudzić Ginny wstała z łóżka. Ubrała się, poczesała, a gdy wróciła z łazienki jej rudowłosa przyjaciółka nadal spała jak zaklęta. Neville przed zielarstwem powiedział jej bardzo ogólnikowo o swoim problemie, Hermiona nie miała serca odmówić pomocy. Umówili się o ósmej przy wejściu do Wielkiej Sali. Wyszła z dormitorium, po drodze mijając Dracona. Nie zamienili ze sobą nawet słowa, jedynie mierzyli się przez chwilę spojrzeniem. Chciała zapytać dlaczego już nie śpi, ale powstrzymała się resztkami silnej woli. Minęła go bez słowa i zeszła do Wielkiej Sali. Neville już tam czekał. Zjedli razem śniadanie, a potem Hermiona zaproponowała spacer. Wyszli na błonia.
– To właściwie o co chodzi z tą całą dziewczyną kumpla  twojego dalszego kuzyna? – zapytała Gryfonka. Chłopak westchnął i przymrużył oczy.
– Właściwie to chodzi o dziewczynę z Hogwartu... I nie ma żadnego kumpla... Pewnie się domyśliłaś.
– Tak, domyśliłam się – powiedziała Hermiona, uśmiechając się zachęcająco. Neville podrapał się po głowie.
– No więc... może trudno w to uwierzyć, ale ja się spotykałem z pewną dziewczyną.
– Właściwie nie jestem zdziwiona – mruknęła dziewczyna.
– Ale musiałem z nią zerwać... – Szybko dodał,  Gryfonka kiwnęła głową.
– Posłuchaj, to trochę zagmatwane, ale zanim cokolwiek powiem musisz mi obiecać dyskrecję.
– Oczywiście Neville, ale o co właściwie chodzi? – Hermiona nic z tego nie rozumiała, a to zdarzało jej się nieczęsto.
– Od jakiegoś czasu, ktoś, kto podpisuje się "G", wysyła mi listy.
– I to ta dziewczyna? – Neville pokręcił głową.
– To bardziej skomplikowane... Bo widzisz, właśnie ten tajemniczy "G",  kazał mi z nią zerwać.
– I TY GO POSŁUCHAŁEŚ? – Hermiona prawie zachłysnęła się powietrzem.
– No tak jakby...
– Neville!
– Nie miałem wyboru!
– Zawsze jest jakiś wybór... Zawsze. Dobra – Hermiona odetchnęła. – Masz te listy?
– Tak. – Z tylnej kieszeni spodni Gryfon wyciągnął trochę pogniecione lisy.
– Który był pierwszy? – zapytała Hermiona, a chłopak podał jej odpowiedni list. Przeczytała go szybko:
"Wiem o Daphnie, nie musisz się martwić, nikomu nie powiem, musisz jedynie z nią zerwać. Najlepiej niech ona zerwie z tobą. Kłóćcie się o wszystko, uwierz tak będzie lepiej dla ciebie i dla niej. G."

– I co zrobiłeś? – zapytała dziewczyna.
– No jak to co? Zastosowałem się.
– Ale dlaczego? Przecież... Dobra, całkowicie szczerze odpowiedz mi tylko na jedno pytanie, okej? – Pokiwał głową. – Kochasz ją? – Znów pokiwał głową.
– Więc musisz ją odzyskać.
– Ale to bardziej skomplikowane... Ona... Bo wiesz... Ona jest Ślizgonką.
*
Ginny nie znalazła Hermiony w bibliotece. Wróciła na czwarte piętro, licząc, że być może tam ją zastanie, niestety nie. Za to znalazła pewnego Ślizgona.
– Cześć Blaise – przywitała się i szybko chciała zniknąć za drzwiami swojej sypialni. Nie miała pojęcia co o tym myśleć, w końcu bądź co bądź Zabini był Ślizgonem. Z nimi nigdy nic nie wiadomo. Jednak nim przemknęła do swojej sypialni, chłopak pochwycił ją w tali i przytulił do siebie.
– Chciałaś mi uciec? – zapytał cicho.
– Wiedziałam, że mnie złapiesz – odpowiedziała, odwracając się twarzą do chłopaka. Chciał ją pocałować, ale Ginevra odsunęła się z niepewną miną. Blaise zmarszczył brwi, myślał, że już będzie z górki. Że już jest jego... Jednak pomylił się. Zaklął w duchu, ale nic nie powiedział. Nie sądził, że będzie tak trudno, cena wolności jest wysoka.
– Coś nie tak? – wyszeptał jej do ucha. Pokręciła głową, nie zdołała wydusić słowa. Nie miała pojęcia co czuje do chłopaka, czy to tylko fascynacja? Myślała też, o tym co powie Hermiona, Harry... no i Ron. Ale domyślała się co powie Ronald i to był jej najmniejszy problem.
– Nie wiem, Blaise... – powiedziała cicho.
– Czego nie wiesz? – zapytał spokojnie, chociaż zachowanie Gryfonki go irytowało.
– No... My... Znaczy... Co właściwie teraz będzie? – Nie wiedziała jak zadać to frustrujące ją pytanie, zastanawiała się czy Ślizgon traktuje ją poważnie.
– Jak to co? Zazwyczaj kończy się "i żyli długo i szczęśliwie" – odpowiedział ze śmiechem. Zazwyczaj takie teksty działały na dziewczyny. Jednak Ginny spoważniała, odsunęła się od chłopaka i powiedziała poważnym tonem:
– Życie nas uczy, że nie jest bajką...
Po czym zamknęła się w sypialni. Do jej uszu dobiegło stłumione "cholera", które padło z ust Ślizgona.
*
– To, że jest Ślizgonką za wiele nie zmienia – powiedziała Hermiona, gdy wracali z Nevillem do zamku. 
– Może dla ciebie, ale czy wiesz co by było, gdyby reszta się o tym dowiedziała!
– Nie przesadzajmy...
– Łatwo ci mówić, poza tym ona pewnie nie chce mnie znać.
– To jakiś absurd, Neville. Daphnie od jakiegoś czasu chodzi smutna i przybita, to na pewno przez ciebie.
– Co?! – zapytał, podnosząc głowę.
– Oczywiście, że przez ciebie, ona cię kocha, matołku, a ty nie potrafisz tego dostrzec.
– Ale te listy... – Hermiona spojrzała na niego pytająco.
– One nic nie zmieniają, na dziewięćdziesiąt procent ona nie jest zaręczona.
– Ale w tych listach... – Znów mu przerwała:
– Daj spokój, te list wysłał ktoś, kto wam zazdrości, po prostu się tym nie przejmujmy... Ja postaram się dowiedzieć kto to. Zapytam może Pansy.
– Nie! – prawie wykrzyknął Gryfon.
– Ale... – Teraz to on jej przerwał:
– Pansy się z nią przyjaźni... Jeszcze coś powie i będzie...
– Ale Pansy to jedyna Ślizgonka, z którą mam jakiś kontakt.
– Obiecaj, że jej nie powiesz. Obiecaj – powiedział chłopak.
– No dobrze, nie powiem Pansy, ale to kogo mam zapytać? Jedynie Pansy...
– Nie zapominaj, że mieszkasz ze Ślizgonami... – mruknął ponuro Neville.
– Jeśli sugerujesz... – Przerwał jej, bo dotarli do zamku:
– Ja nic nie sugeruje, a teraz muszę iść, obiecałem pomóc profesor Spout przy przesadzaniu.
– Jasne, leć – odezwała się Hermiona, uśmiechając się do kolegi. Zastanawiała się poważnie nad sugestią Neville’a. W połowie drogi na czwarte piętro doszła do wniosku, że za żadne skarby nie zapyta Malfoya, a tym bardzie nie poprosi go o pomoc.
*
Harry w połowie drogi do biblioteki, przystanął przerażony.  Spojrzał na beztroską Ginny i jedyne co zdążył powiedzieć to:
–Musze biec... szlaban... McGonagaaal! – krzyczał już z końca korytarza. Istotnie po śniadaniu miał stawić się u dyrektorki w sprawie szlabanu. Dobiegł do posągu strzegącego gabinet i wypowiedział  hasło, które poznał wczoraj. Przeskakiwał po trzy stopnie na raz, gdy w końcu stanął przez drzwiami gabinetu. Zastukał do drzwi i usłyszał lodowate "proszę". Wszedł do środka. McGonagall siedziała przy biurku, spojrzała na niego gniewnie.
– Spóźniłeś się Potter – spojrzała na swój kieszonkowy zegarek. – Istotnie jest już kwadrans po dziesiątej, poza tym chyba miałeś się stawić wraz z panną Parkinson. – Wpadł jej w słowo:
– Niestety pani profesor, nie wiem, gdzie ona jest.
– To ją znajdź, daje ci pięć minut.
– Co?! – wymsknęło mu się, dyrektorka spojrzała na niego z nad okularów połówek, a potem na kieszonkowy zegarek:
– Radzę się pospieszyć, teraz już tylko cztery minuty. – Harry chwycił się za głowę i przeklinając ślizgonów w duchu, ruszył biegiem w stronę lochów. Zaczął walić pięściami w ścianę, aż w końcu kilka metrów dalej ściana się przesunęła i wyszło z przejścia kilkoro zdziwionych Ślizgonów. Chyba drugo albo trzeciorocznych.
– No w końcu! – krzyknął Harry w ich stronę i podbiegł do przejścia.
– No wpuście mnie! Szybko!
– Nie możesz tam wejść, jesteś Gryfonem – powiedziała szatynka, składając ręce na piersiach. Harry ponad ich głowami zaczął się drzeć:
– PARKINSON!!! PARKINSON!!! – Potem zwrócił się do młodszych uczniów:
– Zawołajcie ją! Szybko! – Z Pokoju Wspólnego wyszła Daphnie zdziwiona tymi krzykami. Przepędziła ruchem ręki młodszych Ślizgonów, a potem zwróciła się do Harry'ego:
– Pansy jeszcze śpi, prosiła aby jej nie budzić.– Gryfon coraz bardziej zły wpadł jej w słowo:
– Ale ona ma za jakieś dwie minuty stawić się u dyrektorki! Obudź ją!
– O nie, nie będę ryzykować, jak ci zależy to sam ją obudź – powiedziała Daf.
– Dobra – przytaknął Harry i wbiegł do Pokoju Wspólnego Slytherinu, będąc na schodachl krzyknął do Daphnie:
– W którym ona jest pokoju?!
– W piątce – odkrzyknęła dziewczyna, siadając z powrotem na kanapie. Wzięła gazetę ze stołu i znów pogrążyła się w lekturze. Harry stał pod drzwiami i walił w nie z całych sił. W końcu zaspana Ślizgonka, w piżamie, otworzyła mu drzwi.
– Czego? – warknęła, trąc oko. Harry'ego na chwilę zamurowało. Miała na sobie cienką bluzkę na ramiączkach i krótkie spodnie od piżamy.
– Rusz się, dziś mieliśmy iść do McGonagall! Masz niecałą minutę! – Pansy szerzej otworzyła oczy.
– Co? – zapytała tylko. Nie za bardzo kontaktowała po tak gwałtownej pobudce. Harry był coraz bardziej zdenerwowany.
– Ubierz buty, szybko! – rzucił jedynie, Pansy powlekła się do łóżka i z pod niego wyciągnęła rozsznurowane trampki. Założyła je leniwie. Harry podbiegł do niej, chwycił za przegub nadgarstka i pociągnął za sobą. Zbiegli po schodach potykając się co chwilę, a potem morderczym tempem ruszyli do gabinetu. W końcu zdyszani stanęli pod posągiem. Harry szybko wypowiedział hasło i stanęli na schodach. Wtedy Pansy trochę oprzytomniała i uświadomiła sobie w co jest ubrana.
– Ja tam nie wejdę – syknęła do Harry'ego. Chłopak odwrócił się do niej zdziwiony.
– A to niby dlaczego? – odpowiedział wkurzony.
– No zobacz, przecież jestem w piżamie! – Przekleństwo cisnęło mu się na usta, ale nic ni powiedział. Bez słowa zdjął sweter od mundurka przez głowę i podał dziewczynie. Pansy szybko zarzuciła go na siebie. Był trochę za duży , ale lepsze to, niż iść na rozmowę z dyrektorką w cienkiej piżamie. Podwinęła trochę rękawy. A z pod swetra wystawały krótkie niebieskawe spodenki od piżamy. Weszli do gabinetu.
– Przepraszam za spóźnienie – powiedziała cicho Pansy.  McGonagall chciała ją uraczyć jakąś kąśliwą uwagą, ale gdy podniosła wzrok znad pergaminu na dziewczynę zaniemówiła. Po chwili odchrząknęła i powiedziała jedynie:
– Siadajcie – posłusznie usiedli na fotelach na przeciwko biurka. Dyrektorka zmierzyła ich surowym spojrzeniem:
– Dobrze wiecie, że to już wasz drugi szlaban w ciągu jednego miesiąca, naprawdę przesadziliście. – Słuchali tego w milczeniu ze spuszczonymi głowami. – Dlatego odejmuje po pięćdziesiąt punktów obu domom. – Podnieśli wzrok na dyrektorkę zdziwieni. Minus pięćdziesiąt punktów za siedzenie w schowku na miotły to przesada... Pomyślał Harry
– Oprócz tego pojedziecie do Beauxbatons.
– Co? – wymsknęło się Pansy. McGonagall spojrzała na nią z dezaprobatą.
– To, co pani słyszała, panno Parkinson. Na początku chciałam zrezygnować  z tego pomysłu, ale, no cóż, nie dajecie mi wyboru, wyjedziecie na tydzień do Francji... Na wymianę międzyszkolną, zazwyczaj jadą tam Prefekci Naczelni, ale tym razem... No cóż.
– Kiedy mamy jechać? – zapytał ponuro Harry.
– W drugim tygodniu października.
– To za niecałe dwa tygodnie! – krzyknęła Pansy, spędzenie czasu w szkole, gdzie wszystko będzie przypominać jej o Miri, w ogóle nie napawało jej optymizmem.
– Tak, istotnie. Chcę aby wasz wyjazd pozostał w tajemnicy. Przynajmniej do czasu opuszczenia Hogwartu.
– Tak jest – smętnie odpowiedzieli.
– Możecie już iść – powiedziała McGonagall. Oboje zwlekli się z foteli i opuścili gabinet. Gdy wyszli na korytarz nie mieli pojęcia co powiedzieć.
– Nie chcę tam jechać – powiedziała Pansy.
Ja też nie – mruknął Harry.
– Och, twoja bluza – powiedziała Pansy i chwyciła skraj swetra w barwach Gryffindoru przy kołnierzyku, aby ją ściągnąć.
– Może lepiej poczekaj, aż dojdziemy do lochów.
– Oh, no tak... – Pansy przypomniała sobie, że ma na sobie piżamę, w dodatku jej cienka, biała bluzeczka prześwituje. Harry odprowadził ją do lochów, a tam oddała mu sweter. Stali tak chwilę, gdy w końcu dziewczyna powiedziała:
– Wiesz... Ten pocałunek... I potem... – Chciała powiedzieć, że to wiele dla niej znaczyło, ale chłopak jej przerwał:
– Nie ma sprawy, nic się nie stało... – Myślał, że dziewczyna żałuje i choć najchętniej pocałowałby ją znowu, uszanował taką decyzję.
– Ale nie zamierzałam... – Znów jej przerwał:
– Tak, wiem, ja też nie zamierzałem.
– Ale co chcesz powiedzieć, bo ja myślę, że...
– Ja też, to wtedy nie... Dobra zapomnij – powiedział zdenerwowany i odszedł. Pansy osłupiała stała jeszcze chwilę na korytarzu,  nie wierzyła w to co właśnie się stało. W końcu również się odwróciła:
– Mówiłeś, że było warto... – szepnęła do siebie, wchodząc do Pokoju Wspólnego Slytherinu.

– Było warto – powiedział cicho Harry, odwracając się za siebie. Jednak Ślizgonki już tam nie było.