sobota, 26 sierpnia 2017

Rozdział 68 część 1


OSTRZEŻENIE!
Okej, więc to co zaraz tu zobaczycie to jeden z bardziej pokręconych rozdziałów. Od razu ostrzegam, że jest to część, w której nie dzieje się zbyt wiele, ale musiała powstać, żebym mogła do następnego wpisu wepchać jak najwięcej akcji. Jeśli drażnią was takie rzeczy, to omińcie sylwestrową imprezę naszych bohaterów, czyli dwie części rozdziału 68 – jeśli nie… To usiądźcie wygodnie, chwyćcie za kremowe piwo i bawcie się dobrze! Druga część tego rozdziału pojawi się równo za tydzień w sobotę (tj.02.09.2017r.), aby trochę osłodzić nam wszystkim zakończenie wakacji. (Jakieś znikome szanse, że pojawi się wcześniej, również istnieją).
~Pani M.



Rozdział 68 część 1 – O północy w Paryżu  we Wrzeszczącej Chacie?!


Od procesu w Ministerstwie Magii minęły dwa dni. Pełne przemyśleń i wymownej ciszy pomiędzy mieszkańcami Hogwartu. Hermiona zdążyła wypakować wszystkie swoje rzeczy i odrobinę zaaklimatyzować się w nowej sypialni. Nie była zachwycona, ale nie wypadało jej narzekać. Wszystko to, miała na własne życzenie. Cały wczorajszy dzień segregowała książki z wielkiego kartonu, który Ron i Harry przynieśli dla niej z czwartego piętra. Musiała powiększyć odrobinę regał, ale w końcu, z drobną pomocą czarów, nawet tomy czarodziejskiej encyklopedii znalazły swoje miejsca na półkach. Lokalizacja jej nowej sypialni była beznadziejna. Wszędzie miała daleko, wejście na wieże Gryffindoru znajdowało się dwa piętra niżej, a biblioteka na drugim końcu zamku. Nawet droga do wielkiej Sali zajmowała jej ponad dziesięć minut.
Hermiona porządnie zasznurowała buty i wstała z niezaścielonego łóżka. Wiedziała, że wystarczy jedno skinienie różdżki, żeby poduszki strzepały się same, a pościel równo ułożyła. Mimo tego zawsze robiła to własnoręcznie tak, jak nauczyła ją tego mama. Odgarnęła niesforne włosy z twarzy i postanowiła zejść na śniadanie. Gdy zamykała za sobą drzwi, po drugiej stronie korytarza Malfoy już na nią czekał.
– Nareszcie – mruknął, widząc Gryfonkę. Nie wiedział dlaczego, postanowił zjeść śniadanie w jej towarzystwie, chyba z przyzwyczajenia. Wczoraj wpadli na siebie przy wielkiej Sali przypadkiem. Dziś Draco postanowił, że to nie będzie przypadek.
– Ciebie też miło widzieć – powiedziała Hermiona z przekąsem. Kącik ust Ślizgona uniósł się ku górze, ale chłopak już nic nie powiedział. Zeszli na śniadanie w ciszy, ale nie czuli się nieswojo. Ten etap mieli już dawno za sobą. Zajęli miejsca naprzeciw siebie i każde zajęło się posiłkiem.
– Kawy? – zapytał Malofoy, unosząc dzbanek z parującym napojem. Hermiona skinęła głową,  w ustach miała kawałek rogalika. Chłopak rozlał czarną kawę do dwóch kubków i tylko do jednego dolał mleka. Czarną kawę pocukrował i zamieszał. Po całym zabiegu podsunął jeden z kubków Granger.
– Dzięki – mruknęła Gryfonka. – Ciekawe, kiedy dostaniemy plany na nowy semestr… – rzuciła, żeby podtrzymać rozmowę. Malfoy wzruszył ramionami, ale złapał się na tym, że jeszcze wczoraj sam nad tym myślał.
– Pewnie w poniedziałek na śniadaniu – mruknął i napił się kawy.
– Właściwie nigdy cię nie zapytałam o rozszerzenia, które wybrałeś… – Draco odłożył nóż, po którym spływało masło.
– Pewnie dlatego, że w tym roku częściej widzieliśmy się poza szkołą, niż na lekcjach Binsa – odparł z nutą nonszalancji w głosie.
– Wybrałeś zaklęcia? – Dziewczyna wytrzeszczyła oczy.
– Nie mów, że nie zauważyłaś… – Draco zaśmiał się krótko z miny panny Granger. Uczęszczał z nią na rozszerzone zajęcia od początku roku, a mimo tego dziewczyna zorientowała się dopiero teraz.
– Wiem, że chodzisz na eliksiry, tak jak Blaise… – zaczęła powoli Hermiona.
– I Pansy – dodał blondyn. Gryfonka skinęła głowę, a potem zapadła chwilowa cisza.
– A skoro jesteśmy przy Pansy… – Malfoy odłożył tosta, którego podnosił do ust. Przy Granger się nie najem. Przeszło mu przez myśl. Był trochę zirytowany jej ciągłym paplaniem, ale do tego również zdążył się przyzwyczaić.
– No i co z tą Pansy? – ponaglił dziewczynę.
– Co myślisz o niej i Harrym? – Hermiona uważnie obserwowała Ślizgona. Draco prychnął, ale podobnej reakcji spodziewała się panna Granger.
– Za przeproszeniem, gówno mnie to obchodzi. Niech robią co chcą, byle tylko Potter jej nie zranił.
– Bo co? – Parsknęła śmiechem Hermiona. – Jako wzorowy przyjaciel pobiegniesz z odsieczą?
– Ja? No co ty, mówię, tylko żeby uważał, bo Pansy powiesi go za jaj pod sufitem w lochach. – Wzruszył ramionami, a dziewczynie mina zrzedła. Nie chciała kontynuować tej rozmowy, zajęła się śniadaniem.

Gdy kończyli posiłek, dosiadł się do nich Blaise. Jak zwykle emanował dobrym humorem, a na jego ustach gościł uśmiech. Nałożył sobie na talerz kilka słodkich bułek z makiem, ale zanim zabrał się za jedzenie, zdążył wylać czarną kawę Draco na stół. Hermiona w porę usunęła gorący napój za pomocą zaklęcia. Malfoy trochę poprzeklinał, ale koniec końcu zamilkł, gdy Granger nalała mu drugi kubek kawy i posłodziła łyżeczką cukru. Czarną kawę pił tylko do śniadania.
– Jakie plany na jutro? – zagaił Zabini, kiedy wszyscy się trochę rozluźnili.
– Nie mamy żadnych – mruknął Draco, nie podnosząc głowy znad kubka. Blaise zerknął na niego, a potem na Gryfonkę, która wcale nie wyrażała sprzeciwu, że Malfoy wypowiada się w jej imieniu.
– Mmm, już nawet mówisz za waszą dwójkę, słodko. – Blondyn rzucił spojrzenie spode łba przyjacielowi, ale nic więcej nie powiedział. Blaise kontynuował: – Jeśli liczyliście na sylwestrową noc we dwoje to nic z tego. Jest plan. – Draco i Hermiona wymienili przerażone spojrzenia.
***
Hermiona ponownie westchnęła. Nie miała najmniejszej ochoty na kłótnie z przyjaciółką, ale właśnie na to się zanosiło. Panna Weaslay właśnie taka była – nie potrafiła odpuścić. Niemal dotarły do wielkiej Sali, gdy rudowłosa zaczęła ponownie.
– Proszę! Choć raz!
– Nie – odparła stanowczo Granger.
– Choć raz, Hermiono! Zrób to dla siebie, zabaw się.
– Nie.
Dziewczyny przeszły przez otwarte drzwi głównej Sali w Hogwarcie. Ginny stała, dopóki jej przyjaciółka nie zajęła miejsca przy stole, a potem szybko siadła naprzeciw niej.
– Impreza sylwestrowa dobrze wszystkim zrobi. Będzie naprawdę miło, reszta Gryfonów popiera ten pomysł, a nauczyciele się nie dowiedzą. No zgódź się!
– Nie – powiedziała Hermiona, sypiąc płatki śniadaniowe do białej miseczki.  Od wczorajszego popołudnia Ginny namawiała ją na sylwestrowe przyjęcie w pokoju wspólnym Gryfonów, ale impreza to ostatnia rzecz, o której pomyślałaby panna Granger. Wiedziała, że przede wszystkim musiała się skupić na nauce.
– Chcieliśmy zaprosić też inne domy. Nawet Ślizgonów – dodała poważnie Ginevra.
– Zjedź coś – poleciła Hermiona, widząc, że jej przyjaciółka nie tknęła jedzenia. Rudowłosa jęknęła, już wiedziała, że za nic nie przekona panny Granger.
Wtedy niespodziewanie w wielkiej Sali pojawił się Blaise. Jednak nie towarzyszył mu Draco, co obu Gryfonkom wydało się dziwne. Ślizgon bez szmeru usiadł obok Ginny na drewnianej ławie, ale nie zaszczycił rudowłosej nawet przelotnym spojrzeniem.  Nie odrywał wzroku od twarzy Hermiony. Skupiony na jej bursztynowych oczach, nachylił się nad stołem i powiedział:
– Był mały problem z wyjściem z zamku, ale Potter mówi, że się tym zajmie. Sam muszę jeszcze zajrzeć w parę miejsc, więc Pansy przekaże ci resztę informacji po południu. – Ginny wodziła niezrozumiałym wzrokiem od Zabiniego do Hermiony, ale nie zapowiadało się, aby którekolwiek chciało jej wyjaśnić dziwne słowa Ślizgona. Hermiona nieznacznie skinęła głową, na co Blaise uśmiechnął się, porwał ze stołu słodki rogalik i już zbierał się do wyjścia, ale zatrzymał go głos Hermiony:
– Nie zjesz z nami?
– Jestem już po, wstałem wcześniej, żeby ze wszystkim zdążyć. – Mrugnął do dziewczyny i już go nie było.
Ginny przez kilka chwil wyczekująco wpatrywała się w Hermionę, ale osiemnastolatka uparcie milczała. W końcu Ginevra odchrząknęła, powodując, że wzrok panny Granger skupił się na  buzi, okolonej niemal czerwonymi włosami.
– Nic nie powiesz? Co to w ogóle było? – Bez ogródek zapytała Weaslay.  Hermiona nerwowo podrapała się po policzku. Wiedziałam, że będą same problemy… Że też dałam się namówić, przeklęci Ślizgoni. I Harry. Tak, to wszystko przez niego. Ginny pstryknęła przed nosem przyjaciółki.
– Hogwart do Hermiony! – Dziewczyna otrząsnęła się z letargu i znów skupiła wzrok na twarzy Ginevry.
– Przepraszam, Gin. Wszystko w porządku. Blaise wpadł na taki głupkowaty pomysł, znasz go przecież. A co ja mogę? Miałam mu zabronić?
– Jaki pomysł? – Ginny zmrużyła podejrzliwie oczy. Znów nikt nie raczył jej nic powiedzieć. – I co wspólnego ma z tym Harry? – dodała zaraz. Hermiona przeklęła nierozważność Blaise'a w myślach. Była zmuszona do kłamstwa, a naprawdę nienawidziła tego robić wobec osób, na których jej zależało. Nie rozumiała, dlaczego muszą to wszystko trzymać w tajemnicy przed Ginny.
– No wiesz, teraz Pansy i Harry są praktycznie nierozłączni… – Rudowłosa kiwnęła głową, sugerując, że panna Granger nie musi nic więcej mówić. Zrozumiała już co wspólnego ze Ślizgonami miał Harry.
– A co to za „sprawa”? Zachowujecie się co najmniej dziwnie. Wczoraj jak mnie Pansy zobaczyła na korytarzu, to dosłownie uciekła, wpadając na Barkleya.
– To na pewno tylko tak wyglądało. – Ginevra prychnęła. Dlaczego zawsze mają mnie za naiwną idiotkę?
– Rozumiem, że od ciebie niczego się nie dowiem. Nieważne, mam coś do załatwienia. – Rudowłosa wstała od stołu, zostawiając niedojedzone śniadanie.
– Ginny, to nie tak! – Usłyszała głos Hermiony, ale szła prosto do wyjścia. Postanowiła nie tracić dzisiaj Zabiniego z oczu.
*
Czuł na sobie czyjś wzrok, jednak za każdym razem, gdy odwracał się przez ramię – nikogo tam nie było. Zabiniego przeszły ciarki, ale starał się o tym nie myśleć. Miał zadanie do wykonania: opuścić zamek, opuścić, ten cholerny zamek. Skręcił w stronę hogwardzkiej kuchni. Sytuacja wymagała nietuzinkowego rozwiązania, a chłopak nie wahał się po nie sięgnąć. Gdyby tylko miał już jakieś  informacje od Pottera… Można by  było rozegrać to inaczej, ale nie chciał zwlekać.
Skrzaty nie powitały go zbyt ciepło po tym, jak ostatnim razem je oszukał. To było na szóstym roku i Blaise miał wrażenie, że od tamtego momentu dzieliły go lata świetlne. Jednak skrzaty pamiętały i obchodziły się z chłopakiem z dozą ostrożności. Przejście ukryte za szafkami w kuchni byłoby idealne, ale po pierwszych pięciu minutach spędzonych w towarzystwie skrzatów Blaise wiedział jedno – nic z tego nie będzie. Nie tym razem. Miał nadzieję, że Potterowi poszło lepiej niż jemu.
Gdy wchodził do gabinetu profesora Barkleya, znów czuł czyjeś spojrzenie na plecach.
– Dzień dobry – mruknął, zamykając za sobą drzwi. Barkley nie odpowiedział, a gestem dłoni wskazał miejsce naprzeciw siebie. Ślizgon bez wahania usiadł. Czuł, że to nie będzie prosta rozmowa, musiał uważnie dobierać słowa.
Po dwudziestu minutach opuścił gabinet i nie mógł uwierzyć, że tak łatwo poszło. To było zbyt proste. Przeszło Zabiniemu przez myśl, gdy szedł w stronę dormitorium Malfoya. Miał się spotkać z przyjacielem i zdać relacje z rozmowy z nauczycielem. Potem tylko krótka wizyta w wieży Ravenclawu i alibi gotowe. Blaise pogratulował sobie w myślach przebiegłości. Zapukał w drewniane drzwi, a po chwili zobaczył w nich wysokiego blondyna. Draco wyglądał, jakby dopiero wstał, czym właściwie Zabini nie byłby zdziwiony.
– Jak poszło u Barkleya? – zapytał Malfoy, tłumiąc ziewnięcie. Spanie do południa nie było dla niego żadnym wyczynem. Blaise wepchnął się do środka i zamknął drzwi, wyglądając na korytarz. Draco uniósł pytająco brew, zdziwiony jego zachowaniem.
– Miałem wrażenie, że ktoś za mną cały czas chodzi – wyjaśnił Zabini, podchodząc do okna i otwierając je. W pokoju panował zaduch, pościel była rozkopana, a jedna z poduszek leżała na podłodze. Pomijając te detale, w sypialni panował porządek. Ciemnowłosy nastolatek dobrze wiedział, że Draco nie jest typem bałaganiarza, choć często można było odnieść takie wrażenie. Malfoy schylił się z głośnym westchnieniem i podniósł z ziemi poduszkę, rzucając ją na łóżku. Zaraz potem zza paska luźnych spodni wyjął różdżkę. Wystarczyło skinienie nadgarstka, aby łóżko zaścieliło się samo. W tym czasie Blaise zajął miejsce na krześle przy biurku.
– No więc? – odezwał się w końcu Draco, podchodząc do szafy. Wyjął z niej czysty T-shirt i przeciągnął go przez głowę. W pełni ubrany usiadł na łóżku, aby posłuchać relacji przyjaciela.
– O dziwo poszło nad wyraz dobrze. Barkley dał mi do zrozumienia, że nawet jeśli jutro na śniadaniu będzie brakować siódemki uczniów, nikogo raczej to nie obejdzie, a potem dodał, cytuję „to, co będziecie robić przez całą noc, też nikogo nie będzie interesować”. Dasz wiarę?
– Mimo wszystko nadal bym uważał na tego Barkleya, chociaż z pewnością ma lepsze podejście niż McGonagall czy Slughorn.
– A czego się po nich spodziewasz? To już stare roczniki – rzucił Blaise, wiercąc się na krześle.
– Poza tym trzeba uważać na McGonagall, ostatnio jest cięta na mnie i na Hermionę. – W sypialni zapanowała bezwzględna cisza. Zabini wielkimi jak spodki oczami, wpatrywał się w Malfoya. Odtwarzał w głowie to, co powiedział blondyn.
– Od kiedy jesteście na „ty”? – zapytał powoli, obserwując blondyna. Już wcześniej zauważył, że jego przyjaciel z dużą swobodą wypowiada się o Gryfonce, ale nazwanie ją po imieniu, po siedmiu latach Grangerowania wydało się Blaise’owi dziwnie nienaturalne.
– Oh, daj spokój. Przestańcie się zachowywać, jakbym zwariował, to nie ja umawiałem się z byłą Pottera albo, o Salazarze, z samym Potterem. Swoją drogą co Pansy w nim widzi?
– Nie zmieniaj tematu – ze śmiechem rzucił Blaise, na co Draco jedynie wywrócił oczami.
– Idę wziąć prysznic, a tobie radzę zająć się urabianiem Krukonów, jeśli ten twój „genialny” plan ma się udać.
Zabini westchnął, podnosząc się z twardego krzesła.
– Widzimy się na obiedzie – rzucił, wychodząc. Skierował się prosto do wieży Ravenclawu.
*
Ginny zapukała w drzwi, prowadzące do sypialni byłej prefekt naczelnej. Cały ranek jak cień chodziła za Zabinim, próbując dowiedzieć się, dlaczego razem z Hermioną byli tacy tajemniczy podczas śniadania. Niestety miała obecnie więcej pytań niż odpowiedzi. Denerwowało ją, że jej przyjaciółka nie chciała nic powiedzieć, ale musiała schować dumę do kieszeni i spróbować z nią porozmawiać jeszcze raz. Zapukała ponownie, bo nikt nie odpowiadał.  Wtedy w końcu korytarza pojawiła się jakaś postać. Po wzroście i burzy brązowych włosów Ginevra natychmiast rozpoznała w niej Hermionę.
– Oh, Ginny, co tu robisz? – zapytała zdziwiona panna Granger. Była przekonana, że rudowłosa już dziś się do niej nie odezwie, nie po tym, jak obcesowo potraktowała ją przy śniadaniu. Strasznie żałowała, że nie mogła jej wszystkiego od razu powiedzieć.
– Chciałam porozmawiać, jeśli oczywiście masz chwilę – wyjaśniła piegowata Gryfonka, splatając ręce za plecami. Hermiona uśmiechnęła się i otworzyła przed Ginny drzwi. Dziewczyny rozsiadły się na zaścielonym łóżku panny Granger. Ginny polubiła jej sypialnie, ściany były pokryte farbą w odcieniu kawy z mlekiem, a podłogę wyłożono jasnymi panelami. Meble wyglądały jak przeniesione z dormitorium w wieży Gryffindoru, tylko łóżko nie pasowało do kompletu. Było podwójne i miało metalową ramę, ledwie widoczną spod sterty poduszek.   
– Śledziłam Zabiniego – wypaliła panna Weaslay, a Hermiona jęknęła przeciągle. – Więc ponawiam pytanie: co on kombinuje?
– Ginny, ja naprawdę nie mogę… Nic nie wiem. Wszystko się wyjaśni, ale dajmy im jeszcze czas – mówiła starsza z dziewczyn płaczliwie. Rudowłosa pokręciła z niedowierzaniem głową.
– Dlaczego, gdy zawsze się coś dzieje, jestem poza obiegiem informacji? – zapytała, ale nie liczyła na odpowiedź. – Dobrze. A więc cierpliwie poczekam, aż ktoś łaskawie raczy mnie poinformować, a teraz chyba pójdę na obiad. – Hermiona nie odezwała się słowem. Czuła się niesamowicie głupio, traktując w ten sposób przyjaciółkę.
– Chcesz iść ze mną? – zapytała rudowłosa, zatrzymując się przy drzwiach. Granger podniosła głowę, krzyżując spojrzenia z Ginny. Zacisnęła wargi w prostą linie. Nie chciała dalej okłamywać Ginevry i dlatego powiedziała:
– Właśnie wróciłam z obiadu – zrobiła pauzę, żeby zaczerpnąć powietrza – z Malfoyem. – Rudowłosa nastolatka nic nie powiedziała i opuściła sypialnie, ale panna Granger była spokojna. Dostrzegła na ustach przyjaciółki uśmiech pełen aprobaty.
*
Ginevra Weasley wspięła się po krętych schodach na wieżę Gryffindoru. Weszła do pokoju wspólnego i zajęła swoje ulubione miejsce pod oknem. Złapała się na tym, że rozmyśla o początku drugiego semestru. Brakowało jej rozwrzeszczanych dzieciaków, biegających po wieży i tłumów na korytarzach. Być może dlatego, że zamek opustoszał, czuła się bardziej samotna niż zazwyczaj. Podciągnęła nogi pod brodę, obejmując je rękami. Za oknem zaczął padać śnieg. Gdy tak siedziała, jej podświadomość odnalazła wspomnienia o Tomie. Wspomnienia o obietnicach, że już nigdy nie zazna samotności. Mimo wszystko nigdy nie nazwała mężczyzny z dziennika Voldemortem. To zawsze był „Tom”. Tylko Tom…
– Ginny? – usłyszała zaniepokojony głos brata, zanim kompletnie odpłynęła. Wystraszyła się wizji, które podsunęła jej podświadomość. Już dawno nie myślała o Riddle’u.
– Coś się stało? – zwróciła się do brata, siląc się na łagodny ton i uśmiech.
– Właśnie miałem cię o to pytać… – mruknął Ron, podejrzliwie mrużąc oczy.
– Zamyśliłam się tylko, poza tym jestem potwornie zmęczona. – Kłamstwo przyszło jej wyjątkowo łatwo, ale nie była pewna, czy Ronald to kupił.
– To radzę ci się zdrzemnąć przed dzisiejszym wieczorem, bo Harry i Zabini właśnie ustalają szczegóły. Chyba wszystko się udało. – Ginevra wybałuszyła oczy na starszego brata.
– Co takiego?!  – Zerwała się z fotela.
– Właściwie chciałem pytać, dlaczego nie jesteś z Parkinson u Hermiony. Myślałem, że będziecie się przygotowywać całe popołudnie… Czy coś. – Ginny zaklęła, a Ron spojrzał na karcąco.
– Ciesz się, że mama cię nie słyszy – mruknął.
– Oh błagam, a kto ostatnio puścił taką wiązankę przy śniadaniu, że nawet Harry’emu uszy zwiędły?
– Bombardierzy z Bigonville przegrali półfinały. Każdy mógłby się zdenerwować… – Ginevra parsknęła śmiechem, a potem uściskała brata.
– Dobrze, że przynajmniej ty ze mną normalnie rozmawiasz. Biegnę do Hermiony, widzimy się potem! – Ron nie zdążył odpowiedzieć, a jego siostra już zniknęła za portretem Grubej Damy. Pokręcił z niedowierzaniem głową i opadł na fotel. Miał zaczekać na Harry’ego w pokoju wspólnym. Nigdy nie sądził, że przyjaciele namówią go na imprezę w towarzystwie Ślizgonów.
*
Pansy Parkinson ze sporych rozmiarów torbą na ramieniu, zmierzała w stronę skrzydła szpitalnego. Ubrana była w ciemne jeansy i seledynowy top. Wcale nie wyglądała jak ktoś, kto przygotowywał się do imprezy stulecia. Jednak Ślizgonka zadbała o wszystko i… wszystkich. Była podekscytowana tym, co czekało ich wieczorem. Po drodze do sypialni Hermiony wpadła na Ginny Weasley. Rudowłosa nastolatka zagrodziła jej drogę i krzyżując ręce na piersiach, wypaliła na jednym tchu:
– Wiem, że idziesz do Hermiony, wiem, że wszyscy coś kombinujecie i nie ruszę się stąd, dopóki mi nie wyjaśnisz, dlaczego do rana Blaise zachowuje się jak postrzelony, nikt nie widział Malfoya i Harry’ego i dlaczego, na Godryka, Hermiona od rana mnie okłamuje!
– Nie powiedzieli ci jeszcze? – szczerze zdziwiła się Parkinson, poprawiając torbę na ramieniu. Panna Weaslay pokręciła głową. Pansy westchnęła.
– Co za durnie – mruknęła jedynie. – Chodźmy do Hermiony, powiem ci po drodze, choć pewnie i tak mi nie uwierzysz…  – Ginny przystała na tę propozycję natychmiast.
Gdy stanęły pod drzwiami byłej prefekt naczelnej, Ginevra wiedziała już o wszystkim. Jednak nadal nie rozumiała, dlaczego trzymano to przed nią w sekrecie. Pansy zapukała do drzwi, które natychmiast się otworzyły. Stanął w nich wysoki blondyn i leniwie powiódł wzrokiem po zdziwionych twarzach nastolatek.
– Właśnie wychodzę. Granger jest cała wasza – mruknął, a potem zrobił im przejście. Ginevra i Pansy powoli weszły do sypialni Hermiony. Milczały. Draco skinął głową brązowookiej Gryfonce, która zaczerwieniła się jeszcze bardziej, a potem wyszedł i zamknął za sobą drzwi. W pomieszczeniu zapanowała cisza, chociaż zarówno Pansy, jak i Ginny na usta cisnął się elokwentny komentarz. Hermiona odchrząknęła.
– Em, więc już wiesz o sylwestrowej imprezie? – zwróciła się do Ginevry. Piegowata nastolatka przytaknęła.
– Chociaż nadal nie wiedzę powodu, dla którego trzymaliście to przede mną w tajemnicy. Teraz to nieważne.
– Przepraszam, Ginny, ale to działo się tak szybko. Zaledwie wczoraj rano Blaise w ogóle powiedział nam o swoim pomyśle. Uznaliśmy to z Draco za kompletnie poroniony pomysł, ale okazało się, że zdążył przeciągnąć już na swoją stronę Harry’ego i Pansy. Poza tym Ron też nie protestował. Zgodziliśmy się, a jednocześnie nie chciałam ci nic mówić, na wypadek, gdyby coś poszło nie tak. Nie chciałam, żebyś później była rozczarowana.
– To nie ważne teraz, mamy większe zmartwienie – powiedziała stanowczo Ginevra, wodząc wzrokiem od Hermiony do Pansy. – Czy którakolwiek pomyślała o jakiś sukienkach na wieczór? Czy może zamierzamy tańczyć w jeansach i trampkach? – Hermiona otworzyła usta ze zdziwienia, zupełnie nie pomyślała o takich „szczegółach”.  Pansy uśmiechnęła się uspokajająco.
– Nic się nie martwcie, podjęłam odpowiednie kroki, ale zanim zaczniemy przygotowania, pomóżcie mi ukryć gdzieś torbę. – Gdy odstawiła ją na ziemię, coś zabrzęczało. Widząc pytające spojrzenia, Ślizgonka szybko wyjaśniła:
– To eliksir na rozłożenie alkoholu we krwi i kilka fiolek, które dorzucił mi Blaise.
– Włóżmy to do szafy – mruknęła bez przekonania Ginevra. Dziewczyny uznały to za niezły pomysł. Choć nikt nie podejrzewał, że nauczyciele będą przeszukiwać sypialnie Hermiony.
– Okej, więc za jakieś czterdzieści minut jesteśmy umówione z chłopakami w holu przed wielką salą – beztrosko powiedziała Pansy, zamykając szafę.
– Co?! – wykrzyknęły razem Ginny i Hermiona. – A fryzura, makijaż, sukienka i buty? – zapytała rudowłosa, nie mogąc uwierzyć, że nawet jeśli pójdzie na cudowną imprezę sylwestrową, to spędzi wieczór w jeansach. Hermiona również wcięła się w szok.
– Dlaczego tak wcześnie, przecież jest parę minut po siedemnastej. – Pansy westchnęła, widząc panikę w oczach Gryfonek.
– Już mówiłam, że wszystkim się zajęłam. Biegiem pod prysznic i widzimy się tutaj za pół godziny!
*
Blaise czekał w holu przed wielką salą, oparty o ścianę. Dłużyło mu się niesamowicie. Czekał, aż któraś z dziewczyn łaskawie raczy się pojawić, żeby mogli udać się pod Bijącą Wierzbę. Potter pokazał mu tajne przejście i dokładnie poinstruował, w który tunel trzeba skręcić, aby dostać się do Wrzeszczącej Chaty. Był dobrej myśli. W końcu dostrzegł jakąś postać na końcu korytarza. Wyprostował się, a kiedy dostrzegł rude włosy okalające twarz jego towarzyszki, zaklął pod nosem. Oczywiście to musiała być Weaslay. Zdziwił się nieco, widząc, w co jest ubrana, ale nie skomentował ani jej stroju, ani fryzury. Mieli nie rzucać się w oczy, a zwykłym T-shircie Ginevra wypełniała swoje zadanie znakomicie. Na ramieniu Ślizgona spoczywała sportowa torba, w której znajdowała się jego szata wyjściowa i eleganckie buty. W końcu nastolatka zatrzymała się tuż przed jego nosem.
– Idziemy? I gdzie jest reszta? – zapytała, rozglądając się niepewnie. Blaise ruszył powoli w stronę wyjścia z zamku.
– Doszliśmy do wniosku, że pójdziemy w odstępach czasu, żeby wyglądać mniej podejrzanie. Za jakieś piętnaście minut dołączy do nas Potter z Weasleyem i prawdopodobnie Pansy. – Ginny nie miała więcej pytań, więc po prostu milczała. Nie czuła się zobowiązana do potrzymania konwersacji. Po ostatnim wyznaniu Zabiniego, co do którego nadal miała wiele wątpliwości, postanowiła być zwyczajnie uprzejma dla Ślizgona. Ni mniej, ni więcej. Chciała nadal trzymać go na dystans, jednocześnie nie będąc zbyt obcesową.
W końcu dotarli do Bijącej Wierzby, a Blaise odstawił swoją torbę na ziemię. Gdy zrobił jeszcze kilka kroków, drzewo zaczęło robić się niespokojne. Zatrzymał go głos towarzyszącej mu dziewczyny:
– Zaczekaj. – Odwrócił się, unosząc pytająco brew. – Może lepiej ja to zrobię? Jestem drobniejsza, więc trudniej będzie mnie trafić.
– Jesteś pewna?
– Poradzę sobie, już kiedyś to robiłam. – Posłała mu trochę wymuszony uśmiech. Zabini udał, że się zastanawia. W końcu zgodził się, aby to Ginny dotknęła drzewa i tym samym, unieszkodliwiła je. Dziewczyna związała długie włosy w kitkę i przystąpiła do działania.
Poszło jej nad wyraz dobrze, mimo że Wierzba drasnęła ją w ramię.
– To nic takiego – zwróciła się do Zabiniego, który podejrzliwe oglądał zadrapanie. –Idziemy? – Nastolatek pokręcił głową, a potem podniósł swoją torbę z ziemi.
– Zaczekamy na Pottera, on najlepiej orientuje się w tych tunelach. – Mimo że Blaise został dość dobrze poinstruowany przez Harry’ego, czuł się niepewnie. Poza tym odrobinę, ale tylko odrobinę bał się ciasnych pomieszczeń. Na samą myśl o czołganiu się przez tunel przeszły go ciarki. Ginny znów zamilkła, nie dopytując, dlaczego Blaise zmienił ich plan.
Niedługo potem nadszedł Ron. Odrobinę zdziwił się, widząc siostrę i Zabiniego przy drzewie.  Wyjął ręce z kieszeni spodni i poprawił różdżkę, którą miał przymocowaną do paska w spodniach.
– A wy nie w Chacie? – zapytał, podchodząc jeszcze bliżej.
– Postanowiliśmy zaczekać na Harry’ego – wyjaśniła Ginevra – Nie powinien być z tobą?
– I jest. – Usłyszeli naraz głos Pottera. Zabini rozejrzał się zdezorientowany, natomiast Ginny od razu zrozumiała, jakimi środkami ostrożności posłużyli się chłopcy. Harry zdjął z siebie i Pansy pelerynę niewidkę.
– Czy powinienem pytać? – odezwał się Blaise, patrząc w stronę przyjaciółki, ale Pansy ze śmiechem pokręciła głową.
– Nie ma co tu stać i marznąć. Najwyższa pora opuścić teren Hogwartu – powiedział Harry i ruszył przodem. Reszta dołączyła do niego bardzo szybko.
*
– Mogłabyś mi pomóc, przeciągnąć tamto pudło? – zapytała blondynka, szarpiąc się ze sporych rozmiarów kartonem. Jej towarzyszka porzuciła wypakowywanie walizki i podbiegła do siostry. Razem przeciągnęły karton na środek zakurzonego i brudnego pomieszczenia.
– Dzięki – mruknęła Astoria Greengrass, a potem rozkaszlała się od kurzu, który unosił się w powietrzu. Siostra podała jej szklankę wody, którą wyczarowała z niczego i odłożyła różdżkę.
– Tu nie da się pracować – oświadczyła blondynka, z niesmakiem rozglądając się po pomieszczeniu. – Co ta Pansy sobie myślała? Jak, na Salazara, one chcą się tu do czegokolwiek przygotować? – Astoria opadła na krzesło, stojące w kącie pomieszczenia. Wyzwoliła przy tym tumany kurzu i znów zaczęła kasłać. Daphne rozejrzała się po pomieszczeniu, mrużąc oczy. Było ciemne, zakurzone i zupełnie nie nadawało się do zadania, które im powierzono. Szatynka pewnie chwyciła różdżkę, która dotychczas spokojnie leżała na długim stole. Oprócz blatu z ciemnego drewna i kilku krzeseł w pomieszczeniu nie było żadnych mebli. Drzwi ktoś wyłamał i oparł o ścianę.
– Może ułatwimy sobie życie, co As? – zwróciła się do siostry, szukając w głowie odpowiedniego zaklęcia. Blondynka przystała na to bez wahania. Już po chwili pomieszczenie przesiąkło zaklęciami, z gracją rzucanymi przez siostry Greengrass.
*
Harry Potter podniósł się z klęczek i w końcu mógł stanąć na wyprostowanych nogach. Wrzeszcząca Chata wcale się nie zmieniła, wszędzie było ciemno, brudno i duszno. Mimo że gdzieś w oddali słyszał strzępki rozmów, nadal czuł się nieswojo.
– Lumos – mruknął, a koniec jego różdżki zapłonął jasnym światłem. Wyciągnął wolną rękę do Pansy, która właśnie wychodziła z tunelu i pomógł jej wstać. Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Zaraz potem z tunelu wyszła Ginny, Ron, a cały pochód zamykał Zabini.
– A więc mamy komplet – stwierdził Potter, wyciągając rękę do Blaise’a, który dźwigał się z klęczek.
– Nie zapominajcie o Hermionie i Draco – wtrąciła od razu Pansy.
– Niedługo tu będą, Hermiona doskonale zna te korytarze – zapewnił swoją dziewczynę Wybraniec.
– To, co teraz? – zapytał Ron, rozglądając się po wnętrzu Wrzeszczącej Chaty, nie tak ją zapamiętał.
– Teraz dacie nam trochę czasu na przygotowania – wyjaśniła Pansy. Ginny posłała jej zdziwione spojrzenie.
– Tutaj? – upewniła się rudowłosa nastolatka. Parkinson przytaknęła. Z samego rana wysłała list do sióstr Greengrass, licząc na ich pomoc. Wiedziała, że Astoria nie przepuści okazji do udanej imprezy. Miała tylko nadzieję, że Ślizgonki nie przesadzą z doborem kreacji…
– Astoria i Daphne zajęły się wszystkim – powiedziała w końcu, uśmiechając się znacząco do Gryfonki. Po jej słowach Ronald dziwnie pobladł, co nie uszło uwadze Pottera.
– Coś się stało, Ron?  – zwrócił się do przyjaciela, ale tamten tylko pokręcił głową. Rudzielec odtwarzał w głowie słowa Parkinson. „Astoria i Daphne zajęły się wszystkim”. A s t o r i a. Nie był na to gotowy. Pobladł jeszcze bardziej, a widząc, że wszyscy posyłają mu pytające spojrzenia, wykrztusił w końcu:
– Widziałem chyba pająka na tamtej ścianie. – Blaise parsknął śmiechem, Ginny się rozluźniła, a Pansy zerknęła na ścianę. Tylko Harry zdawał się pytać „czyżby?”.
Dziewczyny zostawiły panów samych sobie i ruszyły na poszukiwania sióstr Greengrass. Pansy usłyszała chichot Astorii zza zamkniętych drzwi.
– Tutaj – zwróciła się do Ginevry, która oddaliła się nieco, aby sprawdzić pomierzenie z połamanym łożem. Rudowłosa dziewczyna stanęła u boku Parkinson, a kiedy otworzyły drzwi – oniemiały.
*
– Przypomnij mi Granger, dlaczego się na to zgodziłem – sapnął Malfoy, podążając na czworakach za Gryfonką. Ręce miał ubrudzone ziemią, a pod palcami wyczuł, jakiegoś niezwykle ruchliwego robaka. Skrzywił się z odrazą i szybko posunął na przód. Hermiona nie odpowiedziała, skupiona na trasie, którą mieli pokonać. Nie uśmiechało jej się zgubić wśród tych korytarzy.
– Chyba widzę wyjście – powiedziała po dłuższej chwili, co Draco przyjął z niezwykłą ulgą.
W końcu wylądowali we Wrzeszczącej Chacie. Blondyn rozejrzał się, ciekawy tego owianego legendą budynku. Przypomniał sobie te wszystkie opowieści, którymi przerzucali się Ślizgoni na trzecim roku i uśmiechnął się pod nosem. Nie dostrzegł żadnych szczurów poprzybijanych do ścian, a o tym zapewniał go wtedy, tak gorliwie, Theodore Nott.
Ruszył zza Hermioną, która zdawała się znać budynek dość dobrze. Przenieśli się do większego pomieszczenia, które oświetlał duży żyrandol, gdyby nie spowijające go pajęczyny byłby naprawdę ładny. Właśnie tam, na potarganej kanapie siedział Harry i Ron. Hermiona nie myśląc wiele, zaczarowała mebel, przywracając mu dawną młodość. Kolejnym zaklęciem pozbyła się kurzu, który zalegał na parapetach, rozpadających się meblach i podłodze.
– A gdzie reszta? – zapytała w końcu, chowając różdżkę.
–  Czy te porządki były konieczne, Granger? – Zignorowała Malfoya, czekając, aż Harry lub Ron odpowie na jej pytanie.
– Zabini stwierdził, że się rozejrzy, a dziewczyny przygotowują się do imprezy. Mam nadzieję, że zdążą przed północą – rzucił Harry, na co Malfoy parsknął śmiechem.
– W końcu korytarza, drzwi po lewej – poinstruował ją Ron. Panna Granger uśmiechnęła się do niego i ruszyła w stronę wskazanego pomieszczenia. Malfoy westchnął i opadł ciężko na wolne miejsce obok Pottera.
– Całe wieki, zajmie jej ułożenie włosów, mam racje? – zwrócił się do towarzyszy niedoli. Ronald z powagą pokiwał głową. Czekali.
*
Hermiona przechodząc przez próg niepozornych drzwi, miała wrażenie, że trafiła do innego wymiaru. Zamrugała kilkukrotnie, upewniając się, że to, co widzi, jest prawdziwe. Pokój był bardzo dobrze oświetlony, w porównaniu z resztą domu, w którym panował co najwyżej półmrok. Przez całą długość pomieszczenia ciągnął się stół z ciemnego drewna. Zastawiony był po brzegi elegancką biżuterią, kosmetykami, które panna Granger widziała po raz pierwszy w życiu, przeróżnymi materiałami. Dostrzegła kawałek futra, które zarzucono tiulową spódnicą i wzorzystą, dopasowaną sukienką. Na stole stała nawet para czerwonych szpilek.
Hermiona wzięła głęboki wdech i zamknęła drzwi, dopiero teraz zauważyła czwórkę nastolatek, biegających wokół stołu.
– Nareszcie jesteś – powitała ją Pansy. Odłożyła fioletową sukienkę, którą przykładała do siebie przed ogromnym lustrem. Co dziwniejsze, zwierciadło lewitowało kilka centymetrów nad ziemią, nie dotykając ściany. Astoria zaprzestała wypakowywania butów z wielkiego kartonu, częściowo wepchniętego pod stół i się wyprostowała.
– Mamy mało czasu – powiedziała ze śmiertelną powagą – więc mam nadzieję, że będziesz mniej wymyślać, niż twoja rudowłosa przyjaciółka. – Hermiona nie wiedziała co na to odpowiedzieć i dopiero teraz zauważyła jak Ginny w towarzystwie Daphne Greengrass, przerabia niebieską, długą do ziemi suknię za pomocą czarów. Nagle sukienka stała się krótsza o połowę. 
– Oh, daj jej spokój, As – roześmiała się Pansy, rozluźniając atmosferę. Panna Granger podeszła bliżej długiego stołu. W oczy od razu rzuciła jej się książka. Niewielka z purpurową okładką.
– „Magia estetyczna” – odczytała pod nosem tytuł.
– Dość przydatna pozycja – wyjaśniła Astoria, uśmiechając się przyjaźnie. Hermiona wzięła książkę i otworzyła gdzieś w połowie. Trafiła na rozdział o dobraniu koloru pomadki do kształtu ust. Przekartkowała dalej – „Jak usunąć piegi?”. Dalej – „nieszkodliwe korekty nosa”. Zamknęła książkę i odłożyła ją.
– Od czego zaczynamy? – zwróciła się do blondynki.
– Od umycia rąk. – Hermiona zerknęła na swoje dłonie, wciąż były brudne, a pod paznokciami znalazła drobinki ziemi. Zarumieniła się i ruszyła za Astorią do umywalki, nad którą lewitowało kolejne lustro. Po tym, jak panna Greengrass sprawiła, że jej wiecznie rozdwojone paznokcie, w końcu urosły do przyzwoitej długości i pokryły się brokatową emulsją, postanowiła całkowicie oddać się w jej ręce. 
*
W końcu stanęły ramię w ramię przed dużym lustrem i zgodnie stwierdziły, że to już szczyt możliwości Astorii. Choć każda wyglądała zupełnie inaczej, tego wieczoru wszystkie były piękne. Hermiona wciąż nie miała na sobie butów i nadal nie mogły się doszukać drugiego z długich, kryształowych kolczyków, które zamierzała założyć Daphne. Najmłodsza z dziewczyn, jako jedyna całkowicie upięła włosy, odsłaniając łabędzią szyję, długie kolczyki idealnie podkreśliłyby jej owalną twarz i smukłe ramiona. Zaklęcia nie pomagały w odnalezieniu zguby, bo jakby nie formułować wypowiedzi, zaklęcie przywoływało wszystkie kolczyki w pokoju, a tych było dużo za dużo. Czarne, wysokie szpilki czekały równo ułożone obok długiego stołu, ale panna Granger wciąż patrzyła na nie z niechęcią.
– Naprawdę nie macie czegoś, w czym nie skręcę kostki? – rozpaczliwie zapytała Hermiona, nie było już czasu na wymyślanie. Astoria prychnęła, po czym doskoczyła do kartonu, wepchniętego pod stół. Jej czerwona, długa do ziemi suknia zafalowała. Hermiona odkrywczo stwierdziła, że blondynka była naprawdę piękna. Długa suknia, zabudowana pod szyją, odkrywała smukłe plecy Ślizgonki, na które swobodnie opadały podkręcone zaklęciem włosy. W końcu dziewczyna wyprostowała się, a w rękach trzymała parę złotych sandałków.
– To buty do tańca, dlatego nie są tak wysokie. Nieziemsko wygodne. – Podała pantofle Hermionie, która przyjęła je z wdzięcznością.
– Jesteś najlepsza! – W przypływie nagłych czułości Granger przytuliła zaszokowaną Ślizgonkę, a chwilę potem całą piątką tuliła się do Astorii.
– Koniec tego, bo zniszczycie mi fryzurę! – Blondynka z trudem łapała powietrze. W końcu dziewczyny ustąpiły, a Hermiona pospiesznie włożyła buty. Ostatni raz zerknęła w lustro. Była nie do poznania. Ubrana w złotą sukienkę, którą wybrała dla niej Astoria i biżuterię tego samego koloru. Materiał zakładał się na siebie przy biuście, a potem odcinał w talii paskiem. Sukienka nie sięgała kolan Gryfonki, odsłaniając nogi. Wciąż nie była przekonana do czerwonej pomadki, którą umalowała ją Daphne, ale postanowiła dać temu spokój. Powiodła wzrokiem po reszcie dziewczyn, choć wystrojone w te wytworne suknie wcale nie przypominały nastolatek. Pansy mrucząc pod nosem zaklęcia, wciąż na nowo podkręcała końcówki włosów różdżką. Miała na sobie czarną sukienkę z koronkowymi wstawkami i srebrną biżuterię. Na szyi zawiesiła naszyjnik ze smokiem, który dostała od Harry’ego.
– Możemy już iść? Obawiam się, że jeszcze trochę i pójdą bez nas… – odezwała się Daphne, nerwowo wpinając sobie brakujący kolczyk.
– O, znalazłaś go jednak! – zauważyła Ginny, spryskując się perfumami. Ślizgonka z uśmiechem pokiwała głową.
– Czy wszystkie są gotowe? – upewniła się Pansy.
Potem wyszły w noc. 






sobota, 19 sierpnia 2017

Rozdział 67



 Przychodzę do Was z nowym rozdziałem, ale na wstępie muszę się przyznać - nie jestem z niego zadowolona. Szczególnie scena, która otwiera tą część historii nie poszła po mojej myśli. Chyba dobra kreacja Ginny i Blaise'a jest ponad moje możliwości... Niemniej - starałam się.

Nie przedłużam i zapraszam do czytania (i komentowania)!
~Pani M.


Rozdział 67 – Znów w domu.


Ginny Weasley, niosąc pod pachą grubą księgę, zmierzała w stronę biblioteki. Postanowiła podciągnąć swoje stopnie z transmutacji w przyszłym semestrze, ale żeby to osiągnąć czekało ją parę ciężkich wieczorów, spędzonych w bibliotece. Nie chciała marnować czasu. Zauważyła, że przez ostatnie wydarzenia, w dużej mierze związane z Blaisem, opuściła się w nauce. Nigdy nie była orłem, ale zazwyczaj zgarniała przyzwoite stopnie. Oprócz nauki zaniedbała również przyjaciół, nie potrafiła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio rozmawiała z Nevillem, czy koleżankami ze swojego rocznika. Czuła, że zaniedbała ludzi, na których naprawdę jej zależało. Kiedy ostatnio rozmawiałam z Georgem? Była na siebie wściekła. Zapatrzona w Zabiniego, zostawiła za sobą wszystkich, których kochała i wiedziała, że to była tylko i wyłącznie jej wina. Ginny czuła się jak idiotka.
Pchnęła podwójne drzwi, wchodząc do biblioteki. Przywitała panią Pince i od razu skręciła w stronę działu ksiąg związanych z transmutacją. Ginny znała te regały aż zbyt dobrze, sama nie wiedziała, dlaczego przedmiot McGonagall sprawiał jej tyle trudności. Znalazła interesujący ją wolumin. Ostrożnie zdjęła go z półki i zajęła miejsce przy stoliczku.
– Lumos – mruknęła, a lampka, stojąca na drewnianym blacie zaświeciła żółtym światłem. Usiadła na twardym krześle i pochyliła nad książką. Odszukała w spisie treści rozdział, omawiany na ostatnich lekcjach i zabrała się za robienie notatek. Po pół godziny odłożyła na chwilę pióro i wstała rozprostować nogi. Przeszła dwa razy wzdłuż regałów, przeskakując wzrokiem z jednego grzbietu książki na kolejny.
– Szukałem cię. – Usłyszała czyjś głos za plecami. Nie wzdrygnęła się, bo nie tak łatwo było ją wystraszyć. Odwróciła się, krzyżując ręce na piersiach. Nie zdziwił ją widok Blaise’a. Chłopak od śniadania sprawiał wrażenie, jakby chciał z nią porozmawiać, wiedziała, że ten moment nadejdzie.
– Znalazłeś – rzuciła obojętnie. Kącik jego ust uniósł się do góry.
– Chciałem wiedzieć, jak bardzo mnie nienawidzisz, zanim powiem cokolwiek więcej.              
– Bardzo – niemal warknęła dziewczyna. To, co zrobił jej Ślizgon, było czymś więcej niż gwarantowanym pobytem w skrzydle szpitalnym. Miała po prostu złamane serce. Naprawdę się w nim zadurzyła, a on potraktował ją jak zwykłą szmatę. Oczywiście wiedziała, że jest równie winna, jak Blaise. Nikt nie kazał jej wskakiwać na kolana Michaela Cornera, ale, cholera, tak bardzo nie chciała, żeby ktoś dowiedział się o jej związku ze Ślizgonem. Gdyby postąpiła inaczej… gdyby… Ginevra wiedziała, że jest za późno na spekulację.
– Na początku chciałem cię przeprosić, ale chyba zwykłymi przeprosinami niczego nie osiągnę…
– Niezwykłymi też nie – wtrąciła Gryfonka, robiąc krok w stronę Blaise’a. W bibliotece nie wolno było rozmawiać, toteż dwójka uczniów musiała mówić naprawdę cicho.
– Mam tylko nadzieję, że kiedyś spojrzysz na mnie bez tego strachu w oczach.
– Nie boję się ciebie. – Głos dziewczyny, choć cichy, zabrzmiał pewnie, ale Zabini nie dał się oszukać. Uśmiechnął się i wyciągnął dłoń w stronę twarzy Gryfonki, a ta natychmiast się odsunęła.
– Twoje czyny przeczą twoim słowom, Gin.
– Jesteś żałosny, to wszystko jest żałosne. Skończmy tę szopkę. Co ty właściwie chcesz osiągnąć? – Ginny podniosła głos, więc zaraz rozległ się wrzask bibliotekarki, że w pomieszczeniu obowiązuje bezwzględna cisza. Chłopak nachylił się nad dziewczyną i ściszając głos do szeptu, kontynuował rozmowę:
– Nie chciałem, żeby tak wyszło, ale doskonale wiesz, że nie jesteś bez winy.
– Nawet nie wiesz, co tam się stało, nie masz prawa mnie oceniać! – Dziewczyna znów zaczęła podnosić głos.
– Nie podniecaj się tak, bo nas stąd wyrzuci – upomniał ją Blaise, co spowodowało, że na policzkach Ginevry zakwitły czerwone rumieńce.
– A teraz powiem ci, co tam się stało, a ty skoryguj, jeśli się mylę.
– Pomyłką było zadawanie się z tobą – fuknęła, ale postanowiła wysłuchać Ślizgona. Ostatecznie nie miała niczego do stracenia.
– Corner wiedział, że z kimś się spotykasz i postanowił dowiedzieć się z kim. Ty oczywiście spanikowałaś, bo przecież „nikt nie może się o nas dowiedzieć, Blaise” – parodiował jej głos. – Więc zgodziłaś się na wszystko, co ten idiota wymyślił. Mam rację? – Patrzył na nią z wyższością. Ginny westchnęła.
– Tak, ale…
– Żadnego „ale”, oboje zawiniliśmy, tyle.
– Tyle? Tyle? Blaise, pobiłeś mnie do nieprzytomności, nie sądzę, że to „tyle”.  – Chłopak słyszał, że głos jej się łamie. Wiedział, że wtedy przesadził, ale to był odruch. Nie kontrolował się. Chciał coś jeszcze powiedzieć, ale pani Pince wychyliła się zza rogu:
– Minus dziesięć punktów dla Slytherinu i Gryffindoru. Jeśli chcecie hałasować, róbcie to poza biblioteką. –  Irma Pince poprawiła swoje okulary i zniknęła za kolejnym regałem.
– Chodźmy – powiedział Ślizgon i wyciągnął rękę w stronę dziewczyny. Ginny przecząco pokręciła głową.
– Mam do odrobienia transmutację, przeszkadzasz mi. Jeśli tylko tyle masz do powiedzenia, to wracam do nauki. – Usiadła nad otwartą książką, ale wtedy Zabini zgasił lampkę i zamknął jej wolumin przed nosem.
– Mam do powiedzenia o wiele więcej. – Chwycił ją za ramię i pociągnął do góry. Wyrwała się z jego uścisku, oburzona tym, jak ją potraktował.
– Może mnie pobij, będę stawiała mniejszy opór!
– Nie rób przedstawienia, tylko chodź – powiedział spokojnie i znów chciał ją złapać za ramię. Ginny prędko się odsunęła.
– Nigdzie z tobą nie pójdę!
– DOŚĆ TYCH WRZASKÓW! ODEJMUJĘ WASZYM DOMOM KOLEJNE DZIESIĘĆ PUNKTÓW! TO OSTATNIE OSTRZEŻENIE! – Żyłka na czole pani Pince pulsowała, a jej twarz była czerwona niczym dorodny pomidor. Ginny spojrzała na Zabiniego i skinęła mu głową. Potem pozbierała szybko swoje rzeczy.
– Przepraszamy – rzuciła cicho do bibliotekarki i razem z chłopakiem pospiesznie opuściła pomieszczenie.
– Przez ciebie nie zdam transmutacji – rzuciła cierpko. Kierowała się do wieży Gryffindoru, nie zwalniając ani na moment. W tym, co powiedział jej Blaise, było trochę prawdy, bała się przyznać, że spotyka się ze Ślizgonem i dlatego sprawa z Cornerem miała tak fatalny finał. Blaise pociągnął ją za sobą w stronę bardziej ustronnego miejsca, choć w czasie przerwy świątecznej, Hogwart i tak świecił pustkami. Gryfonka nawet nie zarejestrowała, że Zabini wciąż trzymał przegub jej nadgarstka.  Chłopak przystanął przy wejściu na wieżę zegarową.
– Panie przodem – mruknął i puścił rękę wściekłej jak osa dziewczyny.
– Jeśli tam wejdę i zgodzę się z tobą porozmawiać, dasz mi spokój? – zapytała, mając nadzieję, że po tej rozmowie Ślizgon zostawi ją w spokoju.  
– Tak – powiedział pewnie, wyczekująco patrząc w jej oczy. Ginny westchnęła i zaczęła wspinać się po stromych stopniach. Nie rozumiała, dlaczego Zabini wciąż ją męczy, ale, choć trudno jej było to przyznać, cieszyły ją jego próby. Może nie jest za późno, żeby uratować… Co właściwie chcesz ratować, głupia. W końcu stanęła na szczycie wieży. Rozciągał się stąd widok na ośnieżone pola i lasy wokół zamku.
– Pięknie, prawda? – zapytał Blaise, jak za każdym razem, gdy przyprowadzał tu jakąś dziewczynę. To było jego miejsce, zapomniane przez innych uczniów, niedoceniane. Zazwyczaj otrzymywał twierdzącą odpowiedź, więc mógł przejść do zapewnień, że z nikim wcześniej tu nie był. Już dawno doszedł do wniosku, że wszystkie dziewczyny działają podobnie, więc opracował niemalże niezawodną taktykę, która pozwalała podbić serca uczennic Hogwartu. Jednak zauważył, że z Ginny było trochę inaczej. Oczywiście nie z nią jedną, ale z jakiegoś powodu tym razem nie chciał odpuścić.
– Ymm ładny, Blaise, chyba że mieszkasz na wsi i widzisz takie rzeczy codziennie, wtedy jest po prostu przeciętny. Jak kto woli. – Wiedział. Wiedział, że nie zachwyci się jak większość przyprowadzonych tu przez niego dziewczyn.
– Może też powinienem zamieszkać na wsi – powiedział Ślizgon, łapiąc jej spojrzenie. Ginny oparła się plecami o barierkę i spojrzała na Blaise’a.
– Pewnie masz ze cztery posiadłości na wsi, a jeśli nie, poproś matkę, na pewno ci kupi przy błahej okazji. Może nawet z całą wsią… – kpiąco powiedziała rudowłosa. Zabini spuścił wzrok, uśmiechając się pod nosem.
– Raczej już nikt mi niczego nie kupi.
– Co to niby znaczy? – Ginevra zmarszczyła nos, co uwydatniło piegi.
– Zrzekłem się majątku, Gin. – Ślizgon obserwował, jak niebieskie oczy dziewczyny rozszerzają się, a ręce, które dotychczas trzymała skrzyżowane na piersi, opadają wzdłuż tułowia.
– Co takiego? Dlaczego? Jak? Co ty w ogóle mówisz? – Gryfonka doskonale wiedziała, co dla arystokraty oznacza zrzeczenie się majątku. Blaisowi nie pozostało nic, oprócz nazwiska. W wypadku śmierci Zofii cały majątek przejmie bank, ciemnowłosy nastolatek nie dostanie złamanego kunta. Dziewczyna powoli wypuściła powietrze.
– Zrobiłem to dla ciebie – powiedział Blaise, obserwując reakcję Gryfonki. Właściwie Ginny miała niewiele wspólnego z jego decyzją,  zrobił to z zupełnie innych powodów, ale czego się nie robi, aby zdobyć serce dziewczyny? Chłopak czuł, że to najbardziej szatański z jego planów.
– Nie rozumiem – przyznała w końcu nastolatka. W jej spojrzeniu coś się zmieniło, a Zabini zawył w duchu z radości. Znów jest moja. Pomyślał, ale opanował emocję, kontynuując niebezpieczną grę.
– Moja matka jeszcze przed tym całym incydentem z Cornerem, chciała, abym w czasie przerwy świątecznej poznał ją z moją dziewczyną. Z tobą, Gin. – Gryfonka nie przerwała, choć nie zgadzała się z określeniem, które przypisał jej chłopak. – Napisałem jej o tobie. Wściekła się, zabronił mi się z tobą spotykać, odgrażała się. Mówiła, że jeszcze zobaczę. Miałem ją głęboko gdzieś, aż w końcu… powiedziała – Blaise zaczął się plątać. – Powiedziała, że sprawi, że znikniesz z mojego życia, bo nie pozwoli, żeby zdrajcy krwi położyli łapy na jej majątku. Ironia, co nie? Jakby czegokolwiek dorobiła się sama – Ślizgon parsknął. – Wiedziałem, do czego jest zdolna, ona… miała różne sposoby. W końcu jakoś sprzątła siedmiu mężów i nikt nie zadawał pytań. Cholernie się wtedy o ciebie bałem. Napisałem, że skoro pieniądze są dla niej takie ważne, to zrzekam się majątku. Myślała, że żartuję, że tylko tak mówię. Pojechałem do domu na święta i choć już wtedy mnie nienawidziłaś… Zrobiłem to. Oddałem swoje prawa do wszystkiego, co posiadałem. Do wszystkich posiadłości, skrytek bankowych, zabytkowych przedmiotów. Zostawiłem to wszystko dla ciebie, Gin. Chciałem, żebyś była częścią mojego dalszego życia, choć pewnie nie będzie proste. – Po tej serii kłamstw i ckliwości zapanowała cisza. Blaise nie mógł wyczytać nic z twarzy Gryfonki. Nie wiedział, czy mu wierzy. Z drugiej strony nie dał jej żadnych powodów, dla których miałby kłamać.
– Czy to cokolwiek dla ciebie zmienia, Gin? Czy moje poświęcenie cokolwiek znaczy? – Powoli kiwnęła głową. Na twarzy Ślizgona pojawił się szeroki uśmiech, liczył, że Ginevra rzuci mu się w ramiona, obdarzy namiętnym pocałunkiem. Większość dziewczyn po takim wyznaniu skończyłaby z nim w łóżku, ale od Ginny usłyszał tylko:
– Nie nienawidzę cię, Blaise. Uznaj to za sukces.
Rudowłosa nastolatka uciekła z wieży zegarowej. To, czego się dowiedziała, przygniotło ją, było jak kula u nogi. Nie mogła uwierzyć w słowa Ślizgona. Miała jeszcze tyle pytań, tyle wątpliwości! Choć to, co zrobił Zabini było, bezdyskusyjnie, dużym poświęceniem.
*

Dwójka nastolatków usiadła do kolacji. Tak mało osób pamiętało, że jeszcze nie są dorośli, wymagano od nich tak wiele, że i oni czasem zapominali, że wciąż są dziećmi. Hermiona nie pamiętała, kiedy ostatnio śmiała się do łez z przyjaciółmi, kiedy ostatnio pospała trochę dłużej. Nie chciała być dorosła, ale tego od niej wymagano, więc tak się zachowywała. Draco poprawił przekrzywiony widelec, aby wszystkie sztućce leżały równo obok białego talerza. Nie pamiętał, kiedy ostatnio jadł pizzę, leżąc z kartonowym pudełkiem w łóżku. Kiedy miał na sobie zwykły dres, zamiast spodni wyprasowanych w kant.
– Smacznego – powiedziała cicho Gryfonka, nakładając sobie na talerz pieczeń z ziemniaczkami. Polała wszystko sosem i oblizała kciuk. Draco obserwował ją z drugiego końca stołu, ale po chwili sam zabrał się za jedzenie. Oboje grzebali widelcami w talerzach. Hermiona nie mogła nic przełknąć z obawy przed jutrzejszym procesem. Wszystko zależało od Lucjusza Malfoya. Czuła się bezsilna. Draco miał kilka pytań do dziewczyny, ale nie chciał, żeby myślała, że przejmuje się jej samopoczuciem, więc uparcie milczał.
– Nie smakuje ci? – Dziewczyna pytająco uniosła brew. Od dłuższej chwili przyglądała się Malfoyowi, który bawił się jedzeniem. Sama niewiele zjadła, ale jej zachowanie miało swoje uzasadnienie. Ślizgon gwałtownie podniósł głowę, wlepiając wzrok w twarz Hermiony. Poczuła się odrobinę speszona, kiedy tak taksował ją spojrzeniem.
– Denerwujesz się?  – zapytał nagle, a panna Granger odwróciła wzrok. Malfoy mówił dalej, udając, że nie widział niechęci Gryfonki do kontynuowania tej rozmowy:
– Nie musisz odpowiadać, wiem, że tak. W końcu twoje dalsze życie zależy  od mojego ojca. Ironia, co nie? – Hermiona spojrzała na niego, mrużąc oczy. Już chciała zadać, cisnącej się na usta pytanie, ale Draco znów się odezwał:
– Nie pytaj, ironiczne jest to, że jesteś na jego łasce, tak samo jak ja, na twojej. – Zapanowała cisza, podczas której Hermiona analizowała całą wypowiedź blondyna. Nie wierzyła, że porównał ją do Lucjusza. Czy jest mu ze mną tak źle? Zastanawiała się, ale po chwili Draco rozwiał wszystkie jej wątpliwości. – Chociaż nie, zupełnie nie… O Merlinie, mam cholerne szczęście, że trafiłem na ciebie. – Hermiona nie skomentowała jego wywodu. Wlepiła wzrok w talerz z rozgrzebaną kolacją, ale na jej ustach można było dostrzec nieśmiały uśmiech.
***

Szatynka wzięła głęboki wdech, kiedy lewe skrzydło masywnych drzwi się uchyliło. W korytarzu pojawił się wysoki urzędnik. Czarna szata sięgała mu do kostek, a głowę miał nakrytą niewysoką, szpiczastą czapką. Kurczowo zaciskał dłoń na różdżce. Odchrząknął i przemówił do zgromadzonych w korytarzu.
– Wielka Rada Wizengamotu jeszcze nie przybyła, opóźnienia tym spowodowane nie wynikają z winy Ministra Magii. Proszę uzbroić się w cierpliwość i zrobić przejście dla świadka, doprowadzonego z Azkabanu. – Hermiona czekała na każde kolejne słowa czarodzieja, ale ten zniknął za drzwiami. Jej niepokój rósł z każdą minutą zwłoki. Nieprzyjemne uczucie w brzuchu nie dało o sobie zapomnieć nawet na chwilę. Obok niej siedział Draco, co chwilę strzepywał niewidzialny pyłek ze swoich spodni, marszczących się wokół kolan. Czy on też się stresuje?  Zastanawiała się panna Granger, ale szybko doszła do wniosku, że chłopak nie ma powodów do obaw. Potarła zmęczoną twarz i wtedy usłyszała kroki i dźwięk, jaki wydawały łańcuchy ciągnięte po podłodze. Z końca korytarza tam, gdzie mieściły się windy, w ich stronę zmierzał Lucjusz Malfoy, w asyście dwóch strażników. Nie uszło uwadze dziewczyny, że skute miał zarówno ręce, jak i nogi. Narcyza, która jeszcze przed momentem zajmowała miejsce obok Draco, wstała. Poprawiła długą do ziemi, prostą, butelkowozieloną suknię i spojrzała prosto w oczy męża. Nic nie powiedziała, ale Lucjusz niezauważalnie kiwną jej głową, a potem strażnicy pociągnęli go w stronę wejścia na salę rozpraw. Kiedy zamknęły się za nim drzwi, Narcyza znów zajęła swoje miejsce. Kiedy ojciec Malfoya przechodził obok Hermiony, dziewczyna dostała gęsiej skórki. Czuła się jeszcze gorzej niż wcześniej. Nagle nastało jakieś poruszenie, reszta świadków obecna w korytarzu, poderwała się i zaczęła wchodzić na salę. Hermiona nie rozumiała, co się dzieje, co przegapiła. Z windy nagle wyszła trójka pracowników ministerstwa, ubrana w czerwone szaty i czapki tego samego koloru. Spóźnieni członkowie Rady Wizengamotu. Za nimi szła McGonagall. Odszukała wzrokiem dwójkę nastolatków. Podeszła do nich żwawo, poprawiając okulary. Skinęła głową Narcyzie, a potem uformowała usta w coś na kształt pokrzepiającego uśmiechu. Położyła rękę na ramieniu panny Granger, jakby chciała dodać jej otuchy, a potem pospiesznie weszła na salę rozpraw za członkami Rady. Oddech Hermiony przyśpieszył, było już tak blisko, za chwilę miały paść decyzję, które zaważą na jej całym przyszłym życiu. Wielkie drzwi znów się otworzyły.
– Oskarżona proszona na salę – powiedział ten sam wysoki czarodziej, który informował o opóźnieniu rozprawy. Hermiona miała wrażenie, że było to lata temu. Podniosła się szybko z twardej ławy i wtedy ktoś chwycił jej rękę. Odwróciła głowę, a jej wzrok skrzyżował się ze stalowym spojrzeniem Draco. Chłopak splótł jej palce ze swoimi i powoli wstał. Nachylił się do ucha Gryfonki i szepnął:
– Cokolwiek tam się stanie, będę z tobą. Będę tuż obok. – Mocniej ścisnął jej dłoń, kiedy chciała go puścić i wejść na salę rozpraw. Rozplótł ich palce dopiero za wielkimi drzwiami.
*

– Oczyszczona ze wszystkich zarzutów – powiedział wyraźnie Minister Magii - Kingsley Shacklebolt. Trzask drewnianego młotka dźwięczał w uszach Hermiony jeszcze długo po tym, gdy Rada Wizengamotu opuściła salę rozpraw. Myślała, że rozpłacze się ze szczęścia. Nie dane jej było usłyszeć zeznań Lucjusza, więc do samego końca nie wiedziała, jak potoczą się jej losy. Powoli podniosła się z ławy oskarżonych. Podeszło do niej kilku czarodziejów, w tym sam Minister, aby uścisnąć jej dłoń. Shacklebolt przepraszał za stres, jaki zafundowało jej Ministerstwo, ale tłumaczył, że takie były procedury. Panna Granger nie słuchała go zbyt uważnie, czuła się tak lekko, beztrosko. Była szczęśliwa. Po krótkiej chwili Minister Magii pożegnał się z nastolatką, gnając na kolejne spotkanie. Hermiona szukała białych włosów Malfoya w tłumie opuszczających salę czarodziejów, ale nie potrafiła go wypatrzeć.
– Mówiłem, że będę tuż obok – usłyszała za sobą jego słowa. Odwróciła się z uśmiechem. Draco stał za nią z otwartymi rękami, widział jak się waha, więc nie czekając, objął dziewczynę, przyciągając jej smukłe ciało bliżej siebie. Hermiona wtuliła głowę w zagłębienie między jego obojczykiem a szyją. Stali tak dłuższą chwilę, podczas gdy kolejni świadkowie oraz członkowie rady tłoczyli się przy drzwiach.
– Chyba nic mnie dzisiaj nie zaskoczyło tak, jak widok waszej dwójki teraz. – Panna Granger usłyszała za sobą głos McGonagall. Odsunęła się od Malfoya, choć miała wrażenie, że chłopak puścił ją niechętnie. Nadal czuła jego rękę na swoich plecach.  Dyrektorka od razu dostrzegła rumieńce na policzkach swojej podopiecznej, ale nie skomentowała tego. Widok nienawidzącej się dwójki zbił ją z tropu. Odchrząknęła, a potem zwróciła się do szatynki:
– Oficjalnie możesz wrócić do Hogwartu, Hermiono. Nawet od zaraz. – Oczy Gryfonki rozbłysły, a na jej ustach pojawił się uśmiech.
– Bardzo pani dziękuję, pani dyrektor.
– Nie będę wam już przeszkadzać. – McGonagall uśmiechnęła się sztywno i już zamierzała odejść, ale zatrzymało ją pytanie panny Granger:
– Czy Malfoy również może już wrócić do zamku? – Dyrektorka odwróciła się, mrużąc oczy. Właściwie była przygotowana na powrót pana Malfoya dopiero po przerwie świątecznej, jednak po szybkich kalkulacjach doszła do wniosku, że te parę dni nie zrobi nikomu różnicy.
– Nie widzę przeszkód, już wszystko jest gotowe. – Nastolatkowie popatrzeli po sobie, bo słowa dyrektorki wydały się dość zagadkowe.
– Po obiedzie widzę was w moim gabinecie – dodała starsza kobieta i odeszła w stronę drzwi. Hermiona przez chwilę jeszcze wpatrywała się w postać McGonagall. Nie rozumiała, co miało być „gotowe”, ale dała temu spokój, wiedząc, że nie dowie się przed obiadem.
– Znajdźmy twoich rodziców, chciałam zamienić z nimi parę słów. – Draco spojrzał na Gryfonkę, jakby dziewczyna oznajmiła, że adoptowała hipogryfa.
– Czy się przesłyszałem? – zapytał ze śmiechem, biorąc to za żart, ale nastolatka pokręciła głową. Była całkowicie poważna. Chłopak westchnął.
– Dobrze, pewnie czekają na korytarzu. – Ruszyli w stronę drzwi wyjściowych, opuszczając salę, jako jedni z ostatnich.
– Emm… Malfoy? – Chłopak dostrzegł na policzkach dziewczyny rumieńce.
– Mhm?
– Wciąż mnie obejmujesz… – powiedziała cicho, a Draco uświadomił sobie, że Gryfonka ma rację. Nieśpiesznie zdjął rękę z jej tali.
– Przeszkadzało ci to? – zapytał, przepuszczając ją w drzwiach. Hermiona odwróciła się do niego i już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, ale ponad jej ramieniem Ślizgon dostrzegł Lucjusza i Narcyzę.
– Dokończymy tę rozmowę innym razem – mruknął, spoglądając gdzieś ponad jej głowę. Hermiona podążyła za jego wzrokiem i zatrzymała się nagle przed państwem Malfoy. Lucjuszowi towarzyszył tylko jeden strażnik. Narcyza uśmiechnęła się do Hermiony, choć był to trochę wymuszony uśmiech. Panna Granger poczuła się dość niezręcznie, mimo że sama chciała porozmawiać z rodzicami Draco. Przełknęła ślinę i opanowała drżenie rąk.
– Dziękuję, że wycofał pan oskarżenia – powiedziała dość cicho, na szczęście głos jej nie zadrżał. Lucjusz uśmiechnął się dość paskudnie.
– Nawet najgorszym wrogom nie życzyłbym trafienia do Azkabanu. Nie życzę tego nawet tobie, choć jesteś zwykłą – Słowo „szlamą” zaczęło formować się w ustach mężczyzny, ale Narcyza posłała mu takie spojrzenie, że Lucjusz nie dokończył swojej wypowiedzi. Hermionę mało obeszły niewypowiedziane słowa, były niczym w porównaniu z obelgami, które usłyszała kilka dni temu w Malfoy Manor.
– Dziękuję również pani, pani Malfoy. Za wszystko, co zrobiła pani w mojej sprawie. – Narcyza skinęła jej głową, nie odezwawszy się słowem.
– Powinniśmy już iść, trzeba spakować bagaże – odezwał się Draco, ignorując całkowicie swoich rodziców. Gryfonka spojrzała na niego i skinęła głową.
– Do widzenia – powiedziała, jak zawsze uprzejma i skierowała się w stronę wind.
– Poczekam na ciebie na górze – mruknęła do Draco, chciała dać mu czas, żeby mógł pożegnać się z rodzicami.
– Nie trzeba, pójdę z tobą – powiedział, siląc się na spokój. Obrzucił Lucjusza nienawistnym spojrzeniem.  – Dziękuję – zwrócił się do Narcyzy – napiszę, gdy już będę w szkole. – Kobieta uśmiechnęła się szeroko na wieść o powrocie syna do Hogwartu, choć McGonagall poinformowała ją już wcześniej.
– Kochamy cię – powiedziała kobieta, na co Draco cały się spiął. Sztywno skinął głową, nie zaszczyciwszy ojca spojrzeniem. Może i uściskałby Narcyzę, ale jeszcze nie był na to gotów. Zamiast tego uśmiechnął się do niej w dość wymuszony sposób i odwrócił się, powoli idąc wzdłuż korytarza. Mimo wszystko cieszył się, widząc rodziców razem. Wiedział, że Lucjusz nie poradziłby sobie bez Narcyzy. Choć nie rozumiał, dlaczego jego matka wciąż kocha takiego łotra.
 Dogonił Gryfonkę, która stała przy windach.
– Chodźmy Granger. Wracamy do domu – powiedział i już chciał objąć ją ramieniem, ale w porę się powstrzymał.
*

Ron razem z Harrym siedzieli w pokoju wspólnym Gryfonów, poranek mijał im bardzo leniwie, choć pora obiadu zbliżała się nieuchronnie. Czekali cierpliwie na jakiekolwiek wieści od Hermiony. Chociaż jedną z rzeczy, której nauczyli się w tym roku była cierpliwość. Natomiast Ginevra od rana biegała po zamku, wypatrując kogokolwiek zorientowanego w sprawie jej przyjaciółki. Niestety nie widziała się z McGonagall, toteż próbowała pociągnąć innych nauczycieli za język, jak na złość nikt nic nie wiedział, choć Gryfonka uparcie twierdziła, że specjalnie nie chcą jej nic powiedzieć. Rudowłosa nie mogła usiedzieć w miejscu. Ron po raz trzeci ograł Harry’ego w szachy. Na co okularnik skrzywił się nieznacznie.
– Musisz się bardziej starać – parsknął śmiechem Ron, chowając grę. Nie od dziś było wiadomo, że Ronald prawie nie ma sobie równych, jeśli chodziło o szachy czarodziejów. Ginny wpadła do pokoju, przez dziurę pod portretem. W lewej ręce trzymała do połowy zjedzone jabłko. Przeszła energicznie przez pokój i usiadła w fotelu naprzeciw wylegujących się Rona i Harry’ego. Brunet wyprostował się, a coś w jego karku nieprzyjemnie strzeliło.
– Oczywiście nikt nic nie wie, nadal – powiedziała Ginny, a potem dokończyła swoje jabłko.
– Uspokój się, jeśli coś się wydarzy, będziesz wiedzieć pierwsza – powiedział Ron spokojnie. Położył nogi na dolną półkę w stoliku. Ginny tylko wywróciła oczami i wstała, żeby wyrzucić ogryzek. Kiedy stała nad koszem na śmieci do pokoju weszła Parvati. Kilka par oczu zwróciło się w jej stronę, choć pokój wspólny Gryfonów raczej świecił pustkami, lwia część uczniów spędzała święta w domu i tylko nieliczni zaszczyciła Hogwart swoją obecnością podczas przerwy. Dziewczyna rozejrzała się niepewnie, a potem podeszła prosto do Harry’ego i Rona.
– Widziałam Hermionę w zamku. Wracałam właśnie z kuchni, kiedy ona i…
– Cooo? Hermiona, tutaj? –  Ginny z prędkością światła znalazła się przy Parvati.
– Tak, miała w ręce bagaż i…
– Gdzie ją widziałaś? – przerwała niegrzecznie rudowłosa Gryfonka. Parvati zmarszczyła ciemne brwi i przeniosła wzrok na podekscytowaną dziewczynę.
– Szła w stronę skrzydła szpitalnego.
– Dziękuję! – krzyknęła Ginevra, będąc już przy wyjściu. Kiedy dziewczyna zniknęła w przejściu, Harry zwrócił się do wyższej z sióstr Patil:
– Rozmawiałaś z nią? – zapytał. Brunetka usiadła na fotelu, który wcześniej zajmowała Ginny. Poprawiła swoje ciemne, długie włosy, zanim odpowiedziała.
– Chciałam, ale cały czas rozmawiała z tym Malfoyem. – Ron i Harry spojrzeli na siebie znacząco, nie komentując słów Parvati. Zapadła cisza, a dziewczyna zaczęła rozglądać się po pokoju.
– A jak ona wyglądała? Była wesoła, smutna? – dopytywał Ronald. Wiedział, że jeśli Hermiona była w zamku oznaczało to, ni mniej, ni więcej, wycofanie zarzutów.
– Śmiała się z czegoś, a potem mnie zauważyła i pomachała. Wiecie, jeśli chcecie, to na pewno ją złapiecie w drodze na obiad. – Dziewczyna zerknęła na zegarek, który miała na nadgarstku.
– Muszę lecieć, bo umówiłam się z Padmą. – Uśmiechnęła się przepraszająco, wstając.
– Jasne, nie będziemy cię zatrzymywać – powiedział Ron, również wstając. Rozprostował długie nogi po całym poranku spędzonym na kanapie. Podał rękę Harry’emu, dzięki czemu okularnik również się podniósł. Parvati zdążyła opuścić wieżę Gryffindoru, kiedy chłopcy zaczęli się zbierać na obiad.
– Daj mi chwilę, zostawiłem różdżkę w sypialni – powiedział Ron, idąc w stronę dormitoriów chłopców. Harry kiwnął głową, mierzwiąc swoje, jak zawsze niepoczesane, włosy.
– A po kiego ci różdżka? – krzyknął jeszcze za przyjacielem, orientując się, że idą tylko na obiad. Głowa Ronalda wychyliła się zza rogu.
– Jak to po co? Nie wiadomo co ten niedobry Malfoy robi z naszą Hermioną. – Oboje parsknęli śmiechem, natomiast reszta Gryfonów popatrzyła po sobie dziwnie, a potem wrócili do codziennych spraw.
*

Pansy siedziała w pokoju wspólnym Ślizgonów, czytając opasły tom o roślinach pustynnych. Musiała napisać Owutemy z zielarstwa na Wybitny, aby móc ubiegać się o posadę magomedyka, a miała sporo zaległości. Każdą wolną chwilę, której nie poświęcała Harry’emu, poświęcała zielarstwu. Nogi miała przewieszone przez kolana Zabiniego, który razem z nią dzielił kanapę w lochach. Chłopak przeglądał Proroka, choć jego myśli wciąż krążyły wokół wczorajszego zajścia na wieży zegarowej. Nie nienawidzę cię, Blaise. Powtarzał w myślach. Co to w ogóle znaczy, do cholery. Zastanawiał się praktycznie od wczoraj. Nie wiedział, na co miał liczyć, ale robił dobrą minę do złej gry. Podciągnął stopy Pansy na swoje uda, bo zaczęły się zsuwać. Dziewczyna położyła sobie otwartą książkę na brzuch, robiąc przerwę od czytania.
– Więc, jak poszło z Wealsey? Nie chwaliłeś się – zapytała dla rozluźnienia, ale spowodowała tylko, że Blaise się spiął. Strzelił palcami i odłożył gazetę na stół.
– Nawet nie wiem, co mam ci powiedzieć. Chyba „nijak” będzie dobre. – Parkinson zabrała nogi, podciągając je pod brodę. Dokładnie przyjrzała się przyjacielowi i odłożyła książkę.
– Nie mogło być tak źle, wziąłeś ją na wieżę, dziewczyny to uwielbiają, nawet ja byłam oczarowana w czwartej klasie, a wiesz, jak wtedy szalałam za Draco. – Ślizgonka wydęła usta, czekając na jakikolwiek przejaw optymizmu ze strony Zabiniego.
– Taaa, ale nie ona. Mówiła, że ma to na co dzień, bo mieszka na wsi czy jakoś tak.
– Ałć. Hmm, ale pewnie sprzedałeś jej kilka bajerów i ckliwą historię, co nie?
– Nawet nie wiesz… To było chyba najlepsze kłamstwo w moim życiu, a ona… – przerwał, obserwując zamieszanie w przeciwległym kącie pomieszczenia.
– A ona co? – dopytywała Pansy.
– Zlała mnie, powiedziała tylko coś tam, że mnie nie nienawidzi. Co to w ogóle znaczy, Pans? – Ślizgonka parsknęła i pokręciła głową.
– Nie mam zielonego pojęcia. – Bezradnie rozłożyła ręce. – Chyba pierwszy raz spotkałeś się z odmową, Blaise. Jakie to uczucie? 
– Powinnaś wiedzieć – mruknął złośliwe Zabini, na co Pansy udała oburzenie. Przez ten rok nabrała dystansu do żartów z jej zalotów do Malfoya.
– No wiesz ty co… Tak mi wypominać… – Pokręciła głową, ale uśmiech nie schodził jej z ust. Ciemnowłosy chłopak zdawał się jej nie słuchać, tylko uważnie śledził tłumek przy wejściu do lochów.
– Co tam się dzieje? – mruknął cicho, czym sprawił, że i Pansy zainteresowała się całym zajściem. Dziewczyna wstała, naciągając spódniczkę na uda i podeszła bliżej zbiorowiska. Pociągnęła za ramię jakąś rudowłosą dziewczynę i odeszła z nią kawałek, ciągnąc jej szczupłą rękę. Dziewczyna wyglądała na trzecio- może czwartoklasistkę.
– Co to za zamieszanie? – zapytała Parkinson. Młodsza Ślizgonka popatrzyła na nią z obawą, ale zaraz odpowiedziała.
– Delilah, idąc na obiad, widziała Draco Malfoya w Hogwarcie – mówiąc o blondynie, dziewczyna była tak podekscytowana, że Pansy przypomniała sobie, jak z podobnym zapałem śledziła poczynania Draco. Uśmiechnęła się pod nosem.
– Gdzie go widziała?
– Szedł w stronę skrzydła szpitalnego, Delilah mówi, że wnosił po schodach dwa bagaże.
– Dwa? – Rudowłosa z zapałem pokiwała głową.
– Tak, podobno – zrobiła dramatyczną pauzę – szedł w towarzystwie tej mugolaczki - Granger. – Pansy nawiązała nic porozumienia z Blaisem, który musiał słyszeć strzępki jej rozmowy z młodszą Ślizgonką.
– Ah tak… No cóż, skoro Draco wrócił, nie będę cię odciągać od źródła najnowszych plotek. Jeszcze tylko, jak się nazywasz?
– Annie Williams.
– Dzięki, Annie. – Dziewczyna wróciła do grupki osób przepytujących Delilah, a Parkinson powoli podeszła do kanapy, na której siedział Zabini i powtórzyła mu wszystko.
– Mam tylko jedno pytanie – skwitował na koniec Ślizgon. – Kim do cholery jest Delilah? – Pasny parsknęła śmiechem.
– Chodźmy go znaleźć, skoro w końcu wrócił do domu.
*

Kiedy Pansy i Blaise, w końcu pojawili się w Wielkiej Sali, Draco zdążył już zjeść prawie cały obiad. Siedział wśród reszty uczniów, którzy zdecydowali się zostać na święta w domu. Wszyscy jedli razem przy stole, który zwyczajowo należał do Puchonów. Uwadze Pansy nie umknął fakt, że blondyn siedział naprzeciw złotej trójcy Hogwartu, natomiast Blaise natychmiast dostrzegł rudą czuprynę Ginny Wealsey.
– Smacznego wszystkim – powiedziała Parkinson, wciskając się na miejsce obok Malfoya, zaraz za nią usiadł Blaise.
– Szukaliśmy cię, stary – mruknął Zabini, nakładając na talerz kawałek pieczeni.
– Cały czas byłem z… – machinalnie zaczął Draco, ale dokończyła za niego Hermiona:
– Ze mną, McGonagall miała jakiś problem z naszymi dormitoriami.
– Ale Draco już nie jest prefektem – zaczęła Pansy, nie rozumiejąc, o czym mówi Granger. Gryfonka rozłożyła bezradnie ręce.
– Nie mam pojęcia, jak chcą to rozwiązać. – Wszyscy zajęli się obiadem, a kiedy Harry dolewał sobie i Pansy soku, do stołu podeszła McGonagall. Wyglądała śmiertelnie poważnie, kiedy służbowym tonem oświadczyła, że chce widzieć Hermionę, Draco i Rona w swoim gabinecie. Wywołana trójką powiodła po sobie wzrokiem, ale nic nie powiedziała. Dość sprawnie się zebrali i ruszyli za dyrektorką. Harry odprowadził sylwetki przyjaciół wzrokiem.
– Myślicie, że chodzi o te dormitoria? – zapytała Pansy, nachylając się nad stołem do Pottera. Jak zwykle ciekawscy uczniowie innych domów nadstawiali uszu. Blaise już kręcił przecząco głową.
– Jeśli tak by było, to po co im Ron? – powiedziała głośno Ginny to, co wszystkim chodziło po głowie.
– McGonagall chcę wybadać ten trójkąt miłosny – zażartował Blaise, ale nikt się nie roześmiał. Ginevra jedynie wywróciła oczami.
– Nie pozostaje nam nic innego, jak czekać. – Blaise westchnął, kończąc swój obiad.
*

McGonagall weszła do gabinetu pierwsza. Pomieszczenie było okrągłe i nie tak zagracone, jak za czasów poprzedniego dyrektora. Hermiona zastanawiała się, czy nauczycielka wyrzuciła przedmioty należące do Dumbledore’a, czy po prostu gdzieś je schowała. Przez wielkie okna wpadało dużo zimowego światła, co nadawało gabinetowi surowego wyglądu. Minerwa rozsiadła się za wielkim biurkiem, a potem przetransmutowała drewniane krzesło w ławę, aby trójka uczniów mogła usiąść.
– To nie zajmie długo – powiedziała McGonagall. Hermiona miała wrażenie, że dyrektora jest zła, nie miała pojęcia dlaczego. Gryfonka usiadła między Draco i Ronem, a potem poprawiła swoją spódniczkę od mundurka. Nie mogła powiedzieć, że brakowało jej uwierającej koszuli i rajstop, gdy przebywała w domu. McGonagall poprawiła swoje okulary i przełożyła kilka teczek zalegających na biurku.
– Po dzisiejszej rozprawie, zatrzymała mnie jedna z pracownic departamentu przestrzegania prawa i choć, jak pewnie wiecie, Ministerstwo ma znikomy wpływ na instytucję jaką jest Hogwart, zostały zasugerowane pewne zmiany. – Hermiona zmarszczyła brwi, nie rozumiała do czego dąży dyrektorka.
– Możemy przejść do rzeczy? – zapytał sucho Malfoy, był pewien, że Ministerstwo cofnęło decyzję o jego ponownym przyjęciu do szkoły. Dyrektorka zgromiła go wzrokiem.
– Ministerstwo uważa, że osoba po aresztowaniu nie powinna piastować urzędu prefekta naczelnego. To bardzo odpowiedzialna funkcja, a osoba na takim stanowisku powinna być wzorem…
– Przecież Malfoy nie jest już prefektem – przerwał dyrektorce Ron, czym zwrócił na siebie uwagę wszystkich w pomieszczeniu.
– Ron, chyba chodzi im o mnie – cicho powiedziała Hermiona ze wzrokiem utkwionym w podłogę. Zapadła cisza, aż w końcu Gryfonka spojrzała na McGonagall.
– Chcą abym oddała odznakę, prawda? – zapytała czysto retorycznie.  Minerwa kiwnęła głową, obserwując swoją podopieczną. Nie zgadzała się z decyzją Ministerstwa, jednak czasem nawet ona musiała się ugiąć przed instytucją państwową. Hermiona drżącymi rękami odpięła odznakę, którą przez cały pierwszy semestr z taką dumą nosiła przy mundurku. Położyła ją na blat biurka. Musiała przyznać, że było jej zwyczajnie smutno. Została aresztowana, zawieszona w prawach ucznia, a gdy to wszystko się skończyło - pozbawiona tytułu prefekta. Nie zależało jej na odznace, ale, gdy w sierpniu przysłano ją razem z listem była dumna. Czuła, że jest dobra w tym co robi, czuła, że zasłużyła na miano prefekta.  Teraz wszystko jej odebrano, kilka nieprzemyślanych decyzji a całe siedem lat ciężkiej pracy i udowadniania wszystkim w koło, że mugolaczka może osiągnąć nie mniej niż czystkokrwisty czarodziej – na marne. McGonagall wpatrywała się w odznakę, podobnie jak Ron i Hermiona. Draco natomiast próbował nie myśleć o samopoczuciu panny Granger. Od razu wiedział co tak naprawdę trapi Gryfonkę, wiedział, że odznaka nie była ważna, ważne było to, co symbolizowała. Chciał coś powiedzieć, ale to nie był dobry moment. Stwierdził, że poczeka, aż będą sam na sam. Nie wątpił, że idealna okazja nadarzy się jeszcze dzisiaj.
– Chwileczkę, jeśli Hermiona nie jest już prefektem, to kto dostanie odznakę? – Ron zadał kluczowe pytanie. Na dźwięk jego głosu panna Granger wyprostowała się jak struna. Minerwa dotąd wpatrzona w twarz Hermiony, przeniosła spojrzenie na Ronalada.
– Właśnie dlatego pana wezwałam, panie Weasley. Decyzją rady pedagogicznej zostaje pan prefektem naczelnym. Gratulację. – Rudowłosy siedział jak zaklęty. Liczył, że się przesłyszał, że to żart, że… Już chciał się poderwać i protestować, ale Hermiona położyła dłoń na jego lodowatej ręce.
– Cieszę się, że to ty, Ron. Bez wyrzutów, bez złości. Cieszę się, bo wiem, że będziesz świetny. – Zabrała odznakę z biurka dyrektorki i włożyła w dłoń swojego byłego chłopaka. – Weź ją, zasłużyłeś. – Panna Granger szczerze się uśmiechnęła, a Draco poczuł się naprawdę dziwnie. Oderwał wzrok od złączonych dłoni Granger i Weasleya. Odchrząknął.
– A właściwie… Dlaczego mnie pani wezwała? Już dawno nie jestem prefektem, więc… – Minerwa przerwała mu gestem dłoni.
– Dojdziemy do tego, panie Malfoy. A teraz… panie Weasley, zamieszka pan z drugim prefektem na czwartym piętrze. Żadnych współlokatorów, bo ostatnim razem źle się to skończyło. –Posłała Hermionie i Malfoyowi znaczące spojrzenie. – Jeszcze dziś wieczorem otrzyma pan swoją listę obowiązków, a w razie pytań proszę się zgłosić do Michaela Cornera lub panny Granger. – Zapadła cisza, w czasie której Ron skinął kilkukrotnie głową. Nadal był w niemałym szoku. – To wszystko, panie Weasley, może pan iść. – Ronald wstał, a zaraz za nim podnieśli się z ławy  Draco i Hermiona.
– Wasza dwójka zostaje – rzuciła dyrektorka niby od niechcenia. Ron pożegnał się i na miękkich nogach, wyszedł z gabinetu. Dopiero za drzwiami wziął porządny wdech. Odznaka ciążyła mu w dłoni i mimo zapewnień Hermiony, że wszystko było w porządku, czuł się źle. Zerknął przez ramię na zamknięte drzwi dyrektorskiego gabinetu, a potem zszedł po kręconych schodach, mając nadzieję, że znajdzie Harry’ego w wieży Gryffindoru.


Gdy Ronald opuścił gabinet, panna Granger nieznacznie odsunęła się od Malfoya, teraz ich ramiona się nie stykały, na ławie zrobiło się sporo wolnego miejsca. McGonagall splotła palce obu dłoni, kładąc ręce na biurko. Hermiona nigdy nie widywała gabinetu dyrektora tak często, jak podczas tego roku. Założyła część włosów za ucho, nerwowo wplątując palce w ich końcówki. Malfoy wyprostował nogi, żeby po chwili znów je zgiąć w kolanach. Nastolatkowie czekali, aż Minerwa w końcu coś powie. Kobieta poprawiła okulary i odchrząknęła.
– Może przejdę od razu do rzeczy - chodzi o pana, panie Malfoy. – Chłopak wyprostował się, wyżej unosząc podbródek. Czuł, że zaraz usłyszy, że Ministerstwo nie wyraża zgody, żeby dalej uczył się w Hogwarcie. Myślał o tym od momentu, gdy McGonagall pojawiła się przy ich stoliku.
– Grono pedagogiczne, jak i magomedycy są zgodni - stanowi pan pewne zagrożenie, na które nie chcielibyśmy narażać innych uczniów. – Hermiona uważnie słuchała wszystkiego, co mówi nauczycielka, a w głowie już układała listę argumentów, przemawiąjących za pozostaniem Draco w szkole. Nie była mu nic winna, ale mimo wszystko chciała pomóc. Już otwierała usta, ale McGonagall szybko kontynuowała:
– Dlatego postanowiliśmy, że otrzyma pan pojedynczą sypialnie niedaleko skrzydła szpitalnego. Pani Pomfrey chciałaby mieć na pana oko.
– I nie wyrzucacie mnie ze szkoły? – Jedna z brwi blondyna powędrowała do góry. Był autentycznie zdziwiony. Pomylił się. Kątem oka dostrzegł, że Granger się rozluźnia.
– Nie, panie Malfoy. Nie wyrzucamy. Jednak uprzejmie prosimy, aby nie demoralizować wzorowych uczennic… – McGonagall zerknęła na Hermionę, która oblała się rumieńcem. Draco nic nie powiedział, nie wierząc własnym uszom - Minerva McGonagall chyba właśnie zażartowała.
– Panno Granger, przy okazji pana Malfoya wypłynęła jeszcze jedna sprawa…– Hermiona nerwowo przełknęła ślinę. –  Mianowicie, były pewne głosy, sugerujące, że jest pani dość dobrze zaznajomiona z przypadłością pana Malfoya. Zostałam poproszona, żeby mimo wszystko… Mimo wszystko trzymała się pani blisko niego. – Nastolatkowie wymienili zdziwione spojrzenia, a Draco dałby sobie różdżkę połamać, że Narcyza maczała w tym palce. Minerwa nachyliła się do nich nad biurkiem.
– Wiem, że coś ukrywacie. Oboje. Nikt nie będzie was do niczego zmuszać, ale czasem lepiej powiedzieć prawdę. – Posłała Malfoyowi wyzywające spojrzenie. – Nawet tę najgorszą – dodała. Odczekała chwilę, podczas której nastolatkowie uparcie milczeli. Westchnęła.
 – Dobrze, to wasza decyzja. W każdym razie panno Granger, dostanie pani sypialnie naprzeciw dormitorium pana Malfoya. – Hermiona otworzyła buzię ze zdziwienia. Chciała coś powiedzieć, ale żaden dźwięk nie wydobył się z jej ust. Jest na mnie skazana. Pomyślał z ironią Draco, obserwując dziewczynę. Naprawdę się tym przejęła, ale nie był zdziwiony. Spędził z nią za dużo czasu, żeby nie zauważyć, że niemal wszystkim się przejmowała.
– Nie sądzę, żeby to było konieczne, pani dyrektor – powiedział Draco, akcentując ostatnie słowa. Minerwa zacisnęła usta w wąską linię.
– Mało mnie interesuje wasza opinia, uparcie milczycie, to i ja muszę zastosować środki ostrożność. Pani Pomfrey, magomedycy i cała kadra, nikt nie ma pojęcia co to za ataki, a jedyną osobą, z którą postanowiłeś się podzielić tajemnicą, jest panna Granger. Wmieszałeś ją w to, więc teraz oboje zmierzcie się z konsekwencjami. – Dyrektorka wyraźnie była na nich zła. Hermiona doskonale rozumiała tę złość, bo wiedziała, że Minerwa czuła się po prostu bezsilna tak, jak ona. Gryfonka wyprostowała się, kładąc złożone dłonie na udach.
– W takim razie przeniesiemy się do wyznaczonych sypialni jeszcze dzisiaj – powiedziała spokojnie dziewczyna. McGonagall prychnęła gniewnie.
– We wrześniu zrobiłabyś wszystko, żeby tylko nie musieć mieszkać w dormitorium na czwartym piętrze z panem Malfoyem. Dziś masz wybór, możesz zwyczajnie powiedzieć to, czego się dowiedziałaś i wrócić do wieży Gryffindoru. Do przyjaciół. – Hermiona wbiła paznokcie w wewnętrzną stronę dłoni.
– Wiele się od września zmieniło – powiedziała jedynie, hardo patrząc w oczy dyrektorki.
– Najwidoczniej – odparła po dłuższej chwili starsza kobieta. – Możecie iść. – Nastolatkowie zebrali się do wyjścia, kiedy Draco przepuszczał Gryfonkę w drzwiach, po raz ostatni odezwała się McGonagall:
– Tylko żebyś tego nie żałowała, Hermiono.
– Proszę się nie martwić, nie będę. – Malfoy zamknął za nimi drzwi, a Minerwa odchyliła się na krześle, zerkając na portret Albusa. Powtsrzymała się od zbędnych komentarzy, kiedy staruszek z obrazu zgromił ją wzrokiem.
*

– Co to było, Granger? – sucho zapytał Draco, gdy zeszli ze schodów. Kierowali się w stronę wielkiej Sali, żeby stamtąd każde mogło się udać do własnego pokoju wspólnego.
– O co ci chodzi? – mruknęła Hermiona, słowa dyrektorki wciąż dźwięczały w jej uszach. Była zła na nauczycielkę, że powiedziała te wszystkie rzeczy.
– Dlaczego jej nie powiedziałaś? Mogłabyś wrócić do wieży.
– To nie jest ważne teraz.
– A co jest? – zapytał chłopak, ale nie otrzymał odpowiedzi.  Gryfonka tylko wzruszyła ramionami. Blondyn zatrzymał się i pociągnął ją za ramię. Hermiona zatrzymała się nagle i zmrużyła gniewnie oczy.
– O co ci chodzi? – powtórzyła pytanie dziewczyna, tym razem głośniej, patrząc w oczy Malfoya. Ślizgon odchrząknął.
– Nie jesteś mi nic winna, więc dlaczego…
– Bo mi zależy, okej? Bo się przejmuję?  Bo cię polubiłam, do cholery! – Dziewczyna wrzasnęła, pozbywając się wszystkiego, co od tak dawna zaprzątało jej myśli. Nie panowała nad sobą, dopiero co wróciła z aresztu, odebrano jej odznakę prefekta. Te wszystkie sprawy ją przytłaczały i choć winę za całe to zamieszanie ponosił Malfoy, trzymała się blisko niego. Jak tonący brzytwy.
– Nic nie mów, po prostu idź – warknęła. Uszanował jej decyzję i po prostu odszedł w stronę lochów.


Kiedy panna Granger, w końcu dotarła na wieżę Gryffindoru, już wszyscy wiedzieli, że odznaka prefekta zmieniła właściciela. Ron z nietęgą miną siedział na kanapie, bawiąc się frędzlami poduszki, która leżała na jego kolanach. Ginny i Harry rozmawiali o czymś cicho, zajmując miejsca naprzeciwko siebie. Panna Granger uśmiechnęła się, widząc przyjazne twarze.
– Już wiecie? – zapytała, siadając obok Harry’ego na kanapie obitej czerwonym pluszem. Ginny skinęła głową.
– Tak mi przykro, Herm. Ministerstwo zawsze był bezwzględne, ale tym razem…
– W porządku, Harry. – Położyła mu rękę na ramieniu. Zauważyła, że odznaka leży na stole, niedaleko Rona. Rudzielec unikał jej wzroku, niezwykle zainteresowany poduszką.
– Ron? – zwróciła się do chłopaka, a ten na dźwięk jej głosu cały się spiął i podniósł głowę. Kiedy odnalazła jego spojrzenie, zaczął się tłumaczyć, że wcale nie chciał zostać prefektem, że nie będzie tak dobry jak ona i że naprawdę oddałby odznakę, gdyby tylko mógł.
– W porządku – przerwała mu dziewczyna, uśmiechając się szczerze. Zabrała plakietkę ze stolika i obejrzała ją dokładnie, obracając w dłoniach. Potem wstała z kanapy, podeszła do Ronalda i przypięła odznakę do jego mundurka.
– Nie zdejmuj jej już – powiedziała Hermiona, a gdy chciała się cofnąć, Weasley objął ją szczelnie, wciskając nos w plątaninę brązowych loków. Nikt nic nie mówił, a Hermiona cieszyła się z bliskości rudzielca. W końcu Ron ją puścił i znów usiedli na swoich miejscach.
– Więc teraz, zamieszkasz w wieży? Może uda mi się pomówić z Romildą i zamieni się z tobą sypialnią, żebyśmy mogły znów mieszkać razem – powiedziała pogodnie Ginny. Panna Granger spuściła głowę, przygryzając wewnętrzną część policzka.
– O co chodzi? – zapytała rudowłosa, marszcząc nos.
– McGonagall wyznaczyła mi sypialnie niedaleko skrzydła szpitalnego. – Harry i Ginevra zmarszczyli brwi.
– Ale dlaczego? – zapytał okularnik. Zamiast Hermiony, odpowiedział Ron:
– Żeby być blisko niego. – Znów zapanowała cisza, podczas której Hermiona chciała zapaść się pod ziemię. Smutek, który widziała w oczach rudzielca, dobijał ją.
– Blisko kogo? – dopytywał Potter, który zawsze z trudem łączył wątki.
–  Malfoya – wypluł Ron.
– Draco – bardzo cicho powiedziała Hermiona, przymykając oczy.