niedziela, 31 lipca 2016

Rozdział 61



Rozdział 61 – Labirynt kłamstw.


Pansy skończyła się pakować późnym wieczorem. Kiedy kładła się spać, Daphne już od paru godzin przewracała się z boku na bok w niespokojnym śnie. Astoria nie wróciła na noc do dormitorium, ale jej współlokatorki spodziewały się tego. Brunetka w końcu zasnęła. Jutro czekała ją konfrontacja z Zofią Zabini. Musiała uzbroić się w anielską cierpliwość.
Rano Blaise spakował swoje rzeczy i pożegnał się z Theodorem Nottem. Nie musiał długo czekać na Pansy. Dziewczyna zaraz zbiegła po schodach i wręczyła mu swój kufer. Zabini z uśmiechem pokręcił głową, a potem ruszyli w stronę wyjścia z lochów.
– Stresik jest? – zapytał Blaise, kiedy mijali drzwi Wielkiej Sali. Ślizgonka wzruszyła ramionami.
– Może trochę. Nie jest tak źle, bo mam świadomość, że to wszystko na niby.
– Że jak? – Pansy usłyszała za sobą męski głos. Odwróciła się błyskawicznie i stanęła naprzeciwko Ronalda Weasleya. Zamknęła dotąd otwarte usta. Gryfon oczekiwał jakiś wyjaśnień. Wczoraj Harry był tak przybity po konfrontacji ze Ślizgonką, że Ron rozważał zaprowadzenie go do pani Pomfrey. Pansy odwróciła się do Zabiniego i powiedziała, że zaraz do niego przyjdzie. Została sama z Ronem.
– Wiem, jak to wygląda, ale… – zaczęła, niestety temperament Ron dał o sobie znać i nie pozwolił dziewczynie dokończyć:
– Robisz Harry’emu wodę z mózgu. Przemilczałem fakt, że jesteś Ślizgonką i byłaś w stanie oddać mojego kumpla Voldemortowi, ale teraz to już naprawdę przesadzasz. W co ty z nim grasz, Parkinson?
– Ja wcale…  – Wiedziała, że to wszystko zaszło za daleko, zaczynała się gubić w tym labiryncie własnych kłamstw.
– Udawane zaręczyny, serio? Nie wiem, czy zauważyłaś, ale on się serio tym przejmuje to nie jest dobry pomysł, żeby…
– Co nie jest dobrym pomysłem? – Ron i Pansy odwrócili się w stronę wejścia do Wielkiej Sali. W drzwiach stał Harry. Kiedy zobaczył dziewczynę, zacisnął mocniej szczękę i zaraz odwrócił się w stronę Rona.
– Harry to… – zaczęła Pansy, ale ciemnowłosy Gryfon  stwierdził:
– Nie ciebie pytałem. – Ślizgonka otworzyła lekko usta ze zdziwienia, a potem odwróciła się na pięcie i odeszła. Miała gdzieś, czy Ron powie Potterowi o fałszywych zaręczynach. Nawet gdyby do końca życia miała być sama, nie da szansy temu palantowi. Dołączyła do Zabiniego i wsiedli do powozu. Miał ich zawieść na stację w Hogsmeade.
*
– Granger? Obudź się, Granger! Mamy problem! Granger, no… – Takie dźwięki, układające się w słowa, zaczęły atakować pogrążoną we śnie dziewczynę. Ktoś potrząsnął jej ramieniem, a Hermiona doskonale wiedziała, kto to mógł być. Otworzyła oczy i usiadła na łóżku, zderzając się czołem z podbródkiem blondyna.
– Ała! Malfoy! – powiedziała, rozmasowując obolałe miejsce. Draco powstrzymał się od wszelkich komentarzy, zawzięcie trąc szczękę, w którą oberwał. Hermiona wstała z łóżka, szybko zakładając szlafrok, który leżał na krześle, stojącym przy biurku.
– Jaki „problem”? – zapytała, krzyżując ręce na piersiach. Malfoy zmarszczył brwi. Przez to zamieszanie zapomniał o niewielkich ludzikach w salonie Gryfonki. Zamyślił się, a właściwie zapatrzył. Kiedy Hermiona pstryknęła mu palcami przed oczyma – oprzytomniał.
– Mówiłeś, że mamy problem… – zaczęła Gryfonka. Draco szybko podchwycił:
– Tak! W twoim salonie są jakieś małe ludziki i…
– Że co? – zapytała ze śmiechem panna Granger. Malfoy zmrużył gniewnie oczy, nienawidził, gdy ktoś się z niego śmiał.
– Sama zobacz, jak jesteś taka mądra. – Hermiona parsknęła śmiechem i opuściła swoją sypialnie. Wiedziała, że Malfoy idzie za nią. Zeszła do salonu i jedyne co zobaczyła to włączony telewizor. Zerknęła w stronę Malfoya z niedowierzaniem w oczach i szerokim uśmiechem na ustach.
– O to chodziło? – zapytała, powstrzymując śmiech. Pokazała na załączony telewizor, Draco jedynie skinął głową. Kręcąc z niedowierzaniem głową, podeszła do urządzenia i wyłączyła je.
– Po problemie – skwitowała. Zauważyła również, że na kanapie leżał pilot. Od razu się domyśliła, że Mafoy musiał na nim usiąść i włączyć sprzęt.
– Ty naprawdę nie masz pojęcia o mugolskiej technologii. – Parsknęła śmiechem.
– A niby skąd miałbym je mieć? Lucjusz wygląda ci na tatusia, który opowiada bajki o mugolach i ich życiu? – Draco nie otrzymał odpowiedzi, a Hermiona zacisnęła usta w wąską linię. Bez słowa skierowała się do kuchni, aby zaparzyć sobie kawy. Nasłuchiwała, czy blondyn nie idzie za nią, ale najwidoczniej został w salonie.
Kiedy zalewała sobie kawę, pomyślała o Malfoyu. Skrzywiła się, westchnęła, ale koniec końców, stanęła w progu salonu i zapytała:
– Zrobić ci kawy? – Draco podniósł głowę znad listu, który właśnie trzymał. Hermiona najwidoczniej zbiła go z tropu, potarł nieogolony policzek i wzdychając, skinął głową.
– Poproszę, Granger – dodał zaraz i odłożył list. Dziewczyna zniknęła mu z pola widzenia, a Ślizgon postanowił ponownie przeczytać list. Pismo Zabiniego być może nie zasługiwało na miano „lekarskiego”, aczkolwiek Draco miał niemały problem, żeby je rozszyfrować. Widać było, że Blaise pisał w pośpiechu. Malfoy nawet nie zauważył, kiedy Hermiona wróciła z dwoma, parującymi kubkami kawy. Usiadła obok niego na kanapie, podciągając nogi pod brodę.
– Co to? – zapytała i napiła się ze swojego kubka, który pokryty był kwiatowymi motywami.
– Blaise odpisał, w sprawie świąt – mówiąc to, Draco skrzywił się nieznacznie.
– Co pisze? – zapytała Hermiona. Tak beztroska rozmowa z Draco wydała jej się nienaturalna. Jakby wcale nie rozmawiała ze swoim szkolnym wrogiem, a co najmniej dobrym kolegą. Malfoy odłożył list, a zamiast niego chwycił kubek i napił się parującej kawy. Syknął, bo oparzył sobie język. Hermiona mimowolnie się uśmiechnęła, czym zasłużyła sobie na spojrzenie spode łba w wykonaniu jej towarzysza.
– Co z tym listem? – ponagliła. Malfoy westchnął i przystąpił do wyjaśnień:
– Blaise ma teraz trochę na głowie… W dodatku nie spędza świąt w domu. Zofia się uparła, żeby…
– Zofia? – powtórzyła Gryfonka w niemym zapytaniu.
– Matka Blaise’a, w każdym razie… Nie może mnie przenocować – zakończył Malfoy.
– Możesz… – zaczęła Granger, wkładając w to zdanie całą swoją odwagę, jednak Draco nie zaczekał na to, co powie mu Gryfonka. Przerwał jej, podirytowany:
– Nie mogę wrócić do Malfoy Manor, mowy nie ma. Znajdę sobie pokój w Dziurawym Kotle albo…
– Możesz zostać tutaj – powiedziała szybko Hermiona, obserwując i analizując jego reakcję. Draco zaniemówił na chwilę. Przez ułamek sekundy widziała to zaskoczenie, ale i radość na jego twarzy. Robimy postępy, panie Malfoy. To wyglądało jakbyś naprawdę miał uczucia. Pomyślała Hermiona, ale nic nie powiedziała. Czekała na jego ruch.
*
Ginny Weasley w pośpiechu pakowała swój kufer, w prawdzie miała to zrobić wczoraj wieczorem, ale kiedy Romilda Vane przyniosła świeże plotki, rudowłosa nie mogła się powtrzymać i wysłuchała wszystkiego do samiutkiego końca. Ginny zazwyczaj nie zwracała uwagi na to co mówi, czy robi, panna Vane, jednak tym razem sprawa dotyczyła Zabiniego. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie chodziło o ZARĘCZYNY ZABINIEGO. Na samą myśl o tym, Gryfonka chwytała się za głowę. Jak można być tak nieodpowiedzialnym? Pytała siebie, kiedy w pośpiechu zbiegała po stopniach, prowadzących z wieży Gryffindoru do przedsionka Wielkiej Sali. Była zła, musiała przyznać, że nie przyjęła tego ze „stoickim spokojem”. Nie mogła uwierzyć, że Blaise tak szybko zapomniał o tym, co ich łączyło. A niby co was łączyło? Głupia… Myślała po drodze do powozu, który miał ją zawieść na stację w Hogsmeade. W połowie drogi dogonili ją Ron i Harry.
– Czemu tak pędzisz?! – krzyczał z oddali Ronald. Ginny przystanęła i z uśmiechem powitała brata i jego przyjaciela.
– Przepraszam, ale chcę już do domu! Mama znów zrobi to pyszne ciasto i zobaczymy Hermionę!
– To z krówkowym nadzieniem? – zapytał Harry z nadzieją, a Ginny skinęła głową.
– Pośpieszmy się! – ponaglił wszystkich okularnik, a rodzeństwo Weasleyów ze śmiechem ruszyło za nim. Tak naprawdę nikomu nie chodziło o świąteczne przysmaki. Cała trójka naprawdę bardzo chciała zobaczyć swoją przyjaciółkę. Jedynie Ron na wzmiankę o Hermionie, od jakiegoś czasu, trochę markotniał i Harry zdążył to zauważyć. Jednak na razie nie pytał. Ronadla gryzło sumienie. Rozpamiętywał ten nieszczęsny pocałunek z Astorią, czuł się z tym fatalnie, czuł, że zawiódł Hermionę. Wiedział, ze dłużej nie wytrzyma i będzie musiał się przyznać, jednak bał się tej konfrontacji. To wszystko sprawiało, że najchętniej zostałby w Hogwarcie i nigdzie się nie ruszał.
Trójka Gryfonów dotarła na stację w Hogsmeade. Pociąg właśnie podjechał i wszyscy pchali się do środka, żeby zając jak najlepsze miejsca. W dodatku na zewnątrz było przeraźliwie zimno.
– No dalej, bo tu zamarznę – wyjąkała Ginny, przestępując z nogi na nogę.
– Nie ma sensu się pchać, drugoroczni zawalili całe wejście – powiedział Ron.
– Ogrzać cię? – Ginevra usłyszała szept tuż przy swoim uchu. Odwróciła głowę, żeby móc zobaczyć, jak mija ją Blaise. Ślizgon obejmował jedną ręką Pansy. Ginny posłała mu zdziwione spojrzenie. Zabini jedynie do niej mrugnął i odszedł w stronę kolejnego wagonu. Panna Weasley poczuła się dziwnie zdezorientowana. To nie była zwykła propozycja dobrego kolegi. Pomyślała i odprowadziła dwójkę Ślizgonów wzrokiem. Zaręczonych Ślizgonów. Przypomniała sobie i poczuła ukłucie zazdrości. Szybko odwróciła się z powrotem do Harry’ego i Rona. Na szczęście jej towarzysze byli tak pochłonięci rozmową, że nie zauważyli całego zajścia.
W końcu rodzeństwo Weasleyów i Harry dopchali się do wolnego przedziału. Rozsiedli się wygodnie i wyczekiwali końca podróży. Chcieli być już w domu.
*
– To będą najdziwniejsze święta w moim życiu – stwierdził Malfoy, kiedy posłusznie szedł kilka kroków za Hermioną, jakąś mugolską alejką w Londynie. Dziewczyna odwróciła się do niego.
– Uwierz, że moje też. – Gryfonka zwolniła trochę tępo, wyrównując chód z Malfoyem, teraz szli ramię w ramię. Draco zachodził w głowę, jak się na to wszystko zgodził. Właśnie byli w drodze po choinkę, bo Gryfonka uparła się, że to muszą załatwić jeszcze dzisiaj. Mimo, że do Wigilii zostały jeszcze dwa dni, Hermiona pozostała nieugięta i tłumacząc się, że potem nie będzie z czego wybierać, postanowiła zdobyć swoje świąteczne drzewko jeszcze tego samego dnia, w którym postanowili, że spędzą wspólnie święta.
– Jak ty mnie na to namówiłaś… – westchnął Draco. Gryfonka posłała mu rozbawione spojrzenie.
– Ja? Sam chciałeś spędzić ze mną święta – widząc, że chłopak już otwiera usta, dodała zaraz: – I nie mów, że nie miałeś wyboru! Z pewnością trochę miejsca pod jakimś mostem by się znalazło…
– Już to ustalaliśmy, Granger  – westchnął Malfoy i wywrócił oczami.
– Ale co?
– To, że sarkazm ci nie wychodzi… – Hermiona zmrużyła gniewnie oczy.
– Nie zapominaj, kto cię uratował od mugolskich sprzętów i pożaru…
– Co to ma do… – zaczął Draco, ale przerwała mu uradowana Gryfonka:
– Zobacz,  jesteśmy! – Stali przy placu, który wypełniony był choinkami. Różne odmiany, wielkości i niesamowita rozbieżność cen, sprawiała, że każdy znalazłby coś dla siebie. Draco już wiedział, że spędzi tu kolejne dwie godziny. Rozejrzał się za jakimś miejscem do siedzenia. Oczy mu rozbłysły na widok drewnianego pieńka, schowanego pomiędzy dwoma dorodnymi świerkami.
– To może… – zaczął mówić, powoli odwracając się do Hermiony, jednak Gryfonki już przy nim nie było. Dostrzegł jej burze włosów trzy alejki dalej, wśród karłowatych jodeł. Pokręcił głową i zajął swoje, upatrzone miejsce na drewnianym pniu.
Zdążył nieźle zmarznąć zanim Hermiona go znalazła. Z uśmiechem oznajmiła, że znalazła to, czego chciała. Malfoy kiwnął głową i ruszył za Gryfonką. Szli wśród świątecznych drzewek, co rusz skręcając lub zawracając. W końcu panna Granger stwierdziła, że są na miejscu. Pokazała Draco choinkę, którą wybrała. Była to niewielka jodełka, sięgała Draco trochę powyżej pasa. Chłopka uniósł wysoko brwi ze zdziwienia.
– To ta? – zapytał. Hermiona kiwnęła głową, ale już się nie uśmiechała. Podszedł do nich sprzedawca i zapytał, czy już są zdecydowani. Padły dwie odpowiedzi: ciche „tak” Hermiony i zdecydowane „nie” Malfoya. Popatrzyli po sobie zdziwieni, czym wywołali salwy śmiechu u starszego sprzedawcy.
– Omówcie to sobie jeszcze, wrócę za chwilę – oznajmił mężczyzna i odszedł z uśmiechem na ustach. Kiedy oddalił się dość znacznie, Draco zaczął rozmowę:
– Tak ma wyglądać ta twoja wspaniała choinka, Granger? Jak wychodziliśmy upierałaś się, że to jest najważniejsze…
– Mnie się podoba – powiedziała dziewczyna, krzyżując ręce na piersiach. Malfoy wywrócił oczami.
– Wcale nie – stwierdził, chowając ręce do kieszeni płaszcza.
– Skąd możesz wiedzieć, co…
– Salazarze, Granger… Jesteś jedną z tych dziewczyn, co wieżą w magię świąt, dobre uczynki, przemiany tych złych i resztę takich rewelacji… Twoja wymarzona choinka sięgałaby pieprzonego nieba.
– Nie klnij – zwróciła mu uwagę, ale nie mogła powstrzymać szczerego uśmiechu. – Jako jedna „z tych dziewczyn” zignoruję to, że próbowałeś mnie obrazić. – Ślizgon znów wywrócił oczami.
– Więc o co chodzi?
– O nic, ta naprawdę mi się podoba – powiedziała Hermiona, starając się brzmieć naturalnie. Nie chciała przyznawać, że nie ma tyle gotówki, ile potrzeba na choinkę okazałych rozmiarów. – Ostrzegam, jeszcze raz wywrócisz oczami, a… – nie dokończyła groźby, bo znów podszedł do nich sprzedawca.
– Jakiś kompromis? – zapytał z uśmiechem.
– Tak, niech pan mi pokażę największą choinkę, jaką pan ma – powiedział szybko Draco, zanim Gryfonka w ogóle otworzyła usta. Zadowolony z siebie Malfoy ruszył za sprzedawcą, Hermiona z kwaśną miną szła obok. Nagle przystanęła i pociągnęła blondyna za rękaw. Dystans między nimi a sprzedawcą trochę się zwiększył.
– Nie mam tyle pieniędzy – syknęła Malfoyowi na ucho. Chłopak uśmiechnął się i na powrót przyśpieszył. Hermiona dogoniła go, czekając, aż coś powie.
– Chyba nie myślałaś, że ty będziesz płacić… – odezwał się w końcu, zerkając na dziewczynę. Hermiona otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale koniec końców je zamknęła. Widząc to, Draco uśmiechnął się przez jedną, krótką chwilę.
– Ja… – zaczęła, ale w tym momencie sprzedawca przystanął przy potężnym świerku.
– I jak? – zapytał Malfoya.
– Nada się – stwierdził Ślizgon. Sprzedawca zaprosił ich do stanowiska z kasą fiskalna, ulokowaną pod prowizorycznym zadaszeniem.
– Nie masz mugolskich pieniędzy – szepnęła Hermiona, kiedy szli w stronę kasy.
– Przezorny, zawsze ubezpieczony – mruknął Malfoy.
Parę chwil później stali z potężnym świerkiem u boku, przed placem, na którym sprzedawano świąteczne drzewka. Hermiona nie mogła powstrzymać uśmiechu. Zawsze marzyła o ogromnej choince pośrodku salonu. Świerk był sporo wyższy niż Malfoy, a co dopiero ona sama. Przez jeden, krótki moment się zapomniała i po prostu rzuciła się na szyję blondyna.
– Dziękuję – powiedziała cichutko w jego kark. Malfoy przytulił ją do siebie jedną ręką, drugą trzymając drzewko. Oderwała się od niego i mógł dostrzec, że policzki miała zaczerwienione. Oczywiście mogło to być spowodowane mrozem, jednak Draco nie do końca wierzył w tę wersję. Jakoś tak mu się ciepło zrobiło, gdy usłyszał to ciche „dziękuję”.
– Co tam mówiłaś przed chwilą? – zapytał ze ślizgońskim uśmieszkiem. Hermiona pokręciła głową.
– Że ktoś, to będzie musiał zataszczyć do domu…  – Wtedy Malfoy spojrzał na choinkę i pożałował swojego wyboru. W dodatku musiał znieść tryumfujący uśmiech Hermiony przez całą drogę powrotną. 
*
Późnym wieczorem Pansy i Blaise dotarli do położonej na półwyspie Skandynawskim, rezydencji Zabinich. Ślizgon nie wiedział, dlaczego matka uparła się właśnie na ten dwór, osobiście wolałby spędzić święta w tym angielskim, do którego wracała na wakacje. Podróż była niezwykle męcząca, więc Pansy i Blaise, odetchnęli z ulgą, kiedy na horyzoncie pojawiło się wysokie ogrodzenie dworu.
– Więc… jesteśmy na miejscu – powiedział chłopak, kiedy stanęli z Pansy przed żelazną, wysoką na dwa metry bramą. Dziewczyna nie była w stanie wykrztusić słowa. Jej rodzina wcale nie była bogata, więc widząc rezydencję Malfoya czy Zabiniego , zawsze zapierało jej dech w piersi. Chłopak zdjął zaklęcia ochronne i brama otworzyła się przed dwójką, zmęczonych Ślizgonów. Zabini dzielnie niósł ich bagaże aż do samego wejścia. Parkinson nie zdążyła zapukać, kiedy drzwi otworzyła im Zofia Zabini. Mina jej zrzedła, kiedy zobaczyła przed sobą Pansy.
– Cóż, wejdźcie do środka – powiedziała i ruszyła przodem. Blaise skinął towarzyszce głową na znak, żeby weszła do rezydencji. Pansy nagle zapragnęła zniknąć. Znaleźć się z powrotem w Hogwarcie lub gdziekolwiek indziej. Po prostu nie tutaj. Było już na to za późno.
Zabini zostawił bagaże w holu, a potem podążył za matką do salonu. Chwycił Pansy za rękę, chcąc dodać jej odwagi. Dziewczyna była jak sparaliżowana. Zofia zajęła obszerny fotel, gestem dłoni nakazując to samo dwójce przybyłych. Dwójka uczniów Hogwartu usiadła na kanapie.
– No więc? – zapytała matka Zabiniego po dłuższej chwili milczenia. Blaise wstał z kanapy i wyrecytował, przygotowaną wcześniej, formułkę:
– Mamo, chcę ci przedstawić moją narzeczoną. Pansy poznałaś już wcześniej, a ja… No cóż dopiero po siedmiu latach naszej znajomości zdałem sobie sprawę jak poważnym uczuciem darze tę rudowłosą… – Pansy posłała przyjacielowi przerażone spojrzenie, Zofia zmarszczyła brwi, ale Blaise odchrząkną i niezrażony wpadką, kontynuował: – te ciemnowłosą osóbkę. Chcemy się pobrać z końcem lata. – Zofia posłała w stronę Pansy wymuszony, sztuczny uśmieszek.
– Tak, wszystko to bardzo zgrabnie zaplanowałeś synu – zwróciła się do Blaise’a. – Jednak… No cóż… Chyba rozmawialiśmy na temat… – Blaise przerwał matce, doskonale wiedząc co nastąpi:
– Miłość nie wybiera, mamo – ostatnio słowo wypowiedział z dozą sarkazmu. – Kocham Pansy i albo udzielisz nam błogosławieństwa albo nigdy się nie ożenię. – Zapadła cisza, podczas której Parkinson chciała zapaść się pod ziemię. Spojrzenie jakim ją obdarzyła Zofia Zabini sprawiło, że przeszły ją ciarki. Blaise czekał na to, co odpowie mu matka.
– Kolacja już gotowa – oznajmiła gospodyni , całkowicie zmieniając temat. Kobieta wstała z fotela i kierując się do jadalni, zniknęła na chwilę z pola widzenia dwójki Ślizgonów.
– Zabierz mnie stąd – bezgłośnie powiedziała Pansy, a Blaise wyczytał wszystko z ruchu jej warg. Uśmiechnął się pokrzepiająco i objął ją ramieniem.
– Będzie dobrze – szepnął jej do ucha, zanim weszli do jadalni.
Kolacja przebiegła w znośnej atmosferze. Praktycznie nikt się nie odzywał, także Pansy nie musiała słuchać kąśliwych uwag matki Zabiniego, które były zazwyczaj codziennością. Odetchnęła z ulgą, kiedy Blaise zaprowadził ją do pokoju gościnnego i zostawił samą. Pansy rzuciła się na łóżko i dość długo wpatrywała w sufit. Była zmęczona. Nie tylko podróżą, ale również konfrontacją z Zofią Zabini, oczywiście było jeszcze coś… Zawsze musiało być coś jeszcze. Pomyślała i przypomniała sobie poranną rozmowę z Potterem i Weasleyem. Wydawało jej się, że to wszystko wydażyło się tak dawno. Jakby minęły lata świetlne, a nie godziny od tego wydarzenia. Zastanawiała się czy Ron powiedział Harry’emu o udawanych zaręczynach. Czy to cokolwiek zmienia? Przecież nie chcesz go znać… Drwiła sama z siebie. Tak naprawdę nie wiedziała czego chciała. Przewróciła się na bok, czując łzy pod powiekami. To wszystko było zbyt skomplikowane. Czuła, że się gubi, w labiryncie własnych kłamstw.
***
Następnego dnia Ginny zerwała się bardzo wcześnie. Przygotowania do Świąt ruszyły pełną parą i dziewczyna wiedziała, że musi pomóc mamie. W dodatku wyczekiwała odpowiedzi Hemiony na zaproszenie do Nory na okres Bożonarodzeniowy. Była pewna, że list, który wczoraj wysłała był tylko formalnością, toteż jakie było jej zdziwienie, kiedy otrzymała odpowiedź. Od razu obudziła Rona i Harry’ego, nie zważając na wczesną porę.
– Wstawajcie lenie! Hermiona odpisała! – Szturchnęła brata jeszcze raz, widząc, że chłopak nie zamierza wstać. Harry już usiadł na łóżku i zakładał okrągłe okulary na nos.
– Coś się stało? – zapytał brunet. Ginny od razu odczytała im list od Hermiony:
– „Kochana Gin, bardzo dziękuję za zaproszenie! Wiem, że zdążyłaś się stęsknić, ja również. Niestety nie przyjadę do Nory na Wigilię. Przeproś ode mnie wszystkich i uściskaj chłopaków. Mam już pewne plany i nie chcę wszystkiego odwoływać. Zapraszam Was do siebie w pierwsze Święto, mam nadzieję, że nie odmówicie i zobaczymy się niedługo. Ściskam mocno i całuję, Hermiona.” – Ginny powędrowała wzrokiem od Harry’ego do Ron i z powrotem. Oboje mieli tak samo zdziwione miny.
– Pokaż to – powiedział stanowczo Harry, marszcząc kruczoczarne brwi. Nie chcało mu się wierzyć, że Hermiona spędzi Święta bez nich.
– Co to za „plany”? – zapytał w końcu Ron. Ginevra bezradnie wzruszyła ramionami. Nie miał pojęcia, co jej przyjaciółka mogła wymyślić.
– A może to taka… przykrywka? Wiecie, chce nam zrobić niespodziankę i…
– Nie łudziłabym się – powiedziała Ginny i odwróciła się do Harry’ego, szukając poparcia. Okularnik, oddał jej list.
– Komuś coś mówiła o tych „planach”? – zapytał Harry, licząc, że Ron przypomni sobie jakąś wzmiankę o świątecznych planach swojej dziewczyny i wszystko się wyjaśni. Rodzeństwo Weasley pokręciło przecząco głowami. Cała trójka zamilkła na dłuższą chwilę.
– No nic – powiedziała w końcu Ginny, wstając z ramy łóżka Rona. – Chyba nie dowiemy się przed pierwszym dniem świąt… – Ron i Harry od razu wyczuli, że rudowłosa jest rozgoryczona i zła.
– Ginny to… – zaczął Harry, ale dziewczyna rzuciała krótkie „idę pomóc mamie” i trzasnęła drzwiami wychodząc. W dupie mam takie święta. Pomyślała jeszcze, a potem zamknęła się w pokoju.
*
Hermiona krzątała się w kuchni od samego rana. Mimo iż wigilijna wieczerza miała odbyć się dopiero jutro, ona była cały tydzień przygotowań w plecy. W dodatku nie miała swojej różdżki, która z pewnością wszystko by przyśpieszyła. Jednak nie łamała się, doskonale wiedziała co powinna robić. Hermiona kochała  Święta Bożego Narodzenia, kochała ten radosny nastrój, zapach pierników i życzliwość. Nawet jeśli to ostatnie było sztuczne. Otarła czoło wierzchem dłoni, zostawiając tam biały ślad z mąki. Wyrabiała właśnie ciasto na pierniki, kiedy do kuchni zajrzał zaspany Malfoy.
– Co ty robisz o tak nieludzkiej porze, Granger? – zapytał, tłumiąc ziewnięcie. Zegar pokazywał zaledwie kwadrans po ósmej i Malfoy sam się dziwił, że zerwał się tak wcześnie.
– Pierniki, Malfoy, nie widać? – powiedziała Hermiona zagniatając ciasto. Denerwowała się, bo nadal nie uzyskała spójnej konsystencji. Nie miała tyle siły, aby zrobić to odpowiednio dobrze. Pani Weasley pomagała sobie czarami, a jej mama zawsze prosiła tatę o pomoc. Ona została ze wszystkim sama, jednak starała się o tym nie myśleć. Nic nie zepsuję mi nastroju. Powiedziała sobie i wróciła do nieszczęsnej, korzennej masy.
– Co? – zapytał Mafoy, wpatrując się w ubrudzoną mąką twarz Hermiony. Gryfonka zerknęła na niego, chcąc się upewnić, że pyta poważnie. Jednak na twarzy Malfoya odmalowało się prawdziwe zdziwienie, toteż zaczęła tłumaczyć:
–Pierniki to takie ciasteczka i piecze się je na…
– Wiem co to są pierniki, Granger. Nie rób ze mnie idioty – rzucił podirytowany. Teraz to Hermiona nie wiedziała o co mu chodzi.
– Pytałeś – stwierdziła beztrosko. Draco wywrócił oczami.
– Może nie „co robisz” a raczej „po co”? – Hermiona znów uniosła na niego wzrok. Teraz Ślizgon opierał się łokciami o ubrudzony blat wyspy kuchennej, stał dokładnie naprzeciw dziewczyny.
– Jak to „po co”? Przecież to tradycja.
– Ale wiesz, że to nie będą takie zwykłe święta?
– Każde Święta są niezwykłe – rzuciła, wracając do ciasta na pierniki. Blondyn znów wywrócił oczami. Stał przy blacie dłuższą chwilę, wpatrując się w skupioną twarz Hermiony. Nagle stwierdził, że jest naprawdę ładna. Lubił tą zawziętą minę, zmarszczkę wzdłuż czoła, zadarty nos. Praktycznie niewidoczne piegi. Lubił nawet te burzę włosów. Lubił ją całą i wcale nie przeszkadzał mu fakt, że to Hermiona Granger, wręcz przeciwnie.
– O co chodzi, Malfoy? – zapytała dziewczyna, orientując się, że Ślizgon od dłuższej chwili jej się przygląda. Draco uśmiechnął się cwaniacko i porywając jabłko z misy, która stała na blacie, rzucił:
– Ubrudziłaś się, Granger. – Posłała mu wściekłe spojrzenie, bo doskonale zdawała sobie sprawę, że od stóp do głów jest w mące. Uśmiechnął się, wychodząc. Ten świdrujący wzrok, który czuł na plecach też lubił.
*
– Harry chyba w końcu musimy poważnie porozmawiać – powiedział Ron, kiedy jego przyjaciel wrócił spod prysznica. Myślał o tym od dłuższego czasu i wiedział, że niektórych rzeczy nie da się odwlekać w nieskończoność. Harry posłał mu pytające spojrzenie, a potem usiadł na swoim łóżku. Czekał, aż Ron powie coś więcej.
– Od razu ostrzegam, że chodzi o Ślizgonów.
– Z Parkinson to chyba skończone, zaręczyła się z tym palantem.
– Taaa… Do tego też dojdziemy.
– Co? – zapytał Harry, ścieląc łóżko. Odpowiedź Rona, tak tajemnicza, sprawiła, że w jego głowie pojawił się promyczek nadziei.
– Może zacznę od Astorii…
– Od Greengrass? – wtrącił, szczerze zdziwiony Harry. Ronald kiwnął głową.
– Tak jakby… Całowałem ją.
– Że co zrobiłeś? – zapytał ze śmiechem Harry. Nie wiedział, czy ma nawrzeszczeć na Rona, czy gratulować. Bezkonkurencyjnie Astoria była najładniejszą laską w szkole, takie były fakt i Harry nie zamierzał zaprzeczać. Jednak nie umknął mu pewien problem.
– Ron, ty masz dziewczynę…
– I tutaj trafiłeś w sedno. Oczywiście żałuję jak cholera, bo jednak Hermiona nie zasługuję…
– Ej, poczekaj… Długo się całowaliście?
– Czy to ma znaczenie, teraz? – zapytał podirytowany Ronalad. Harry parsknął śmiechem.
– Czyli długo. Dobra, teraz dawaj… Jaki jest plan? Chcesz jej powiedzieć?
– Męczy mnie to strasznie, ale wiesz… Myślałem, że powiem jej przed Wigilią, jak tylko przyjedzie to może do Świąt się pogodzimy.
– Ty naprawdę chcesz to ciągnąć, Ron? Znaczy kibicuję wam i w ogóle, ale…
– Wiem – skwitował Ronald. Doskonale wiedział. Jego związek z Hermioną nie miał żadnej przyszłości, wszyscy dookoła chcieli mu to dać do zrozumienia, ale on tak bardzo nie chciał jej zranić.
– To co chcesz zrobić? – zapytał Harry, mierzwiąc sobie włosy. Jego rudowłosy przyjaciel wzruszył ramionami. Potter mu się nie dziwił, sam by nie wiedział.
– Jest jeszcze jedna sprawa… – zaczął Ron, chcąc powiedzieć Harry’emu o Pansy, ale w tym momencie pani Weasley weszła do sypialni chłopców.
– Śniadanie na stole, a potem jest kilka rzeczy, o które chciałabym was poprosić. W stodole za domem jest taki… – Molly zaczęła schodzić po schodach, a jej głos stracił się, gdzieś w połowie drogi do kuchni. Dwójka Gryfonów popatrzała po sobie znacząco, a potem ruszyli na dół. Ron wiedział, że musi powiedzieć Harry’emu o udawanych zaręczynach Pansy, z drugiej strony nie chciał jeszcze bardziej mieszać. Tak przynajmniej da jej spokój, a ona jemu. Myślał przy śniadaniu. Tylko komu to wyjdzie na dobre? Nie wiedział i dlatego postanowił wszystko wyznać Harry’emu przy najbliższej okazji. Niech się dzieje co chce. Pomyślał, a potem niby niechcący, przywołał wspomnienie o pocałunku z Astorią.







Ostatni dzień lipca, ale udało się! Napiszcie co sądzicie o tym rozdziale, ja nie bardzo czuję ten świąteczny klimat w środku lata, no ale cóż… Spokojnie, nie każe Wam czekać na kolejny wpis do grudnia :D
Zajrzycie na mój drugi blog, bo jeśli lubicie „dom Salazara” to myślę, że „Godryk, Salazar” również trafi w wasze gusta (link po lewej stronie).

Jak zwykle uzbrójcie się w cierpliwość i życzę cudownych wakacji!

Błędy jak zwykle wyeliminowała niezawodna Ali$hia, dziękuję :)

~Pani M.







wtorek, 12 lipca 2016

Rozdział 60



Rozdział 60 – W dobrą stronę.



Hogwart

W sobotni poranek Pansy obudziła się bardzo wcześnie. Już o siódmej była rozbudzona i ubrana, w każdej chwili gotowa, żeby zejść na śniadanie. Nie rozmawiała z Harrym odkąd wyszła ze szpitala św. Munga i trochę zaczęło ją to irytować. Nie rozumiała, dlaczego Gryfon się do niej nie odzywa. Czy zrobiłam coś nie tak? Zastanawiała się, ścieląc łóżko. Jej współlokatorki nadal spały, więc Pansy musiała zachowywać się naprawdę cicho.
W końcu na zegarach w całym zamku wybiła ósma i Ślizgonka opuściła lochy, idąc na śniadanie.  Od jej nieudanej randki z Potterem minął równy tydzień. Panna Parkinson nie mogła uwierzyć, że tyle się przez ten czas wydarzyło.  Rozmawiała z Zabinim i dowiedziała się o jego zawieszeniu, aresztowaniu Hermiony, pobycie Astorii w skrzydle szpitalnym i drastycznej zmianie w wyglądzie i zachowaniu Daphne. W kwestii tego ostatniego to nawet się cieszyła. Daf znów była tą uśmiechniętą wersją siebie.
 Pansy już jutro miała wrócić do domu na Święta. Cieszyła się, że odpocznie od nauki. Usiadła przy stole Slytherinu i dość długo mieszała swoją owsiankę, zanim jej skosztowała. W pewnym momencie dosiadł się do niej Zabini. Nałożywszy sobie jajecznicy na talerz, zaczął rozmowę:
– Co tak wcześnie? – Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– Miałam ostatnio sporo czasu na spanie – powiedziała w końcu, zeskrobując owsiankę z brzegów miski. Blaise kiwnął głową.
– No tak. Mogę o coś zapytać? – rzucił chłopak i nie czekając na odpowiedź, kontynuował – Czy ty i Potter, czy to coś poważnego? – Ślizgonka pytająco spojrzała na Blaise’a. Odsunęła od siebie miskę z owsianką, jakoś przeszła jej ochota na jedzenie. W brzuchu czuła dziwny ucisk, temat Harry’ego był dla niej wyjątkowo niewygodny.
– Nie – powiedziała powoli, obserwując przyjaciela. – To znaczy… Jeśli pytasz czy jesteśmy parą…
– Pytam, czy Potter ci się podoba.  – Pansy wywróciła oczami.
– Może. – Wzruszyła ramionami. – Dlaczego mnie wypytujesz? – zapytała, nalewając sobie kawy.
– Bo mam do ciebie prośbę… To znaczy… – Przerwała mu, uśmiechając się zachęcająco:
– Co tylko zechcesz, Blaise. – Poczuła ulgę, bo nie chciała mówić o Harrym częściej niż to konieczne. Jednak następne pytanie zmazało jej uśmiech z twarzy.
– Wyjdziesz za mnie? – Pansy wiedziała, że jej przyjaciel właśnie zwariował.
*

Dom państwa Granger

Hermiona obudziła się kilka minut po ósmej. Wiedziała, że Malfoy będzie spał co najmniej do dziesiątej, więc miała trochę czasu dla siebie. Zeszła do salonu w piżamie i potarganych włosach. Kiedy zajrzała do kuchni, zamarła. Jej współlokator próbował ugasić niewielki pożar, zalewając całą podłogę wodą, wydobywającą się z różdżki, którą trzymał w dłoni. Hermiona szybko podbiegła do kuchenki i zakręciła gaz. Potem zabrała patelnie, wraz z palącą się zawartością i wrzuciła do zlewu. Wszystka zalała lodowatą wodą. Odetchnęła z ulgą i dopiero wtedy zwróciła się do Malfoya:
– Usiłowałeś nas zabić?!
–  Ja tylko… – Jednak dziewczyna nie dała mu dokończyć:
– Przestań zalewać moją kuchnię. – Zerknęła w stronę wyciągniętej ręki blondyna. Draco nadał trzymał  w niej różdżkę, z której lała się woda. Mruknął odpowiednie zaklęcie pod nosem, zatrzymując strumień.
– A teraz się tłumacz! Co tu się stało?! – Hermiona nadal była zła na chłopaka. Myślała, że zrobił to celowo. Chciała szybko podejść do przypalonego blatu, niestety poślizgnęła się na mokrej podłodze i runęła jak długa. Na szczęcie Draco w porę ją złapał, przytrzymując dziewczynę za biodra. Kiedy Hermiona stanęła o własnych nogach, dostrzegł, że policzki jej poczerwieniały.
– Dzięki – mruknęła niechętnie. Draco skinął głową, a w kącikach jego ust błąkał się uśmiech. Nie zamierzał się przyznawać do próby zrobienia śniadania. Nigdy nie gotował i właściwie nie wiedział co go podkusiło. Nic nie mówił i przyglądał się Hermionie, która ostrożnie chodziła po kuchni i oceniała szkody. W końcu z podejrzliwą miną odwróciła się do Draco.
– Próbowałeś zrobić naleśniki? – zapytała, ledwo powstrzymując śmiech.
*
– Nie do końca rozumiem twój „przegenialny” plan… – Pansy wyraziła swą wątpliwość, kiedy w pokoju wspólnym Ślizgonów, Blaise próbował wprowadzał ją w szczegóły. Chłopak wywrócił oczami i napił się piwa kremowego prosto z butelki.
– Twoja mama mnie nie lubi, Blaise. Nie zgodzi się, żeby…
– Nie ma się zgodzić. Na tym polega plan – przerwał jej Zabini. Pochylił się do przodu, znajdując się bliżej swojej przyjaciółki.
– Posłuchaj Pansy, dobrze wiesz, że sprawa  Weasley poszła się kochać i to na pewno nie ze mną. Jesteś moją ostatnią nadzieją. Proszę tylko o tydzień. Pojedziemy, ona pomarudzi i da mi spokój na kolejne parę lat.
– Sama nie wiem, Blaise…
– Proszę? Nie zostawisz chyba przyjaciela na pastwę losu? – Ślizgonka wywróciła oczami, ale nie mogła ukryć rozbawienia. 
– Zgoda – powiedziała w końcu, a Blaise rzucił się na nią, zgniatając Ślizgonkę w niedźwiedzim uścisku.
– Puść mnie, bo się uduszę! – wykrztusiła w końcu dziewczyna, a Zabini posłusznie się odsunął.
– A skoro mam zostać twoją niedoszłą żoną to chyba o czymś zapomniałeś… – Ślizgon podejrzliwie zmrużył oczy.
– Chyba nie mam iść do twoich rodziców i prosić o zgodę…?  – zapytał powoli, a Pansy ze śmiechem pokręciła przecząco głową.
– Nie, ale pierścionek powinieneś mi kupić. Jeśli mamy udawać to trzeba zadbać o szczegóły…
– Zawsze byłaś taka łasa na błyskotki?
– Zrobiłam się kapryśna, jak mi powiedzieli, że mam za ciebie wyjść. – Pokazała mu język, a chłopak wywrócił oczami.
– Dziś po południ wybierzemy się na zakupy. Wyjaśnię Slughornowi tę wyjątkową sytuację… – Pansy parsknęła śmiechem.
– Chyba nie myślisz, że tak po prostu się zgodzi? – Zabini wzruszył ramionami.
– Co nam szkodzi spróbować?
*
Pansy właśnie wracała z obiadu. Blaise’owi udało się załatwić przepustkę u samej dyrektorki i mogli opuścić Hogwart. Dziewczyna miała iść się przebrać i spotkać z Zabinim za pięć minut przy wejściu do Wielkiej Sali. Mieli wybrać pierścionek i omówić szczegółu planu przy kawie.
Nie podobała jej się perspektywa spędzenia świąt w towarzystwie Zofii Zabini. Matka Blaise’a była najbardziej wybredną kobietą jaką znała Pansy. Ślizgonka nigdy nie usłyszała z jej ust dobrego słowa, zawsze jej coś nie pasowało. Zofia nie lubiła Pansy, ale nie lubiła prawie nikogo, i dziewczyna się tym nie przejmowała. Pani Zabini miała jednak słabość, słabość do mężczyzn. Blaise nie pamiętał ilu facetów miała jego matka. Wszyscy byli obrzydliwie bogaci i zazwyczaj przystojni. Być może dlatego Draco Malfoy, jak jedyny wśród znajomych Blaise’a, był zawsze mile widziany w posiadłości Zabinich. Nagle znajomy głos wyrwał Pansy z niewesołych rozmyślań o matce Blaise’a.
– Dokąd się tak śpieszysz w sobotnie popołudnie? – Ślizgonka odwróciła się, stając twarzą w twarz z Harrym Potterem. Wiedziała, że jest niemal spóźniona, więc bez zastanowienia, rzuciła:
– Idę wybrać pierścionek zaręczynowy. Nie mam czasu, Harry. – Gryfon zaniemówił. Pansy czekała, aż Potter coś odpowie, ale chłopak nadal milczał. Nie przyszło jej do głowy, że to co powiedziała faktycznie mogło zabrzmieć bardzo dziwnie. Podirytowana tym wszystkim odwróciła się na pięcie i ruszyła w stronę lochów. Słyszała jak Harry krzyczy „zaczekaj”, ale nie zamierzała czekać. Miała zdecydowanie dość czekania.
Wściekła wpadła do swojego pokoju, przebrała koszulkę na czystą i zabrała kurtkę. Wetknęła jeszcze różdżkę za pasek jeansów i już szła z powrotem w stronę Wielkiej Sali. Wściekła na Pottera, chłodno przywitała Blaise’a. Ciemnowłosy zmarszczył brwi i zapytał, kiedy opuszczali mury zamku:
– Konfrontacja z Astorią?
– Gorzej, z piepszonym zbawcą świata…  – Ślizgon parsknął śmiechem, a Pansy zaraz zmierzyła go nieprzychylnym spojrzeniem.
Kiedy oddalili się wystarczając od Hogwartu, Zabini złapał Pansy za rękę i aportowali się prosto do magicznej części Londynu.
Nawet jak na grudzień było bardzo zimno. Ślizgonka ukryła twarz w materiale szalika. Miała czerwone policzki i nos. Mimo ujemnej temperatury z nieba nie leciał biały puch. Pansy zaszurała butami po chodniku. Zabini schował dłonie w kieszeniach grubego płaszcza.
– Od czego zaczynamy? – zapytała w końcu Ślizgonka.
– Myślałem o sklepie Godderów…
– Chyba sobie żartujesz, nie ma mowy. – Dziewczyna pokręciła głową. Doskonale znała Godderowskie ceny.
– Niby dlaczego? Nie podoba ci się ich biżuteria?
– Nie o to chodzi, Blaise. Nawet gdyby to były prawdziwe zaręczyny to bym się zastanawiała… A tym bardziej udawane. Ich biżuteria kosztuje góry galeonów! – Chłopak wywrócił oczami.
– Dobrze wiesz, że to nie problem…
– Nie o to chodzi – warknęła Pansy. Mimo jej protestów, zgodnie s sugestią Blaise’a, trafili do warsztatu jubilerskiego, należącego do rodziny Godder. Dziewczyna z kwaśną miną oglądała pierścionki za przeszkloną szybą. Wszystkie były naprawdę wyszukane i drogie, niektóre nawet jej się podobały, ale żadnego nie zamierzała wybrać. Po dwudziestu minutach Zabini zaczął tracić cierpliwość i oświadczył, że czeka na zewnątrz i jeśli Pansy się na coś zdecyduje ma do niego przyjść. Kiedy tylko Ślizgon opuścił sklep, Pansy zostawiła gablotę z pierścionkami i ruszyła w stronę naszyjników. Już w witrynie zwróciła uwagę na pewien model. Była oczarowana i wpatrywała się w naszyjnik z pożądaniem. Był wykonany ze srebra i przedstawiał smoka pikującego w dół. Tułów gada był owinięty jego skrzydłami, a wzór niewielkich łusek mienił się, kiedy Pansy oglądała naszyjnik pod różanymi kątami. Smok był naprawdę niewielki, ale Pansy od jakiegoś czasu podobały się takie delikatne ozdoby.
– Piękny, nieprawdaż? – Głos sprzedawcy wyrwał dziewczynę z letargu. Odwróciła się błyskawicznie i ujrzała przed sobą starszego mężczyznę w czarnej, eleganckiej szacie, z którym Blaise rozmawiał o pierścionku.
– Tak, niesamowity. – Wtedy do sklepu zajrzał Zabini. Uradowany podszedł do Pansy i sprzedawcy, miał nadzieję, że dziewczyna w końcu coś wybrała.
– Nareszcie – powiedział, kiedy stanął obok swojej przyjaciółki. Ślizgonka pokręciła głową.
– To nie pierścionek. – Zawiedzona mina Blaise’a sprawiała, że Pansy poczuła się dość głupio. Z pewnością nie poprawiła mu samopoczucia tym wymyślaniem. Chłopak już zamierzał odejść, ale zatrzymał go głos Ślizgonki:
– Właściwie jest pierścionek, który mi się podoba.
– Salazarze, nareszcie! – Uśmiech wrócił na twarz Zabiniego. Parkinson wybrała najskromniejszy pierścionek z całej wystawy i choć cena nadal wydawała jej się za wysoka – uległa. Dwójka przyjaciół opuściła sklep. Oboje byli dobrej myśl.
*

Draco bez słowa wyszedł z kuchni w domu państwa Granger. Udał się na górę do sypialni, w której spędził ostatnią noc. Zaczął się pakować. Wczoraj wieczorem wysłał sowę do Zabiniego, informując przyjaciela, że spędzi u niego święta. Nie otrzymał odpowiedzi, ale był dobrej myśli. Czuł się upokorzony. Chciał zrobić coś dobrego i jak wyszło? Jak zawsze. Odpowiedział m jakiś uciążliwi głosik w głowie. Zamknął kufer i zniósł go do salonu. Hermiona już tam na niego czekała. Widząc, że trzyma kufer w ręce, zrobiła zdziwioną minę. Stała na drodze do drzwi, patrzyli na siebie w ciszy.
– Miło było, Granger, ale… – Przerwała mu, krzyżując ręce na piersiach:
– Znów zamierzasz uciec. – To nawet nie było pytanie. Draco westchnął i postawił kufer na wykładzinie.
– Ja tylko… – Zawahał się o moment za długo, dziewczyna weszła mu w słowo:
– Znów odchodzisz. I jestem pewna, że znów wrócić i znów namieszasz w moim życiu. Mógłbyś się z łaski swojej zdecydować? To cholernie trudne dla mnie. No tak, ale co ja cię obchodzę? – Widząc, że Draco zamierza coś powiedzieć, uniosła rękę, nakazując mu milczenie.
– Nic nie mów. Tym razem nie będę cię zatrzymywać. – Przeszła obok niego bez słowa i zniknęła na zakręcie schodów. Draco zacisnął rękę na uchwycie kufra i ruszył do drzwi. Nie zawracaj, po prostu idź. Nie zależy jej, tobie nie zależy. Mówił do siebie, licząc, że to pomoże. Nie pomogło. Zostawił kufer w holu i ruszył schodami na górę.
– Granger! – zawołał, przeskakując po dwa stopnie. Dziewczyna nie odpowiedziała, choć doskonale słyszała go zza zamkniętych drzwi swojej sypialni. Miała dość tej ciągłej gonitwy. Już po raz trzeci Malfoy zamierzał zostawić ją bez słowa. Dlaczego się tym tak przejmuję? Zadawała sobie to pytanie za często. Opadła na miękkie poduszki. Chciała żeby z nią został. Tak po prostu.
Wtedy drzwi jej pokoju gwałtownie się otworzyły. Draco był trochę zdezorientowany, nie tak wyobrażał sobie pokój Granger, wszedł do środka. Hermiona usiadła na łóżku, podciągając nogi pod brodę.
– Zapomniałeś czegoś? – zapytała, a głos jej zadrżał. Malfoy uśmiechnął się w sposób, który Gryfonka lubiła najbardziej. Przybrał arogancki wyraz twarzy, ale widać było jego rozbawienie. Pokręcił głową.
– Zapomniałem, że nie potrafię cię zostawić.
– Zostawiłeś mnie już dwa razy – powiedziała rzeczowo Hermiona. Nadal była zła.
– I zawsze musiałem wrócić. – Znów zapanowała cisza, ale Draco przerwał ją szybciej niż poprzednim razem:
– Nie ma zielonego pojęcia, dlaczego sprawiasz, że czuję się… po prostu dobrze. Możemy tego nie komplikować? – Panna Granger wstała z łóżka i podeszła do blondyna. Zadarła głowę do góry, żeby spojrzeć mu w oczy.
– To zawsze będzie skomplikowane, Malfoy.
– Być może, ale jeśli pozwolisz mi zostać, to wiedz, że zmierzamy w dobrą stronę.
*

Harry chodził w te i z powrotem po sypialni, czym doprowadzał Rona do szewskiej pasji. Rudowłosy w końcu nie wytrzymał.
– Możesz przestać! – wydarł się, a Harry przystanął. Westchnął ciężko i opadł na swoje łóżko. Ronald odłożył pergamin i pióro. Pisał pracę na zielarstwo, ale to mogło poczekać.
– O co chodzi, Harry? – zapytał, marszcząc brwi. Okularnik powoli podniósł się do pozycji siedzącej.
– Ona jest zaręczona! – Ronald zrobił dziwną minę.
– Kto, Parkinson?
– A ty skąd wiesz? – odpowiedział pytaniem na pytanie Potter. Ron wzruszył ramionami.
– Od rana chodzą plotki o jej zaręczynach z Zabinim.
– Z tą ślizgońską gnidą?! – Ron parsknął  śmiechem.
– Czyżbyś był zazdrosny?
– Zazdrosny? Dziewczyna, którą kocham właśnie się zaręczyła! „Zazdrosny” to mało powiedziane!
– Harry… – Ron zaczął nerwowo skubać pergamin, na którym wcześniej pisał swoje zadanie domowe. – Powiedziałeś, że ją kochasz… – Podniósł wzrok na przyjaciela. Potter westchnął i znów położył się na łóżku.
– Może faktycznie ją kocham. – Szczęka Ronalda upadła ma podłogę. Rozmawiał kilka razy z Harrym o Parkinson, ale jego przyjaciel nigdy nie mówił o Ślizgonce w ten sposób.
– Harry… Czy ty trochę nie przesadzasz…? – Ciemnowłosy chłopak wzruszył ramionami. Prawda była taka, że nie wiedział. Faktycznie miał ochotę zabić Zabiniego, ale czy to była zwykła zazdrość? Z drugie strony nie mógł uwierzyć w te całe zaręczy. Pansy by mu powiedziała. Niespełna tydzień temu byli na randce, a teraz ona zaręcza się z Blaise’m? Zdecydowanie coś tu nie pasowało.
– Może po prostu z nią pogadaj? Wyjaśnij wszystko? – podsunął Ron. Sam wiedział, że musi porozmawiać z Hermioną, przyznać się do pocałunku z Astorią i ponieść wszystkie konsekwencje. Naprawdę żałował, że to się stało. Jednak na razie chciał pomóc Harry’emu.
– Masz rację, muszę z nią porozmawiać! Wyjaśnić.
– Myślę, że przy kolacji będziesz miał dogodną okazję do…
– To nie może czekać! – Harry w pośpiechu ubrał sweter i zaczął poszukiwania różdżki. W końcu wygrzebał ją z pod poduszki. Sam nie wiedział, co jego magiczny patyk tam robił. Nie czekając na to, co ma do powiedzenia Ron, wybiegł z ich sypialni. Jak tornado przeszedł przez pokój wspólny Gryfonów i ruszył schodami w dół, schodząc z wieży.
Stanął na początku korytarza, prowadzącego do lochów, a los się do niego uśmiechnął, bo zza zakrętu wyszła Astoria Greengrass. Chciał zapytać ją o Pansy.
– Cześć, Harry – powiedziała blondynka, uśmiechając się uroczo. Gryfon skinął głową.
– Mogłabyś mi podać hasło do pokoju wspólnego Ślizgonów? Albo  najlepiej zawołać Pansy, muszę z nią porozmawiać. – Astoria zamrugała kilka razy, próbując poukładać informację, którymi zarzucił ją Potter.
– Pansy nie ma – powiedziała w końcu. – Pojechała z Blaisem wybrać pierścionek.
– Czyli to prawda – mruknął do siebie Harry.
– Czy to nie słodkie? Niby przyjaciele, a tu takie poważne uczucie. Wszyscy byliśmy trochę zaskoczeni, ale… – Harry przerwał jej, grobowym tonem:
– Kiedy mogę się jej spodziewać? – Blondynka rozłożyła bezradnie ręce.
– Może złapiesz ich na kolacji, ale Pansy nie mówiła, kiedy wraca. – Harry mruknął coś w podziękowaniu i odszedł.
Astoria westchnęła i odwróciła się na pięcie. Miała iść na randkę z Krukonem, którego imienia za nic nie potrafiła sobie przypomnieć, ale zrezygnowała. I tak zwracałby uwagę tylko na moją ładną buźkę. Zerknęła w dół. I może na ten dekolt… Odwróciła się ostatni raz, spoglądając na tył głowy Pottera. Ty mnie nie chcesz, prawda Harry? Zapytała samą siebie i znów westchnęła cicho. Nie rozumiała co z nią nie tak. Owszem większość chłopaków dało by się zabić za spotkanie sam na sam, ze starszą z sióstr Greengrass, ale ani Draco, ani Harry nigdy nie był „większością chłopaków”. Oboje szukali czegoś innego. Czegoś, czego mi brakuję. Astoria miała ochotę się rozpłakać, ale zamiast tego dumnie wkroczyła do pokoju wspólnego Ślizgonów. Dostrzegła, że na kanapie siedzi Matt, siódmoklasista, z którym bawiła się miesiąc temu. Pomachała do niego, zalotnie mrugając. Ślizgon uśmiechnął się w odpowiedzi i poklepał miejsce na kanapie obok siebie. Co mam do stracenia? Pomyślała panna Greengrass. Chwilę potem zawzięcie całowała Matta, pozwalając mu położyć rękę trochę poniżej swoich pleców.
*

Pansy nie miała pojęcia co się szykuję, kiedy zadowolona wróciła z zakupów. Nie zamierzała na razie nosić pierścionka, bo byłoby to lekką przesadą. Odłożyła go na swoją etażerkę, która stała przy łóżku. Zdjęła wietrzne odzienie i ruszyła do Wielkiej Sali. Nie była specjalnie głodna, bo wraz z Blaisem wpadli na kawę i sernik do jednej z kawiarenek w magicznej części Londynu.
Usiadła przy stole Ślizgonów i nalała sobie pełny kubek herbaty z cytryną, a potem doprawiła napój miodem. Pansy siedziała przy stole, obserwując uczniów w Wielkiej Sali. Nagle obok niej, ciężko usiadła Daphne.
– Hej, Daf. Nie zauważyłam cię.  – Wtedy Parkinson dostrzegła, że jej współlokatorka ma nietęgą minę. Pansy zmarszczyła ciemne brwi i zapytała:
– Stało się coś?
– Astoria znowu to robi.
– Chodzi ci o…
– Tak – ucięła krótko Daphne. Pansy westchnęła i objęła koleżankę ramieniem. Wiedziała, że Astoria to dość specyficzna osoba. Jest tak ładna, dlaczego się nie szanuje? To pytanie naprawdę męczyło szatynkę. Według Parkinson Astoria mogłaby mieć każdego mężczyznę i wcale nie musiała się ze wszystkimi migdalić. Potarła ręką czoło i nalała drugi kubek herbaty, podstawiając go Daf pod nos.
– Pogadam z nią jutro – powiedziała i nawet się uśmiechnęła, chcąc dodać otuchy młodszej koleżance. Wiedziała, że wulgarna wersja Astorii powodowała u Daphne chęć zapadnięcia się pod ziemię. Siedziały ramię w ramię dłuższą chwilę, nic nie mówiły, nie musiały.
W końcu Pansy wstała do stołu, zostawiając Daf w towarzystwie koleżanek z młodszego rocznika – Effy i Sophie. Wiedziała, że jej współlokatorka była w dobrych rękach. Cały ten dzień był dla Parkinson strasznie męczący i wprost marzyła o gorącej kąpieli i wygodnym łóżku. Tyle co opuściła Wielką Salę, usłyszała głos:
– Musimy pogadać, teraz. – Harry zagrodził jej drogę i już nie miała wyboru, westchnęła cicho i ruszyła za nim. Gryfon zacisnął mocniej szczękę i ruszył  stronę wieży astronomicznej, nie dbał o chłód i śnieg. Chciał spokojnego miejsca, z którego zobaczy niebo. Tak jak podczas ich patrolów, które niesamowicie ich zbliżyły, tak jak podczas nocy we Francji, kiedy Ślizgonka wyjawiła mu przypadkiem swój sekret.
– Dokąd idziemy? – zapytała Pansy, niepewnie spoglądając w stronę schodów na wieżę astronomiczną.
– Chyba się domyślasz – rzucił Potter i ruszył przodem. Nie oglądał się za siebie, po prostu miał nadzieję, że dziewczyna za nim idzie. Pansy czuła się nieswojo w miejscu śmierci dyrektora. W dodatku na górze było zimno, choć bezwietrznie. Cieszyła się, że nie zdjęła swetra przed kolacją.
– O czym chciałeś… – Nie pozwolił jej dokończyć:
– Czy to prawda? Twoje zaręczyny, czy to co mówią… – Harry zamilkł, kiedy Ślizgonka skinęła głową.
– To chyba nie mamy o czym rozmawiać. Przepraszam, że zmarnowałem twój czas, pewnie musisz dobrać kolor obrusów do krawata pana młodego, czy coś… – Ślizgonka parsknęła śmiechem.
– Zazdrosny, robisz się wredny i podoba mi się to. – Harry uniósł jedną brew. Nie rozumiał co Pansy chce osiągnąć. Ślizgonka wywróciła oczami.
– Co chciałeś mi powiedzieć? – zapytała, krzyżując ręce na piersiach.
– Już mówiłem, nie mamy o czym…
– Przestań, Harry. Co chciałeś mi powiedzieć? Po prostu to… – Przerwał jej, niepowstrzymanym potokiem słów:
– Nie chcę, żebyś wyszła za Blaise’a. Najpierw tłumaczyłem sobie, że jesteście za młodzi i to też prawda, ale nie o to chodzi! Nie chcę, żebyś za niego wychodziła ani teraz, ani za rok, ani nawet za dwadzieścia lat! Chciałem cię prosić o zerwanie zaręczyn, ale co a mogę? Chciałem…  – Zawał się chwilę, a Ślizgonka natychmiast to wykorzystała.
– Dlaczego? – Harry milczał chwilę, więc szatynka ponowiła pytanie: –  Dlaczego chciałeś, żebym zerwała zaręczyny? – Świdrowała go wzrokiem. Harry dzielnie zniósł to spojrzenie.
– Ponieważ cię kocham – odpowiedział bez zająknięcia. Dziewczynę zatkało, chciała coś powiedzieć, ale zabrakło jej słów. Nie sądziła, że kiedykolwiek to usłyszy. Po słowach Gryfona zaczęło wiać, momentalnie zrobiło się zimniej. Rozpuszczone włosy dziewczyny zaczęły fruwać wokół jej policzków.  Harry w konsternacji czekał na to co odpowie Pansy. Ślizgonka spuściła głowę.
– Jestem już zaręczona, Harry. Jutro wyjeżdżam z Blaisem. – Podniosła głowę, a gdy napotkała spojrzenie Harry’ego, coś zakuło ją od środka. Nigdy nie widziała takiego smutku i goryczy. Niemal żałowała swoich słów. Niemal, bo Ślizgoni nigdy nie żałują. Podjęła decyzję i choć było to nieczyste zagranie miała nadzieję, że Harry przetrwa próbę. Uśmiechnęła się przepraszająco i uciekła z wieży.
Idąc do lochów myślała o tym wszystkich, nie sądziła, że nadal potrafi być tak wredna. Raz Ślizgon, zawsze Ślizgon. Pomyślała i uśmiechnęła się. Wiedziała, że Harry podoła jej wyzwaniu, wiedziała, że zmierzają w dobrą stronę.






I znów rozdział na dziewięć stron zamiast dziesięciu, i znów termin poszedł się kochać i z pewnością brakuję kilku przecinków i wyłapiecie literówki. Może przekona was Hansy i Dramione? Dobra, mnie też by nie przekonało...
Postaram się coś wrzucić jeszcze w tym miesiącu, mam nadzieję, że wakacje spędzacie równie miło jak ja J
Do następnego: Pani M.