niedziela, 29 listopada 2015

Rozdział 53


Rozdział 53 –  Cisza zwiastuje burzę.


Ostre, zimowe światło słoneczne wdarło się do pomieszczenie przez niedociągnięte, grube zasłony. Jednak ani jeden promień nie dosięgnął twarzy Dracona Malfoya i jego towarzyszki. Dom pogrążony był w ciszy, ale nie niezręczniej, czy nieporządnej, ciszy poranka, kiedy to nikomu nie przyszło do głowy, aby wstać. Zegar w salonie wskazywał zaledwie kwadrans po szóstej i wszyscy rozsądni czarodzieje jeszcze spali. Nawet skrzaty pochrapywały w małym pomieszczeniu obok kuchni, jeden z nich wstał, aby obudzić Hermionę, ale nie zastał jej w gościnnej sypialni, wrócił i położył się z powrotem.
Tą niesamowitą ciszę, przerwał dźwięk otwieranych drzwi. Obcasy zastukały na marmurowych kafelkach w przed pokoju. Narcyza zdjęła gruby, ciemnogranatowy płaszcz i odwiesiła go na wieszak, stojący przy drzwiach. Wróciła do domu po niespełna trzech dniach nieobecności. Jednak amerykańscy magomedycy nie mieli pojęcia jak pomóc jej synowi, toteż wracała z niczym. Była przede wszystkim zmęczona podróżą. Zerknęła na złoty zegarek, który ciasno oplatał jej nadgarstek. Miała pewność, że jej syn jeszcze nie wstał. Pewnym krokiem weszła do salonu i… zamarła. Oczy rozszerzyły się jej do wielkości spodków. Zamrugała kilkakrotnie, nie wierząc własnym oczom. Scena rozgrywająca się w salonie była niczym z obrazka.
Draco, jej jedyne dziecko, spał na kanapie i jak gdyby nigdy nic obejmował lewą ręką Gryfonkę, w dodatku mugolaczkę. Hermiona głowę miała ułożoną na jego ramieniu, a jej lekko zadarty nosek muskał szyję chłopaka. Nogi dziewczyny były podkulone. Ramiona mieli przykryte kocem w szkocką kratę, co z pewnością było zasługą skrzatów.
Złość, niedowierzanie i oburzenie. Takie uczucia targały nią w tamtym momencie. Głośno odchrząknęła, licząc, że obudzi młodzież, nic takiego się nie wydarzyło. Draco jedynie zmarszczył nos, mruknął coś, co niepokojący przypominało słowo „Granger”, a jego ręka zjechała niebezpiecznie nisko po plecach dziewczyny. Hermiona poprawiła głowę na jego ramieniu. Narcyza chrząknęła znowu, tym razem naprawdę głośno. Draco otworzył oczy. Pierwsze co dostrzegł to burza brązowych włosów tuż pod własnym nosem.  Zerknął na policzek dziewczyny, potem usta. Wykrzyknął zaskoczony:
– Merlinie, Granger!
Na dźwięk swojego nazwiska Gryfonka poderwała głowę do góry, a widząc twarz Ślizgona tak blisko swojej, próbowała się odsunąć. Najpewniej spadłaby z kanapy, gdyby nie ręka chłopaka,  nadal spoczywająca na jej plecach. Gdy tylko Hermiona złapała równowagę, siadając na skraju kanapy rozejrzała się dookoła zdziwiona. W tym samym momencie dostrzegli Narcyzę. Kobieta, z rękami skrzyżowanymi na piersiach stała w progu pokoju. Hermiona odruchowo naciągnęła koc pod samą szyję i spiekła raka. Zdawała sobie sprawę, jak wygląda ta sytuacja z perspektywy pani Malfoy. Jasnowłosa kobieta musiała się nieźle natrudzić, żeby się nie roześmiać. Dwójka młodych czarodziei wyglądała przezabawnie i zarazem groteskowo. Hermiona z kocem naciągniętym po szyje, czerwona jak burak, siedziała przodem do Narcyzy, uciekając wzrokiem od oskarżycielskiego spojrzenia kobiety. Draco podrapał się po głowie, próbując sobie przypomnieć jak doszło do takiej sytuacji.  Siedział na kanapie z głową skierowaną w lewo, przeskakując wzrokiem od nagich pleców Gryfonki, siedzącej tyłem do niego, do oskarżycielskiego spojrzenia matki.
– Widzę, że dobrze wam się spało – rzuciła Narcyza z sarkazmem, tasakując wzrokiem syna. Draco powoli wstał, co nie było dobrym pomysłem, zważywszy na fakt, że miał na sobie jedynie  podkoszulek i bokserki.  Hermiona podniosła głowę i cicho przemówiła:
– To moja wina proszę pani, nie powinna zostawać.
– Nie wmówisz mi, że nie przyłożył do tego ręki – powiedziała pani Malfoy, rzucając Draco karcące spojrzenie. Byle nie przyłożył czegoś jeszcze… Te uwagę zatrzymała dla siebie.
– Kominek znów się zepsuł, co miałem zrobić? Wyrzucić ją na dwór? – zapytał rozłoszczony.
– Myślę, że znaleźlibyśmy sypialnie dla panny Granger, nie musiałeś jej towarzyszyć całą noc. I na Merlina, kanapa? Naprawdę?
Oboje byli zażenowani i koniec końcu żadne nie odpowiedziało Narcyzie. Kobieta pokręciła z niedowierzaniem głową.
– Zastawię was, a ty Hermiono, przywdziej coś jeśli łaska… – wyszła z salonu. Draco przyjrzał się dokładnie dziewczynie, a potem pacnął się w czoło.
– Głupio wyszło, wiem… – powiedziała jedynie dziewczyna. Malfoy pokręcił głową z rozbawieniem.
– Zsunęły ci się ramiączka i to wygląda jakbyś… jakbyś…
– Nie kończ. – Posłała mu spojrzenie bazyliszka. Faktycznie z nagimi ramionami i kocem podciągniętym pod szyję wyglądała jakby była nieubrana. Policzki poczerwieniały jej jeszcze bardziej. Wstała z kanapy, zaplątując się w koc. Prawie upadła, ale podtrzymał ją za łokieć.
– Niezdara – mruknął, a Hermiona wyrwała ramę z jego uścisku. Poprawiła ramiączka koszuli nocnej i pozwoliła, aby koc upadł na ziemię. Draco podniósł go i rzucił na kanapę.
– Trafisz do swojej sypialni? – zapytał, lustrując ją wzrokiem. Nie mógł się powstrzymać, ale cienka halka w końcu ukazała, że Gryfonka ma talię, a nawet piersi. Pierwszy raz widział ją w czymś podkreślającym kobiece atuty.
– Napatrzyłeś się już? – warknęła. Draco otrząsnął się i przeniósł spojrzenie na jej twarz. Zdecydowanie była wściekła. Dziewczyna odwróciła się szybko i podążyła w stronę wyjścia. Malfoy z satysfakcją stwierdził, że nawet tyłek ma zgrabny. Jednak ten, jak i inne komentarze, zatrzymał dla siebie.
*
Ginny nie spała dobrze tej nocy. Nieobecność Hermiony sprawiała, że rudowłosa dziewczyna denerwowała się coraz bardziej. W dodatku wczorajszy incydent z Harrym… Nie była pewna co o tym myśleć. Schodziła właśnie na śniadanie, kiedy zielonooki Gryfon zatrzymał ją, chwytając za ramię.
– Ginny, możemy pogadać? – zapytał zdejmując rękę z jej ramienia. Kiwnęła głową i odeszli kawałek na bok.
– Wczoraj… To głupio wyszło, wiesz, nie chodziło mi o… - przerwała mu:
– Nie musisz się tłumaczyć, Harry. Ale myślałam, że między nami już wszystko skończone…
– Bo tak jest! – potwierdził szybko. – Wczoraj, Godryku, jakie to głupie…
– No co? – zapytała szczerze zaciekawiona, a jednocześnie rozbawiona. Harry podrapał się po głowie.
– Wczoraj, myślałem o kimś innym. – Ginny zaśmiała się nerwowo, nie za wiele rozumiała z tego wszystkiego. Potter widząc, ile zamieszania narobił, uciął szybko:
– Może po prostu o tym zapomnijmy? Nie chcę, żeby było niezręcznie. – Dziewczyna pokiwała z zapałem głową.
– Świetnie. – Harry poczuł ulgę, nie wybaczyłby sobie, gdyby jego wpadka zepsuła mu kontakty z Ginny.
– Śniadanie? – zapytała dziewczyna z uśmiechem. Gryfon kiwnął głową i razem pokonali drogę do stołu Gryffindoru. Ginny usiadła obok Parvati, a kiedy zaczęła smarować tost dżemem porzeczkowym, usłyszała przyciszony głos ciemnowłosej Gryfonki, tuż obok swojego ucha:
– Naprawdę jej nie ma? – Ginevra zmarszczyła brwi i odwróciła się do Parvati.
– O kim mówisz?
– O Hermionie, podobno spędziła noc poza Hogwartem!
– Kto ci naopowiadał…  – Ale głos Romildy Vane, przerwał Gryfonce:
– Widziano ją w nocy, pod gabinetem McGonagall, pewnie korzystała z kominka.
– Hermiona jest Prefektem Naczelnym, z pewnością miała ważną sprawę do McGo… – Znów przerwała jej Vane:
– Nie kłam, słyszałyśmy twoją nocną rozmowę z Harrym. – Zachichotały, a Ginny zrozumiała, że sprawa robi się poważna.
– Nie miałyście prawa podsłuchiwać! – Gryfonki popatrzały po sobie niepewnie.
– Samo tak jakoś wyszło…  – powiedziała niepewnie Parvati, Romilda pokiwała głową.
– Zakazuje wam, mówić o tym komukolwiek. O tym co słyszałyście i o tym co widziałyście…
– Powiedz tylko… Znów jesteście razem? – zapytała panna Vane, a na jej policzkach pojawiły się wypieki. Była podekscytowana.
– Nie! – wrzasnęła Ginevra, a dwie, ciekawskie Gryfonki aż się odsunęły.
Panna Weasley, porządnie rozwścieczona, wstała od stołu, udając się w stronę wyjścia. Wiedziała, że nie dalej niż przed obiadem, będzie o tym huczeć cała szkoła. Bała się, że plotki rozejdą się również po lochach. A jeśli nawet złapie Blaise’a wcześniej i wszystko mu wyjaśni to i tak będzie musiała powiedzieć, że Harry ją pocałował. Zabini tak, czy siak będzie wściekły. Westchnęła, wracając na czwarte piętro po książki. Myślami wróciła do minionej nocy i usiłowała sobie przypomnieć, czy nie zauważyła gdzieś obecności Romildy i Parvati. Bujając w obłokach, wpadła na Blaise’a. Ślizgon przytrzymał dziewczynę. Podniosła na niego wzrok i na jej usta wstąpił uśmiech. Przytuliła się do chłopaka.
– Właśnie wracam spod twojej sypialni – wyjaśnił z uśmiechem i pocałował ją przelotnie w czoło.
– Byłam na śniadaniu, jakoś nie pomyślałam…
–  Nie szkodzi – wtrącił szybko. Wolno ruszyli w stronę dormitorium prefektów. Ginny, zwykle rozgadana i tryskającą energią, teraz milczała.
– Coś się stało? – zapytał Zabini. Cisza zwiastowała tajemnice. Ginevra pokręciła głową.
– Jestem innego zdania… Wiesz, że możesz mi powiedzieć.
– Wiem. – Westchnęła, a Ślizgon złapał ją za rękę i splótł swojej palce z jej palcami. Uśmiechnęła się pod nosem. Sporo ryzykowali, zachowując się w ten sposób na korytarzu. Szybko trafili do dormitorium prefektów, Ginny w pośpiechu zbierała książki.
– Wiesz coś może o Hermionie?
– Chyba to co wszyscy. – Wzruszył ramionami, zastanawiając się skąd takie pytanie. Ginny upychała książkę do zaklęć w torbie, kiedy zdecydowała się na kolejne pytanie:
– A co wiesz o Hermionie i Malfoyu? – Blaise zamilkł. Nie był pewny, ile Granger zdradziła Ginevrze, bo Draco powiedział mu zdecydowanie większość o ich spotkaniach.
– Dobra, oboje coś tam wiemy – zaczęła Ginny. – Wczoraj do niego pojechała.
– Z lekarstwem? – zapytał Blaise rzeczowo. Ginevra wzruszyła ramionami.
– Tego nie wiem, nie chcą mi zbyt wiele powiedzieć.
– Kto?
– Hermiona i Harry, on też jest w to zamieszany. – Zabini powoli kiwnął głową. Próbował poukładać w głowie, te wszystkie nowe informację.
– Zachowują się dziwnie, zauważyłaś? – zapytał, kiedy opuszczali dormitorium. Mieli szczęście, że Michael nie wrócił jeszcze ze śniadania.
– Kto? Harry i Hermiona? – zapytała Ginny, marszcząc brwi. Blaise pokręcił głową, kiedy schodzili po schodach. Natrafili na grupkę Puchonów i zamilkli na chwilę. Kawałek dalej, kiedy znów znaleźli się sam na sam, Ślizgon wyjaśnił szybko:
– Granger i Draco. Chyba od dwóch miesięcy unikają tematu tego drugiego… Coś musiało się stać, a teraz jeszcze ona zostaje u niego na noc. Chyba możemy się zgodzić w tej kwestii; coś jest nie tak.
– Zdecydowanie – poparła go  Ginny. – Ale co my możemy z tym zrobić? – Blaise już chciał coś odpowiedzieć, kiedy po drugiej stronie korytarza pojawiło się kilku Ślizgonów. Zamiast tego, bezgłośnie powiedział „pogadamy później” i przyśpieszył kroku. Ginny zwolniła i pozwoliła, żeby dystans między nimi się zwiększył. Nadal nie była gotowa na obwieszczenie światu, o jej związku ze Ślizgonem. Ruszyła w stronę  sali od zaklęć. Obiecała sobie, że jeśli Hermiona nie pojawi się na pierwszej lekcji, pójdzie do McGonagall.
*
Harry i Ron szli w stronę klasy profesora Barkleya. Czekała ich obrona przed czarną magią, a na te zajęcia żaden nie chciał się spóźnić. Ron martwił się o Hermionę, mimo że przyjaciel zapewnił go o jej bezpieczeństwie. Nie ufał Malfoyowi i był przekonany, że Harry też nie powinien. Zostawił jednak tę uwagę dla siebie. Szli w milczeniu i musieli przyznać, że ta cisza była cholernie irytująca. Stanęli pod salą, do rozpoczęcia lekcji zostało ponad dwadzieścia minut. W końcu odezwał się Harry:
– Jeśli Hermiona nie wróci do godziny to pójdziemy do McGonagall, okej? – Szatyn widział, że jego przyjaciel martwi się o Hermionę, właściwie wcale mu się nie dziwił. Ron pokiwał głową. Znów zapadło milczenie. Harry gryzł się w język, żeby nie zacząć tematu Pansy. Właściwie, dlaczego nie? Uświadomił sobie nagle i szybko znalazł odpowiedź; wiedział co Ron myśli o ciemnowłosej Ślizgonce. Westchnął.
– Co jest? – zapytał od razu rudowłosy chłopak, widząc, że jego przyjaciel się z czymś męczy.
– Chodzi o dziewczynę – zaczął Harry. Raz hipogryfowi śmierć. Pomyślał. Ron posłał mu pytające spojrzenie.
– Wiesz, Ginny jest… – zaczął, ale zielonooki szybko mu przerwał:
– Nie chodzi o Ginny, mówiłem, że między nami skończone. Naprawdę. – Ron kiwnął głową, ale Potter dostrzegł niedowierzanie w wyrazie jego twarzy.
– Idę z nią do Hogsmaede w tę sobotę…
– Robi się poważnie. – Ron szturchnął przyjaciela i uśmiechnął się. – No  to mów! – rzucił po chwili.
– Ale co?
– No jak to, kto to jest!  Nasz rocznik, ładna? Znam ją?
– Taaa… - Harry pożałował, że zaczął ten temat. Wiedział co Ron myśli o Ślizgonach albo przynajmniej tak mu się wydawało. Przecież rudowłosy Gryfon nie podzielił się z nim informacjami na temat Astorii Greengrass i ich spotkań.
– Na dawaj! – zachęcał Ronald, ale wtedy grupka Krukonów i reszta Gryfonów dołączyła do nich pod klasą. Zrobił się hałas i szum. Dwójka przyjaciół stanęła po przeciwnej stronie korytarza, uwalniając się od tłoku.
– Jak w pierwszej klasie… – mruknął Harry obserwując zamieszanie przy drzwiach. Ron parsknął śmiechem, kiedy jedna z Krukonek nawrzeszczała na ich kolegę, że szturchnął ją, kiedy czytała.
– To kto to w końcu jest?
Wtedy na korytarzu pojawiła się Ślizgonka. Pansy ciemne włosy miała upięte w schludny kucyk. Szata, ciasno zapięta w tali, omiatała jej kostki, kiedy szła. Widząc spojrzenia skierowane w jej stronę, uśmiechnęła się pod nosem. Nie przejmując się niczym i nikim podeszła wprost do Harry’ego. Stanęła plecami do zaszokowanych Gryfonek i Krukonek, patrzących na nią wilkiem. W rękach trzymała książkę od zaklęć.  Ron szczerze zdziwiony gapił się na Ślizgonkę, dlaczego do nich podeszła? I to bez obstawy, w postaci, co najmniej Zabiniego?! Puściła Ronaldowi oczko, a potem jej wzrok skupił się na Harrym.
– Sobota aktualna? – powiedziała spokojnie.
Tłum za jej plecami wstrzymał oddech, a Ron zachłysnął się powietrzem, kiedy Harry, równie spokojnie, odpowiedział „tak”.
*

Hermiona przebrała się szybko, składając koszulę nocną w równiutką kosteczkę. Był jej tak wstyd przed panią Malfoy! Przemyła twarz zimną wodą, a włosy udało jej się związać i nawet trochę przygładzić, przy nasadzie głowy, ale co z tego, skoro Narcyza widziała, jak śpi z Malfoyem na jednej kanapie. W dodatku przytuleni do siebie! Co ja powiem Ronowi? Pomyślała. Jęknęła zrezygnowana, opuszczając toaletę. Zamknęła za sobą drzwi, a w pokoju czekał Draco. Stał obok łóżka i uśmiechał się pod nosem, gładząc materiał jej koszuli nocnej. Gryfonka stanęła jak wryta.
– Cholera, Malfoy! – Leniwie przeniósł na nią wzrok. Zabrał rękę z gładkiego materiału. – A co gdybym się właśnie przebierała!
– Na to liczyłem… – rzuciła mu spojrzenie bazyliszka. – Do rzeczy Granger, moja matka pyta, czy zostaniesz na śniadaniu?
– Nie, musze wrócić na lekcję, McGonagall mnie zabije... – Wzruszył ramionami.
– Jak chcesz. – Zamilkli, a Hermiona porządkowała rzeczy w torebce, zapadła niezręczna cisza.
– A co… – zaczął młody Malfoy i panna Granger natychmiast podniosła na niego wzrok. Ich spojrzenia się skrzyżowały, nie musieli nic mówić. W tym momencie rozumieli się bez słów.
– Poszukam czegoś, może dział ksiąg zakazanych? Jeśli nie, to w gabinecie McGonagall… – Przerwał jej:
– Zamierzasz wtajemniczyć Pottera? – Pokręciła głową.
– Nigdy by się na zgodził, żebym ci pomogła. Właściwie… Sama nie wiem, czy chcę ci pomóc, po tym… Po tym co chciałeś zrobić. – Spuścił wzrok, nie chciał, żeby dostrzegła jego rozczarowanie. Nie mógł jej winić za tą decyzję.
– Rozumiem – powiedział miękko. Czasami sam nie wiedział, co chciał wtedy osiągnąć. Tak cholernie tego żałował! Chciałeś być wielki dzięki czemuś takiemu? Kpił sam z siebie. Zerknął na Hermionę, a ona przez cały ten czas nie spuszczała z niego wzroku.
– Zrobię to. Pomogę ci, nie wiem czemu, ale pomogę.
– Myślę, że powinniśmy szukać na ulicy Śmiertelnego Nokturnu.
– W tę sobotę mamy wyjście do Hogsmeade, McGonagall może się zgodzi na wycieczkę do Londynu, poszukam czegoś.
– Nie możesz iść tam sama, nie znasz nikogo, poza tym twój status krwi… – spojrzała na niego wilkiem – Nie patrz tak, Granger, to tylko fakty. Nic osobistego.
– Twoje wyzwiska pod moim adresem, to tez nic osobistego? – zapytała z goryczą w głosie. Gdzieś w środku, to ją nadal bolało.
– Naprawdę musimy teraz o tym rozmawiać? – Zmrużył gniewnie oczy.
– Nie – ucięła. – Wracając do Nokturnu… Co proponujesz? – Przemyślawszy sprawę jeszcze raz, Hermiona doszła do wniosku, że Malfoy ma rację. Nikogo tam nie zna, nawet nie wiedziałaby, gdzie szukać.
– Pójdę z tobą.
– Żartujesz? W twoim stanie, powinieneś leżeć cały dzień, nie wspominając już o wychodzeniu na zewnątrz…
– Doceniam troskę.
– To nie troska, Malfoy. To fakty, nic osobistego – powiedziała z wyrazem triumfu na twarzy. Pokręcił z niedowierzaniem głową.
– Możemy wstąpić do Banku Gringotta, chyba mam jeszcze coś co może nam pomóc. Włamywałaś się już do skrytki, co nie Granger? Przynajmniej będę miał przy sobie kogoś z doświadczeniem… – Uśmiechnął się, widząc jej zmieszanie.
– O jedenastej w Hogsmeade, z tamtą się aportujemy na Pokątną.
– Więc, jesteśmy umówieni. – Kiwnęła głową. Hermiona zabrała swoją torebkę i razem z Malfoyem zeszli do holu. Narcyza czekała na nich, miała nieodgadniony wyraz twarzy.
– Dziękuję za śniadanie, ale chyba powinnam już wracać – powiedziała uprzejmie panna Granger. Pani Malfoy skinęła głową.
– Kominek już działa, nie powinnaś mieć problemów z powrotem.
– Dziękuję.
Narcyza znów skinęła głową, pożegnała się z Gryfonką i zniknęła za drzwiami prowadzącymi do kuchni. Draco i Hermiona stali jeszcze chwilę w holu, pogrążeni w ciszy. W końcu dziewczyna odezwała się pierwsza:
– Dzięki za nocleg.
– Taa… Ja też… No w każdym razie… – Jakoś nie potrafił tego powiedzieć na głos. Gryfonka czekała na to jedno słowo. Nie zamierzała mu tego ułatwiać. W końcu podszedł do niej i przytrzymując jej ramiona, dotknął ustami jej ust. Chciała się odsunąć, ale nie pozwolił na to. Nie był to długi pocałunek, ale swoje zrobił. Skutecznie rozproszył uwagę Hermiony.
– Dziękuję – powiedział szybko Malfoy, odsuwając się. Dziewczyna puściła to mimo uszu, wściekła się.
– Nie możesz tego cały czas robić! Cholera, Malfoy, co jest z tobą nie tak?!
– Faktycznie powinnaś już iść. – Zmierzyła go chłodnym spojrzeniem, a potem szybko podeszła do kominka w salonie. Chwyciwszy garść proszku fiuu, starannie wypowiedziała adres  i zniknęła wśród zielonych płomieni.
Draco stał w holu z głową odwróconą w stronę salonu. Nie rozumiał tego. Czuł, że wszystko wymyka mu się z pod kontroli. Kim dla mnie jest Granger? Od jakiegoś czasu szukał odpowiedzi, a ona nie przychodziła. Gdy ją widział, czuł swojego rodzaju radość, ale też i strach? Może niepewność, zmieszanie, ekscytację, frustrację. Tyle sprzeczności. Pokręcił głową, jakby chciał odpędzić się od myśli o Gryfonce. Był też wściekły, wściekły na siebie, bo nie zarejestrował momentu w którym coś się zmieniło. Spore to coś, skoro bez oporów całujesz szlamę… Skrzywił się przy tym określeniu, jakby wcale nie pasowało do Hermiony. Ambitna, uparta, denerwująca, zadzierającą nosa, tak. Ale szlama? Nie był już taki pewien jak kiedyś. I jeszcze ta niepowstrzymana chęć, aby poczuć jej, choćby najmniejszy, dotyk. Jakby była lekarstwem.  Przy niej ból ustępował, siły wracały. Chyba zwariowałem! O Salazarze, to jakiś obłęd! O czym, ja do cholery myślę?!  Ruszył do jadalni. Może mocna kawa, przywróci mu trzeźwość umysłu?
Tutaj moglibyśmy się spierać… Spierać, czy Malfoy właśnie trzeźwości nie odzyskał…

*

  Pansy siedziała w bibliotece do późna. Wypracowanie z obrony przed czarną magią w ogóle jej nie szło. Pani Prince rzucała w jej kierunku ponure spojrzenia, z pewnością kobieta chciała już iść. Pansy w końcu pozbierała swoje papiery i wypożyczając kolejne sześć książek, opuściła biblitekę. Oczy same jej się zamykały, miała kłopoty ze snem. Od jakiegoś czasu w ogóle nie potrafiła zasnąć, a kiedy już to robiła budziła się po godzinie czy dwóch. Na lekcjach często była  nieprzytomna i jedynie kofeina ratowała ją przed omdleniami. Może wzięłam sobie za dużo obowiązków? Myślała czasami. Kiedyś nie robiła nawet połowy tego co teraz, ale i jej oceny nie były nawet w połowie tak dobre. Znów zaczęła ją boleć głowa, ramiona straciły siłę. Naglę, książki upadły ciężko na ziemię, a Pansy zakręciło się w głowie.  Przytrzymała się ręką ściany, oddychała ciężko.
– Pansy? – usłyszała za sobą jego głos. Niewyraźny uśmiech, błąkał się po jej twarzy, ale nie miała siły, aby odwrócić głowę. Poczuła jak jego ręka łapie ja za ramię.
– Wszystko w porządku? – zapytał, z niepokojem patrząc na jej bladą twarz. Kiwnęła głową.
– Jestem po prostu trochę zmęczona – powiedziała cicho. Harry schylił się, aby pozbierać porozrzucane, po pustym korytarzu, książki. Dziewczyna uklęknęła obok niego. Zebrawszy wszystkie księgi, ruszyli drogą do lochów. Gryfon zabrał ciężką torbę dziewczyny.
– Powinnaś odpocząć – stwierdził po chwili, dziewczyna uśmiechnęła się niewyraźnie.
– Muszę jeszcze dziś napisać wypracowanie dla Barlkeya.
– Wykluczone, wyglądasz jakbyś nie spała od tygodnia.
– Za wiele się nie pomyliłeś… – mruknęła. Harry przystanął.
– Pomogę ci to napisać.
– Nie musisz, mam już prawie połowę.
– Jeśli szybciej skończysz, to wcześniej pójdziesz spać. – Wzruszyła ramionami.
– Nie sądzę, żeby to coś dało…
Pokonali już połowę drogi spod biblioteki do lochów. Jak na czwartek wieczorem, Hogwart był przeraźliwie cichy, faktycznie było już po dziesiątej, ale wcześniej nikt nie przejmował się ciszą nocną. Pansy czuła się trochę lepiej, ale zmęczenie jej nie opuściło. Mimo wszystko zaliczała ten dzień do udanych. Rano odszukała Harry’ego i na oczach Gryfonów i Krukonów zapytała o ich spotkanie, była taka szczęśliwa i podekscytowana, kiedy chłopak potwierdził tę informację. Do teraz przywoływała w głowie obraz miny Weasleya. Wszystko niby się układało, a jednak sypiała coraz gorzej. W dodatku choroba Dracona i dziwne zachowania Daphnie spędzały jej sen z powiek. Astoria już kilka razy próbowała rozmawiać z siostrą, ale nic to nie dało. Ślizgonka potarła zmęczoną twarz. Dotarli do lochów, a dziewczyna wypowiedziała hasło. W Pokoju Wspólnym Slytherinu, jak zwykle nie było wolnego miejsca. Starsze roczniki zajęły obie kanapy i wszystkie fotele. Pansy westchnęła, cofając się z powrotem na korytarz.
– Powinieneś już iść – powiedziała, choć wolałaby, żeby przy niej został. Harry chwycił jej rękę.
– Wiem, gdzie możemy pójść – powiedział z figlarnym błyskiem w oczach. Pansy uniosła jedną brew, na co Gryfon wywrócił oczami.
– Zaufaj mi.
 Zawrócili. Harry prowadził Ślizgonkę w stronę Pokoju Życzeń. Szybko pokonali drogę na siódme piętro. Kiedy Potter trzykrotnie przeszedł wzdłuż ściany, intensywnie myśląc o wygodnej kanapie, stoliku i dobrym oświetleniu, ich oczom ukazały się drewniane, podwójne drzwi. Weszli do środka. Duża wygodna sofa, dębowy stół i lampa sufitowa sprawiały, że pomieszczanie wydawało się całkiem przytulne. Pansy usiadła na kanapie, podkulając nogi. Harry odłożywszy torbę i książki na stolik, usiadł obok niej. Dziewczyna podała mu swoje, niedokończone wypracowanie. Harry przeczytał je szybko i zwrócił uwagę na drobne błędy. Obrona przed czarną magią była przedmiotem, z którym nigdy nie miał problemów. Pansy zaczęła przepisywać pracę na czystą kartkę, słuchając głosu Gryfona, który cicho dyktował jej nowe zadanie. Po niespełna piętnastu minutach, chłopak zarządził przerwę. Widział, że Pansy niemal zasypia z piórem w dłoni. Wyciągnął różdżkę i przyciemnił światło. Zabrał jej pracę i odłożył na stolik. Głowa Ślizgonki opadł miękko na oparcie kanapy. Uśmiechnął się pod nosem i odgarnął jej kosmyk ciemnych włosów z twarzy. Wziął się za jej pracę domową, swoją napisał już dwa dni temu. Zaczynał ostatni akapit, kiedy z ust Pansy wyszedł cichy krzyk. Spojrzał na nią szybko i zauważył zmarszczone czoło i to, jak kręci głową.
– Mirabell! – krzyknęła nagle. Harry złapał jej rękę, była lodowata. Przytrzymał jej głowę przy swojej.
– Pansy, to tylko sen. Obudź się. – Nic się nie wydarzyło. Potrząsnął nią lekko.
– Pansy? – Śligonka nagle otworzyła oczy, łapiąc powietrze. Ścisnęła rękę Harry’ego z całej siły. Rozejrzała się nerwowo po pokoju, dopiero po dłuższej chwili jej wzrok skupił się na chłopaku. Wyglądała na przerażoną.
– To tylko sen – powiedział Harry uspokajająco. Myślał, że dziewczyna ma po prostu koszmary.
– To było naprawdę – powiedziała i łzy nieoczekiwanie pojawiły się na jej policzkach. Otarła je szybko, puszczając rękę Harry’ego. Pogładził ją po ramieniu.
– Tylko sen…  – Pokręciła głową, walcząc ze łzami.
– Mirabell, ona naprawdę… Ona nie żyje.

– Kim jest Mirabell? – zapytał Harry, przyciągając ją do siebie. Pansy schowała głowę w jego ramieniu. Nic nie mówiła, a Harry głaskał ją po plecach. Nic z tego nie rozumiał, ale wiedział, że niedługo się dowie. Chciał jej pomóc. W końcu Pansy usnęła, tym razem nie miała żadnych snów.






Ja wiem, że notka jest strasznie krótka, ale zależało mi, aby wstawić ją jeszcze w listopadzie. Przyszły tydzień to dla mnie udręka z powodu próbnych egzaminów (tak, tak, Pani M. to jeszcze gimbaza…), co do następnego rozdziału to nie jestem jeszcze pewna, umówmy się wstępnie na  10 grudnia? Jak zwykle nie mogę niczego obiecać :( Mam wrażenie, że ten rozdział jest dziwnie nijaki, podzielacie moją opinię? I jak zwykle, liczę, że zostawicie po sobie jakiś komentarz! Czy nie dzieje się to wszystko za szybko? Piszcie J

~Pani M. 

sobota, 21 listopada 2015

Rozdział 52

Rozdział 52 –  Zbyt dobry.

Dziewczyna pewną ręką otworzyła drzwi. Była gotowa do drogi, długa szata podróżna kończyła się tuż nad jej kostkami. Czarne spodnie i fioletowa, mugolska bluza. Czy jej ubiór był próbą prowokacji? Być może. Włosy miała rozpuszczone, niektórzy, aby jej dopiec, mówili, że jej fryzura żyła własnym życiem. Zazwyczaj ignorowała te uwagi.
McGonagall siedziała, jak zwykle, przy biurku zawalonym papierami. Gryfonka była przekonana, że ten stos tylko się powiększa.
– Panno Granger, co pani tu robi o takiej porze? – Dyrektorka wymownie spojrzała na zegar ścienny, wskazujący wpół do jedenastej.
– Chciałam prosić o przepustkę – Hermiona zawahała się chwilę; – I możliwość skorzystania z kominka…
– Czy można wiedzieć dlaczego jedna z uczennic chce opuścić szkołę późnym wieczorem? – Dziewczyna westchnęła. Nie czekając na pozwolenie, zajęła miejsce naprzeciwko McGonagall.
– Chodzi o Malfoya, znalazłam coś i…
– I rozumiem, że nie możesz z tym zaczekać do jutra? – wtrąciła dyrektorka. Minerwa sama udzieliła sobie odpowiedzi. Nie była pewna czy ma podziwiać dobroduszność swojej podopiecznej, czy doszukiwać się ukrytych motywów.
– Dobrze więc, kominek jest do twojej dyspozycji. – Hermiona zerwała się z miejsca, przewiesiła niewielką czarną torebkę przez ramię i szybkim krokiem udała się w stronę kominka.
– Panno Granger? – usłyszała głos McGonagall, odwróciła się napięcie.
– Jutro rano widzę cię o dziewiątej, w sali zaklęć. Bez względu na to, gdzie spędzisz tę noc. – Dyrektorka znacząco spojrzała na swoją podopieczną. Hermiona nie zrozumiała tej aluzji albo raczej, nie spodziewała się tego po McGonagall. Zmarszczyła niepewnie nos i szybko odpowiedziała:
– Oczywiście. – Stanęła w kominku z garścią proszku fiuu w dłoni.
– Malfoy Manor – powiedziała wyraźnie. Minerwa obserwowała jak jej podopieczna znika wśród zielonych płomieni. Uśmiechnęła się pod nosem, a potem zerknęła na portret Dumbledore’a. Staruszek puścił jej oczko.
– Chyba miałeś rację, Albusie. Szkoda tylko, że to nie ty musisz to wszystko wpisać do kroniki Hogwartu…
*
Ginny czuwała do pierwszej w nocy, ale kiedy jej współlokatorka nie wróciła do tego czasu, postanowiła odwiedzić Harry’ego. Nie przejmowała się późną godziną, a ów Gryfon był ostatnią osobą, z którą Ginevra widziała z Hermioną. Cały ten plan wydawała jej się dość sensowny.
Przebrała piżamę na szary dres i założyła wygodne buty. Cicho opuściła dormitorium aby przypadkiem nie natknąć się na Michaela. Krukon nadal był nachalny w stosunku do dziewczyny, dlatego starała się go unikać. Ginny szybko znalazła się w pożądanej części zamku. Wieża Gryffindoru, nienaturalnie cicha w nocy. Dziewczyna podała hasło, a Gruba Dama, marudząc pod nosem, odsłoniła przejście do pokoju wspólnego.  Wbiegła po schodach do części z sypialniami chłopców, zatrzymała się dopiero pod drzwiami sypialni Harry’ego, jej brata i Neville’a. Nacisnęła klamkę i weszła do środka, nie do końca bezszelestnie, bo nieszczęsne drzwi musiały zaskrzypieć. Potter, czujny nawet podczas snu, od razu się przebudził.
– Lumos – mruknął pod nosem i uniósł różdżkę, najwyraźniej nadal spał z magicznym patykiem schowanym pod poduszką. Ginny oślepiona światłem zmrużyła oczy.
– To ja, Harry. Zgaś to zanim Ron się obudzi. – Dziewczyna wyjaśniła szeptem i podeszła do łóżka swojego byłego chłopaka. Harry posłusznie zgasił różdżkę, a potem ręką, po omacku, usiłował znaleźć okulary na stoliku nocnym, włożył je na nos. Ginny czekała w napięciu.
– Co tu robisz? Jest trochę późno…  – Gryfonka wywróciła oczami, jednak Harry nie mógł dostrzec tego gestu.
– Zejdźmy na dół zanim się obudzą – szepnęła, zerkając w stronę Ron  i Neville’a. Harry odrzucił kołdrę i zdał sobie sprawę, że jest w podkoszulku i bieliźnie, mimowolnie jego policzki pociemniały. Już chciał z powrotem schować się pod pierzyną, kiedy Ginny lekceważącym tonem powiedziała:
– Daj spokój, widziałam cię bez czegoś więcej niż spodnie. – Uśmiechnęła się pod nosem, a Harry, już trochę mniej zażenowany, podążył za nią do wyjścia. Nie odpowiedział na jej, jakże trafny, komentarz. Rozsiedli się na kanapie, przy kominku, tutaj doskonale się widzieli.
– No więc? – zaczął Harry, czekając na wyjaśnienia. Ginevra założyła kosmyk włosów za ucho i unikając wzroku byłego chłopaka, przystąpiła do wyjaśnień:
– Chodzi o Hermionę. Nie wiem, gdzie ją wysłałeś, ale nie wróciła.  – Zanim do Gryfona dotarł cały sens wypowiedzi, machinalnie sprostował:
– Nigdzie jej nie wysyłałem.
– Co nie zmienia faktu, ze jest po pierwszej a ona nie wróciła! – Dziewczyna chciała zwrócić uwagę Harry’ego na tą ważniejszą kwestię. Okularnik zmarszczył brwi.
– Jak to „nie wróciła”?
– Normalnie! Nie ma jej w dormitorium!
– Jasna cholera – wyrwało się Harry’emu. Ginny posłała mu pytające spojrzenie.  – Ona.. znaczy Hermiona…
– No! – poganiała go Gryfonka, coraz bardziej zaczynała się martwić o przyjaciółkę.
– Jest w Malfoy Manor.  – Zapadła cisza. Harry spokojnie czekał na jakąś reakcję Ginevry. W końcu dziewczyna wybuchnęła:
– Jak mogłeś pozwolić iść jej tam samej!!! On jest niebezpieczny, to śmierciożerca! Powinieneś być bardziej odpowiedzialny!
– Ciszej! Zaraz ktoś tu przyjdzie – syknął Harry. Ginny wzięła głębszy wdech, przymknęła oczy.
– Co was podkusiło, żeby jej na to pozwolić?!
– A co miałem jej zabronić?
– Cokolwiek, Harry! Cokolwiek!
– Przestań wrzeszczeć! Chcesz się tłumaczyć McGonagall, a co gorsza Ronowi?
– Nikomu się nie muszę tłumaczyć! – Fuknęła Gryfonka, ale też trochę się uspokoiła.
– Wiem, że nie musisz – spokojnie odparł Harry i uspokajająco położył jej rękę na ramieniu. Znów zapadła cisza. Chłopak westchnął i zabrał rękę.
– Z tego co wiem, to Hermiona uzgodniła wszystko z McGonagall. Gdyby coś się stało na pewno wiedzielibyśmy pierwsi. – Te wyjaśnienia trochę uspokoiły Ginny. Odgarnęła włosy z czoła.
– Pewnie masz rację. Może niepotrzebnie panikuję, ale… - zawahała się chwilę i spuściła wzrok. Zawsze to robiła, gdy nie wiedziała, czy może poruszać daną kwestię. Brunet doskonale znał ten gest.
– Wiesz, że możesz mi powiedzieć. – Złapał ją za rękę, Ginevra podniosła na niego wzrok. Biła się z myślami.
– Hermiona jest częścią rodziny i… no wiesz. Fred też jest, to… to głupie – stwierdzała nagle zniechęcona i smutna. Harry doskonale wiedział co rudowłosa dziewczyna ma na myśli.
– Ja też się o nią boję, ale nie możemy wariować, Gin. Podczas wojny giną ci, którzy nie powinni, ale wojna się skończyła, już wszystko będzie dobrze. – Po policzkach Ginevry popłynęły łzy, nie otarła ich, za to rzuciła się Harry’emu na szyję.
– Dziękuję – szepnęła. Potrzebowała tego od bardzo dawna, Hermiona pogrążona w jeszcze większym smutku, po stracie rodziców, cierpiała równie mocno. Takie rozmowy między dziewczynami kończyły morzem łez. Harry był dla Ginny ostoją, była mu za to dozgonnie wdzięczna. Pozwolił, aby zmoczyła mu podkoszulek, czekał spokojnie, wsłuchując się w trzask ognia w kominku. Nie minęło pięć minut, kiedy Ginny oderwała się od ramienia Gryfona i otarła zaczerwienione oczy ręką.
– Dziękuję – powiedziała znowu i  uśmiechnęła się z wdzięcznością. Harry również uniósł kącik ust ku górze.  
– Jutro z samego rano zobaczymy się z Hermioną na śniadaniu, a teraz odprowadzę cię do dormitorium – powiedział. Widząc, że Ginny nie jest przekonana co do tego planu, uniósł jej podbródek ku górze. Nachylił się i szepnął:
– Wszystko będzie dobrze – Te trzy słowa miały magiczną moc. Dziewczyna przymknęła oczy i uspokoiła się. Po chwili otwarła oczy i napotkała spojrzenie zielonych tęczówek. Harry nie wiedział co kierowało nim w tamtej chwili, ale nachylił się do Gryfonki i musnął wargami jej usta. Zaskoczona Ginevra odsunęła się prędko.  Mrugała, niedowierzając.
– Przepraszam Harry, ale nie taki był cel mojej wizyty – powiedziała chłodno, zabrzmiało to dużo bardziej oschle niż dziewczyna zamierzała.
– Przepraszam, nie sądziłem, że tyle się między nami zmieniło; że brzydzisz się mnie dotknąć – odparł z goryczą, patrząc jej prosto w oczy. Oboje nie przemyśleli swojego zachowania. Nastała niezręczna cisza, jednak Ginny dość szybko się reflektowała.
– Nie, Harry, przepraszam. Nie chciałam, żebyś tak to odebrał… - przerwał jej:
– Nie powinienem cię całować.
– Jeszcze dwa miesiące temu nie miałabym nic przeciwko, tylko… - urwała, w porę gryząc się w język.
– Tylko? – drążył temat okularnik. Ginny westchnęła.
– Zaczęłam się z kimś spotykać. – Harry powoli kiwnął głową, starał się przetrawić tą informację. W końcu nie tak dawno Ginny była jego dziewczyną.
– Nie mów na razie Ronowi, nie da mi spokoju  – poprosiła. Potter znów kiwnął głową.
– Powiesz mi chociaż kto to? – Gryfonka zaczęła bawić się rękawem bluzy, kiedy znów podniosła wzrok na Harry’ego, jej głos był spokojny:
– Na razie nie wiem, czy to coś poważnego –skłamała. – Zostawmy to między nami.
– Mam nadzieję, że wiesz co robić – skwitował Gryfon. Ginny wstała z kanapy.
– Ja też, Harry. – Podeszła do dziury pod portretem, sprawnie wymijając szachy rozrzucone po podłodze, najwyraźniej Gryfonom bałagan nie przeszkadzał. Stanęła w przejściu i odwróciła się do chłopaka.
– Dobranoc – powiedziała, a ciche „dobranoc” Harry’ego, dźwięczało jej w uszach do momentu w którym nie stanęła pod drzwiami swojej sypialni.
*
Hermiona pojawiła się wśród zielonych płomieni w kominku, mieszczącym się w Malfoy Manor. Za każdym razem, kiedy przybywała do  domu Dracona i Narcyzy przechodził ją dziwny dreszcz. W pomieszczeniu panowała straszliwa cisza. Gryfonka liczyła na pojawienie się pani Malfoy lub jej syna. Zdjęła szatę podróżną i przewiesiła sobie przez ramię. Rozejrzała się po salonie. Nie zmienił się przez te dwa miesiące. Zerknęła w stronę kanapy, na której…  Wzdrygnęła się na samo wspomnienie. Przeszła przez długość pomieszczenia i stając przy łuku, łączącym salon z holem, zawołała:
– Halo? Jest tu ktoś?
 Cisza. Dziewczyna zauważyła wieszak, stojący obok wejściowych drzwi. Powiesiła swoją pelerynę na jednej z rzeźbionych rączek i odeszła kawałek, przyglądając się obrazowi niewielkiego dworku na tle lasu świerkowego.  Stanęła bliżej i przesunęła palcami po płótnie. Obraz miał w sobie coś, co przyciągało Gryfonkę.
– Granger? – usłyszała za sobą męski głos. Odwróciła się szybko, stając oko w oko z Draconem Malfoyem. Był zdziwiony jej obecnością, zmizerniał jeszcze bardziej w ciągu tych dwóch miesięcy. Zapadnięte policzki, podkrążone oczy. Suche usta i oklapnięte włosy. Przez jedną, krótką chwilę Hermionie zrobiło się go żal.
– Luna odpisała – powiedziała krótko, wyjaśniając cel swojej wizyty. Była szczerze wzruszona, widząc jak po tej informacji w Malfoyu odradza się nadzieja.  Nagle chłopka złapał się za głowę. Gryfonka widziała jak krzywi się z bólu. Zrobiła krok w jego stronę.
– Wszystko w porządku? – Otworzył oczy i warknął, udowadniając Hermionie, że zmienił się tylko z zewnątrz:
– A jak, kurwa, myślisz? – Współczucie dziewczyny zamieniło się w złość, odsunęła się od Ślizgona. Milczeli jeszcze chwilę.
– Co napisała? Ma to? – zapytał, zmieniając temat, kiedy ból ustał.
– Napisała, że nie chce z nami rozmawiać. To jest, ze mną i Harrym.
– Oczywiście musiałaś wmieszać w to Pottera? – żachnął się Draco.
– Już o tym rozmawialiśmy…
– Wiem. Chcesz się przejść? Lepiej się czuję na świeżym powietrzu – zaproponował. Hermiona wzruszyła ramionami, więc chłopak nic nie mówiąc, podszedł do drzwi, otworzył je, a potem odwrócił się do Gryfonki, stojącej w tym samym miejscu.
– Idziesz? – zapytał. Dziewczyna przytaknęła i chwyciła szatę podróżną wiszącą na wieszaku. Założyła ją, Draco przepuścił ją w drzwiach. Znaleźli się na dworze.
Hermiona była oczarowana ogrodem Malfoyów, choć zapuszczony, nadal robił wrażenie, miał w sobie tą magię.
– Już wiem, czemu wolisz przebywać na dworze – powiedziała cicho, rozkoszując się widokiem. Być może nocą trudniej było dostrzec wszystkie szczegóły, cieszące oko za dnia, ale mimo to panna Granger czuła się jakby w innym świecie.
– Tylko nie mów, że te kilka ośnieżonych krzaczków robi na tobie takie wrażenie, Granger. – Parsknął śmiechem, a Gryfonka przestała się rozglądać. Spojrzała w stronę Ślizgona.
– Gdzie idziemy? – zapytała, unikając jego wzroku. Szli jedną z alejek wysypanych białymi kamykami nie większymi od muszli ślimaka. Z pewnością za pomocą jakiegoś zaklęcia oczyszczono wszystkie dróżki ze śniegu. W oddali był słychać pohukiwanie sowy oraz odgłos przelewającej się wody. Drogę oświetlał im księżyc, noc była bezchmurna, a niebo pełne gwiazd. Draco szedł kilka kroków za dziewczyną.
– Skoro tu ci się tak podoba powinnaś zobaczyć różany ogród mojej mamy. Kiedyś był chlubą rodziny Malfoyów – odezwał się po chwili.
– Kiedyś?
– Kiedy jeszcze miała siłę, czas i chęci, aby porządnie się nim zająć. 
– Czyli kiedy? – Chciała wymusić tą odpowiedź, chciała, żeby powiedział to na głos. Chciała mu jasno i dobitnie pokazać co jest dobre, a co złe. Draco doskonale wiedział, co chce usłyszeć Gryfonka, spojrzał jej w oczy i bez zająknięcia, wyrzekając się jakichkolwiek uczuć, odpowiedział:
– Przed powrotem Voldemorta. – To, że wymówił jego imię wywołało na twarzy dziewczyny jakieś emocje, nie do końca potrafił je rozszyfrować. Nastała cisza.
– Żadnych innych pytań? – rzucił z rozbawieniem, choć ton jego wypowiedz był zupełnym przeciwieństwem tego, co czuł.
– Powiedziałeś – zaczęła Hermiona, uciekając wzrokiem od twarzy chłopaka. – Powiedziałeś „Voldemort”, a nie „Czarny Pan”. – Wstrzymał na chwilę oddech. Przejrzała mnie? Hermiona nic więcej nie musiała mówić.
– Wszystko ze mną w porządku, Granger. Potrafię rozróżnić dobro od zła. To, że moje wybory…
– Tylko nie mów mi o trudnych i niewłaściwych wyborach, Malfoy  - przerwała mu, pewna tego co zaraz usłyszy. Zaskoczył ją.
– Miłem mówić o braku jakiegokolwiek wyboru. – Odwróciła się gwałtownie,  chłopka w ogóle się tego nie spodziewał, więc prawie na nią wpadł. Znajdując się tak blisko, Hermiona szybko odsunęła się od Ślizgona.
– A teraz? – zapytała, łapiąc swoim spojrzeniem jego uciekający wzrok.
– Co teraz?
– Co byś wybrał? Gdybyś mógł wybierać…
– Wiem co chcesz usłyszeć, Granger. Wiem, że na siłę próbujesz znaleźć dla mnie usprawiedliwienie, ale z możliwością wyboru, czy bez, zrobiłbym to samo.
– Nie wierzę. Po prostu zgrywasz takiego… –  Przerwał jej, wściekły i bezsilny. Jego krzyk, był niczym wołanie o pomoc:
– Jestem potworem, Granger! – Nic nie powiedziała, ale widział w jej oczach to niedowierzanie i współczucie. Nie chciał tego, nie potrzebował jej. Nikogo nie potrzebował! Prawda?
– A może ja to lubię? Może lubię ranić innych? Może sprawia mi to chorą satysfakcję? Nie potrzebuję ani ciebie, ani twojego współczucia.
– Nie powiem „nie umiesz kłamać”, bo oboje wiemy, że to nie prawda, ale dziś wybitnie ci nie wychodzi.
– Nigdy nie wiesz, kiedy się zamknąć, co Granger? – rzucił rozwścieczony.
– Nie wierzę ci z jednego, prostego powodu; widziałam wtedy twoją minę. – Nie zrozumiał od razu i Gryfonka mogła zaobserwować jak ściąga brwi.
– Pamiętam doskonale moją pierwszą wizytę tutaj, widzieliśmy się w trochę innych okolicznościach. Pamiętasz? Miałam okazję poznać bliżej twoich krewnych.
– Ironia ci nie wychodzi, Granger – chciał zmienić temat, wolał sobie nie przypominać. Dziewczyna szybko podwinęła rękaw szaty podróżnej i bluzy. Na jej lewym przedramieniu, od nadgarstka ciągnęła się blizna, litery wycięte nożem w skórze tworzyły napis: szlama.  Draco przez chwilę wpatrywał się w rękę Gryfonki. Podniósł na nią wzrok. Chciał coś powiedzieć, rzucić kąśliwą uwagę, być znów górą. Hermiona odezwała się pierwsza, opuszczając rękaw szaty:
– Nie potrafiłeś znieście tego widoku, prawda? Widziałam, jak kazali ci patrzeć. Wcale nie sprawiało ci to „chorej satysfakcji”. – Bardziej stwierdziła niż zapytała, cytując jego własne słowa.
– Nie zapominaj kim jestem, Granger.
– A kim jesteś? – Długo szukał odpowiedzi, nie znalazł.
Dalej szli w milczeniu, a żwir szeleścił pod ich stopami. Obeszli część domu Malfoyów, znajdując się na tyłach rezydencji. Hermiona ujrzała fontannę, porośniętą bluszczem, teraz częściowo obsypaną śniegiem. Wysoką, nieprzyciętą trawę, gdzieniegdzie dzikie kwiaty wszystko to pokrywał srebrzysty szron. Wśród szarości i bieli dało się odszukać alejki wysypane żwirem. Co jakiś czas mijali święcącą się latarenkę. Draco nagle się rozkaszlał, czym zwrócił na siebie uwagę Gryfonki.
– Może odpoczniemy? – zaproponowała Hermiona, widząc, że Ślizgon jest co najmniej zmęczony. Draco nie mógł sobie wybaczyć, że teraz nawet najbardziej prozaiczna czynność go wykańcza. Kiwnął głową i odszukał wzrokiem drewnianą ławkę, ukrytą pośród ośnieżonych krzewów. Usiedli na niej, nie przejmując się wilgotnym drewnem. Uprzednio Draco strącił niewysoką warstwę śniegu ręką.
– Myślisz, że ten cały Smoczy kamień pomoże? – zapytał Malfoy. Hermiona pokiwała głową.
– Ojciec Luny miał o nim książkę w swojej biblioteczce. Niestety wielu czarodziei poddaje pod wątpliwość istnienie tego kamienia, ale podobno ktoś go odnalazł. Tak twierdził Dumbledore.
– Kto? – zapytał Malfoy. Hermiona nie była pewna, czy warto o tym wspominać.
– A kto lubił gromadzić zaginione przedmioty, kogo zawsze fascynowały takie ewenementy?
– Voldemort – powiedział cicho, dziewczyna pokiwała głową i westchnęła.
Draco zawsze w pewnym stopniu podziwiał Czarnego Pana. Czarnoksiężnik był kimś, kogo czarodzieje będą wspominać jeszcze długo, jego nazwisko znajdzie się w podręcznikach do Historii Magii. Wzbudzał lęk i szacunek nawet po śmierci. Chłopak też chciał być zapamiętany. Chciał aby poświęcano mu uwagę, szanowano go. Zawsze w cieniu Pottera, tak jak Voldemort żył w cieniu Dumbledore’a. To właśnie były dyrektor Hogwartu był uważany za najpotężniejszego czarodzieja, ale czy przez to ktoś zapomniał o Tomie Riddle’u? Nie. Czy potrafię być jak On? Już dziś wiedział, że nie. Na wspomnienie, tego co usiłował zrobić przeszły go ciarki… Nikt o tym nie wiedział, Blaise, Narcyza, Lucjusz. Nikt. Ale jeśli powiedzenie prawdy go uratuje? Jeśli…
– Granger? – zwrócił na siebie jej uwagę. Bystre oczy dziewczyny wpatrywały się w jego twarz. Bał się. Bał się wyznać prawdę.
– W zeszłym roku szukałaś z Potterem horkruksów, zgadza się?  - wypalił szybko. Hermiona nie wierzyła w to, co właśnie usłyszała. Powoli kiwnęła głową. Malfoy próbował pozbierać myśli, kiedy w końcu odezwała się Gryfonka:
– Skąd o tym wiesz? Skąd wiesz o horkruksach? Voldemort nikomu o nich nie powiedział…
– Nie musiał, na szóstym roku podsłuchałem rozmowę Pottera i Weasleya, poszukałem, popytałem i dowiedziałem się co nieco o Riddlu.
– Czemu nikomu nie powiedziałeś?
– Miałem większe zmartwienia, niż rozszczepiona dusza…
 Nagle oczy Hermiony rozszerzyły się do wielkości spodków. Domyśliła się, już wiedziała. Draco był pewny, że jest skończony, że wyląduje w Azkabanie. Dziewczyna wstała gwałtownie z ławki, łapiąc się za głowę. Malfoy również wstał wyciągnął rękę w jej stronę, nie będąc pewnym, co właściwie chciał osiągnąć. Złapał ja za łokieć, wyrwała rękę i cofnęła się kawałek.
– Jak mogłam być tak głupia… – usłyszał jej szept, pełen niedowierzania i goryczy. Milczał. Uniosła głowę w stronę nieba, przymknęła oczy na moment, a zaraz potem wbiła wzrok w stalowe tęczówki Ślizgona.
– Próbowałeś. – Bardziej stwierdziła niż zapytała. Malfoy kiwnął głową. Paradoksalnie do oczu dziewczyny napłynęły łzy.
– Chciałam ci pomóc! – krzyknęła w końcu. – Jak mogłeś… jak w ogóle…
 Widząc, że zrobił krok w jej stronę cofnęła się jeszcze bardziej. Spokojnie patrzał na jej łzy, szok i załamanie.
– A ja głupia, wierzyłam… Wierzyłam… – Kolejne słowa nie przechodziły jej przez usta. Odwróciła się tyłem do Ślizgona.
– Wracam do Hogwartu – oznajmiła po chwili, lodowatym tonem. Draco czuł się dziwnie, ulga, której się spodziewał nie nadeszła. Czuł się naprawdę dziwnie, był zły na siebie, że ją okłamał. Weź się w garść, Draco. To tylko Granger, to nic… Przecież to tylko jej wina. Prawda?
Kurwa, nie prawda!
Ten monolog wewnętrzny, mógłby prowadzić jeszcze długo, ale zauważył jak postać Hermiony znika zza zakrętem jednej z alejek. Poszedł za nią, cicho jak cień.
Hermiona bez większych trudności odnalazła drogę do drzwi rezydencji Malfoyów. Pozbierała się po szoku, jaki właśnie przeżyła, a łzy zdążyły wyschnąć. Ściskała różdżkę w ręku, gotowa w każdej chwili rzucić Experialmusem w Malfoya. Weszła do domu, nie przejmując się brudnymi butami. Skierowała się prosto do salonu, bawiło ją, że porusza się po Malfoy Manor z taką swobodą. Stanęła w kominku, uprzednio, sięgając po garść proszku fiuu.
– Gabinet dyrektora, Hogwart – powiedziała głośno i wyraźnie, rzucając proszek pod nogi. Nic się nie wydarzyło. Żadnych zielonych płomieni,  żadnych uczuć towarzyszących teleportacji. Gryfonka niepewnie otworzyła oczy i ujrzała przez sobą salon Malfoyów. Sięgnęła po drugą garść proszku i powtórzyła wszystko. Znów nic. Kiedy tym razem otworzyła oczy przed kominkiem stał Draco.
– Chcę wrócić do Hogwartu – oświadczyła, jakby to nie było oczywiste. Chłopak pokręcił głową z czymś na kształt współczucia wymalowanym na bladej twarzy. Zaraz, zaraz… Współczucia?!  Zaczynało się robić coraz dziwniej, dziewczyna chciała opuścić to miejsce i już nigdy nie wrócić.
– Ostatnio w Ministerstwie mają problemy w dziale transportu i komunikacji, obawiam się, że…
– Chcę wrócić do szkoły! – wrzasnęła na niego. Była rozbita i nie wiedziała co myśleć. Nie mogła uwierzyć, że chłopka zrobił coś takiego! Próbował zrobić… Poprawiła się, ale nie miało to większego znaczenia. Chciała uciec od niego jak najdalej! Zawiódł ją! Gryfonka obwiniała go za awarię kominka.
– Rano powinno wszystko działać – powiedział spokojnie. Rzuciła mu mordercze spojrzenie.
– Nie zostanę tu z tobą – warknęła. Nie miała siły na jego towarzystwo, chciała przemyśleć to wszystko.
– Pościelę ci w gościnnym.
– Nie zostanę tutaj!
– Dostaniesz sypialnie w innym skrzydle niż mój pokój.
– Której części zdania „nie zostanę tutaj” nie zrozumiałeś?
– Nie próbuj być wredna, okej? – Nie odezwała się już słowem, a jej oczy ciskały Avady. Draco nienawidził tego spojrzenia. Przeklinał ministerstwo i ich awarie, które swoją drogą zdarzyły się ostatnio dość często.  Opuścił salon, upewniając się, że dziewczyna idzie za nim. Wszedł po schodach na górę i skręcił w prawo. Szli długim korytarzem, a chłopak różdżką oświecał świeczniki, wiszące na ścianie. Żadnych okien, żadnej bieli. Hermiona czuła się nieswojo w domu Malfoyów. Zdecydowanie było tu za mało światła. Nie uśmiechało jej się spędzenia nocy w Malfoy Manor, ale sypiała już w gorszych miejscach.  Wstaniesz z samego rana i wrócisz do zamku, zdążysz nawet na śniadanie, to tylko… Zerknęła na zegarek, wskazywał kwadrans po dwunastej. Tylko pięć godzin i czterdzieści pięć minut. Nie dużo, prawda? Próbowała się uspokoić i pozbierać myśli, ale to, czego właśnie się dowiedziała… W końcu Dracon zatrzymał się przy jakiś drzwiach, otworzył je, a Hermiona zajrzała do środka. W pokoju panowały egipskie ciemności, toteż nie wiele mogła dostrzec. Malfoy mruknął pod nosem jakąś formułkę i natychmiast żyrandol pod sufitem się zaświecił. Stanął w progu pokoju, przyglądając się Gryfonce. Panna Granger  rozglądała się po sypialni, próbując nie okazać zachwytu.
Pokój był w zupełnie innym stylu niż reszta domu. Liliowe ściany sprawiały, że pomieszczenie było strasznie jasne i nawet ciemnopurpurowym zasłoną na oknie nie udało się ukraść tego światła. Drewniana podłoga, choć ciemnobrązowa, dodawała przytulności pomieszczeniu. Był to ciepły odcień brązu. Pośrodku sypialni stało dwuosobowe łóżko, choć Hermiona obstawiała, że spokojnie pięć dorosłych osób również by się na nim wyspało. Pościel była śnieżnobiała, a fioletowa narzuta, naciągnięta do połowy łóżka, równiutko rozłożona. Dwie drewniane etażerki stały po obu stronach łoża. Na podłodze leżał biały, puchaty dywan. Pomieszczenie strasznie przypadło Hermionie do gustu, ale nie odezwała się słowem. 
– Te drzwi na lewo – chłopka powiedział po chwili, a Hermina odruchowo popatrzała na wskazywane przez niego przejście. – Prowadzą do łazienki. – Kiwnęła głowa na znak, że zrozumiała.
– No to ten… Rozgość się, czy coś – dodał na odchodne.  Zamknął za sobą drewniane drzwi pokoju. Została sama. Usiadła na skraju łóżka i westchnęła. Nie dało się nie zauważyć, że Ślizgon się stara, ale teraz mało ją to obchodziło. Nie po tym, co jej powiedział. Albo właściwie, po tym, czego jej na początku nie powiedział! Zauważyła , że nadal ma na sobie szatę podróżną. Zdjęła ją szybko i położyła na fotelu stojącym w rogu pokoju. Był obszyty bladoróżowym materiałem. Rozpięła zamek bluzy i przeczesała włosy ręką. Palce wplątały się w loki na głowie dziewczyny. Po chwili usłyszała ciche pukanie do drzwi.
– Proszę.
Przez uchylone drzwi do pokoju zajrzał skrzat.
– Panicz Dracon, kazał zapytać, czy będziesz pani coś jeść.
– Nie, dziękuję – odpowiedziała grzecznie Hermiona. Skrzat kiwnął głową.
– O której godzinie, pani życzy sobie śniadanie i pobudkę?  
– Za śniadanie podziękuję. Chciałabym wstać o szóstej. – Skrzat znów skinął głową, życzył dziewczynie dobrej nocy i zniknął, zamykając za sobą drzwi.
Hermiona postanowiła skorzystać z łazienki, otworzyła niewielkie drzwi, znajdujące się na zachodniej ścianie pokoju. Pomieszczenie nie było duże; podłoga wyłożona błękitnymi kafelkami, a ściany białe z niebieską listwą przy suficie. W rogu pomieszczenia na złotych stopkach stała wanna. Gryfonka pochyliła się nad umywalką. I przemyła twarz zimną wodą. Wytarła się w biały ręcznik, wiszący tuż obok umywalki, a potem spojrzała w okrągłe lustro wiszące na ścianie. Wyglądała tak jak zawsze. Zmierzwione, splątane włosy. Oczy miała lekko podkrążone, bo ostatnimi czasy nie sypiała zbyt dobrze.  Bystre spojrzenie brązowych oczu obserwowało każdy jej ruch. Przeklinała Ślizgona na wszystkie znane sposoby, zawiódł ją. Uwierzyła w niego, w zamianę na lepsze, choć nigdy nie dał jej żadnych dowodów na to, że się zmienił.
– Od kiedy jesteś taka naiwna? – szepnęła do swojego odbicia z goryczą w głosie. Spuściła wzrok i wyszła z łazienki.
Na łóżku dostrzegła jakiś materiał. Była to poskładana w kostkę, bladoniebieska koszula nocna. Hermiona rozłożyła ją, zastanawiając się, kto ją przyniósł. Nie pochwalała tego, że Draco w ten sposób wykorzystuje skrzaty. Koszula miała cienkie ramiączka i sięgała Gryfonce zza kolana. Co mam do stracenia? Zapytała samą siebie, rozpinając guzik w spodniach. Wyswobodziła się z jeansów i koszulki, na bieliznę nałożyła koszulę nocną. Była ze zwiewnego materiału, przyjemnego w dotyku. Złożyła swoje ubrania i odłożyła na fotel. Różdżkę położyła na stoliczku nocnym i wsunęła nogi pod grubą pierzynę. Starała się zasnąć.

Draco wrócił do swojej sypialni. Zdjął ubranie, kładąc się do łóżka w białym podkoszulku z krótkim rękawem i bokserkach. Nie mógł zrozumieć co go podkusiło. Po co zaczął ten temat? Widział, że oprócz złości, Hermiona była zwyczajnie zawiedziona. Nie chciał tego. Z jakiegoś powodu nie chciał jej zawieść. Za późno. Ich relację uległy diametralnej zmianie. Jednak żadne nie potrafiło określić co dokładnie się zmieniło. Malfoy starał się zasnąć, ale to wcale nie było proste. Analizował każdy swój ruch, starając się wyłapać błędy. Przewracał się z boku na bok. Niewielki zegar, stojący na szafce nocnej wskazywał wpół do drugiej w nocy. Odwrócił się na drugi bok, zamknął oczy. A upragniony sen nie nadchodził.

Hermionę obudziła muzyka. Chwyciła różdżkę, leżącą na stoliku nocnym.
– Lumos – mruknęła. Pokój wyglądał dokładnie tak samo jak przed momentem w którym się położyła.  Odrzuciła kołdrę, siadając na brzegu łóżka. Znów te dźwięki, był to fragment grany na skrzypcach. Panna Granger zmarszczyła ze zdziwieniem brwi. Stanęła na nogi i z różdżką w ręku podeszła do drzwi. Otworzyła je wyglądając na korytarz. Nic, muzyka ustała. Wróciła do sypialni i położyła się z powrotem. Miała świadomość, że jeśli porządnie się nie wyśpi jutro na lekcjach będzie nieprzytomna. Położyła głowę na poduszce i zamknęła oczy. Znów usłyszała muzykę. Co jest? Pomyślała. Dziewczyna znów otworzyła oczy i ponownie wstała. Wydawało jej się, że dźwięk dochodzi tuż zza jej drzwi. Tym razem podbiegła do nich i otworzyła na całą szerokość. Pusto, znów dom pogrążył się w nieprzeniknionej ciszy. Powili się cofnęła i zamknęła drzwi, wystarczyło, żeby się odwróciła, a muzyka znów rozbrzmiała. Teraz już naprawdę rozdrażniona otworzyła drzwi, wyglądając na korytarz. Oczywiście był pusty. Usłyszała jak ktoś schodzi po schodach. Pewniej chwyciła różdżkę i zamknęła drzwi pokoju, wychodząc na hol. Ruszyła korytarzem. Ramiączko koszuli nocnej zsunęło jej się z ramienia, poprawiła je. Stając u szczytu schodów, rozejrzała się dokoła. Była sama. Nie dajmy się zwariować. Uspokoiła się i parsknęła śmiechem. Stwierdziła, że zejdzie na dół i jeszcze się rozejrzy. W połowie drogi na dół, zauważyła sylwetkę u podnóża schodów. Zatrzymała się.
– Granger? – zapytał Draco, przekrzywiając głowę w bok. Przyjrzał jej się dokładnie i musiał przyznać, że widok Gryfonki w cienkiej koszuli nocnej ruszył jego wyobraźnie.
– Słyszałam muzykę.
– Tak, to stara szafa grająca, czasem się włącza sama z siebie. Matka nie chce jej oddać do naprawy – wyjaśnił chłopak i wspiął się na schody, stając na równi z Gryfonką. Hermiona skinęła głową.
– Skoro już tu jesteśmy, to mogłabym dostać trochę wody? – zapytała, gdy zapanowała między nimi niezręczna cisza. Kiwnął głową i ruszył w dół schodów. Stanęli w holu, przyglądając się sobie z zaciekawieniem.
– Poczekaj w salonie, przyniosę ci. – Draco ruszył w stronę kuchni, a Hermiona zaszokowana jego uprzejmością udała się do salonu. Usiadła na kanapie i wpatrywała się w zgaszony kominek.  W salonie świeciły się trzy subtelne lampy naścienne. Draco wrócił ze szklanką wody. Postawił ją na stoliku przed Gryfonką, i zaryzykował, siadając obok niej. Machinalnie się odsunęła.  Sięgnęła po szklankę i opróżniła ją duszkiem. Odstawiła puste naczynie na stolik i wstała, kierując się do wyjścia. Chwycił ją za ramię. Odwróciła się w jego stronę. Uderzyło ją spojrzenie Malfoya; po raz pierwszy dostrzegła w jego oczach emocję. Bił z nich niesamowity smutek. Draco wiedział, że tylko Gryfonka może mu pomóc, zresztą tylko jej pomoc chciał przyjąć. Chciał żyć i tak strasznie żałował tego wszystkiego co się stało.
– Pomóż mi – szepnął, niemal błagalnie. Wyrwała ramię z jego uścisku.
– Sam wydałeś na siebie wyrok – powiedziała chłodno, choć gdzieś tam w środku wiedziała, że chce mu pomóc. I być może jej działanie nie będą przełomem w magmedycynie. Jej nazwisko, mugolskie nazwisko, nie będzie wychwalane w książkach. Ale czy kiedykolwiek tego chciała? Nie. Myśl, że może uratować choć jedno istnienie, to jej wystarczało. Musiało wystarczyć.
– Opowiedz mi wszystko od początku – powiedziała łagodnie, siadając z powrotem na kanapie. Draco zmusił się do uśmiechu i również usiadł.
– Dziękuje – powiedział cicho, nie patrząc w oczy Gryfonce.
– Czyżbyś poznał nowe słowo? – zażartowała, licząc, że rozładuje napięcie panujące w salonie. Powoli na nią spojrzał. Od długiej szyi, przez linię szczeki, jego spojrzenie zatrzymało się na ustach Gryfonki. Przypomniał sobie ich smak, tak specyficzny, inny. Nagle zapragnął znów poczuć miękkość jej warg. Umieram, co mam do stracenia? Wydawało mu się, że nic. Powoli zbliżył twarz do twarzy dziewczyny. Stykali się czołami. Hermiona była jak sparaliżowana, oddychała szybko i urywanie. Czuła dziwne ciepło i rosnącą ekscytacje. Zamknęła oczy. Oddech Ślizgona owiewał jej policzki.
– Nie mogę – szepnęła cicho, ale nie odsunęła się. Nie potrafiła wykonać żadnego ruchu. Draco nachylił się jeszcze bardziej. Już prawie dotykał ustami jej warg. Przedłużał ten moment, aż w końcu Hermiona się otrząsnęła i otworzyła oczy. Odsunęła się do niego. Patrzał w jej oczy, tak ciepłe i ufne. Żadne nie odwróciło wzroku. Przyłożył ręce do jej policzków. Poczuł miękkość jej skóry pod palcami.  Miał chłodne ręce, natomiast ona płonęła. Przytrzymał jej twarz i nachylił się, złączając ich wargi w pocałunku. Przeciągnął ten moment w nieskończoność, ale nie odważył się pogłębić pocałunku, aż w końcu puścił dziewczynę i sam się odsunął.  Spojrzała na niego przerażona, Draco przeciwnie, był oazą spokoju. Hermiona nie wiedziała co powiedzieć, wyrzucała sobie, że to znów się stało. Widząc jej zmieszanie, powiedział:
– Przepraszam.
Mimo tego, Hermiona nie miała pojęcia jak się zachować.
– To nie mogło się wydarzyć – powiedziała w końcu, ale głos jej zadrżał. Ślizgon skinął głową. Znów milczeli, unikając wzroku tego drugiego.
– Próbowałem to zrobić na siódmym roku – powiedział, diametralnie zmieniając temat. Gryfonka od razu wiedziała o czym mówi. Nie potrafiła i nie chciała wyobrazić sobie Malfoya biorącego udział w takim rytuale.
– Kogo chciałeś poświęcić? – zapytała, a jej głos przepełniony był bólem.
– Chrisa Tombllera, był Krukonem na trzecim roku. Dostał szlaban u Carrow’ów i tak nie przeżyłby do następnego dnia. – Hermiona pokręciła przecząco głową, a w jej oczach stanęły łzy.
– Nie miałeś prawa o tym decydować!
– Wiem. – Znów zapanowała cisza, aż do momentu w którym Malfoy wznowił historię:
– Nie potrafiłem tego zrobić. Wszystko było już gotowe, ale kiedy… kiedy… – Odwrócił wzrok. – Nie potrafiłem. Byłem zbyt słaby. – Hermiona dostrzegła, że chłopak walczy z łzami. Przemogła się, kładąc rękę na jego ramieniu. Spojrzał w jej oczy. Widziała, że nie potrafił sobie z tym poradzić. Ale nie był słaby, mogła określić go różnymi epitetami, ale nie był słaby.
– Byłeś zbyt dobry, zbyt dobry aby to się udało. – Uśmiechnął się gorzko, powstrzymując łzy.
– Zabiłem go wtedy, może nie udało mi się… - urwał. – Ale zabiłem.
– I przenigdy nie powiem, że to nic, bo trzeba być potworem, żeby zrobić coś takiego, ale przeszłości już nie zmienisz.  – Dziewczyna zabrała rękę z jego ramienia. Malfoy przełknął łzy. Miała cholerną rację.
– Da się to jakoś odwrócić? Te ataki?
– Zawsze możemy spróbować. – Uśmiechnęła się nieśmiało. Skinął głową.
– Ostrzegam, że nie będzie łatwo. Ani przyjemnie, a to co planuje w ogóle ci się nie spodoba.
– Chcę po prostu żyć.
– Wszyscy chcemy – powiedziała cicho.
 Siedzieli na kanapie, każde pogrążone w swoich myślach. Hermiona była zmęczona tym dniem i ilością nowych informacji. Przymknęła na chwilę oczy i nawet nie wiedziała kiedy zasnęła, a jej głowa opadła na ramię blondyna. Malfoy siedział niewzruszony na kanapie, wpatrując się w pustą ścianę naprzeciwko, kiedy nagle poczuł, że włosy Gryfonki łaskotają jego szyję. Uśmiechnął się, widząc, że zasnęła. Nie przeszkadzała mu jej bliskość. Już dawno przestała mu przeszkadzać. Odgarnął jej niesforny kosmyk włosów z twarz i siedział jeszcze długo, myśląc o tym, co przyniesie następny dzień.










Rozdział pełny naszej ulubionej dwójki! Co myślicie? Doszłam do wniosku, że pora zrobić z tego prawdziwe dramione. Pamiętajcie o komentarzach, bo to naprawdę motywuje do dalszej pracy! Jak ocenianie ten rozdział? Napiszcie koniecznie!

~Pani M. 

poniedziałek, 2 listopada 2015

Rozdział 51


Rozdział 51 – Wszystko się zmienia, ale przeszłość zostaje.

2 miesiące później…

Rudowłosa istotka siedziała na parapecie okna i obserwowała spadające z nieba płatki śniegu. Niezadowolona odwróciła wzrok od szyby.
– Znów pada – oznajmiła. Hermiona podniosła głowę znad książki.
– Tym charakteryzuję się grudzień, Ginny, pada śnieg.
– Jeszcze trochę i nas zasypię – marudziła panna Weasley. Była raczej zwolenniczką słońca, krótkich spodenek i zwiewnych koszulek. Oczywiście zima przywodziła na myśl święta i wszystko co z nimi związane, ale do Wigilii jeszcze dwa tygodnie pełne prac domowych i wyczerpujących lekcji. Ostatni rok to nie sielanka i nawet Hermiona zaczęła się zgadzać z Ronem w kwestii ilości zadania domowego; było tego wszystkiego dużo za dużo.
– Nie sądzę – mruknęła panna Granger z uśmiechem.
– Co? – wyrwała się z zamyślenia Ginny.
– Nie sądzę, żeby nas zasypało – wyjaśniła spokojnie brązowooka dziewczyna.
– Przez ten śnieg to ani wyjść na spacer po błoniach bo zimno, ani posiedzieć nad jeziorem…
– Ciekaw z kim chciałabyś tam siedzieć – wtrąciła Hermiona z uśmiechem, jednocześnie posyłając koleżance znaczące spojrzenie.  Ginny nie odpowiedziała i wymownie odwróciła głowę w stronę okna. Panna Granger wróciła do eseju. Profesor Barkley, choć odpuścił zajęcia dodatkowe, z ilością zadawanego zadania domowego dorównywał McGonagall.
Ginny wstała z parapetu i naciągając rękawy brązowego sweterka na dłonie, podeszła do szafy. Otworzyła ją na oścież i przerzucając kolejne wieszaki, od niechcenia zagadnęła Hermionę:
– Jakie plany na dziś? – Gryfonka zamknęła książkę i odłożyła zapisany pergamin.
– Właściwie jestem umówiona z Ronem.  – Ginny spojrzała na przyjaciółkę.
– Naprawdę?
– Co w tym dziwnego? – Rudowłosa wzruszyła ramionami i z powrotem zajęła się porządkami w szafie.
– Ostatnio się nie dogadujecie…
– To tylko takie sprzeczki, wszystkie pary to przechodzą. – Hermiona starała się zbagatelizować sprawę, choć wiedziała, że wcale tak nie jest. Naprawdę nie dogadywała się z Ronem.
– Tylko inne pary nie kłócą się dwa razy na dzień…
– To nie twoja sprawa, Gin. – Chciała zakończyć temat w jak najbardziej uprzejmy sposób.  Nie miała siły na tą rozmowę.
– Czemu wciąż z nim jesteś?
– Ginny!
– No co?
– Nie zamierzam o tym teraz rozmawiać. – Młodsza Gryfonka uszanowała decyzję przyjaciółki i nie odezwała się już słowem.
 Hermiona szybko przebrała dresowe spodnie na jeansy.  Zdjęła znoszony sweter, prujący się przy lewym rękawku i założyła granatową koszulkę z długim rękawem. Rozpuściła włosy, a te falami opadły jej aż na łopatki.  Zerknęła w lustro przed wyjściem, a potem zniknęła za drzwiami.
Ginny siedziała pochylona nad swoją pracą domową, kiedy drobna sówka o szaroburym upierzeniu zastukała w okno. Panna Weasley szybkim krokiem podeszła do okna i otworzyła je, aby zwierzątko mogło wejść na wewnętrzny parapet, jednak kiedy dziewczyna chwyciła kopertę smukłą dłonią, sówka natychmiast odleciała. Gryfonka zamknęła okno i siadając z powrotem na łóżku, otworzyła kopertę. W środku był króciutki liścik. Jednak po odczytaniu tych kilku słów, na jej ustach zakwitł szeroki uśmiech. Widomość głosiła:
„Widziałem jak Hermiona wychodzi.
Michael w pokoju wspólnym Krukonów.
Będę niedługo.”
–B.
Ginny złożyła kartkę na pół i zrobiła z niej zakładkę do książki od transmutacji. Zrzuciła rozciągniętą koszulkę, a zamiast niej ubrała fioletowy top, idealnie podkreślający jej szczupłą talię. Spryskała się odrobiną perfum i przeciągnęła włosy szczotką. Wyszła z sypialni. W salonie prefektów panował nieład, ale był częścią tego miejsca i nawet Hermiona przywykła do pustych opakowań po czekoladowych żabach, czy zmiętego w kulkę, koca na kanapie.  Ginevra popchnęła drzwi, prowadzące na korytarz, od zewnętrznej strony, wejścia pilnował rycerz z portretu.  Nie czekała długo, zaraz zza zakrętu wyłoniła się postać Ślizgona. Nadal w białej koszuli i krawacie, uśmiechnięty. Podszedł do Gryfonki i przytulił ją do siebie. Ginny wspięła się na palce i pocałowała go w usta. Chłopka z zapałem oddał pocałunek, stali w przejściu jeszcze chwilę, kiedy to nagle Ginny oprzytomniała.
– Nie tutaj – powiedziała, odsuwając się od Ślizgona. Weszli do salonu, a drzwi się za nimi zamknęły.
– Co dziś porabiałaś? – zagadnął dziewczynę. Ginny nalała im po szklance soku z dyni. Usiedli na kanapie.
– Nic ciekawego, zadanie z transmutacji. – Roześmiał się,  jednak, widząc karcące spojrzenie Ginevry, umilkł szybko.
– To brzmi jakbyś nie miała innych przedmiotów. – Pocałował ja w czoło.
– Innych przedmiotów, to potrafię się nauczyć – rzuciła niezadowolona.
– Chyba wiem, co poprawi Ci humor. – Widząc, nachylającego się Ślizgona wywróciła oczami. Pocałował ją, a potem ujął twarz Gryfonki w swoje dłonie.
– Salazarze, nie wiem jak to się stało – szepnął, a Ginny przymknęła oczy, rozkoszując się jego dotykiem.
– Co? – zapytała cicho.
– Zakochałem się w Gryfonce, chyba zwariowałem.
– Ja dla mnie cały ten wasz dom Salazara jest szurnięty. – Roześmiał się i puścił jej twarz. Ginny przysunęła się bliżej i pocałowała Ślizgona.
– Chyba cię kocham, Blaise.
*
  Pansy właśnie wychodziła z biblioteki, ogromna księga zawierająca najdokładniejsze, według pani Prince, opisy roślin wodnych, spoczywała w jej rękach. Nawet nie zdążyła zdjąć mundurka i cały dzień musiała męczyć się z rajstopami. Wracała do lochów, licząc na wolne miejsce przy kominku i coś ciepłego do picia. Miała jeszcze mnóstwo roboty. Sama nie wiedziała, kiedy nauka stała się dla niej tak ważna, wcześniej raczej uczyła się tylko, żeby wyjść na zadowalający, teraz bardziej jej zależało. Po cichu liczyła na posadę magomedyka w Św. Mungu, jednak miała sporo do nadrobienia jeśli chodzi o zielarstwo, i choć zaklęcia szły jej całkiem przyzwoicie, obrona przed czarną magią kulała. Blaise przezywał ją „drugą Hermioną” lub „Krukonką Slytherinu”. Pansy wcale się nie dziwiła, nie pamiętała kiedy ostatnio napiła się z przyjaciółmi i odpoczęła od tego wszystkiego.
  Skręciła w stronę lochów, a znad przeciwka zmierzał w jej stronę  Gryfon z okularami na nosie. Potter. Jak zwykle coś wewnątrz dziewczyny wyrywało się niby do lotu, niemal pod strzelisty sufit. Powitanie cisnęło jej się na usta, ale czekała. Od powrotu z Francji czekała, aż to on zrobi pierwszy krok. Nie rozmawiali przeszło dwa miesiące. Jednak Pansy najbardziej przeżywała obojętność Harry’ego. Jakby się nic nie stało. I już prawie ją minął, a dziewczyna do ostatniej sekundy czekała na to najzwyczajniejsze „cześć”. Czy my się, kurwa, nie znamy?! Złość jak zwykle w takich chwilach brała górę nad rozsądkiem. Chciała za nim krzyknąć, ale duma jej nie pozwalała.  Czuła się z tym okropnie, ale zazwyczaj odsuwała od siebie myśli o Gryfonie. Sama nie wiedziała na co liczy. Usłyszała jego oddalające się kroki i wtedy…  ten głos.
– Pansy? – Odwróciła się szybko. Chłopka stał prawie przy końcu korytarza i najwyraźniej coś go męczyło.  Harry zrobił parę kroków w stronę Ślizgonki i zatrzymał się w bezpiecznej odległości.
– Mogę o coś zapytać? – Kiwnęła głową i spojrzała prosto w zielone oczy Gryfona.
– Co stało się wtedy, w pociągu?
– Hermiona ci wszystko opowie, jeśli zapytasz – odparła sucho. Nie takiego pytania się spodziewała, nie o tym chciała rozmawiać.
– Chciałem usłyszeć twoją wersję.
– Nie jesteś do tego przyzwyczajony, ale nie zawsze dostajemy to czego chcemy. – Zrobił kolejny krok w jej stronę i zacisnął ręce w pięści.
– Czego ty chcesz, Pansy?
– Od czego mam zacząć? – zapytała z goryczą w głosie.
– Od wyjścia do Hogsmeade. Ze mną. W tę sobotę. – Ślizgonka zaniemówiła na chwilę. Harry posłał jej wyczekujące spojrzenie.  W końcu zapytała:
– Dlaczego miałabym się zgodzić?
– Będę czekał w Wielkiej Sali o jedenastej.
Chłopak odwrócił się na pięcie i odszedł. Nie obejrzał się za siebie. Pansy  jeszcze chwilę stała na korytarzu. Była w szoku, dopiero teraz uświadomiła sobie, że jej serce tłucze się w piersi jak oszalałe. Na jej usta wstąpił uśmiech. Unoszące się trzy centymetry nad ziemną, jak w transie, wróciła do lochów.
*
  Hermiona i Ron siedzi w pokoju wspólnym Gryfonów.  Rudowłosy chłopak obejmował dziewczynę. Panna Granger położyła mu głowę na ramieniu. Po raz pierwszy od bardzo dawna znów mogli pomilczeć w swoim towarzystwie, znów była szczęśliwa. Na chwilę przymknęła oczy i wtedy wspomnienia sprzed dwóch miesięcy uderzyły w nią, jak fale rozbijające się o statek podczas sztormu. Natychmiast otworzyła oczy i odsunęła się od Rona. Wyrzuty sumienia. Było jej wstyd, jak mogła stracić wtedy kontrolę? Hermina nie była pewna tego, co się stało. Niczego nie była pewna, jeśli chodziło o Dracona Malfoya.
– Coś nie tak? – zapytał spokojnie Ron. Pokręciła głową i z kulawym uśmiechem, odpowiedziała:
– Muszę wyjść do toalety.
Panna Granger wstała z kanapy i wyszła na korytarz. Musiała ochłonąć. Wzięła kilka głębszych oddechów. Od dwóch miesięcy przez oczami miała tę scenę. I była z tym sama. Nie mogła nikomu powiedzieć, nie chciała. Przeszła długość korytarza, aby trafić do toalety. Przemyła twarz odrobiną lodowatej wody.
– Wszystko w porządku? – Usłyszała pytanie i odwróciła się szybko. Przed Gryfonką stała Daphnie Greengrass.
– Tak – odpowiedziała Hermiona i uśmiechnęła się. – Daf, co robisz w łazience na tym piętrze? – Ślizgonka wzruszyła ramionami. Przy tym geście panna Granger przyjrzała się jej dokładniej. Zauważyła podpuchnięte, zaczerwienione oczy. Rozmazany tusz do rzęs. Gryfonka spojrzała jej w oczy.
– Wróć do niego, oboje cierpicie, gdy jesteście osobno.
– Ja… – zająknęła się młodsza z sióstr Greengrass. – Nie wiem o czym mówisz – dodała zaraz.
– To było najbardziej nieudane kłamstwo, które wyszło z ust Ślizgona, w tym stuleciu – skwitowała Hermiona z cieniem uśmiechu. Daphnie również się uśmiechnęła. Jednak rozbawienie zaraz zniknęło, pojawiły się zły. Ślizgonka potarła, i tak już czerwone, oczy.
– Daf, potrzebujecie się.
– Najwidoczniej on potrzebuje kogoś innego.
– To nie prawda, mamy teraz w weekend wyjście do Hogsmeade, idźcie, porozmawiajcie. Wyjaśnijcie to w końcu. Jestem pewna, że Neville nie myśli o nikim innym.  – Daphnie uśmiechnęła się gorzko.
– Zapomniałaś o Lunie Lovegood.
Po tych słowach opuściła toaletę. Hermiona niemal zaklęła. Nie taki był plan. Czuła, że traci kontrolę. Odwróciła się do umywali i zerknęła w lustro. Bystre, brązowe oczy obserwowały każdy jej ruch.
– Jak mam pomóc innym, kiedy nie potrafię pomóc sobie? – zapytała szeptem. Nie otrzymała, odpowiedzi.

  Ron siedział w pokoju wspólnym, czekając na swoją dziewczynę. Był już trochę zmęczony tym wszystkim. Udawaniem, kłamstwami. Kochał Hermionę, ale czy było to romantyczne uczucie? Kiedyś bez zawahania odpowiedziałby, że tak. Teraz? Chciał czegoś więcej,  kogoś kto go doceni, kogoś kto będzie go potrzebował. Hermiona doskonale radziła sobie sama.  Zawsze wiedziała co robić. Momentami Ron za nią nie nadążał, męczył się w tym związku. Mimo wszystko nie chciał jej ranić.
***
  Hermiona, Ron i Harry siedzieli w Wielkiej Sali. Każdy pochylony nad swoim talerzem, przerwa między lekcjami, kiedyś była dla nich wspaniałą okazją do rozmów, jednak podczas tego roku dużo się zmieniło. Każdego męczyły jego prywatne sprawy i jakoś żadne się nie paliło z ujawnianiem ich. Harry nie wspomniał nikomu o Pansy i ich wspólnym wyjściu do Hogsmeade. Ron siedział cicho, jeśli chodziło o latanie na miotle z Astorią, a Hermiona nie wspomniała o Draconie od dwóch miesięcy. Zresztą nic się nie zmieniło w kwestii lekarstwa dla blondyna, toteż nie było o czym rozmawiać.
Coś jednak łączyło te wszystkie sprawy – Ślizgoni. Wydawać by się mogło, że to oni są bezpośrednią przyczyną problemów trójki przyjaciół.
W drzwiach Wielkiej Sali stanęli Ginny i Blaise. Oczywiście udawali, że się nie widzą i każde skierowało się w stronę swojego stołu. Panna Granger była pewna, że zanim przyszli na lunch, spędzili kilka chwili, sam na sam, w jednym ze schowków. Nie wiedziała, kiedy to wszystko się zaczęło, wyrzucała sobie, że niczego nie zauważyła i pewnie nigdy by się nie dowiedziała, gdyby nie Ginny i jej niewyparzona buzia. Panna Weasley pewnego, listopadowego popołudnia po prostu nie wytrzymała i zwierzyła się przyjaciółce. Hermiona, choć w szoku, cieszyła się szczęściem Ginny. Obiecała na razie nie mówić nic Ronowi i Harry’emu, ale obie zdawały sobie sprawę, że i na tę rozmowę nadejdzie czas.
 Rudowłosa Gryfonka usiadła obok brata.
– Ale jestem głodna! – oznajmiła, wypełniając swój pusty talerz jedzeniem.  – Przerwałam wam? – zapytała po chwili, zauważając dziwną, niezręczną ciszę przy stoliku.
– Nie. – Harry pokręcił głową i nadział ćwiartkę pieczonego ziemniaka na srebrny widelec. Ginny popatrzała zdziwiona po twarzach zebranych, ale w końcu wzruszyła ramionami i zabrała się za jedzenie.
*
  Blaise zadowolony usiadł przy stole wychowanków domu Salazara, obok Pansy i Astorii. Wszystko szło po jego myśli, Ginny była cała jego. Planował zaprosić ja do siebie na święta, żeby jak najszybciej poznać ją ze swoją matką. Jedyne co nie dawało mu spokoju to wciąż pogarszający się stań zdrowia przyjaciela. Odwiedzał Dracona regularnie i choć rzekomo Hermiona znalazła coś, co sprawi, że ataki arystokraty ustąpią, Blaise nie był przekonany, czy doczeka się tej chwili. Ani brązowooka Gryfonka, ani Malfoy nie chcieli o tym rozmawiać. W ogóle zachowywali się dziwnie, jeśli wypowiedziało się na głos imię tego drugiego. Zabini musiał przyznać, że gdyby nie znał Dracona tyle czasu, pewnie niczego by nie zauważył, za to Hermiona wariowała. Nie przejmował się tym zbytnio, koniec końcu miał większe problemy niż jakieś potyczki pomiędzy Malfoyem, a Granger.
– Masz szminkę na szyi, koło ucha. O tutaj. – Astoria wyrwała go z zamyślenia. Dotknęła swojej szyi palcem. Blaise odruchowo powtórzył jej gest i starł palcami resztki szminki. Pansy posłała mu pytające spojrzenie. Nie doczekała się wyjaśnień. Natomiast Astoria nie zamierzała odpuścić.
– Czyje to?  Chyba żadna Ślizgonka nie używa takiego odcienia. Może młodszy rocznik…
– Nie kłopocz się As, to nikt od nas. – Blondwłosa dziewczyna, zmrużyła oczy i powoli kiwnęła głową. Wróciła do posiłku, wiedząc, że niczego więcej się nie dowie.
Dziś wieczorem miała spotkać się z Ronem. W życie chciała wcielić drugą część swojego planu. Była pewna, że nie dalej niż po feriach, słynny Harry Potter zostanie jej chłopakiem. Uśmiechnęła się na tę myśl. Wszystko niby szło dobrze, ale jednak Astoria zauważyła znaczne zmiany w zachowaniu siostry, w jej wyglądzie.  Zaczęła się niepokoić, wcześniej myślała, że to zwykłe złamane serce, ale żeby zbierać się ponad dwa miesiące? Daphnie Greengrass przestała dbać o swój wygląd, wcześniej również nie potrzebowała wizyt u kosmetyczki, ale kiedy dziś rano, nawet nie poczesała włosów, Astoria postanowiła z nią porozmawiać. Jeszcze dziś.
*
  Daphnie skończyła swoje lekcje i jak burza wypadła z cieplarni. Wiedziała, że dziś kończy zielarstwem, więc gdy tylko lekcja dobiegła końca pognała do lochów, zaszyć się w dormitorium.  Zielarstwo było najgorsze! Musiała spędzić godzinę w jego towarzystwie, musiała patrzeć, jak ze skupieniem, wykonuje zadane ćwiczenia. Jak jego ręka podnosi się niepewnie ku górze, przy każdym zadanym pytaniu pani Sprout. Nienawidziła tego wszystkiego! Ale dziś było najgorsze.
  Daf niezbyt wiele rozumiała z tego co tłumaczyła profesor Sprout.  Zresztą  nie słuchała zbyt dokładnie, Pansy natomiast, z którą dzieliła stanowisko, robiła krótkie notatki. W końcu przyszło mi wykonać podstawowe zabiegi pielęgnacyjne związane z Rożeczkom Wodną. Pansy zajęła się swoją rośliną znakomicie, natomiast Daphnie wysuszyła na wiór pierwszy egzemplarz.
– Panno Greengrass! Mówiła nie odcinać dopływu wody! Minus pięć punktów dla Slytherinu! – powiedziała, zawiedziona i zła profesorka.  Daf nie przejęła się zbytnio. Dostała kolejną doniczkę i zrobiła dokładnie to samo. Roślina uschła w mgnieniu oka. Zostały odjęte kolejne punkty. Pansy próbowała jej coś tłumaczyć, ale Daphnie zbyła ją smętnymi pomrukami. Kiedy w końcu zdenerwowana pani Sprout postawiła przed Ślizgonką trzecią doniczkę i zauważyła jak dziewczyna zabiera się do pracy, chwytając się za głowę, zawołała:
– Panie Longbottom! Proszę podejść do stanowiska numer pięć i wyjaśnić koleżance jak powinno się wykonać to ćwiczenie! – Młodsza z sióstr Greengrass zamarła z sekatorem w ręce. Jej serce się zatrzymało, żeby zaraz zacząć się, tłuc jak oszalałe. Ręce zaczęły jej się mimowolnie trząś.
– Panno Parkinson, proszę zamienić się miejscem z Nevillem. – Ciemnowłosa Ślizgonka zabrała swoją torbę i dość niechętnie zajęła miejsce obok Parvati.  Gryfon stanął obok Daphnie. Ślizgonka spuściła głowę i wbiła wzrok w  podłogę.
– Daf? Wszystko w porządku? – Usłyszała jego cichy, zaniepokojony głos. Ogarnęła ją wściekłość. Jak mógł po tym wszystkim, to po prostu pytać czy wszystko w porządku?! Podniosła głowę i patrząc hardo przed siebie, warknęła:
– Odwal się, Longbottom.
– Rozumiem, że…  – Przerwała mu z kpiną w głosie:
– Gówno, rozumiesz. Nie potrzebuje twojej pomocy – dodała zaraz. Neville wziął głęboki wdech.
– Okej, możesz być zła, ale nie rób tutaj przedstawienia. Mam tylko pomóc ci z zielarstwa.
– O proszę jaki wygadany – zakpiła, choć serce właśnie rozpadało jej się na milion kawałków.
– Daf… – zaczął spokojnie.
– Nie masz prawa tak mnie nazywać – wysyczała przez zaciśnięte zęby. Łzy cisnęły jej się do oczu. Miała ochotę usiąść i płakać. Każdego, cholernego dnia.
– Musisz tylko, podcinać jej rozgałęzienia, jednocześnie podlewając miejsce dotknięte sekatorem, żeby roślina mogła się zregenerować. – Zupełnie zmienił temat. Daphnie nie wytrzymałaby dłużej. Błyskawicznie wykonała ćwiczenia i wyszła z cieplarni, nie czekając na pozwolenie nauczyciela. Pierwsze łzy spłynęły po jej policzkach na pierwszym zakręcie.
*
Ron usiadł na wilgotnej murawie zdegustowany. Chwycił się rękami za głowę. W tle słyszał tylko śmiech Astorii. Lubił ten dźwięk. Przed ćwiczeniami oczyścili spory kawałek boiska ze śniegu, bo jednak większa część ich „treningu” odbywała się na ziemi.
– No weź! Nie było tak źle! – Odwrócił się i parskając śmiechem, powiedział:
– Nie tak źle? To było straszne. – Zaśmiał się, widząc jej minę. Astoria opadła na ziemię obok Gryfona. Już nie przejmowała się  mokrymi spodniami, czy faktem, iż była rozczochrana. Śmiał się z niej jeszcze chwilę, ale kiedy jej drobna dłoń trzepnęła Gryfona w ramię, oprzytomniał.  Dziewczyna chwyciła miotłę leżącą obok i powiedziała:
– Jak jesteś taki mądry to sam to zrób. – Ron podniósł się z ziemi i chwycił drewnianą rączkę latającego przedmiotu.  Zaraz wzbił się w powietrze i przylegając ciałem do korpusu miotły, podleciał kilkanaście metrów w górę. Ciche „wow” zastygło Astorii na ustach. Ona chyba po raz piętnasty już dzisiaj zleciała z miotły, próbując to zrobić. Zaraz Gryfon nawrócił i wylądował przed blondwłosą dziewczyną.
– No i co? – zapytał, patrząc na nią z góry.
– Jak dla mnie dwa na dziesięć. – Roześmiała się, widząc jego oburzenie.
– Chyba mam dość na dzisiaj – powiedziała po chwili.
– I tak jest już  ciemno – zauważył przytomnie, Ron.
– Może… – zaczęła Ślizgonka, nie myśląc co mówi.
– Co? – zapytał Ron, zbierając sprzęt. Astoria machnęła ręką.
Wrócili do zamku, uprzednio odnosząc miotły do magazynku.  Pożegnali się krótko i każde ruszyło w swoją stronę. Tylko Astoria nie mogła uwierzyć, że właśnie, prawie zaprosiła Gryfona na kubek gorącej czekolady.
*
  Hermiona razem z Harrym i Ginny siedzieli w pokoju wspólnym Gryffindoru. Ron zniknął gdzieś, mówiąc o ważnych sprawach, niecierpiących zwłoki. Nikt go nie wypytywał, bo przecież nie musiał się im spowiadać. Hermiona pomagała Ginny z transmutacją, a Harry leniwie przekartkowywał podręcznik do eliksirów. Całą tę monotonię przerwał Neville. Wpadł przez dziurę pod portretem do pomieszczenia. Policzki miał zaczerwienione, jakby siedział na dworze. Dyszał ciężko po biegu. Nadal miał na sobie kurtkę i nauszniki. Wszyscy obecni obserwowali go, czekając na jakieś wyjaśnienia. Neville złapał oddech i głośno powiedział, patrząc prosto na Hermionę:
– Odpisała, w końcu odpisała. – Oczy Gryfonki rozszerzyły się do wielkości spodków, ale już po chwili zebrani mogli zaobserwować uśmiech na ustach panny Granger. Podbiegła do Neville’a i przytuliła go.
– Nareszcie – powiedziała, odsuwając się od chłopaka.  Ciemnowłosy Gryfon zdjął nauszniki, a drugą ręką wygrzebał z kieszeni kurtki pomięty list. Podał go Hermionie. Większość uczniów naciągało swoje szyję, aby cokolwiek zobaczyć, jednak panna Granger szybko złożyła kartkę. Neville zdjął wietrzne odzienie.
– Odłożę tylko kurtkę i do was zejdę. – Zwrócił się do Hermiony i Harry’ego, który niezauważalnie podszedł do przyjaciółki.
– Jasne – odparła Hermiona i odprowadziła Neville’a wzrokiem. Kiedy Longbottom zniknął jej z pola widzenia, odwróciła się do Harry’ego.
– W końcu jakiś postęp – stwierdził okularnik z kwaśną miną.
– Co jest? – zapytała Hermiona, a uśmiech zniknął z jej twarzy. Zielonooki wzruszył ramionami.
– Harry – zaczęła, kładąc mu rękę na ramieniu. – Rozmawialiśmy o tym, tysiąc razy.
– Wiem – westchnął i zmusił się do uśmiechu.
– Jedynie ze mną, nikt nie raczył  porozmawiać… - wtrąciła Ginny, przyglądając się tej scenie. Zawsze, gdzieś głęboko w środku miała żal do brata i jego przyjaciół.  Gdy tylko sprawa zaczynała robić się poważna, nikt nie chciał jej niczego powiedzieć. Tym razem zabolało jeszcze bardziej, bo nawet Neville został wtajemniczony.
– Ginny to… – zaczęła Hermiona, ale właśnie wtedy Longbottom zszedł schodami do pokoju wspólnego.
– Możemy iść – powiedział wesoło. Ginny westchnęła.
– No to idźcie. – Hermiona posłała jej przepraszające spojrzenie.
– Później ci wyjaśnię – powiedziała jeszcze, a potem z Harrym i Nevillem opuścili wieże Gryffindoru.
Udali się do biblioteki. Panna Granger doszła do wniosku, że tam, nikt nie będzie im przeszkadzał. Zajęli stolik najdalej od wejścia i innych uczniów. Hermiona rozłożyła list na stole i cicho zaczęła czytać.

Cześć Neville.

Dawno się nie odzywałam, wiem. Tu gdzie teraz jestem, jest mi dobrze. Nie wiem, czy to dobry pomysł. Twój poprzedni list był dziwny, jakbyś nie pisał go sam…  Ale przecież byś mnie nie okłamał, prawda?  Czasem brakuje mi towarzystwa, odkąd tatuś umarł. Znów mi smutno, przez ciebie. Dlaczego Harry, Ron i Hermiona chcą się ze mną spotkać? Jak ostatnio odwiedzili tatę, nie skończyło się to dobrze. Ale chętnie bym cię znów zobaczyła, wiesz? Odwiedzisz mnie, Neville? Wspominałeś o wyjściu do Hogsmeade w tę sobotę. Będę czekać obok naszego drzewa, dobrze? Tylko przyjdź. Co to za ważna sprawa, o której mi pisałeś? A z resztą… Opowiesz mi wszystko w sobotę.

Luna
PS. Uważaj na Nargle, pełno ich wokół nas.

Po odczytaniu listu nastała cisza. Hermiona nie wiedziała co myśleć. Była rozżalona, czekali na tę odpowiedź prawię miesiąc, a Krukonka pisze, że nie ma zamiaru się z nimi spotkać.
– I co teraz? – zapytał w końcu Harry. Pani Prefekt przemyślała całą sprawę, aż w końcu się odezwała:
– Zrobimy tak, jak Luna chcę. Musimy grać na jej zasadach. Pójdziesz się z nią spotkać i spróbujesz ja przekonać do spotkania ze mną. – Zwróciła się do Neville’a, a ten kiwnął głową.
– A jakie jest nasze zadanie? – zapytał okularnik.
– Czekamy na rezultaty.
– Właściwie, czego chcecie od Luny? – zapytał Neville. Męczyła go ta sprawa. Hermiona smutno pokręciła głową.
– Wiesz, że nie możemy ci powiedzieć. – Szatyn kiwnął głową zrezygnowany.
– Postaram się ją przekonać.
– Dziękuję –powiedziała z wdzięcznością panna Granger i z powrotem złożyła list na pół. Przesunęła go po stole w stronę Neville’a. Chłopak włożył kartkę do kieszeni.
– Czyli nie mamy żadnych planów na sobotę? – upewnił się Harry, mając z tyłu głowy spotkanie z Parkinson.  Hermiona pokręciła głową.
– Neville spotka się z Luną, a ja… - zawahała się moment.
– Tak? – ponaglił Harry. Hermiona westchnęła i założyła kosmyk włosów za ucho.
– Chyba pora wrócić do Malfoy Manor.







Cześć wam, przepraszam, że musicie tyle czekać. To nie tak, że mi nie zależy, bo ten blog jest dla mnie bardzo ważny, tylko nie mam na razie czasu na pisanie. Niestety rozdziały będą się pojawiać w takich dziwnych odstępach czasowych, wiem, za długich odstępach ;( Mam nadzieję, że to przetrzymamy! Rozdział nie jest długi, ale obiecuję, ze postaram się bardziej przy następnym. Nadal zależy mi na waszej opinii, więc zachęcam do komentowania!

~Pani M.