środa, 14 października 2015

Rozdział 50

Rozdział 50 – Lekarstwo.

Pansy otworzyła oczy. Nie mogła spać już od godziny, ale co chwilę kładła się z powrotem licząc, że zdrzemnie się chociaż na chwilę. Dochodziła szósta i było zdecydowanie za wcześnie na wychodzenie z łóżka. Słyszała ciche, miarowe oddechy sióstr Greengrass. Zazdrościła im, mogły spać spokojnie, podczas, gdy Pansy nie potrafiła zasnąć. Kiedy spała miała koszmary i w dodatku budziła się o nieprzyzwoicie wczesnych porach. Długo tak nie pociągnę. Pomyślała. Na lekcjach była rozkojarzona i nieuważna. Poniedziałek. Westchnęła i zakryła twarz poduszką. Nienawidziła poniedziałków, jak chyba większość Hogwardzkej młodzieży. Poleżała jeszcze chwilę, a kiedy budzik Astorii zadzwonił punktualnie o szóstej Pansy również wstała. Młodsza z sióstr Greengrass jak zwykle nakryła głowę kołdrą i próbowała spać dalej. Lekcje zaczynały się dopiero o dziewiątej i zazwyczaj Pansy i Daphnie spały co najmniej do siódmej. Ale nie dziś. Astoria szybko wyszła z pokoju i zajęła łazienkę w korytarzu. Panna Parkinson otworzyła kufer, swoją drogą niewypakowany, nie miała wczoraj do tego głowy. Skrzywiła się widząc, że jej biała bluzka jest wygnieciona. Rzuciła ją na łóżko. Zaraz wygrzebała  spódnice do kompletu. Podniosła różdżkę ze stoliczka nocnego i kilkoma sprawnymi zaklęciami wyczyściła i wyprostowała koszulę oraz spódnice. Przywołała również do siebie krawat w zielono-srebrne pasy. Obejrzała się za siebie, aby upewnić się, że Daphnie jeszcze śpi, a potem zdjęła spodenki od piżamy i koszulkę w której spała, po czym założyła bieliznę. Narzuciła na ramiona białą koszulę i zaczęła zapinać drobne guziki.
– Cześć. – Usłyszała za sobą głos zaspanej Daphnie. Odwróciła się do koleżanki również się przywitała. Młodsza Ślizgonka jeszcze chwilę leżała w ciepłej pościeli, aż w końcu zdecydowała się wstać.
– As w toalecie?  – zapytała, ścieląc łóżko.
– Mhm – mruknęła Pansy, ze skupieniem zawiązując krawat. Spojrzała na swoje bose stopy i zorientowała się, że nie założyła rajstop. Westchnęła, kucając przy kufrze.  W końcu wyjęła z niego parę grubych, szarych rajstop i zaczęła wciągać je na zgrabne nogi. Na sam koniec ubrała buty i już była gotowa. No prawie. Zerknęła w  lustra i jęknęła widząc swoją fryzurę. Włosy sterczały jej na wszystkie strony. Potarła zmęczoną twarz.
– Nie mam siły.
– Okej, co powiedzieć McGonagall? Ból brzucha, wymioty, gorączka? A może zaszalejemy z krwotokiem? – od razu zaproponowała Daphnie. Było kilka sztuczek, dzięki którym Ślizgoni czasem nie pojawiali się na lekcjach.
– Daj spokój, Daf. Dziś muszę iść. – Brązowowłosa dziewczyna wzruszyła ramionami i zaczęła rozczesywać włosy. Po upływie kolejnych dziesięciu minut do sypialni wróciła Astoria i Pansy mogła zająć toaletę. Umyła zęby, rozczesała włosy i pociągnęła usta odrobiną błyszczyka. Poszła na śniadanie bez torby na książki, co oznaczało tylko tyle, że będzie musiała się wrócić. Miała dziwne przeczucie, że to będzie niezapomniany posiłek.
*
Blaise stał przy drzwiach Wielkiej Sali i uśmiechał się do siebie. Uczniowie mijali go ze zdzwionymi minami, ale Ślizgon nic sobie z tego nie robił. Zagadnął go nawet jeden z nauczycieli.
– Dzień dobry, Blaise. – Głos Slughorna niósł się jeszcze chwilę po korytarzu. Ciemnowłosy chłopak wyrwał się z rozmyślań na temat planu.
– Dzień dobry, profesorze.
–  Nie wchodzisz do Sali, chłopcze?
– Czekam na kogoś – odparł Zabini, nie do końca mijając się z prawdą.
– Dobrze więc, liczę, że zobaczymy się dziś na eliksirach.
– Tak, panie profesorze. – Siwiejący mężczyzna oddalił się, zostawiając Blaise’a samemu sobie. Ślizgon uśmiechnął się pod nosem i kurczowo chwycił pasek torby z książkami. Poprawił krawat i trochę przylizał włosy.
– Przedstawienie czas zacząć – mruknął do siebie, wchodząc do Wielkiej Sali.
Dostrzegł ją od razu, razem z Hermioną siedziały przy stole Gryffindoru. Rudowłosa dziewczyna mieszała swoją owsiankę ze znudzoną miną. Zabini zrobił parę kroków stronę stołu wychowanków Salazara Slytherina, a potem przystanął w pół kroku, jakby sobie o czymś przypomniał. Wszystko to było doskonale zaplanowane. Odkąd wszedł do jadalni zwróciło się ku niemu kilka zainteresowanych spojrzeń, teraz było ich tylko więcej. Blaise odpiął zamek brązowej torby i wyciągnął z niej ciemnoszary sweter. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie złoty lew na karmazynowym tle przymocowany do okrycia. W dodatku sweter był zdecydowanie za mały na Zabiniego. Widząc, że coraz więcej uczniów zaczyna mu się przyglądać, zaczął swoje przedstawienie.
– Ej, Ginny! – krzyknął, a zainteresowana Gryfonka zaraz podniosła głowę z nad miski z owsianką. Hermiona opowiadająca o czymś przyjaciółce przerwała w pół zdania. Ron spojrzał gniewnie w stronę ciemnowłosego Ślizgona. Harry natomiast czekał na rozwój wydarzeń. Blaise pomachał swetrem. Ginny wstała gwałtownie od stołu, czym zwróciła na siebie większość ciekawskich spojrzeń. Prosiła Merlina, żeby ten dupek czegoś nie odwalił na oczach jej przyjaciół. Zabini z niewinnym uśmiechem podszedł do stołu Gryfonów. Wyszła mu naprzeciw.
– Zapomniałaś wczoraj. – Specjalnie powiedział to głośno, żeby wszyscy mogli usłyszeć. Dziewczyna rzuciła mu gniewne spojrzenie, a potem wyciągnęła rękę po swój sweter.
– Oddawaj – syknęła, kiedy chłopak cofnął rękę.
– Ginny, to twoje? – Usłyszała za plecami głos brata. Odwróciła się zażenowana. Ron również wstał od stołu.  Obserwował ze zdziwieniem tę rozmowę. Harry zaciskał szczękę, gotów powstrzymać przyjaciela od wszelkich wyskoków. Hermiona spokojnie obserwowała przyjaciółkę.
– Dziś też wpadniesz do mnie do lochów? – zapytał Zabini, świetnie się bawiąc. Nie zwracał uwagi na Rona, który miał rządze mordu wypisaną na twarzy.
– Nie – burknęła panna Weasley, znów sięgając po swój sweter.
– Wolisz spotkać się u ciebie? Okej, jeśli Hermiona nie będzie miała nic przeciwko…  – Ginny myślała, że rzuci się na Ślizgona, podobnie Ron. Spojrzał na swoją dziewczynę, myśląc, że panna Granger mu to wszystko wyjaśni. Jednak tak się na stało. Hermiona za to przewidziała plan Zabiniego, nie pozwoli upokorzyć swoich przyjaciół. Wstała od stołu i ze stoickim spokojem oznajmiła:
– Nie będę miała nic przeciwko, Blaise, jednak może pohamuj swój entuzjazm, bo sweter znaleziony w bibliotece nic jeszcze nie znaczy. –Na moment zbiła go z tropu. Ron zmarszczył brwi próbując zrozumieć o czym mówi brązowooka Gryfonka. Harry stojący tuż za przyjacielem odsunął się odrobinę. Wierzył, że Hermionie uda się uratować sytuację. W tym momencie chwilowego zamroczenia, Ginny złapała swój sweter i wyrwała go z rąk Ślizgona.
– Dziękuję, że go znalazłeś, szukam już drugi tydzień – odparła Ginny słodko. Blaise oprzytomniał.
– Przez ten cały czas był w lochach, wisiał u mnie w szafie. Musiałaś zostawić… - Przerwała mu, na powrót zaczął ją denerwować:
– Musiałeś spakować go przez przypadek, kiedy wyprowadzałeś się z czwartego piętra. – Zabini wiedział, że tę bitwę przegrał, ale wojna nadal trwała. Zmrużył gniewnie oczy.
– To jeszcze nie koniec, Weasley – syknął i odwracając się na pięcie odszedł w stronę stołu Salazara. Harry i Ron wrócili na miejsca. Jedynie Hermiona doskonale zdawała sobie sprawę, że sweter Ginny jeszcze wczoraj rano wisiał w szafie. Coś było zdecydowanie nie tak, jednak wolała nie poruszać tej kwestii przy Ronie i Harrym. Wszyscy wrócili do śniadania.
*
Blaise pokonany usiadł, a właściwie opadł ciężko na wolne miejsce obok Pansy. Ciemnowłosa Ślizgonka powstrzymywała śmiech.
– Brawo, Blaise. To było twoje najgorsze przedstawienie od czasu fioletowej szaty na eliksirach.
– Ty to lepiej nic nie mów – rzucił nalewając sobie kawy.
– Co chciałeś osiągnąć? – zapytała ze śmiechem Pansy. Nie odpowiedział, a dziewczyna zajęła się swoją kanapką.  W końcu Zabini nie wytrzymał:
– Dlaczego ona jest taka oschła przy innych? Wczoraj nie miała oporów przed… – Pansy uciszyła go gestem dłoni, widząc, że coraz więcej ciekawskich uczniów się im przysłuchuje.
– Dobrze wiesz „dlaczego” – powiedziała, a potem upiła trochę kawy ze swojego kubka.
– No właśnie, jak Merlina kocham, nie! Przecież co za różnica, czy… – znów przerwała przyjacielowi:
– A co ma ci się rzucać na szyję, kiedy jej brat i były chłopak dyszą jej w kark? Hermiona pewnie też tego nie pochwala.
– Taaa... Niech ona się lepiej zajmie Malfoyem… – mruknął Blaise. Pansy uśmiechnęła się pod nosem.
– Aż tak ci zależy?
– Moja matka przysłała list z ponagleniem, dostałem okropnego z zielarstwa i jeszcze Weasley mnie olewa, mam tego wszystkiego dość! – Zabini odsunął od siebie talerz z nadgryzionym tostem i łapiąc torbę, wyszedł z Wielkiej Sali.

*


  Po śniadaniu Ślizgonka ruszyła w stronę lochów po torbę z książkami. Pansy właśnie miała zejść po schodach, kiedy usłyszała głos Daphnie. Nie mogła go pomylić z żadnym innym.  Podeszła cicho do drzwi zza których dobiegał głos.
– Zostaw mnie w spokoju, idź do tej swojej laluni.
– Daf, o czym ty znowu mówisz?
– Oczywiście udawaj głupka, brawo! To, że wtedy usiadłam obok ciebie było największym błędem mojego życia! Zostaw mnie! – Pansy raptownie odsunęła się od drzwi, a Daphnie wybiegła na zewnątrz, nawet jej nie zauważając. Pobiegła prosto do swojej sypialni. A Pansy zżerała ciekawość na temat jegomościa z którym Daf rozmawiała. Zerknęła przez uchylone drwi do pustej klasy. Mężczyzna stał tłem, ale zdecydowanie nie był Ślizgonem. Czerwona obwódka wokół swetra mówiła sama za siebie. Odsunęła się od drzwi i próbowała zrozumieć co właśnie zaszło. Jednak wszystko na co wpadła sprowadzało się do jednego: coś łączyło Daphnie z tym Gryfonem. Odeszła spod klasy i najkrótszą drogą udała się do pokoju wspólnego Ślizgonów. Chciała porozmawiać z Daf, a z drugiej strony nie chciała przyznać, że podsłuchiwała.
Pansy otworzyła powoli drzwi licząc, że zastanie koleżankę w środku, jednak nic takiego się nie stało. Dormitorium było puste, niezaścielone łóżko Astorii pozostało niezaścielone, otwarty kufer Pansy nadal stał na podłodze przy jej łóżku. Nic nie świadczyło o jakiejkolwiek obecności młodszej koleżanki.
– Daphnie? – Brak reakcji. Pansy zamknęła za sobą drzwi, zabrała się za szukanie książek i wpychanie ich do plecaka. Kiedy wszystko było gotowe opuściła sypialnie i szybkim krokiem ruszyła na lekcje. Nie chciała się spóźnić w pieszy dzień od powrotu.
  Pod klasą transmutacji czekał Zabini i coś skrupulatnie notował w swoim podręczniku.
– To znów ta książka? – zapytała Pansy, nieufnie spoglądając na podręcznik.
– Nie – mruknął Ślizgon, nie odrywając wzroku od kartki. W końcu postawił ostatnią kropkę i zatrzasnął książkę. Spojrzał na Pansy z dziwnym błyskiem w oku. Dziewczyna jęknęła.
– Nie, co znowu odwaliłeś?
– Spokojnie, Pansy. Wiem co robię – powiedział Zabini ze śmiechem, jednak szybko spoważniał i oddalił się kawałek. Pansy śledziła każdy jego ruch. Blaise cicho podszedł do grypki Gryfonów, a potem wsunął książkę od otwartej torby Ginny Weasley. Rudowłosa dziewczyna nawet się nie zorientowała, a Blaise odszedł jakby nigdy nic. Panna Parkinson posłała mu pytające spojrzenie.  Jednak Zabini nie zdążył wypowiedzieć ani słowa, McGonagall pojawiła się na korytarzu, sprężystym krokiem podeszła od drzwi i otworzyła je, wpuszczając uczniów do środka.
– Potem ci wyjaśnię – szepnął Blaise, kiedy przechodził obok ławki Pansy. Ślizgonce pozostało jedynie czekać.
*
  Hermiona sprawę swetra Ginny dopisała do długiej listy niewiadomych i rzeczy do sprawdzenia. Sprawa Neville’a i Daphnie, napady Malfoya, problemy Ginny, problemy z Ronem. Panna Grenger czasem myślała, że powinna się sklonować i każdej Hermionie dać osobną listę rzeczy do zrobienia. Nauka. Nie zapominaj o nauce, Herm. W tym momencie uświadomiła sobie, że stoi pośrodku pustego korytarza. Poniedziałek. To jedno słowo przebiegło przez jej głowę, a potem dziewczyna popędziła korytarzem w stronę cieplarni.
Spóźniona wślizgnęła się do pomieszczenia i zajęła swoje stałe miejsce. Pomona Sprout nawet nie zorientowała się, że brakowało uczennicy. Przeszła do lekcji o Rozmytkach kąśliwych. Hermiona starała się skupić na wiedzy przekazywanej przez nauczycielkę, ale co chwilę przyłapywała się na kombinowaniu w sprawie Malfoya. Wiedziała, że to nie da jej spokoju.
  Kiedy tylko lekcja dobiegła końca, panna Granger pierwsza opuściła cieplarnie. Udała się w jedyne miejsce w którym panował względny spokój, biblioteka. Przywitała panią Prince z uśmiechem i zniknęła pomiędzy regałami. Nie była pewna czego powinna szukać, poza tym przerwa pomiędzy lekcjami nie była wystarczająco długa. Zajęła jeden ze stolików i z torby wyciągnęła niezapisaną rysę pergaminu. Zamoczyła pióro w atramencie i próbując to wszystko jakoś uporządkować, zaczęła pisać. Nagłówek głosił: „Sprawy do załatwienia”, na samej górze schludnymi literami widniało jedno nazwisko: Malfoy. Pod spodem napis głosił: „Neville i Daphnie”, a zaraz za nimi dwa imiona: „Ginny i Ron”. Zerknęła na zegarek i z westchnieniem wstała z krzesła. Schowała wszystko do torby i ruszyła na kolejne lekcje.
  Kiedy w końcu lekcja zaklęć profesora Flictwicka dobiegła końca brązowooka Gryfonka odetchnęła. Dziś nie potrafiła skupić się na żadnych zajęciach, nie robiła dodatkowych notatek i nie odpowiadała na pytania nauczycieli, pomimo iż rzucali jej wyczekujące spojrzenia. Była jak nie ona. Co się ze mną dzieje? Jednak nie potrafiła znaleźć odpowiedzi. Pognała na biblioteki i znów zajęła jeden ze stolików. Wyjęła wymięty pergamin i zerknęła na niego niezadowolona. Tak naprawdę nie miała wpływu na żadną z wypisanych spraw. Porozmawiaj z Ronem, nie bądź tchórzem! Wiedziała, że powinna to zrobić, ale nie miała pojęcia jak się do tego zabrać. Odgarnęła włosy z twarzy i założyła kosmyk zza ucho.
– Wiedzieliśmy, że tu będziesz – Usłyszała za sobą głos Harry’ego. Odwróciła głowę i zobaczyła jak na twarzy okularnika pojawia się uśmiech, Ron stał z rękami w kieszeniach i szczerzył się do swojej dziewczyny.  Dosiedli się do jej stolika.
– Nie było cię na obiedzie – zaczął ciemnowłosy Gryfon.
– I dlatego przynieśliśmy to – dodał Ron i wyjął ze swojego plecaka, kanapki owinięte papierem. Hermiona już miała przypomnieć im, że nie wolno wnosić do biblioteki jedzenia, kiedy poczuła, że jest naprawdę głodna. Zamiast tego uśmiechnę się tylko i podziękowała chłopakom. Ron wstał.
– Pójdę do łazienki i przy okazji, przyniosę coś dla siebie – oświadczył i zerknął na kanapkę z szynką leżącą na stole. Hermiona zdążyła już pochłonąć jedną. Kiedy odszedł od stolika, Harry bez ogródek zapytał:
– Co cię gryzie? – Dziewczyna bez słowa podsunęła mu pergamin i zajęła się drugą kanapką.
– Malfoy – mruknął do siebie chłopak, a potem spojrzał na przyjaciółkę.
– Chyba za bardzo się nim przejmujesz – powiedział w końcu i odłożył pergamin, reszta kartki była dla niego zagadką.
– Muszę tam wrócić – stwierdziła Hermiona, z taką determinacją w głosie, że czarnowłosy Gryfon wolał się nie sprzeciwiać. Dziewczyna wstała od stołu.
– Teraz?! – zapytał odrobinę za głośno Harry i rozległ się wrzask pani Prince, że powinni się uciszyć. Dziewczyna z zapałem pokiwała głową i zarzuciła torbę na ramię.
– Co mam powiedzieć Ronowi? – zapytał bezsilnie Harry, wiedział, że jej nie zatrzyma. Hermiona odwróciła się na pięcie i zastygła na chwilę.
– Prawdę – powiedziała w końcu – powiedz, że jestem u Malfoya.
*
Został sam w domu. Narcyza musiała załatwić coś na Pokątnej i przy okazji chciała odwiedzić Lucjusza w Azkabanie. Blondyn wiedział, że szybko nie wróci, a kiedy pojawi się w domu całą noc będzie płakać w poduszkę, myśląc, że Draco tego nie słyszy. Czarny Pan rozbił jego rodzinę i choć wydawałoby się, że młody Malfoy niczym się nie przejmuje, każda łza matki bolała. Siedział w salonie na fotelu. Wpatrywał się w pustą ścianę, kiedyś wisiało na niej zdjęcie Narcyzy i Lucjusza, ale Voldemort rzucił nim przez całą długość pokoju, kiedy przebywał w Malfoy Manor. Draco doskonale pamiętał, każdy z napadów szału Czarnego Pana, teraz przechodził podobne napady i to przerażało go najbardziej.
Była jego nadzieją i choć starał się ją za to nienawidzić, nie potrafił.
– Hermiona Granger – szepnął. Jakże dziwnie brzmiało jej imię w jego ustach. Wtedy rozległ się trzask i ktoś zmaterializował się w kominku. Draco poderwał się z fotela i chwycił różdżkę. Kiedy dym opadł, a postać zrobił krok w jego stronę uspokoił się trochę. Nadal miała na sobie mundurek, włosy rozczochrane.  Zaskoczył ją. Z niepokojem zerknęła na różdżkę, którą w nią celował.
– Granger, co za niespodzianka – powiedział, opuszczając magiczny patyk. Gryfonka  stanęła w salonie Malfoy Manor. Nie była przygotowana, nie miała żadnego planu. Mimo wszystko nie żałowała spontanicznej decyzji.  Przez dłuższą chwilę mierzyli się spojrzeniem. W końcu Ślizgon schował różdżkę do kieszeni spodni i zaraz zapytał:
– Dlaczego?
– Co, „dlaczego”?
– Dlaczego wróciłaś? – Znów zapadła cisza, a Draco lustrował ją wzrokiem. Hermiona wpatrywała się w czubki swoich butów, pozwalając, żeby włosy przysłoniły jej twarz.
– Chcę pomóc – powiedziała w końcu, podnosząc na niego wzrok. Młody Malfoy powoli kiwną głową, chociaż niewiele z tego rozumiał. Nikt nie może mieć tak dobrego serca, to nieludzkie. Pomyślał, ale powstrzymał się od zbędnych komentarzy. Z jednej strony chciał wierzyć Granger, że jest w stanie mu pomóc, z drugiej… Wolał się nie oszukiwać. Zmierzwił swoje włosy ręką.
– Powiedzmy, że… – zaczął, ale panna Granger szybko mu przerwała:
– Nie musisz dziękować.
– Nie zamierzałem – odpowiedział całkiem szczerze, zbity z tropu. Hermiona tylko gniewnie zmrużyła oczy.
– Musisz odpowiedzieć na parę pytań. – Zaczęła dość służbowo i trochę go tym speszyła.
– Nic nie muszę – warknął w odpowiedzi. Posłała mu zmęczone spojrzenie.
– Możemy pominąć te piętnaście minut kłótni i kolejnych dwadzieścia wrogich spojrzeń oraz dogryzania sobie? Jestem już tym zmęczona, Malfoy. – Nie był przygotowany na tak szczere wyznanie. Wzruszył ramionami. Stali w salonie bez słowa. Te kilka chwil było jednym z najniezręczniejszych momentów w jego osiemnastoletnim życiu. W końcu przełamał tę ciszę:
– Może usiądziesz? – Hermiona nawet nie starała się ukryć zdziwienia. Uśmiechnął się krzywo, widząc jej minę. Gryfonka zajęła jeden z foteli, a młody arystokrata opadł na kanapę.
– Co chcesz wiedzieć? – zapytał. Panna Granger sięgnęła do swojej torby i z jej dna wyjęła kawałek pergaminu oraz pióro.
– Rozumiem, że robimy wywiad do Proroka? – Posłała mu mordercze spojrzenie.
– Notatki pozwolą mi spojrzeć na to z innej perspektywy – wyjaśniła, zupełnie niepotrzebnie.
– Tobie, czy Potterowi? – zapytał gniewnie Malfoy. Panna Granger mocniej zacisnęła rękę na piórze.
– Tylko  ja będę miała wgląd w te notatki.
– Oboje wiemy, że to nie prawda – powiedział, nachylając się w jej stronę. Uchwycił  spojrzenie dziewczyny i już miał pewność, że Gryfonka go okłamuje. Hermiona westchnęła.
– Chcę tylko pomóc.
– Dlaczego? – zapytał, jednak było to jedno z tych pytań, na które panna Granger nie znała odpowiedzi.
– Czy możemy po prostu zacząć? – zapytała bezsilnie. Draco powoli kiwnął głową.
– Przyniosę coś do picia – powiedział, wstając.
 Hermiona siedziała w salonie, brudząc skrawek pergaminu atramentem, czekała na Malfoya. Wtedy usłyszała trzask. Wstała z fotela i szybkim krokiem udała się do przedpokoju. Starała się przypomnieć sobie, gdzie może znajdować się kuchnia , jednak ilość drzwi i korytarzy w Malfoy Manor ją przerastała.
– Malfoy?! – zawołała, stojąc w przedpokoju. Wtedy usłyszała jak Ślizgon przeklina i znów coś roztrzaskało się o podłogę. Szkło? Idąc za tym hałasem w końcu otworzyła na chybił trafił podwójne drzwi. Draco stał przy wielkiej, przeszklonej szafie, a u jego stóp leżała rozbita szklanka. W ręce miał drugą, ubitą, mankiet koszuli ubrudzony był odrobiną krwi. Hermiona trochę spokojniejsza podeszła do Ślizgona. Draco ostawił ubitą literatkę. Dziewczyna chciała zapytać go o rękę, ale ubiegł ją i warknął:
– Nic mi nie jest. – Gryfonka kiwnęła głową, nie chciała go bardziej denerwować. Ślizgon wyciągnął różdżkę i mrucząc zaklęcie pod nosem wycelował w swoją rękę. Rana przy wewnętrznej stronie kciuka szybko się zagoiła. Jednak zaschnięta już po części krew została. Następnie chłopak wypowiadając kolejne zaklęcie sprawił, że szkło zniknęło. Sięgnął do szafy po nowe szklanki. Podał je Hermionie bez słowa. Następnie schylił się do dolnych, nie przeszklonych, szafek.  Wyjął z jednej z nich zieloną butelkę z kolorową etykietką. Widząc zdziwione spojrzenie Gryfonki odparł spokojnie:
– Sok morelowy. – Hermiona skinęła głową, a potem razem z Draco opuścili pokój.
Rozsiedli się na powrót w salonie, Malfoy wskazał dziewczynie miejsce na kanapie, a potem rozlał sok do szklanek. Usiadł obok niej. Panna Granger chwyciła pergamin i pióro.
– Więc… Czy pamiętasz co dzieje się podczas ataku? – zapytała, nie owijając w bawełnę.
– Przecież pytałaś o to moją matkę – odpowiedział, upijając trochę soku ze swojej szklanki.
– To było pytanie na „tak” lub „nie”, Malfoy.
– Nie – powiedział, odstawiając szklankę na stolik.
– Czyli kłamałeś – stwierdziła sucho Hermiona.
– Jesteś zdziwiona?
– Nie.  – Zanotowała coś szybko, a potem przyjrzała się mu dokładnie.
– Aż tak ci się podobam? – rzucił z kpiną w głosie.
– Chciałbyś – mruknęła i speszona odwróciła wzrok. Uśmiechnął się zadowolony.
– Kiedy to się zaczęło? – zapytała cicho.
– Czy to ważne?
– Gdyby nie było to bym nie pytała, Malfoy.
– Dlaczego od razu się wściekasz?
– Nie wściekam się!
– Właśnie wi…
– Zamknij się i odpowiadaj na pytania!!!
– Merlinie… – mruknął Malfoy i wywrócił oczami.
Hermiona  zadała kolejną serię pytań, na które otrzymała, mniej lub bardziej szczegółowe odpowiedzi. W jej głowie rodziło się parę teorii na temat tego, co jest arystokracie. Jednak wszystko sprowadzało się do jednego: Co może mu pomóc? Wiedziała, że to wszystko jest powiązane z  Voldemortem, ale w jaki sposób? Wykluczyła wszelkiego rodzaju klątwy i czarnomagiczne zaklęcia. Tak potężna magia musi zostawić widoczny ślad, jednak Draco wyglądał całkiem normalnie. To musiało siedzieć, gdzieś w środku.  Hermiona sięgnęła po szklankę z sokiem i nie odrywając wzroku od notatek, opróżniła ją całą. Malfoy przyglądał się jej od jakiegoś czasu. W końcu podniosła głowę z nad pergaminu.
– Czy… – chciała zapytać, jednak zamarła w pół słowa, widząc jak blisko twarz Ślizgona znajduje się od jej własnej. Odchyliła się odrobinę i próbowała przypomnieć sobie moment, w którym kanapa nagle się skurczyła. Draco uśmiechnął się pod nosem, widząc jej frustrację.
– Mam kilka teorii i myślę, że warto je sprawdzić – zaczęła, nie patrząc Draco w oczy.
– Mam być królikiem doświadczalnym? Nie pisałem się na to, Granger.
– Czyżbyś tchórzył?
– A ty na moim miejscu co byś zrobiła? – Zapadła cisza podczas, której Malfoy obdarzył Gryfonkę  pytającym spojrzeniem. Hermiona nie odpowiedziała, nie była w stanie wyksztusić słowa. Mogli wsłuchiwać się w swoje urywane oddechy bez końca. Nagle nie wiedzieć czemu Malfoy przerwał to milczenie:
– Zapomniałem, że mam do czynienia z Gryfonką…
– Co usiłujesz powiedzieć? – zapytała podirytowana jego kpiącym tonem.
– Że wy nie znacie strachu.
– Nie wypowiadaj się na tematy, o których nie masz pojęcia – powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. Przez ostatni rok, dzień w dzień bała się. Bała się o rodziców, o Harry’ego, Rona,  Ginny. Przyjaciół. Państwo Weasley. Strach towarzyszył jej aż do momentu, w którym Voldemort zniknął. Na zawsze? Czasami nie była tego taka pewna. Jednak ostatnio znów zaczęła się bać. Bać, czy może raczej martwić? Chyba właśnie niewiedza była najgorsza. Bała się o Malfoya. Brzmiało to tak absurdalnie.
– A ty? Czego się boisz? – zapytał. Hermiona spojrzała na niego przestraszona. On wie. To niemożliwe, Herm. Spokojnie. W jej głowie było tyle sprzeczności, że Gryfonka zastanawiała się jak w ogóle jeszcze funkcjonuje.
– To właśnie różnica pomiędzy Gryfonami i Ślizgonami, Malfoy. Wy pytacie „czego” się boisz, my „o kogo” się boisz.
– Czy to nie filozofia Hufflepuffu?
– Więc możesz nazwać mnie Puchonką.
– Nie zamierzam.

   A potem świat zawirował. Ciepło. Spokój. Już dawno nie była tak spokojna. Nie do końca wiedziała co właśnie się dzieje, jakby znalazła się na innej planecie. Poczuła jego dłonie, delikatnie gładzące ją po plecach. Jego zapach tak rozkosznie niezidentyfikowany. Jego usta. Jakby były jej brakującą częścią, jakby były dopasowane do jej ust. Pocałunek, jakiego jeszcze nigdy nie przeżyła. To wszystko było jak z innego świata. Coś nierealnego, a jednocześnie istniejącego wbrew wszelkiej logice. Poddała się. Jej ręce nieśmiało oplotły jego szyję. Czy myślała trzeźwo? Z pewnością nie. I choć chciała, aby ta chwila nie miała końca, tak się nie stało. Oderwała się od Malfoya z prędkością światła. Była przestraszona i jednocześnie paradoksalnie szczęśliwa.  Draco czekał na jakąkolwiek reakcją z jej strony, nie wiedział czy spodziewał się krzyków oburzenia, czy wymierzenia policzka. Jednak zaskoczyła go, jak zawsze. Przyglądał się jej z zainteresowaniem, a potem usłyszał to jedno zdanie, które zmieniło wszystko.
– Wiem jak cię wyleczyć.


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ *

*te pięćdziesiąt rozdziałów było pierwszą częścią opowiadania o domie Salazara, druga cześć (prawdopodobnie składająca się z kolejnych pięćdziesięciu rozdziałów) ukaże się już niebawem.

Dziękuje wszystkim za cierpliwość i mam nadzieję, że zostaniecie z domem Salazara do samego końca.

~Pani M.




piątek, 9 października 2015

Rozdział 49

Przepraszam, że musieliście tak długo czekać. Jednak wakacje rozleniwiają... Szykuję miniaturkę, jak już pewnie słyszeliście, rozdział jak zwykle pojawi się za tydzień. (Tym razem się wyrobię, chyba...) Nie będę dłużej się rozwodzić i zapraszam do lektury! 
~Pani M. 


Rozdział 49 – Plan działania.

  Hermiona krótko pożegnała się z Narcyzą i opuściła Malfoy Manor. Nic nie zdziałała, nic nie załatwiła, a jedyne co udało jej się osiągnąć to zdenerwowanie Malfoya i siebie. Miała dość. Pocieszała ją myśl, że Harry już dziś wraca z Beauxbatons. Aportowała się wprost do gabinetu dyrektorki, jako prefekt naczelna mogła nagiąć trochę zasady. McGonagall nauczyła ją jak aportować się do zamku, oczywiście można było zrobić to jedynie w gabinecie dyrektora. Panna Granger miała to szczęście, że nauczycielka transmutacji opuściła chwilowo gabinet. Dziewczyna dzięki temu uniknęła niechcianych pytań. Szybko opuściła pomieszczenie, zostawiając krótką wiadomość, zawiadamiającą McGonagall, że wróciła. Zeszła do Sali Wejściowej i odruchowo zerknęła w stronę błoni. Łudziła się, że może Harry wróci wcześniej. Nic z tego. Jej srebrny zegarek wskazywał zaledwie w pół do piątej. Stwierdziła, że poszuka Rona. Potrzebowała z kimś porozmawiać. Udała się do wieży Gryffindoru. Kiedy stanęła przed portretem Grubej Damy zdała sobie sprawę, że nie pamięta hasła. Jęknęła zrezygnowana. Rozejrzała się dookoła, ale jak na złość żadnego Gryfona nie było w pobliżu. Postała chwilę pod portretem próbując odgadnąć hasło. Wtedy usłyszała za sobą znajomy głos:
– Hermiona? – Odwróciła się  i z uśmiechem przywitała Rona.
– Szukałam cię. – Ron złapał jej rękę i poprowadził do pokoju wspólnego. Zajęli miejsce na kanapie przy kominku. Wieża Gryffindoru jak zwykle pełna była uczniów i uczennic. Niektórzy w pocie czoła odrabiali zadania domowe, inni rozmawiali lub grali w eksplodującego durnia. Hermiona polubiła te przyjazną atmosferę, a z czasem nawet hałas przestał jej przeszkadzać. Lubiła przychodzić tutaj, żeby porozmawiać z Harrym i Ronem, pokój wspólny Gryfonów był tak inny w porównaniu z jej dormitorium. Na czwartym piętrze zawsze było cicho i spokojnie. Przynajmniej odkąd Ślizgoni się wyprowadzili. Pomyślała.
– Myślałem, że jesteś u Malfoyów – odezwał się w końcu Ron.
– Byłam, ale Malfoy nie był zbyt chętny do współpracy…
– Nadal nie wiem po co tam poszłaś. Ten dupek nie zasługuję na twoją pomoc. – Dziewczyna westchnęła i założyła pasmo włosów za ucho.
– I tak nic z tego nie będzie.
– Co? – Ron zmarszczył brwi, nic z tego nie rozumiał. Gryfonka powtórnie westchnęła.
– Malfoy najwyraźniej nie chce, żeby mu pomóc.
– To dlaczego… - Nie dała mu dokończyć:
– Bo jestem ciekawa! Chce wiedzieć co mu jest, mam gdzieś to czy Malfoy wyzdrowieje, czy nie, ale jeśli uda mi się go wyleczyć…
– Zaraz, zaraz… Chcesz nadal mu pomagać?
– Tak, ale nie robię tego dla Malfoya. To może odmienić cały świat czarodziejów, to może być przełom w mag-medycynie. Guzik mnie obchodzi jego arystokratyczny tyłek. – Rom wypuścił powietrze za świstem. Od zawsze wiedział, że Hermiona jest ambitna, ale to?
– Nie wymagasz od siebie za wiele? Jeszcze będziesz miała czas na nowe odkrycia.
– Wiedziałam, że nie zrozumiesz. – Hermiona wyswobodziła rękę z jego uścisku.  Ron pokręcił głową.
– Nie to miałem na myśl, ale po prostu… No wiesz, mówiłaś, że musisz się skupić na nauce i egzaminach, a teraz przekładasz sprawę Malfoya nad wszystko inne. – Panna Granger zmrużyła podejrzliwie oczy.
– O co naprawdę chodzi, Ron? Nigdy nie uwierzę, że martwisz się egzaminami. Nie ty. – Chłopak westchnął i na powrót złapał jej dłoń. Nic nie mówił, a wtedy Gryfonkę olśniło. Uśmiechnęła się promiennie.
– Jesteś o mnie zazdrosny! – Zaśmiała się, widząc jak Ron wytrzeszcza na nią oczy. Chciał coś powiedzieć, ale Hermiona całkowicie odwróciła jego uwagę całusem w policzek. Uśmiechnął się niepewnie. – Ron imponuje mi, że się o mnie martwisz, ale naprawdę nie ma o co. Malfoy zawsze był i będzie dla mnie zarozumiałą, tlenioną fredką. – Roześmiali się oboje. Wtedy do pokoju wpadł Neville. Żwawym kokiem podszedł do dwójki zakochanych zajmujących kanapę.
– Harry wrócił! – Niemal wykrzyknął. Hermiona poderwała się z siedzenia i pociągnęła za sobą Rona.
– Jest wcześniej – dodała jakby na swoje usprawiedliwienie i wybiegła z wieży Gryffindoru, ciągnąc za sobą rudowłosego chłopaka.
*
Harry siedział w powozie i wyczekiwał końca podróży. To, że było niezręcznie to mało powiedziane, cisza była tak gęsta, że oboje niemal się dusili. Pansy pogrążona we wspomnieniach o Mirabell i Francji wydawała się tak blada, że w pewnym momencie Harry chciał nią potrząsnąć i sprawdzić, czy jeszcze oddycha. Siedziała bez ruchu, a wzrok miała zamglony, nieobecny. W końcu zaczęli zniżać lot. Harry wyglądając przez okno, mógł podziwiać Hogwart w całej jego krasie. Zamek niewiele zmienił się po wojnie. McGonagall zadbała, aby wszelkie remonty były przeprowadzone zgodnie ze starymi planami. Westchnął cicho i spojrzał na Ślizgonkę. To jeszcze trudniejsze niż związek z młodszą siostrą najlepszego kumpla. Pomyślał z żałością. Z drugiej strony nie wierzył, że polubił Parkinson. Musiał przyznać, że była ładna. Wcześniej nie zwracałeś na to uwagi… Przyznał sobie rację, jeszcze parę miesięcy temu nawet by na nią nie spojrzał. Musiało być coś jeszcze… I było! Dopiero teraz go olśniło. Pansy skrywała tajemnice i to go tak intrygowało. Przypomniał sobie jak mówiła o Voldemorcie, wtedy w skrzydle szpitalnym. Ta sprawa nigdy nie przestała go męczyć, zawsze miał ją gdzieś z tyłu głowy. Tak samo jak tajemniczego gościa z pociągu.
– Pansy? – zwrócił jej uwagę, zanim zdążył pomyśleć. Spojrzała na niego pytająco. Harry przeklinał siebie w duchu za tak pochopne działanie.  Patrzyła na Gryfona wyczekująco, a jej spojrzenie wypalało dziury w jego ciele.
– Za chwile Hogwart – powiedział w końcu, dzięki czemu dziewczyna obrzuciła go spojrzeniem pełnym politowania. Nic nie powiedziała, nie musiała. W końcu powóz wylądował. Harry niepewnie stanął na nogi i  zaczął ściągać swój kufer z górnej półki. Pansy również wstała po chwili wahania i usiłowała wyciągnąć swój bagaż. Nie szło jej zbyt dobrze, nie miała siły w rękach. Harry zdjął swój kufer i spojrzał w stronę Pansy. Stała na czubkach palców i próbowała wyciągnąć walizkę. Chłopka mógł się poszczycić tym, że jest wyższy niż Ślizgonka. Daleko mu było do metra dziewięćdziesięciu, czy nawet metra osiemdziesięciu pięciu Rona, ale do kufra jeszcze dosięgał. Stanął za Parkinson i z łatwością chwycił jej bagaż. Pansy poczuła niezwykłe ciepło bijące od Gryfona. Cieszyła się, że mimo wszystko jest nadal tak pomocny. Harry postawił kufer na podłodze powozu. Patrzał wyczekująco na Pansy, której podziękowania cisnęły się na usta. Zamiast tego burknęła:
– Radziłam sobie…
– Nie ma za co – skwitował Potter i wyszedł z powozu, ciągnąc za sobą kufer.     
Na placu dostrzegł dwie uśmiechnięte sylwetki. Ron i Hermiona stali kilka metrów od powozu i trzymali się za ręce. Harry’ego wzruszył widok przyjaciół. Zaraz za ową dwójką zebrał się niewielki tłumek postaci w czerwono-złotych barwach. Można było się doszukać kilku Krukonów i Puchonów. Najwyraźniej wszyscy wyczekiwali jego przyjazdu. Odwrócił się, zerkając w stronę Pansy. Ślizgonka wyszła z powozu, męcząc się z kufrem na schodkach.  Harry rozejrzał się po placu myśląc, że zobaczy jakiś wychowanków domu Salazara. Jednak co dostrzegł to olbrzymia głowa Hagrida wychylająca się zza powozu. Półolbrzym machał do Herry’ego wesoło.  Trochę współczuł Parkinson, ale szybko sobie przypomniał jej oschły ton w powozie. Przeszło mu natychmiast. Podszedł żwawym krokiem do Hermiony i Rona. Uściskał przyjaciółkę, a  panna Granger z uśmiechem cmoknęła go w policzek. Wymienił z Ronem znaczące spojrzenia, a potem niedźwiedzi uścisk.
– Stary, dobrze, że jesteś – powiedział Ron, puszczając Harry’ego.  Okularnik przybił parę piątek z bliższymi znajomymi. Hermiona w tym czasie przyglądała się samotnej Ślizgonce, odchodzącej z wielkim kufrem w stronę drzwi wejściowych. Ten widok poruszył jej miękkie serce. Puściała rękę Rona i podbiegła do Parkinson. Położyła jej rękę na ramieniu i Pansy odwróciła się, podnosząc głowę.
– Fajnie, że wróciliście – przywitała się Hermiona z uśmiechem. Pansy parsknęła śmiechem.
– Wiesz, że nie musisz być dla mnie sztucznie miła?
– Nie jestem – powiedziała zaskoczona Gryfonka. Chciała być uprzejma wobec Pansy, w końcu ich kontakty uległy znacznemu polepszeniu. Parkinson uśmiechnęła się ironicznie.
– Lepiej idź, twój chłopak zaraz zasztyletuje mnie spojrzeniem. – Hermiona odwróciła głowę w stronę Rona. Faktycznie patrzał na Ślizgonkę spode łba.
– Nie potrzebujesz pomocy z tym kufrem? – zapytała panna Granger, w ogóle nie przejmując się swoim chłopakiem. To właśnie takie zachowanie irytowało ją w nim najbardziej.
– Nie jest ciężki. Okej, Granger ja doceniam twoje wysiłki  i w ogóle, ale czekają na ciebie. – Gryfona zmarszczyła brwi, Pansy wskazała podbródkiem tłumek stojący kilkanaście metrów za nimi. Hermiona odwróciła się i dostrzegła pytające spojrzenie Harry’ego i Rona.
– To widzimy się jutro – pożegnała Ślizgonkę i objęła ją ramieniem. Pansy poklepała brązowooką po plecach, a potem obserwowała jak dołącza do przyjaciół. Harry w tym czasie witał się z kolegami i koleżankami z domu Lwa. Jednak przyłapał się na tym, że wypatruje rudowłosej czupryny. Ginny. To właśnie jej mu tutaj brakowało. Trochę głupio mu było zapytać o nią Rona, czy Hermionę. Zauważył, że jego przyjaciółka rozmawia z Parkinson. Stanął obok Rona, który już wcześniej zaczął się przyglądać obu dziewczynom.
– Dlaczego Hermiona… – ale Harry nie mógł dokończyć, przyjaciel przerwał mu, nie przestając mierzyć Pansy spojrzeniem bazyliszka:
– Nie wiem, stary. – Stali tak jeszcze chwilę, aż w końcu Hermiona wróciła do nich jakby nigdy nic. Zerknęła jeszcze przez ramię na oddalającą się postać Ślizgonki.
– Harry, powinieneś jej pomóc z bagażem. – Z wyrzutem spojrzała na przyjaciela. Ciemnowłosy Gryfon w ogóle nie wiedział, co powiedzieć. Otworzył usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Nagle na błonia wpadła zdyszana Ginny i podbiegła przywitać się z Harrym. Co nie uszło uwadze tłumu, tuż za nią biegł Blaise Zabini. Jednak minął stadko Gryfonów i przywitał się z Pansy. Zabrał jej kufer i obejmując przyjaciółkę ramieniem, zniknęli w drzwiach Sali Wejściowej.
*
Chwilę wcześniej…
Ginny siedziała na podłodze w archiwum. Czy pomieszczenie faktycznie było archiwum? Tego nie wiedzieli, ale zarówno Blaise, jak i Ginny przyjęli tę nazwę. Dookoła siebie miała porozkładane różne prace. Szukała jakieś z tematem wypracowania podobnym do jej. Zabini zajęty był grzebaniem w jakiejś szafce.
– Znalazłaś coś? – zapytał, nie odrywając się od przeglądania pergaminów. Gryfonka pokręciła przecząco głową, wstała, aby rozprostować kości. Coś strzeliło jej w kolanie.
– Starzejesz się – mruknął Zabini. Ginevra zmrużyła gniewnie oczy, ale nic nie powiedziała. Podeszła do okna, aby je uchylić, bo w pomieszczeniu zaczynało robić się duszno. Kiedy otwarła okiennice na oścież, oczy zrobiły jej się wielkie jak spodki. Biały powóz stał na błoniach, a wokół zgromadził się niewielki tłum gapiów. Ze świstem wciągnęła powietrze nosem.
– Ile już tu siedzimy? – zapytała, odwracając się od okna. Ślizgon wzruszył ramionami.
– Nie wiem, a co?
– Wrócili. – Widząc jego pytające spojrzenie, westchnęła podirytowana. – Harry, Pansy, wrócili z Beauxbatons.
– To co tu jeszcze robimy! – Zabini zaczął wpychać pergaminy z powrotem do szafki.
– Nie ma na to czasu! – Ginevra chwyciła go za nadgarstek i pociągła w stronę drzwi. Wyszli zamykając je za sobą i puścili się biegiem.
– Zorientują się, że ktoś tam był i przeniosą prace! – krzyknął Blaise po drodze. Ginny spojrzała na niego kątem oka.
– Wrócimy tam wieczorem posprzątać – odkrzyknęła. Już po chwili byli na parterze, biegli w stronę drzwi wyjściowych.
– O której? – zapytał Blaise.
– Dziesiąta na szóstym piętrze. – Po tych słowach Gryfonka wyprzedziła Zabiniego i znalazła się wśród przyjaciół. Blaise dobiegł do pojedynczej postaci, zmierzającej w stronę głównego wejścia.
– Pansy! – krzyknął, kiedy był już dość blisko. Dziewczyna zatrzymała się i odwróciła, aby przywitać przyjaciela. Po wymianie uścisków, Blaise wziął od Ślizgonki kufer i obejmując ją drugą ręką zaczął prowadzić w stronę głównego wejścia do szkoły.
– Opowiadaj jak było. Panienki w Beauxbatons nadal trzymają poziom? Masz jakieś nagie fotki? – wyszczerzył się, widząc jej minę. Pełną rozbawienia i niedowierzania.
– W sensie ich fotki, bo twoje już mam. – Dostał kuksańca pod żebra i nic już więcej nie powiedział. Przynajmniej w temacie zdjęć.  Odprowadził Pansy do jej sypialni i postawił kufer po środku pokoju.
– Dobra, ja spadam zanim mnie Astoria nie dorwie. – Pansy uśmiechnęła się kpiąco.
– Nie masz się co bać, teraz lata za Potterem.
– A tobie to przeszkadza?
– Nie – wzruszyła ramionami. – Skąd taki pomysł? – Tym razem to Blaise się uśmiechnął i spojrzał znacząco na Parkinson.
– Pamiętaj, Ślizgona nie okłamiesz. – Puścił jej oczko i wyszedł. Pansy położyła się na swoim łóżku. Miała dość tego dnia.
*
Ginny uściskała Harry’ego. Przez chwilę poczuli się niezręcznie, ale to uczucie szybko minęło. Rudowłosa dziewczyna dostrzegła pytające spojrzenie Hermiony, ale bezgłośnie przekazała jej , że pogadają później. Całą czwórką udali się do Wielkiej Sali.
– Przyleciałeś w samą porę na kolację – oznajmił Ron, wyprzedzając resztę. – Pewnie w Beauxbatons jadłeś jakieś ohydztwo…  – Hermiona i Ginny parsknęły śmiechem, a Harry pokręcił głową.
– Nie, mieli całkiem dobre jedzenie.  – Po tych słowach okularnik  również się zaśmiał.
– O co wam znów chodzi? – zapytał speszony Ron.
– Jak zwykle gadasz o jedzeniu. – Ginny pokręciła głową ze śmiechem.
– No co, to chyba ważne, czy go nie głodzili…
– Oczywiście masz rację. – Hermiona zakończyła dyskusję, odwracając uwagę Rona całusem. Ginny skrzywiła się teatralnie.
– Ale tak z Ronem… – dodała, a brat posłał jej spojrzenie  spode łba. Harry przyzwyczaił się do takich widoków i szczerze cieszył się szczęściem przyjaciół. Cały czas gdzieś z tyłu głowy miał sprawę Ginny, ale pogodził się z jej decyzją. Weszli do Wielkie Sali i zajęli swoje ulubione  miejsca po środku stołu. Ron jak zwykle z wielkim apetytem opróżnił swój talerz, podczas gdy reszta była zaledwie w połowie porcji. Podczas kolacji Harry opowiadał o pobycie we Francji, omijając temat Parkinson i Alexis. Dobrze wiedział, że o Alexis dowie się Ron i to najpewniej dziś wieczorem, ale na razie wolał nic o niej nie wspominać. Nie był pewny reakcji Ginny, pomimo że to ona z nim zerwała. Po sytym posiłku udali się do wieży Gryffindoru. Harry rozpakował swoje rzeczy za pomocą różdżki, a potem cała czwórka zajęli miejsce przy kominku. Kiedy Gryfon z blizną na czole zaczął opowiadać o francuskiej szkole coraz więcej par uszu zaczęło im się przysłuchiwać. Zarówno Ron, jak i Hermiona do tego przywykli, w końcu większość czasu spędzali ze słynnym Harrym Potterem, jednak Ginny co chwilę rzucała wszystkim mordercze spojrzenia.  W końcu Harry nachylił się do rudowłosej dziewczyny i szepnął jej do ucha:
– Olej ich, przecież nie omawiamy tajnego planu, to jedynie mój nudny pobyt we Francji. – Od tej chwili Ginny dała sobie spokój. Około dwudziestej większość Gryfonów pouciekała do swoich sypialni lub zajęli się zadaniem domowym. Ron zaproponował eksplodującego durnia, na co reszta z chęcią przystała. Do gry przyłączył się Neville i Parvati. Czas płynął szybko, a towarzystwo bawiło się świetnie. Ginny zaprosiła do gry kilku młodszych Gryfonów z jej rocznika. Nawet się nie obejrzeli, kiedy zegar wybił w pół do jedenastej. Panna Weasley zamarła. Na śmierć zapomniała o Zabinim. Umówiła się ze Ślizgonem na szóstym piętrze pół godziny temu. Zerwała się z fotela.
– Muszę iść, zupełnie zapomniałam! – krzyczała, wybiegając z pokoju wspólnego, nikt nie zdążył jej zatrzymać. Kiedy przejście się za nią zamknęło Ron zawołał:
– Czekaj! – Hermiona starała sobie przypomnieć, czy młodsza koleżanka nie wspominała o jakimś spotkaniu, jednak w głowie miała pustkę. No pięknie towarzystwo Malfoya mnie ogłupia…Czemu znów o nim myślę? Aaa, bo to pacan. Dobra, skup się Hermiono!
– Ktoś wie, gdzie poszła? – zapytał Ron, zwracając się do znajomych młodszej siostry. Niestety nikt nic nie wiedział. Harry oznajmił, że pora kończyć grę, na co wszyscy przystali. Po chwili Hermiona, Ron i pan Potter zostali sami.
– Wiesz coś? – Harry zwrócił się do przyjaciółki, ale panna Granger jedynie pokręciła przecząco głową.
– Nic mi nie mówiła, że jest z kimś umówiona…
– Myślisz, że się z kimś spotyka?! – Ron, aż wstał z kanapy. Harry położył mu rękę na ramieniu i pociągnął przyjaciela z powrotem w dół.
– To chyba normalne, że ma przyjaciół… – dodała Hermiona, znudzona i zmęczona wybuchami Rona za każdym razem kiedy Ginny widuje kogoś poza nią, Harrym czy starszym bratem.
– Może… – zaczął Harry, niepewny, czy powinien brnąć w to dalej.
– No co? – ponaglił go Ron. Hermiona podejrzewała, co Harry chce powiedzieć, ale prosiła Merlina, żeby jednak ugryzł się w język.
– Wtedy na plac wbiegła z Zabinim. – Ron znów wstał, podciągając rękawy szaty.
– Zabije go – warknął. Harry znów siłą zmusił przyjaciela do usadowienia tyłka na kanapie. Hermiona westchnęła.
– Nie sądzę, żeby to z nim przebywała aktualnie Ginny. – Widząc pytające spojrzenia obu Gryfonów przystąpiła do wyjaśnień: – Ona go nie cierpi, nie potrafili wytrzymać ze sobą w dormitorium pięciu minut. Wątpię, żeby miała ochotę na towarzystwo Blaise’a poza lekcjami… – Właściwie brązowooka dziewczyna, wcale nie była taka pewna. Zdążyła zauważyć, że ta dwójka ma się ku sobie, ale wolała nie martwić tym faktem Rona i Harry’ego. Przynajmniej do momentu w którym informację te się nie potwierdzą.
– Pewnie masz rację… - przyznał Ron. Wydawało mu się niemożliwie, żeby Ginny zainteresowała się kimś takim.
– A skoro jesteśmy przy temacie Ślizgonów… – zaczął Harry, Hermiona już myślała, że ciemnowłosy zamierza drążyć temat, na szczęcie nic takie się nie wydarzyło. – Jak poszło z Malfoyem? – Panna Granger skrzywiła się.
– Nijak – skwitowała. – Malfoy to nadal dupek. – Harry wywrócił oczami.  
– A spodziewałaś się zmian? – zapytał Ron.
– Nie, ale… Dobra, słuchajcie – Hermiona założyła pasmo włosów za ucho, szybko przekalkulowała, czy informacje, które posiada są kompletne. Jej mózg mimo później pory działał na pełnych obrotach.
– Malfoy miewa napady szału, czy czegoś w tym stylu. Najpierw boli go głowa, a potem czaruje bez użycia różdżki. Narcyza… - Tutaj przerwał jej Ron, marszcząc brwi:
– Narcyza?
– Matka Malfoya – pośpiesznie wyjaśniła Hermiona.
– Wiem, ale od kiedy jesteście na „ty”? – Gryfonka westchnęła.
– Nie jesteśmy, tak mi się powiedziało. Mogę kontynuować? – Tym razem wtrącił się Harry, który dotychczas siedział w milczeniu, przetwarzając informację.
– Czemu nam mówisz o Malfoyu? To znaczy… Bo przecież zdrowie tego palanta niewiele nas obchodzi… – Brązowooka z zapałem pokiwała głową.
– Malfoya mam gdzieś, ale jeśli uda nam się rozszyfrować te ataki… Wiesz to może być przełom dla mag-medycyny… – Chłopcy patrzyli na nią jakby właśnie spadła z Wieży Astronomicznej wprost do salonu Gryffindoru. Co było fizycznie niemożliwe…
– Och, dajcie spokój! Rozwiązywaliśmy wiele podobnych przypadków. Opętanie jest nam w jakimś stopniu znane… Ginny na drugim roku, Harry na piątym, Kaite Bell na szóstym, a rok temu Horkruksy.
– Naprawdę tak ci zależy? – zapytał Harry, chociaż doskonale znał odpowiedź. Hermiona tylko pokiwała głową z miną tak poważną, że McGonagall mogła jej tylko pozazdrościć.
– W takim razie, zgoda. – Harry westchnął, wiedząc, że będzie tego żałować. Ron tylko potaknął.
– Narcyza mówi, że on pamięta co robił, ale mnie się nie wydaje… Wiecie, gdyby zachował świadomość mógłby z tym walczyć. Raz udało mi się to powstrzymać, al… – Tutaj Ron jej przerwał:
– Jak to zrobiłaś? – Nastała chwila ciszy, podczas której Hermiona, zastanawiała się, czy należy podzielić się tą informacją z przyjaciółmi. Szybko podjęła decyzję. W końcu mówią sobie praktycznie o wszystkim.
– Uderzyłam go w twarz. – Harry gwizdnął cicho.
– Raczej na tej podstawie nie opracują terapii leczniczej. – Cała trójka się zaśmiała. Rozmowy toczyły się do późna i Hermiona musiała niepostrzeżenie przemknąć do dormitorium na czwartym piętrze. Jedyne wnioski do jakich doszli to fakt, że dziewczyna musi wrócić do Malfoy Manor.
*
Wcześniej…
Chodził po korytarzy szóstego piętra od dobrych piętnastu minut. Wyczekiwał rudej czupryny u szczytu schodów. Nawet przemknęło mu przez myśl, że Ginny była tu przed nim, ale szybko odrzucił tę tezę. Specjalnie przyszedł wcześniej. Jednak dziesięć minut szybko zleciało i w efekcie była już dziesiąta. Zastanawiał się, czy przypadkiem panna Weasley nie zapomniała. W końcu usiadł pod ścianą na korytarzu i postanowił jeszcze poczekać. Ta ruda, spóźnialska dziewucha była jego ostatnią nadzieją. Ślub w wieku osiemnastu lat! Kto to widział, moja matka do reszty zwariowała… Chyba, że plan się powiedzie… Uśmiechnął się sam do siebie.
Ginny pędziła co sił, nie chciała wyjść na taką, co wystawia znajomych do wiatru. W końcu, jej noga przekroczyła ostatni stopień schodów i znalazła się na szóstym piętrze. Blaise siedział koło drzwi do archiwum. Było jej głupio, że musiał czekać, ale przede wszystkim była zmęczona po tym szalonym biegu. Policzki miała czerwone od wysiłku, łapała oddech. Zbliżała się do Ślizgona żwawym krokiem, po drodze ściągając sweter. Chłopak podniósł się z podłogi, a kiedy Gryfonka znalazła się w zasięgu jego głosu ze stoickim spokojem zaczął mówić:
– Spóźniłaś się, ale jeśli zamierzasz się całkowicie rozebrać, to faktycznie zapomnę o sprawie. – Posłała mu spojrzenie bazyliszka i nic nie odpowiedziała. Po uporaniu się z guzikami szarego sweterka zdjęła go i rzuciła materiałem w Zabiniego. Złapał okrycie Gryfonki parę centymetrów od  twarzy.
– Nie dość, że się spóźniasz to jeszcze rzucasz we mnie czym popadnie. Brawo, Weasley.
– Sorry – burknęła. – Za spóźnienie, swetrem ci się należało – dodała szybko i zaklęciem otworzyła drzwi archiwum. Weszli do pomieszczenia. Wszystko zastali tak jak zostawili. Pergaminy nadal leżały na podłodze, niedomknięte szafki były nieruszone. Ginny bez słowa zaczęła zbierać pracę. Blaise przyglądał się dziewczynie, opierając plecy o chłodną ścianę.
– Zamierzasz mi pomóc? – zapytała w końcu zjadliwie. Ślizgon uśmiechnął się pod nosem i również zaczął sprzątać. Poszło im zaskakująco szybko.
– Świetnie, już wszystko – powiedziała Ginevra i zmierzała do wyjścia.
– Gdzie idziesz? – zdziwił się Zabini, był przekonany, że posiedzą sobie z Ginny dobrych parę godzin. Dziewczyna tylko się roześmiała.
– Chyba nie myślałeś, że z tobą zostanę… – Wyszła szybko, zostawiając nieszczęsny sweter. Zabiniego się nie wystawia, zobaczymy, kto się będzie śmiał jutro… Ślizgon właśnie wpadł na pomysł małej zemsty. Uśmiechnął się sam do siebie, trzymając sweter Gryfonki w dłoniach. Jak zawsze, starannie dopracował plan działania.
*

– Leć, tam gdzie zawsze.  – Chłopak wypuścił sowę. Pomimo późnej godziny, wymknął się do Sowiarni. Dawno już nie otrzymał listu od przyjaciółki, zaczynał się martwić. W końcu Luna Lovegood pozostawiona sama sobie… Wolał nie myśleć co może się wydarzyć. Krukonka po śmierci ojca nie chciała go widywać, nie chciała też wrócić do szkoły. Pozostały im tylko listy. Obserwował jak jego sowa, znika na tle ciemnego nieba. Gryfon zdecydowanie nie popierał wymykania się po ciszy nocnej, ale dla Luny mógł zrobić wyjątek. Cicho zszedł po schodach, opuszczając wieżę.