piątek, 26 grudnia 2014

Miniaturka #2 część: 2


  Z dziennika Pansy: Jak zamieniłam tleniony blond na parę okularów i bliznę. 



Witam wszystkich w ten drugi dzień świąt. Poniższy tekst zawiera opis sceny „+18” więc wszystkich wrażliwych na tego typu opisy proszę o pominięcie tekstu pisanego kursywą. Jest to pierwszy mój taki opis więc nie oceniajcie mnie zbyt surowo.
~Pani M. która nie wierzy, że dała się namówić by opisać coś takiego ;)


Część:2
Dziewczyna była zmieszana i zła. Musiała go poprosić o pomoc nawet w tak prozaicznej czynności jaką jest mycie się. Wbiła wzrok w podłogę. Nie wyobrażała sobie tego.
-Ale w czym mam ci pomóc? -Zapytał, a ślizgonka wyczuła zdziwienie i jakby wahanie w jego głosie.
-Bo ten, nie widzę i... -Pomyślała o reakcji Draco. Pewnie by tylko rzucił jakąś uwagę w stylu "tyle to ja wiem", ale Harry nie. Harry słuchał.
-O co chodzi Pansy?
-Bo wiesz, ja ten... -Kręciła.
-Możesz mi powiedzieć, miałem ci pomagać...
-Ale na pewno nie w takich sprawach...
-Jakich?!- Coraz bardziej chciał wiedzieć, ale również starał się nie wywierać presji na dziewczynie. 
-Bo ja nie widzę gdzie stoi szampon ani ręcznik... -Rzuciła rozdrażniona.
-Aha... -Harry odchylił się do tyłu i spojrzał zdziwiony na dziewczynę. Oczywiście nie widziała jego spojrzenia.
-To co, pomożesz mi? -Powiedziała powoli.
-Tak. -Odpowiedział jakby robił to już setki razy. Nie miał pojęcia jak się zachować. Weszli do łazienki.
-Jak ty to sobie wyobrażasz? -Zadał w końcu to uciążliwe pytanie.
-Ymm... nie wiem. Może będziesz stał tyłem i różdżką podawał mi rzeczy? Po piętnastu minutach Harry ustawił sobie krzesło tyłem do prysznica. Ustawił również szampon i dwa białe ręczniki przed sobą. Ustalili, że Pansy będzie mówić czego potrzebuje, a on będzie jej to podawał za pomocą zaklęcia lewitacji. Dokładnie zapamiętał w którym miejscu stoi. Pansy czuła się nieswojo. Miała wrażenie, że większość chłopaków wykorzystało by tę sytuację, żeby zobaczyć ją nago. Harry tego nie zrobił. Dokładnie zadbał o to, aby ślizgonka miała jak najwięcej prywatności. Wyczuwała również jego skrępowanie. Najwyraźniej nie był jak wszyscy. Jak Draco. Umyła się bez większych problemów, a gdy szczelnie okryła się ręcznikiem, gryfon podał jej rękę, aby nie poślizgnęła się na mokrych kafelkach. Zaprowadził ją na podwyższenie gdzie znajdował się parawan i łóżka. Dziewczyna słyszała jak przesuwa coś po podłodze potem powiedział:
-Nie ruszaj się, jesteś za parawanem, przyniosę ci piżamę i się przebierzesz.
-Dzięki.
-Nie ma za co. -Usłyszała jak otwierał drzwi łazienki. Podał jej materiał. Ubrała się w piżamę. Koszulka była lekko pomięta. Wyszła za parawanu, ale potknęła się o to głupie podwyższenie. Harry złapał ją w samą porę.
-Dzięki. Znowu.
*
Minął tydzień. Mieszkało im się jako tako. Czasem się kłócili. Parę razy Hermiona i Ron wpadli odwiedzić Harry'ego. U niej raz był Malfoy i jedynie pokłócili się o to, że dziewczyna nie może z nim wyjść. Przyszła też Dafnie pogadać na chwilę. I nie działo się nic nadzwyczajnego. Aż do teraz...
Ktoś pukał do drzwi, a Pansy i Harry przebywali w łazience odprawiając ten dziwaczny rytuał z myciem się.
-Poczekaj, pójdę otworzyć.
-Dobra. -Powiedziała. Chwilę po tym jak Potter wyszedł, usłyszała krzyki i szamotaninę. A potem ktoś trzasnął drzwiami. Chłopak wrócił do łazienki, bez słowa podał dziewczynie ręcznik, a gdy ta się ubrała rozsiedli się na kanapie. Ślizgonka odważyła się zapytać:
-Kto to był?
-Nieważne.
-Ale się zdenerwowałeś.-Zauważyła ślizgonka.
-Wcale nie.
-Kogo chcesz oszukać? Siebie czy mnie?
-Ktoś ci już mówił, że jesteś męcząca?-Zapytał z ironią w głosie.
-Tak, każdy kto przebywał ze mną w jednym pomieszczeniu dłużej niż 20 minut. -Odpowiedziała z uśmiechem.
-Eh... ślizgoni.
-Ale bez nas byłoby nudno.
-Wiem. -Powiedział całkiem poważnie. Po chwili Pansy stwierdziła, że w sumie to ona by się już położyła. Harry pomógł jej dojść do łóżka, chociaż prawie całą trasę znała na pamięć. Położyła się w łóżku i przykryła kołdrą po sam czubek nosa. Słyszała oddech gryfona leżącego na swoim łóżku za parawanem. Szeptem zapytała:
-Powiesz mi kto to był? –Po chwili usłyszała jego odpowiedź:
-Ginny. –Zapadła cisza, ale ślizgonka postanowiła drążyć temat, skoro już i tak jej raz odpowiedział.
-Pokłóciliście się?
-Trudno było nie słyszeć.
-Trochę. O co poszło? –Nadal szeptali. To dawało im poczucie pewniej prywatności i atmosfery tajemniczości. Harry’emu lepiej się z nią gadało.
-Bo znowu niby nie mam dla niej czasu. Poza tym dużo osób mówi, że ona spotyka się też z tym całym puchonem, jak mu tam?
- Terry Bott? –Podpowiedziała dziewczyna. Widziała ich razem parę razy, ale stwierdziła, że nie będzie tym faktem niepokoić Pottera.
-No właśnie. Nie wiem co o tym myśleć. –Westchnął
-Ja raczej też ci nie pomogę. Sam musisz podjąć decyzję.
-Wiem. –Nie odzywali się przez chwilę. Potem Pansy odwróciła się na drugi bok i szepnęła:
-Dobranoc… Harry.
-Dobranoc, Pansy.
*
Następnego dnia jak zawsze skrzat przyniósł Pansy śniadanie. Harry podał jej ubrania o które go prosiła i przebrała się za parawanem. Gryfon wyszedł z dormitorium na lekcję. Został już tylko tydzień chodzenia do szkoły bo potem McGonagall zarządziła przerwę świąteczną. Jednak gdy chłopak był na lekcjach dziewczyna czuła się samotna. Nie miała z kim pogadać. Próbowała przekonać dyrektorkę i pani Pomfrey, że powinna iść na lekcję. Niestety skutek był mizerny. Dlatego też dziewczyna siedziała sobie na kanapie i nic nie robiła. Nagle usłyszała, że ktoś otwiera drzwi. Pomyślała o Potterze, jednak wydawało się jej za wcześnie, żeby wrócił.
-Potter? –Zapytała.
-Nie, zgaduj dalej. –Poznała głos Draco. Wstała, uważając na stolik.
-Draco. –Chłopak podszedł do niej i przytulił, zarzuciła mu ręce na szyje. Zaczęli się całować. Trwało to może z pięć minut. Usłyszała, że drzwi znów się otwierają. Próbowała oderwać się od  ślizgona, ale Malfoy mocno ją przytrzymał.
-Sorry, że przeszkadzam. –Mruknął Harry i wyszedł trzaskając drzwiami. Wtedy Draco ją puścił.
-Dlaczego to zrobiłeś? –Zapytała oskarżycielsko.
-Ale co? –Malfoy udawał, że nie ma pojęcia o co jej chodzi.
-Właśnie to. Wiesz nie mam ochoty teraz gadać. Może powinieneś już iść…
-Bo co? Bo Potter wrócił? Co jest Pansy, lecisz na dwa fronty?
-CO? Oczywiście, że nie. Po prostu myślę, że powinieneś iść. –Uparła się ślizgonka.
-Skoro tak. –Wzruszył ramionami, ale dziewczyna oczywiście nie widziała tego gestu. Słyszała oddalające się kroki, a potem ktoś złapał za klamkę. Usłyszała głos Malfoy’a:
-Tylko potem nie marudź, że nie mam dla ciebie czasu.
-O to się nie martw. –Rzuciła, krzyżując ręce na piersiach.
-Zobaczymy. –Wyszedł trzaskając drzwiami. Teraz dziewczyna zastanawiała się, gdzie podział się Harry. I co o tym wszystkim sobie pomyślał? Powoli podeszła do kanapy. Wymacała jej oparcie i usiadła. Nudziła się. Nie miała do kogo ust otworzyć. Chciała, żeby Potter wrócił, ale chyba na razie nic z tego… Westchnęła. Położyła się na kanapie i zasnęła.
Nad ranem ślizgonka się obudziła. Jej buty stały równo obok kanapy i była przykryta czerwonym kocem. Pomyślała, że to pewnie Harry i mimowolnie się uśmiechnęła. Właśnie takie drobne gesty jej imponowały. Draco nigdy tego nie robił. Zastanawiała się przez chwilę czemu cały czas ich porównuje? Odrzuciła tą myśl. Wstała ostrożnie, aby nie obudzić Harry’ego właściwie to nie wiedziała, czy chłopak w ogóle jest w dormitorium. Po cichu szła w kierunku łóżek. Niestety już chwilę później potknęła się o próg i poleciała do przodu. Jej głowa i ramiona wylądowały na łóżku. Harry się obudził. Dziewczyna wyczuła, że podtrzymuje ją i pomaga wstać.
-Nic ci nie jest? –Zapytał lekko nieprzytomnym głosem.
-Nie. Dzięki. –Usiadła na łóżku. Mówiła dalej:
-Nie chciałam cię obudzić.
-Prawie nie spałem. –Powiedział Harry z uśmiechem.  Dziewczyna nie widziała jego uśmiechu, ale sama również się uśmiechnęła.
-Mamy  4:30, idealna pora na spacer, nie uważasz? –Powiedział gryfon.
-Że co? –Zapytała ze śmiechem.
-Ja już raczej nie zasnę, a ty od tygodnia nie wychodziłaś z tego pokoju.
-Dobra, tylko musimy znaleść  moją szarą bluzę. –Powiedziała.
-Lubisz w niej chodzić. –Zauważył. Ślizgonka wzruszyła ramionami.
-Jest ciepła. –Wyjaśniła.  Ubrała się  z małą pomocą Harry’ego. Potem rozczesała włosy. Chciała spiąć je w kucyk, ale nie potrafiła. Zawsze jakiś niesforny kosmyk włosów  wymykał się jej.  Po chyba już dziesiątej próbie. Cisnęła gumką do włosów w lustro.
-Tego się nie da zrobić! –Harry wbiegł do łazienki.  Właśnie miał ubrać koszulkę gdy usłyszał jej krzyk.  Szybko ubrał T-shirt przez głowę i zapytał:
-O co chodzi?
-Nie potrafię się poczesać!  -Uniósł pytająco brwi, ale dziewczyna nie dostrzegła tego gestu. Ze śmiechem zapytał:
-Że co?
-Słyszałeś. –Odburknęła.
-No właśnie tak. I to był powód żeby rzucać przedmiotami? –Pokiwała głową z udawaną powagą. Harry przewrócił oczami i powiedział:
-Daj ten grzebień.  –Dziewczyna zmarszczyła brwi. Nic nie powiedziała tylko podała ów przedmiot chłopakowi.
-Dwa kroki do przodu. –Powiedział, a ślizgonka posłusznie do niego podeszła. Odwróciła się do niego tyłem, był od niej wyższy o parę centymetrów. Powoli zaczął rozczesywać jej włosy.
-Ałł! Ciągniesz mnie. –Rozbrzmiewało co parę chwil w łazience, a po każdym „nie chciałem” wypowiedzianym przez chłopaka Pansy skrywała nieśmiały uśmiech.  W końcu poczesał ją w kucyk. 
-Gotowe. –Oznajmił bardzo zadowolony z siebie. Dziewczyna odwróciła się do niego. Nie zdawała sobie sprawy, ze Harry stoi naprawdę blisko.  Prawie stykali się czołami. Czuła jego oddech na policzku.
-Dzięki. –Szepnęła. Chłopak wpatrywał się w usta dziewczyny, miał nieodpartą ochotę, żeby ją pocałować . Zbliżył się do niej, pokonując te dwa centymetry które ich dzieliły. Przytrzymał ją za biodra i pocałował.  Dziewczyna w ogóle się tego nie spodziewała. Oddała pocałunek, był namiętny, a zarazem delikatny. Nieśmiało położyła ręce na jego torsie. Jednak po chwili jak za dotknięciem różdżki,  przed oczami stanął jej Draco. Odrzuciła ten obraz, jakby nie był wystarczającym powodem, aby oderwać się od Harry’ego. Ale zaraz potem zobaczyła Ginny. Chciała ją wrzucić z głowy. Ale do rudej dołączył Harry. Trzymali się za ręce. Pocałował ją w policzek. Wtedy Pansy zdała sobie sprawę z tego co robi. Odsunęła się od gryfona. Spuściła głowę. Chciało jej się płakać. Tylko dlaczego?
-Przepraszam, ja nie wiem dlaczego… -Zaczął tłumaczyć się Harry.
-Nie ważne. Nie wracajmy do tego. –Kiwnął głową, ale zaraz sobie przypomniał, że ślizgonka nie widzi i powiedział:
-Tak. Przepraszam.
-Chodźmy na ten spacer. –Powiedziała Pansy i wyszła z łazienki powstrzymując łzy, które tak perfidnie cisnęły jej się do oczu.
*
-Więc chcesz mi wmówić, że w ogóle cię nie przeraża wysokość podczas lotu na miotle? –Zapytała dziewczyna, właśnie mineli boisko do Quidditcha i temat sam się nasunął. Harry odpowiedział ze śmiechem:
-Nie, nie przeraża mnie.
-Ściemniasz. –Nadal droczyła się z nim Pansy.
-Co niby mam zrobić żebyś mi uwierzyła? –Wzruszyła ramionami. Spacerowali sobie już od dobrej godziny.  Zacząć padać śnieg. Pomimo ciepłej bluzy i kurtki ślizgonce było zimno. Z tęsknotą pomyślała o rękawiczkach i szaliku.
-Zimno ci? –Zapytał gryfon, gdy dziewczyna objęła się ramionami.
-Trochę. –Powiedziała szczękając zębami.
-Może powinniśmy już wracać? –Zaproponował, a Pansy ochoczo przytaknęła.
-Wprost marzę o ciepłej herbacie. –Dodała.
-To chodźmy. –Złapał ją za rękę. Pomimo mrozu jego dłoń była ciepła.  Zawrócili. Przemieszczali się w kierunku zamku. Hogwart był piękny o tej porze roku. Biały puch przykrył wieżyczki zamku. Harry pomyślał, że już niedługo Hagrid powinien znosić  wielkie choinki i ustawić je w Wielkiej Sali.
-Już niedługo święta. –Powiedział na głos.
-Bystre spostrzeżenie. –Zaśmiała się.
-Chyba w tym roku spędzimy święta razem.
-Nie wracasz do... –Już chciała powiedzieć „domu”, ale zorientowała się, że nawet nie wie, gdzie on mieszka.
-Do domu? Raczej nie. Tam to nie dom… -Powiedział z goryczom.
-Ale chyba spędzałeś święta u Rona czy jakoś tak…
-Nie tym razem. –Powiedział.
-Jeśli to przez to, że musisz się mną opiekować to naprawdę śmiało jedź ja sobie poradzę. –Powiedziała, chociaż wcale nie chciała żeby jechał. Nie wyobrażała sobie mieszkania bez Harry’ego. Oczywiście dopóki nie widzi. Szybko dodała w myślach.
-Dzięki za pozwolenie, ale nie tylko z twojego powodu zostaje. –Powiedział tajemniczo. „Nie tylko z twojego powodu” w głowie dziewczyny nadal rozbrzmiewało to zdanie. Czyli zostawał również z jej powodu! Jakoś zrobiło jej się cieplej. Gdzieś w środku. Usłyszała znajomy głos:
-Pansy dlaczego się z nim włóczysz? – Do jej uszu dobiegł zimny głos Malfoy’a.
-Ona może robić co chce. Nie jest twoją własnością. –Wypalił Harry.
-Tak? Zdaje mi się, że nie mówiłem do ciebie, Potter. –Dziewczyna wyczuwała, że to się skończy kolejną kłótnią.
-Dajcie spokój. –Powiedziała cicho. Puściła rękę Harry’ego.
-Chodź do mnie Pansy. –Powiedział spokojnie Draco i wyciągnął rękę jak po swoją własność. Nie wiedziała jak się ma zachować.
-No chodź. –Ponaglił ją Draco.
-Harry zobaczymy się potem. –Powiedziała cicho i zrobiła pierwszy krok w stronę Malfoy’a.  Gryfon złapał ją za nadgarstek i pociągnął w jego stronę. Znajdowali się naprzeciwko siebie. Zaczął cicho do niej mówić:
-Nie musisz z nim iść. On cię traktuje jak rzecz. Dlaczego mu na to pozwalasz?
-To bardziej skomplikowane niż ci się wydaje. –Odpowiedziała z goryczą w głosie.
-Nic nie jest skomplikowane, on po prostu… -Ale wtedy znów usłyszała Malfoy’a.
-Ja tu czekam. Pansy idziemy. –Dziewczyna rzuciła przepraszającą spojrzenie Harry’emu i odwróciła się. Szła do Malfoy’a.  Nagle poczuła, że ktoś do niej podbiega. Chwyta ją w tali i całuje. Dziewczyna stała zaskoczona. Pamiętała ten zapach.  Wtedy rano całował zupełnie tak samo. Harry. Tym razem nie oddawała pocałunku. Wiedziała, że gapi się na nich Draco, usłyszała jego wściekły głos:
-No teraz wszystko jasne! Mamlasz się po kątach z tym Potterem. Nie wierze, że wolałaś tego imbecyla zamiast mnie. –Teraz dziewczyna wyrwała się gryfonowi i podbiegła do Draco. Kierowała się tym, z której strony słyszała jego głos.
-To nie tak, Draco. –Powiedziała. Łzy znów tego ranka cisnęły jej się do oczu.
-Nie w ogóle wiesz co i tak wolałem Astorię.
-Co ty mówisz? –Zaczęła płakać.
-Tylko tyle, że zrywam z tobą. Jesteś żałosna.
-Nie, Draco proszę. –Otarła oczy ręką.  Usłyszała jak ktoś odchodzi zostawiając ślady w śniegu. Na pożegnanie usłyszała jeszcze głos Malfoy’a:
-Byłaś zwykłą zdzirą. –Potem rozległ się huk. To Harry złamał ślizgonowi nos.
-Jesteście siebie warci. Zdzira i sławny wybraniec z wyrokiem w zawieszeniu. –Malfoy uciekł zostawiając ich przed zamkiem. Zostawiał za sobą ślady krwi na śniegu.
Gryfon podszedł do Pansy. Dziewczyna usiadła na śniegu i płakała.
-Pansy? –Nieśmiało powiedział. Wtedy cały żal i złość w niej wybuchła:
-Czego chcesz?! Bo jak na razie to zniszczyłeś mi życie... nie chcę cię widzieć. 
-Zniszczyłem? Zniszczyłem? Uratowałem cię przed tym idiotą! –Rzucił w jej stronę.
-Dla ciebie jest idiotą, ale nie dla mnie! Zostaw mnie w spokoju! Wszystko zniszczyłeś! –Znów po jej policzkach pociekły łzy.
-Nie płacz. –Powiedział spokojnie i podszedł do dziewczyny. Kucnął obok niej. Pozwoliła się objąć. 
-Nie płacz. Nie przez niego. –Wtedy dziewczyna chwyciła go za szyję i rozpłakała się na dobre.
-Kocham go. –Powiedziała jakby do siebie. 
-Wcale nie. Nie da się pokochać takiego potwora. –Powiedział myśląc o Draco jak o najgorszym ścierwie.
-Kochałam go. Naprawdę go kochałam. –Mówiła pomiędzy spazmami płaczu.
-Ale już nie kochasz. Spójrz na mnie. –Posłusznie podniosła na niego wzrok, pomimo że i tak nic nie widziała.
-On nie jest ci do niczego potrzebny. Znajdziesz kogoś lepszego. –Chciała powiedzieć, że chyba znalazła, ale wtedy usłyszała kroki.
-Ginny? –Zapytał Harry, puszczając ślizgonkę.
*
Gdy potem Pansy wspominała tamte starcie nie pamiętała zbyt wiele. Harry i Ginny pokłócili się o Terry’ego Botta z którym Ruda spotykała się w tym samym czasie co z Potterem. Zerwali i Gin z płaczem zostawiła ją z Harry’m. Wrócili do dormitorium nie odzywając się do siebie. Zdjęła kurtkę i czapkę, oraz przemoknięte buty. Dżinsy w których klęczała na śniegu również były całe mokre. Zdjęła je. Stała w salonie w samej bieliźnie i szarej bluzie.
-Ubierz się. –Rzucił Harry.
-Nie wiem… -Chciała dokończyć, ale chłopak podał jej jakiś materiał. Sam był jedynie w bokserkach, ale dziewczyna tego nie widziała. Posłusznie ubrała spodnie. Odwróciła się, przynajmniej tak jej się zdawało, tyłem do Pottera i zdjęła bluzę przez głowę. Na swój czarny stanik narzuciła koszulkę z długim rękawem którą jej podał. Rozpuściła włosy.
-Zejdziemy na śniadanie? –Zapytał Harry, przebierając spodnie.
-Nie, boję się, że możemy spotkać… -Przerwał jej.
-Dobra, wezwę skrzata. –Po chwili dodał: -Ale nie możesz się tu przed nim ukrywać do końca świata…
-Wystarczy mi do końca szkoły. –Rzuciła.
*
Mijały kolejne dni, a współlokatorzy z dormitorium na pierwszym piętrze nie odzywali się do siebie oprócz momentów w których to było konieczne. Dziewczyna męczyła się strasznie. Nie miała z kim porozmawiać, a ślizgoni jakoś tajemniczo przestali ją odwiedzać po jej zerwaniu z Malfoy’em. Harry był w znacznie lepszej sytuacji. Jeszcze zostało parę dni do świąt więc normalnie chodził na lekcję. Miał małą sprzeczkę z Ronem na temat Ginny. Ale wszystko zostało wyjaśnione a spór zażegnany. Umówił się dziś na wieczór z Hermioną i Ronem, i zaraz po obiedzie postanowił zawiadomić o tym Pansy:
-Wychodzę dziś wieczorem. –Kiwnęła głową na znak, że rozumie. O nic nie pytała. Siedziała sobie na kanapie i popijała herbatę z dużego kubka. Koło 18:00 Harry opuścił dormitorium, a dziewczyna została sama. Jednak ten stan nie trwał długo.  Ktoś pukał do drzwi.
-Proszę. –Powiedziała.
-Cześć Pansy. –Astoria przywitała się zamykając za sobą drzwi.  To była ostatnia osoba, zaraz po Draco, którą chciała gościć.
-Po co przyszłaś? –Rzuciła.
-Oh wiesz, pogadać. –Kłamała. Ciemnowłosa ślizgonka wyczuła to doskonale. Zapadła cisza podczas której Astoria  wyraźnie przemieszczała się po sypialni.
-A gdzie Harry? –Zapytała przymilnie.
-Wyszedł. –Poinformowała oschle blondynkę.
-Aha, wiesz to ja też się będę już zbierać. Nie chcę przeszkadzać…
-Drzwi są tam. –Poinformowała Pansy, a Astoria wyszła z wrednym uśmieszkiem, którego Pansy siłą rzeczy dostrzec nie mogła.  Siedziała sobie na kanapie, rozmyślając nad tym jak przebiegnie ta operacja. Już nie mogła się doczekać, aż znów zacznie widzieć. Znów ktoś otworzył drzwi, myślała, że to Harry, ale chyba jednak nie. Kroki były za ciężkie. Po tych dwóch tygodniach doskonale poznawała kiedy wchodzi Potter, a kiedy ktoś inny.
-Kim jesteś? –Zapytała, jednak nie doczekała się żadnej odpowiedzi. Ktoś szedł w jej stronę. Nagle ten ktoś rwącym ruchem odsunął gwałtownie stolik. Mebel przejechał po posadzce i uderzył w ścianę.
-Kim jesteś? –Powtórzyła dziewczyna teraz już naprawdę przerażona.
-Twoim najgorszym koszmarem. – Rozpoznała głos Draco.
-Czego chcesz? –Zapytała. Bała się, dobrze wiedziała do czego on jest zdolny. Nachylił się nad nią i powiedział:
-Tego czego zawsze. –Poczuła, że jego oddech śmierdział dużą ilością ognistej. Chwycił ją za nadgarstki i pocałował. Usiłowała się wyrwać, ale Draco był dużo silniejszy.
-Nie opieraj się, to ci nic nie da. –Bezczelnie wsunął język do jej ust. Uwolniła jedną rękę i odepchnęła go.
-Astoria ci nie wystarcza? –Warknęła. Uśmiechnął się tylko kpiąco. Mocniej przytrzymał jej nadgarstek lewą ręką a prawą zaczął rozpinać jej spodnie. Szarpała się na wszystkie strony. Wtedy wymierzył jej policzek. Chwyciła się za pieczący policzek, a wtedy zdjął jej dolną część ubrania. Po jej policzku zaczęły plynąć łzy. Wiedziała, że już nic nie może zrobić.  Zdjął z niej koszulkę.  Podjęła ostatnią walkę. Szarpała się, a on przytrzymał jej ręce i znów nachalnie pocałował.
-Zostaw mnie. –Szepnęła błagalnie.  Zdjął  z niej stanik. Wtedy usłyszała, że ktoś wchodzi.  Od razu pomyślała o Harry’m. Chłopak szybko ogarnął całą sytuację. Jeszcze nigdy chyba nie był tak wkurzony jak teraz. Podszedł do Malfoy’a i wymierzył mu potężny cios w szczękę. Aż głowa arystokraty odskoczyła do tyłu. Draco zostawił ślizgonkę i całą uwagę poświęcił gryfonowi. Skoczył na niego wymierzając cios pod żebra. Przepychali się chwile na podłodze, aż w końcu Harry trzema potężnymi ciosami odurzył przeciwnika. Wstał z ziemi dysząc ciężko. Chwycił Malfoy’a za kołnierz koszuli i wlókł za sobą.  Wyrzucił ślizgona za drzwi i trzasnął nimi. Dziewczyna zasłoniła się rękami i zapytała:
-Harry? –Chciała się upewnić, że gryfon wygrał pojedynek.
-Tak? –Pokręciła przecząco głową. Podszedł do niej. Zauważył, że nie ma nic na sobie poza majtkami. Rozejrzał się, dookoła w poszukiwaniu czegoś czym dziewczyna mogła by się okryć. Jej bluzka była trochę podarta i nie nadawała się. Jednak na swoim łóżku dostrzegł białą koszulę od mundurka.  Miał ją dziś na sobie i widocznie tam ją zostawił przebierając się. Chwycił tę cześć garderoby i podał dziewczynie. Pansy założyła koszulę. Ostrożnie wstała z kanapy. Nie zapięła guzików, a przez białą koszule widocznie odznaczał się zarys jej piersi. Harry gorączkowo przełknął ślinę. Koszula sięgała dziewczynie do połowy uda. Podeszła do chłopaka, a Harry odruchowo cofną się pół kroku.
-Dziękuje. –Szepnęła i przytuliła się do niego. Delikatnie odwzajemnił uścisk. Cieszyła się, że jest tak blisko gryfona, że przyszedł z takim wyczuciem czasu. Jeszcze pół roku temu myśląc o nim myślała jak o największym idiocie na świecie. A TERAZ? Czyżby się w nim... nie potrafiła tego powiedzieć nawet w myślach.  Odsunęła się od niego i podeszła do kanapy. Usiadła ostrożnie i podciągnęła kolana pod brodę. Usiadł obok, jednak w pewnej odległości.
-Dlaczego on to zrobił? –Zapytała, a z jej oczu znów pociekły łzy.
-Nie wiem. –Powiedział gryfon, zły na samą myśl o Malfoy’u.
-Nie wiem. –Powtórzył. Pansy otarła łzy ręką.
-Mógłbyś mnie zaprowadzić do mojej szafki nocnej? –Skinął głową po czym znów zdał sobie sprawę z takich banałów jak fakt, że ślizgonka nie widzi .
-Oczywiście. -Powiedział i wyciągnął rękę w jej stronę. Chwyciła ją pewnie. Wstała i zapięła środkowy guzik koszuli. Uklęknęła przy szafce i wyciągnęła z niej czystą bieliznę. Poprosiła jeszcze chłopaka o piżamę i pozwoliła odprowadzić się do łazienki. Wyszła przebrana i oddała mu bez słowa  koszulę. Położyła się spać. Harry również się przebrał i położył w swoim łóżku. Oboje nie mogli zasnąć. W Pansy na nowo odżyły wspomnienia tego co się przed godziną stało. Znów zaczęła płakać, zastanawiała się jak mogła pokochać takiego skurwiela. 
-Pansy? Nie płacz. Nie przez niego. –Znów zaczęła płakać, po chwili powiedziała:
-Nie potrafię się uspokoić. –Po chwili Harry był już przy niej. Usiadł na łóżku i objął jej dłoń.  W końcu się uspokoiła:
-Połóż się ze mną, inaczej nie zasnę. –Poprosiła nie otwierając oczu. Uśmiechnął się pod nosem. Wstał z łóżka, Pansy momentalnie otworzyła oczy
-Co robisz? –Zapytała.
-Przestawiam parawan, aby złączyć łóżka. –Wyjaśnił. Tak też zrobił. Parawan stał teraz z boku, a Harry swoje łóżko dosunął do łóżka dziewczyny. Położył się obok niej. Ta szybko przylgnęła do niego i powoli zasnęła. Chłopak objął ją ramieniem i również zasnął.
***


W ten wigilijny poranek ślizgonka znów obudziła się wtulona w pewnego ciemnowłosego gryfona z blizną na czole.
-Dzień dobry. –Powiedział zaspany Harry.  Uśmiechnęła się. Odkąd dwa dni temu odwiedził ją Malfoy nie potrafiła zasnąć bez niego. Targały nią mieszane uczucia. Z jednej strony chciała całemu światu powiedzieć o Harry’m, z drugiej nie było o czym mówić. Wszystko były dokładnie tak jak wcześniej, tylko spali razem. „TYLKO”.  Dziś wigilia i w końcu będzie musiała zejść do Wielkiej Sali na kolację. Trochę się denerwowała, chociaż jej współlokator zapewniał ją, że wszystko się uda. Miała taką nadzieję. Poprosiła, aby podał jej spodnie i czarną koszulę z długim rękawem. Pochwyciwszy ubrania weszła do toalety się przebrać. Jak zwykle o 8:00 skrzat przyniósł im jedzenie. Zjedli razem śniadanie rozmawiając o błahych sprawach. Następnie Harry wyszedł pożegnać się z Hermioną i Ronem. Nie zobaczą się w tym roku na święta.  Pansy po raz setny zaproponowała mu żeby jechał, ale chłopak po raz setny odmówił informując, że woli zostać. Wrócił po kwadransie i poinformował ją, że Ginny już znalazła sobie kogoś nowego. Przeprosiła go za swoje zachowanie i za to, że nic mu nie powiedziała, jednak uraza pozostała. Jedynie nie chciała wyjawić imienia swojego nowego chłopaka. Ślizgonka pomyślała, że to trochę dziwne bo zazwyczaj ruda lubiła się chwalić. Usiedli przy stole i zaczęli pakować prezenty dla bliskich i przyjaciół. Właściwie to Harry wszystko pakował, a Pansy jedynie podawała adresy. Nagle w okno zapukała szarobrązowa sowa. Gryfon wpuścił drobnego ptaka. Miała do nogi przywiązany liścik. Chłopak od razu poznał niechlujne pismo Hagrida.
-Hagdrid chcę nad dać małą choinkę do dormitorium na święta. –Powiedział Harry po odczytaniu treści listu.
-To świetnie, podziękuj mu. Tylko gdzie ją postawimy? –Zapytała dziewczyna.
-Może tam. –Harry pokazał palcem pustą przestrzeń między kominkiem a biurkiem.
-Taa świetny pomysł. –Rzuciła z ironią. Po tej uwadze chłopak walną się ręką w czoło i oboje zaczęli się śmiać.
-Mogłaś powiedzieć „raczej tego nie widzę”. –Zażartował.
-Mogłam, ale teraz sprawy ważniejsze… -Zaczęła z poważną miną.
-Już się boje. –Mruknął.
-Musisz mi pomóc.
-Tyle to się domyśliłem… -Rzucił z sarkazmem.
-Bo wiesz dziś uroczysta wigilia więc wypadałoby ubrać się elegancko.
-Mhm. –Przytaknął. Chyba domyślał się do czego dziewczyna zmierza.
-Czyli pomożesz mi? –Zapytała rumieniąc się lekko.
-Jasne. –Dalszą rozmowę przerwało pukanie do drzwi. Harry poszedł otworzyć. Okazało się, że to Dafnie przyszła złożyć im życzenia. A gdy wychodziła w drzwiach miną ją Zabini z niepewną miną.
-Eee... cześć Pansy, Potter. –Przywitał się. Miał już ubraną kurtkę i zielono-srebrny szalik ślizgonów. W ręce miał kufer.
-Część Blaise. –Przywitała się ślizgonka. Nie była pewna co ta wizyta miała oznaczać.  
-Przyszedłem życzyć wam wesołych świąt. –Powiedział radośnie.
-Nam? –Wtrącił się Harry. Ślizgon pokiwał głową.
-W sumie głupio wyszło z Ginny. Ale mam nadzieję, że się nie gniewasz… -Zaczął Zabini, ale gryfon mu przerwał:
-Co wyszło z Ginny?  
-To ona ci nie powiedziała? –Zdziwił się ciemnowłosy ślizgon i trochę zmieszał. Podrapał się po głowie i przystąpił do wyjaśnień:
-Bo ja i Ginny spotykamy się... – Zdenerwowany Potter mu przerwał:
-Że co?! Od kiedy?
-Jakiś czas. Powiedziała, że to załatwi. Ja ją naprawdę lubię. –Dodał Blaise.  Harry pokiwał parę razy głową na znak, że ta wiadomość do niego dotarła. Zabini przytulił Pansy na pożegnanie i życzył im wesołych świąt. Wyszedł, a gdy tylko przekroczył próg i drzwi się za nim zamknęły, Harry opadł na kanapę, i zaczął mruczeć do siebie:
-Niebywałe… moja Ginny ze ślizgonem… -Pokręcił parę razy głową. Pansy musiała się wtrącić i stanąć w obronie przyjaciela:
-Blaise chyba naprawdę ją lubi, to dobry kandydat na… -Przerwał jej:
-Skoro to taki dobry kandydat to czemu się z nim nie umówisz. –Fuknął.
-Z tych samych powodów z których ty nie umówisz się z Hermioną. Jest dla mnie jak rodzina.
-Niech ci już będzie. Ale muszę go nie lubić tak dla zasady… -Mruknął gryfon.  Potem Hagrid przyniósł im średnich rozmiarów choinkę, a Harry ozdobił ją jednym machnięciem różdżki. Po obiedzie na którym prawie nic nie zjedli Pansy zaczęła swoje przygotowania. Najpierw umyła włosy, a Harry wysuszył je zaklęciem. Za pierwszym razem mu nie wyszło i prawie podpalił pokój, na szczęście Pansy szybko zadziałała przeciwzaklęciem. Potem poszła do łazienki ubrać stosowniejszą bieliznę. Wyszła owinięta ręcznikiem. Harry za ten czas ubrał białą koszulę i krawat w czerwono-złote pasy. Do tego Czarne spodnie zaprasowane w kant. Dziewczyna z szuflady pod szafą wyciągnęła parę czarnych pończoch z koronkowym wykończeniem. To była jej najładniejsza para. Usiadła na łóżku nadal owinięta ręcznikiem i poprosiła Harry’ego by pomógł jej je ubrać.
-Tylko uważaj gdzie jest przód a gdzie tył. –Pouczyła go.
Mhm… -Mruknął. Powoli zaczął nasuwać pończochę na zgrabną nogę dziewczyny. Czuła jego palce przez materiał. Nasunął jej pończochę na udo, dziewczyna musiała podciągnąć trochę ręcznik. Zabrał się za drugą pończochę. Poszło mu to sprawniej. W teorii ślizgonka dobrze wiedziała, że dałaby radę sama to zrobić, jednak chciała aby zrobił to ten denerwujący gryfon. Uśmiechnęła się i podziękowała. Podał jej koszulę od mundurka.  Dziewczyna ją wzięła i już miała ubrać gdy poczuła, że stanik ma zapięty tylko na jedno z dwóch oczek. Kontynuowała swoją grę:
-Harry mógłbyś mi jeszcze w czymś pomóc? –Uśmiechnęła się.
-Jasne. –Powiedział w roztargnieniu, jednak gdy odwrócił się w stronę ślizgonki dech mu zaparło. Stała sobie jakby nigdy nic w samej bieliźnie i pończochach.
-Zapiął byś mi stanik? –Zapytała, jakby rozmawiali o pogodzie.
-Mhmm! –Powiedział z wyrazem błogości na twarzy. Pomyślał, że ona robi to specjalnie. Podszedł do dziewczyny. Pansy odwróciła się tyłem do niego. Delikatnie odgarnął jej włosy z pleców i zauważył nie zapięte oczko stanika. Przełknął ślinę.  Ręce mu trochę drżały. Zapiął oczko i odsunął się od ślizgonki. Ubrała koszulę i zaczęła zapinać guziki. Męczyła się trochę bo otwory na guziki były za małe. Teraz Harry wyszedł z inicjatywą i zaproponował:
-Może ci pomogę? –Skinęła głową i skryła uśmiech. Zaczął powoli od dołu zapinać guziki. Doszedł do tego pod biustem i również go zapiął. Przy kolejnym chwilę się zawahał. Dziewczyna to wyczuła i zapytała:
-Coś nie tak?
-Nie, nie.  –Pokręcił głową i zapiął kolejny guzik. Otarł się ręką o jej piersi. Jak błyskawica zapią resztę guzików i odsunął się. Pansy ubrała krawat i czarną rozkloszowaną spódniczkę która była przewieszono przez parawan i czekała aż ślizgonka ją założy.  Na koniec ubrała niewysokie szpilki i była gotowa. Chwyciła Harry’ego pod rękę i zeszli do Wielkiej Sali.
*

Zatrzymali się przed drzwiami.
-Gotowa?-Zapytał, dziewczyna kiwnęła głową i powiedziała:
-Tak. –Weszli do Wielkiej Sali. Środkowy stół był pięknie nakryty i wszyscy już zajęli miejsca. Czekano tylko na nich. Oprócz Harry’ego, Pansy i nauczycieli na Święta zostało tylko jeszcze piątka Puchonów dwoje krukonów i dwoje gryfonów.  Zasiedli do uroczystej wieczerzy. Wszyscy jedli i pili, aż w końcu McGonagall życzyła wszystkim „Wesołych Świat”, i kazała się rozejść. Pansy i Harry wrócili do dormitorium na pierwszym piętrze. Ślizgonka opadła na kanapę. Zdjęła krawat przez głowę i odpięła dwa pierwsze guziki koszuli. Nawet nie wiedziała, że Harry zrobił to samo.
-Nie było tak źle. –Powiedział z uśmiechem.
-Oczywiście, że nie. Wiesz na co miałabym teraz ochotę? –Rozmarzyła się.
-Aż się boje zapytać… -Powiedział z udawaną obawą.
-Nie wiem co sobie pomyślałeś, ale chodziło mi o szklaneczkę ognistej. –Powiedziała z uśmiechem na ustach bo właśnie sobie wyobraziła o czy mógł pomyśleć sobie Potter.
-Pewnie jest u mnie w szufladzie jakaś zagubiona butelka. –Uśmiechnęła się niewinnie. Harry wstał z kanapy i podszedł do szuflady pod szafą. Dziewczyna nigdy nie pozwalał mu tam zaglądać. Był pewny, że właśnie z powodu ognistej. Jednak cała ich rozmowa była nieporozumieniem. Ślizgonka miała na myśli szufladę szafki nocnej, a nie tej pod szafą w której trzymała bieliznę. Otworzył szufladę i pierwsze co mu się rzuciło w oczy była owa mityczna czarna koronka.
-Pansy?
-Co jest? –Zapytała nieświadoma, że chłopak trzyma jej seksową bieliznę w prawej dłoni.
-Znalazłem.
-To przynieś tutaj tą butelkę.
-Nie butelkę.
-To co?
-Koronkę. –Zapadła cisza. Przerwał ją chłopak podchodząc do kanapy na której siedziała lekko zdezorientowana Pansy.
-Czarną koronkę.
-To nie moje… -Próbowała się tłumaczyć, ale chłopak nie dał się na to nabrać.
-Kogo chcesz oszukać? –Zapytał z pod uniesionych brwi. Wywróciła oczami i powiedziała:
-Świetnie odłóż ją na miejsce i daj tę butelkę…
-Mam lepsze miejsce gdzie by pasowały niż szuflada…
-Chcesz mi coś powiedzieć?
-Raczej zasugerować. –Uśmiechnął się.  Zarumieniła się i odwróciła wzrok.
-Uważam, że powinnaś ją ubrać żebyśmy mogli zobaczyć czy pasuje…
-Żebyś ty mógł zobaczyć. –Skorygowała. Harry rzucił tylko luźną propozycję. Nie spodziewał się tego co zaraz usłyszy. Pansy przewróciła oczami i powiedziała:
-Daj już tę koronkę…
-C.. co? –Wykrztusił, uśmiechnęła się lekko przygryzając dolą wargę i wstała z kanapy. Podeszła do chłopaka i położyła mu ręce na ramionach. Pocałowała go, a gdy był zajęty jej ustami odebrała koronkową bieliznę i odsunęła się prędko. Szła w stronę drzwi z łazienki, przy wejściu odwróciła się i rzuciła mu pytające spojrzenie. Gdy postąpił krok do przodu zamknęła za sobą drzwi. W łazience rozpięła koszulę i zdjęła ją, jakoś tym razem nie miała problemów z guzikami. Zrzuciła górną część garderoby na podłogę. Następnie zdjęła spódniczkę. Zaczęła się stresować, bo co jeśli nie spodoba się Harry’emu? Właściwie od kiedy tak się nim przejmuję. Podeszła do kranu i odkręciła zimną wodę. Opłukała sobie ręce i trochę twarz.  Zrobił jej się lepiej, ale w brzuchu nadal czuła węzeł. Wszystko to było spowodowane  stresem i… podnieceniem? Jakim cudem on tak na nią działa? Odgarnęła włosy do tyłu. Wymacała na podłodze kawałek koronkowego materiału. Zsunęła swoje zwykłe szare majtki i założyła te koronkowe.  Dawno ich nie ubierała. Kupiła je kiedyś dla żartu, nie sądziła, że kiedyś je założy. Nie sądziła, że w ogóle ktoś ją w nich zobaczy, a tym bardziej słynny Harry Potter. Wzięła głęboki wdech. Podeszła do drzwi. Jeszcze jeden wdech zanim pociągnęła za klamkę. 


Harry pił ognistą whisky, a gdy dziewczyna wyszła z łazienki wypluł zawartość z powrotem do szklanki. Lustrował ją wzrokiem. Podziwiał jej długie zgrabne nogi okryte przeźroczystym czarnym materiałem. Przypomniał sobie, że przecież sam ją nawet w ten materiał ubierał. Przełknął ślinę, gdy podciągnął wzrok jeszcze wyżej. Strategiczne miejsce dziewczyny było zakryte przeźroczystą w niektórych miejscach koronką. Następnie jego spojrzenie zatrzymało się na ładnie zaokrąglonych piersiach zakrytych białym stanikiem. Na sam koniec spojrzał na jej twarz. Była lekko zmieszana i podniecona. Zrobiła obrót i zapytała:
-I jak? –Nie potrafił wydobyć z siebie głosu. Po chwili lekko zachrypniętym głosem powiedział:
-Pięknie wyglądasz. –Uśmiechnęła się i spuściła wzrok. Wstał i podszedł do dziewczyny. Chwycił ją w tali i przyciągnął do siebie. Stykali się czołami. Czuła jak jego lekko przyspieszony oddech owiewa jej policzek. Nie mogła wytrzymać już dłużej i odszukała jego usta. Wplotła ręce we włosy chłopaka. Całowali się na przemian, ich języki splatały się razem żeby za chwilę się rozłączyć. Pansy zaczęła ssać jego dolną wargę. Po chwili Harry odwdzięczył się tym samym. Przeniósł pocałunki na jej policzek, delikatnie przesuwał się po kości policzkowej aż do płatka ucha. Przygryzł je delikatnie i szepnął:
-Jesteś taka piękna. –Jego pocałunki przesuwały się po szyi w dół. Dziewczyna odchyliła głowę do tyłu, aby miał do niej lepszy dostęp. W połowie szyi ślizgonki zaczął ssać jej skórę. Sprawiał jej tym straszną przyjemność. Zostawił w tamtym miejscu czerwony ślad, który nie miał zejść tak prędko.  Pansy odszukała rękami guziki jego koszuli i energicznie zaczęła je rozpinać. Przerwał pieszczotę i wyszeptał:
-Chcesz tego?
-Tak. –Nie musiała tego dwa razy powtarzać. Harry wrócił do jej ust, a jego wędrówka zaczęła się od nowa. Pocałował jej obojczyk, a potem delikatnie zsunął ramiączko śnieżnobiałego stanika. Palce miał zimne i dziewczynę przeszył przyjemny dreszcz, gdy dotknął jej rozpalonej skóry. Dzięki temu, że nie widziała maksymalnie skupiła się na zmyśle dotyku. Czuła jak chłopak zasypuje jej dekolt pocałunkami. Westchnęła cichutko. Odrzuciła jego koszulę, która znalazła się na ziemi. Chłopak znów wrócił do jej ust. Dziewczyna miała dość tego czekania i przejęła inicjatywę. Zaczęła go namiętniej całować, o ile to było jeszcze możliwe. Sięgnęła rękoma do tyłu i próbowała rozpiąć sobie stanik. Jednak nic z tego, jej ruchy były zbyt nerwowe. Harry na chwilę oderwał się od dziewczyny, choć zrobił to z trudem.
-Nie spieszmy się. –Wymruczał jej do ucha i znów przygryzł płatek ucha ślizgonki. Dziewczyna przygryza dolną wargę. Nikt jeszcze się z nią tak nie kochał. Czuła się jak księżniczka. Całowali się jeszcze parę chwil gdy powiedziała:
-Harry, chcę tego. –Podniecił ją samymi pocałunkami.
-Jaka niecierpliwa. –Wychrypiał i pocałował ją w czoło. Wziął dziewczynę na ręce. Ostrożnie położył na łóżku. Uniosła się na łokciach eksponując, być może nieświadomie biust. Harry jęknął. Pochylił się nad Pansy i zaczął całować jej dekolt. Nagle zdał sobie sprawę, że biały stanik jest jej zupełnie niepotrzebny. Delikatnie go rozpiął i odrzucił na bok. Ślizgonka odchyliła głowę do tyłu. Harry przyjrzał się jej kształtnym piersią. Przyciągnęła głowę chłopaka do siebie i zaczęła go całować. Przeniosła te krótkie pocałunki na jego szczękę. Potem szyję, którą ozdobiła czerwoną malinką.
-Pansy. –Wychrypiał jej imię. Jej zwinne ręce odnalazły guzik jego spodni. Spodni które Harry’emu od jakiś 10 minut wydawały się za ciasne. Pozbawiła go ubrania. Oboje zostali jedynie w dolnej partii bielizny. Harry po szyi w dół schodził z pocałunkami. Delikatnie pocałował pierś dziewczyny. Zatrzymał się na moment przerywając rozkosz jaką jej dawał. Dziewczyna jęknęła. „Nie znęcaj się tak!” Zdawała krzyczeć. Harry zaczął składać pocałunki na jej brzuchu a później na jej piersiach.
-Mmmhhmm.. –Wyrwało się dziewczynie.  Popatrzył na nią. Jakby to wyczuła i podniosła powieki do ty czas przymykane z przyjemności. Przyciągnęła jego twarz do swojej i wyczuła oprawki okularów. Zdjęła je i położyła na cudem wymacanej szafce nocnej. Wrócił do przerwanego zajęcia, zaraz po pocałunku otrzymanym od ślizgonki. Znów pocałował jej pierś ale szybko zaczął przesuwać swoje pocałunki w dół. Pansy zaczęła się wiercić. Nawet nie miał pojęcia jaką jej sprawia przyjemność. Przesuwał pocałunki coraz niżej i niżej po linii jej brzucha. Wzdychała raz po raz oddając się w ręce rozkoszy. Jego usta napotkały skrawek czarnego materiału. Oderwał głowę od jej rozpalonego ciała.
-Pansy? –Szepnął. Jakby w niemym zapytaniu, nie był pewny tego co robi.  
-Harry, proszę. –Szepnęła błagalnie. To było dla niego wystarczającym pozwoleniem. Delikatnie zaczął kawałek po kawałku zsuwać z niej koronkową bieliznę.
-Utrzymały się dłużej niż pięć sekund… -Rzuciła lekko rozbawiona przypominając sobie co jej powiedział jeszcze jakieś dwa tygodnie temu. W końcu zdjął z niej bieliznę.  Znów przygryzła wargę w oczekiwaniu na kolejny jego ruch. Harry z lekką pomocą Pansy zsunął swoje bokserki.  Zostali nadzy, ale wcale im to nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Harry spojrzał na rozpaloną twarz dziewczyny. Jej przymknięte oczy i to jak zagryza wargę. Powoli zbliżył członka do jej wewnętrznej stronę uda. Wyczuła to i jeszcze mocniej przygryzła wargę. Czuła, że zaraz nie wytrzyma.
-Harry, proszę… -Jęknęła niemal błagalnie. Chłopak zlitował się nad dziewczyną i powoli się w niej zanurzył. Nie wykonywał żadnych gwałtownych ruchów. Chociaż sam był podniecony do granic wytrzymałości, chciał sprawić swojej ukochanej jak najwięcej przyjemności. Wbiła paznokcie w jego plecy. Nie potrafiła już dłużej wytrzymać, jeszcze nigdy nie była tak bardzo podniecona. Droczył się z nią. Gdy już jej się wydawało, że w końcu w nią wejdzie szybko się wycofywał. W końcu i on nie potrafił już dłużej wytrzymać i zaczął przyspieszać tępo.
Robił to delikatnie i powoli. Dostosowywała się do tępa jakie narzucał im Harry. Czuła, że zaraz nadejdzie spełnienie. Wystarczyło im jeszcze kilka ruchów by zanurzyli się w gorącej ekstazie.
*
Obudziła się nad ranem wtulona w bok Harry'ego. Gdy przypomniała sobie zdarzenia z poprzedniej nocy nadal przechodziły ją dreszcze. Był taki delikatny, zupełnie inny niż Draco. Wczorajsza noc z Harry'm była najlepszą w jej osiemnastoletnim życiu. Uśmiechnęła się do siebie na te wspomnienia. Wtedy zdała sobie sprawę, że chyba go kocha. Naprawdę. Nie głupim zauroczeniem z dzieciństwa tak jak wydawało jej się, że kochała Draco. Nie, to było zupełnie coś innego. Bo było odwzajemnione.
-Skarbie? -Usłyszała jak mruczy jej tuż nad uchem. 
-Mhm... -Mruknęła. Pocałował ją w czoło. Usiadł na łóżku i spojrzał na Pansy. 
-Chyba mamy problem... -Powiedział poważnym tonem i dziewczyna zaczęła się bać. A co jeśli jej powe, że ta noc to był błąd? 
-Jaki? -Zapytała lekko trzęsącym się głosem.
-Chyba kocham taką jedną wredną ślizgonkę... 
-W dodatku jędze. Ale ja też mam problem... 
-Jaki? -Zapytał. 
-Chyba kocham takiego jednego denerwującego gryfona... 
***


Miesiąc później…
Pansy siedziała w pokoju wspólnym ślizgonów i kuła na transmutację. Przez ten wypadek miała spore zaległości. Oczywiście operacja się udała i widziała nawet lepiej niż wcześniej. Ku jej zdziwieniu Hermiona zaproponowała, że pomoże nadrobić jej zaległości i od tego momentu zaczęły się tak jakby przyjaźnić. Związek Ginny i Blaisa również przetrwał różne burzę. A pani i pan Weasley o dziwo nie zeszli na zawał gdy córka powiadomiła ich z kim się spotyka. Na początku nie byli zachwyceni, ale w końcu musieli się pogodzić z tą, bolesną w pewnym stopniu, prawdą. Wszystko układało się świetnie tylko Draco chodził niezadowolony jak zawsze. Wszystkich tolerował i nawet Gin w pewnym stopniu polubił, ale jednej osoby nie potrafił strawić. Hermiony Granger. Z resztę gryfonka też unikała tego ślizgona jak ognia. A gdy już znajdowali się w jednym pomieszczeniu rzucali sobie jakieś dziwne, ukradkowe spojrzenia. Wszyscy czuli się z tym nieswojo. A najbardziej przeżywał to Harry. Pansy widziała, że coś go męczy. Ale zawsze gdy pytała go o Draco stawał się mało rozmowny. Krótko mówiąc unikał tematu. Pokłócili się o ty parę razy i temat został odsunięty na dalszy plan. Zaraz po operacji musieli na powrót zamieszkać osobno chociaż niektóre noce spędzali razem, zaraz jak tylko Pansy udało się wyrzucić Astorię za drzwi. Pomimo że nauczyciele kładli straszny nacisk na naukę przed egzaminami końcowymi Pansy była szczęśliwa. Każdą wolną chwilę spędzała z pewnym ciemnowłosym gryfonem.
***

5 lat później…
-Harry idź otwórz! –Ciemnowłosa kobieta krzyknęła z kuchni wyciągając z pieca makowiec który zamierzała podać gościom na deser.  Dziś była Wigilia i Pansy Potter razem z mężem zaprosili wszystkich najbliższych przyjaciół i ich rodziny. Harry miał bardzo dobrze płatną pracę. Pracował w ministerstwie jako auror, a właściwie to szef biura Aurorów. Już po dwóch latach było ich stać na ten ogromny dom w Dolinie Godryka.  W przestronnej jadalni przy magicznie powiększonym stole siedziała już cała rodzina Weasley’ów z nowo poślubioną żoną Rona, Hermioną Granger-Weasley. Uparła się, żeby zatrzymać nazwisko.  Brakowało jeszcze tylko Billa i Fleur.  Harry otworzył drzwi, a do środka jak burza wpadła mała dziewczynka z burzą czarnobrązowych włosów.
-Kochanie Ginny i Blaise przyszli. –Zawołał Harry.  Gdy wszyscy ze wszystkimi się przywitali znów rozległ się dzwonek do drzwi. Stali w nim państwo Longbottom.
-Luna świetnie wyglądasz! –Uściskała Ginny przyjaciółkę.
-Wchodźcie do środka bo zimno! –Krzyknęła z salonu pani Weasley.
-Który to miesiąc? –Zapytała Hermiona.
-Siódmy. –Odpowiedziała rozmarzonym głosem Luna i pogładziła się po brzuchu. Neville odebrał od swojej żony płaszcz i powiesił na, już i tak zawalonym, wieszaku. Następnie przybyli trochę spóźnieni Bill i Fleur. Wszyscy zasiedli do stołu który dosłownie uginał się od jedzenia. Zarówno mała Vanessa jak i zaledwie rok młodszy Robin domagali się otwarcia prezentów. Harry wziął syna na ręce, a Blaise swoją małą królewnę i wszyscy przenieśli się do salonu. Po otwieraniu prezentów, Pansy jako pani domu wniosła smakowity makowiec ozdobiony lukrem. Dzieci po deserze były już zmęczone więc pobawiły się jeszcze trochę dopiero co otrzymanymi zabawkami i usnęły. Pansy i Ginny zaniosły je do dziecięcego pokoju na górze, gdzie stały dwa łóżeczka. Zeszły z powrotem do gości. Wszyscy siedzieli w salonie państwa Potter jeszcze długo. Koło 20:00 Neville i Luna pożegnali się z pozostałymi i wrócili do domu.  Chwilę potem również Bill, Fleur i George się pozbierali. A o 22:00 w salonie została już tylko szóstka najlepszych przyjaciół z Hogwartu. Blaise i pani Zabini zajęli jedną z kanap. Hermiona siedziała Ronowi na kolanach. A Harry i Pansy siedzieli na drugiej nieco mniejszej kanapie. Wspominali jeszcze długo  czasy szkolne popijając ognistą whisky. Pansy tylko podczas takich wspomnień zastanawiała się jakim cudem zamieniła tleniony blond na parę okularów i bliznę?
***
Siedzieli w salonie, gdy nagle z pokoju na górze rozległ się płacz dziecka. 
-To pewnie Robin albo Van się obudzili.-Powiedziała Ginny wstając. Zabini stwierdził, że również się przejdzie. Gdy wchodzili po schodach usłyszeli pukanie do drzwi.
-Harry otwórz. -Powiedziała Pansy i wstała z kanapy. -Ja zajrzę do Robina. - Harry poszedł otworzyć a pozostali byli bardzo ciekawi kogo niesie o tej porze. Hermiona wstała z kolan Rona i poszła za Harry'm.  W drzwiach stał ktoś kogo dobrze znali. Był to Draco Malfoy...
-Musimy pogadać Granger… -Powiedział patrząc jej w oczy.

(Powyższy fragment jest wprowadzeniem do kolejnej miniaturki, która trochę wyjaśni nam tajemnicze działania Draco i jego układy z Potterem. )










KOMENTUJEMY ;)

czwartek, 25 grudnia 2014

Miniaturka #2 część:1


  Z dziennika Pansy: Jak zamieniłam tleniony blond na parę okularów i bliznę. 

 

Kolejna miniaturka! Tym razem z okazji świąt, chociaż mało świąteczna. Charakter Malfoy' jest tu okropny, więc ludzie kochający Draco (tak jak ja ;) ) muszą się liczyć z "zimnym lujem" jak to Ali$hia określiła xd. Mam nadzieje, że to przeżyjecie i serce wam nie pęknie. To tyle.
Wesołych Świąt ! Przerwa świąteczna i ferie – więcej czasu- więcej rozdziałów ;)
~Pani M.


Część:1 
Pany Parkinson jak można się było tego spodziewać, wróciła na siódmy rok nauki w Hogwarcie. Marzyło jej się oczywiście zaraz po zdaniu egzaminów, jakaś ciepła posadka w ministerstwie, ślub z Draco i dwójka dzieci. Jednak los zdecydował za nią. 
Ciemnowłosa ślizgonka biegła korytarzem. To był najszybszy bieg w jej osiemnastoletnim życiu. Daphne powiedziała jej, że Draco i Blaise ustawili się na walkę z tym przygłupem Potterem i jego świtom. Dziewczyna nie mogła do tego dopuścić. Przecież coś może się im stać. Właściwie to martwiła się tylko o Draco. Tylko na nim jej zależało, przez cały życie tylko on. Wbiegła po schodach przeskakując po trzy stopnie na raz. Usłyszała gwiżdżące dźwięki towarzyszce rzucaniu zaklęć. Stanęła na jednym końcu korytarza szóstego piętra, na jego końcu były otwarte drzwi. Puściła się biegiem. Wpadła do klasy. Szybko oceniła sytuację. Draco i Harry naparzali się zaklęciami, a Blaise i Ron zagrzewali ich do walki samemu stojąc na uboczu. Hermiona siedziała na biurku czytając książkę. "Typowe" Pomyślała Pansy. Wbiegła w sam środek tej bitwy na zaklęcia. Prawie oberwała zaklęciem Draco. Prawie. Uniosła ręce do góry w pojednawczym geście i odwracając się do gryfonów zaczęła wrzeszczeć:
-Przestańcie natychmiast! To nie Akademia Wojny, idioci!
-Odwołaj to! -Krzyknął Ron przeżuwając coś zawzięcie. Hermiona z trzaskiem zamknęła wielką książkę i szybkim krokiem wyszła. Przy drzwiach odwróciła się i wyniosłym tonem powiedziała:
-Ja wychodzę zanim komuś coś się stanie, nie będę ryzykować wydaleniem ze szkoły tylko dlatego, że wy macie ochotę na pojedynki, Ron idziesz? –Rudowłosy chłopak rzucił przepraszające spojrzenie Harry’emu i chwycił wyciągniętą dłoń Hermiony. Opuścili klasę. Harry został sam. Draco nie odpuszczał i coraz bardziej zawzięcie rzucał zaklęcia. Potter nie zostawał mu dłużny. Walka był dość wyrównana, aż do momentu w którym Malfoy skinął na Zabiniego i ten również zaczął rzucać zaklęcia. Gryfon nie miał szans i w końcu Draco trafił. Harry wystrzelił cztery metry do góry i z hukiem spadł na ziemię.  Nie potrafił się podnieść. Blaise zaśmiał się widząc jego staraniaa Malfoy splunął w stronę Pottera. Chłopak z blizną na czole leżał na podłodze, a kałuża krwi obok niego cały czas się powiększała, dziewczyna uchwyciła jego błagalne spojrzenie. Przeszła obok, zostawiając Harry’ego Pottera samego.
***
-Jakim cudem ten kretyn jeszcze żyje?- Pieklił się Malfoy. Pansy słuchała tego spokojnie. Dobrze wiedziała, że jej chłopak miał nadzieję, że załatwił Pottera przynajmniej na pierwszy semestr. Ślizgonka cieszyła się, że jej ukochanemu nic się nie stało. Musiała przyznać, że to nie była najbardziej uczciwa walka. Sama nie wiedząc czemu wysłała tego głupiego patronusa do McGonagall informując, że coś złego wydarzyło się na szóstym piętrze. Być może dzięki niej Potter jeszcze żył. Ale kogo to obchodzi? Z tych rozmyślań wyrwał ją głos Malfoy’a:
-Słuchasz mnie?
-Przepraszam Draco, mógłbyś powtórzyć? –Zapytała grzecznie.
-Nie. –Warknął w stronę dziewczyny, która spodziewała się tej odpowiedzi. Przywykła do takiego traktowania ze strony Draco. Podeszła do niego powoli i położyła mu rękę na ramieniu.
-Ostatnio jesteś jakiś spięty, Draco. Chcesz może trochę ognistej? –Kiwnął głową. Dziewczyna podeszła do barku stojącego w dormitorium jej chłopaka. Nachyliła się aby wyciągnąć szklanki i butelkę z napojem gdy poczuła jego rękę na swoim tyłku. Wyprostowała się. Nie była zaskoczona, bo Malfoy często to robił, o wiele częściej niż by sobie tego życzyła. Wzięła głęboki oddech i odwróciła się. Ślizgon chwytając ją w biodrach przyciągnął do siebie i pocałował. Pansy wiedziała jak to się skończy, jutro obudzi się w jego łóżku. Wcale nie miała na to najmniejszej ochoty. Ale kogo to obchodzi?
***
Nad ranem obudziła się. Czuła się obolała i zmęczona. Cichutko wstała, żeby nie obudzić Malfoy’a. Dobrze wiedziała, że on nie lubi budzić się z nią w łóżku, dlatego postanowiła się ulotnić zanim jeszcze spał. Pozbierała swoje rzeczy z podłogi i kończąc zapinać koszulkę od mundurka wyszła zamykając za sobą drzwi. Swoje dormitorium dzieliła z Astorią, która i tak nigdy prawie nie wracała na noc do ich sypialni. Pansy wzięła prysznic i założyła czyste ubrania. Była sobota i równie dobrze mogła jeszcze pospać, ale dobrze wiedziała, że nie zaśnie. Do Draco też wolała nie wracać. Chłopak był bardzo zdenerwowany jutrzejszym meczem z gryfonami. Ślizgonka dobrze wiedziała, że pewnie przegrają, ale Quidditch nie był dla niej najważniejszą rzeczą na świecie. Właściwie dla Draco też nie. On po prostu chciał dokopać Potterowi. Dochodziła szósta, za wcześnie na śniadanie i wizytę w bibliotece, ale dziewczyna nie mogła usiedzieć na miejscu. Postanowiła po prostu się przejść. Założyła wygodne tenisówki i zawiązała swoje ciemne włosy w kucyk. Na czarną koszulkę założyła jeszcze szarą bluzę, wyglądała w niej jak worek na kartofle i Malfoy już trzy raz jej mówił, że ma jej nie ubierać, ale Pansy miała ochotę zrobić mu na złość. Nawet jeśli ślizgon miał o tym nie wiedzieć. Wyszła z lochów.  Potem korytarzem do Sali Wejściowej i opuściła szkołę. Stwierdziła, że przejdzie się na boisko do Quidditcha. Chyba tylko prawdziwi maniacy trenują o 6 rano. Miała nadziej, że nikogo nie spotka. Jednak pojedyncza postać w bordowej szacie krążyła między pętlami. Potter, no jasne któż by inny. Przewróciła oczami gdy zobaczyła jego nazwisko wyszyte na szacie.  Już miała się odwrócić i udać się bardziej w stronę Zakazanego lasu, gdy poczuła, że coś się zbliża. Usłyszała jeszcze tylko świst koło lewego ucha i zobaczyła tego dupka przelatującego obok niej na miotle.
-Ej Parkinson! Nie za wcześnie? –Krzyknął i odleciał trochę do góry żeby zaraz zrobić pętelkę i wyhamować przed dziewczyną.
-Odwal się, dobra… - Mruknęła i niezatrzymanie szła przed siebie, Harry nie dając za wygraną krążył nad dziewczyną.
-Widzę, że ktoś tu nie ma humoru… co zostałaś wyrzucona z królestwa Malfoy’a? –Zakpił.
-Jakiego królestwa? W sumie nie ważne, leć pomęczyć kogoś innego.
-Jakbyś jeszcze nie zauważyła to jesteśmy tu sami… Mruknął chłopak i odleciał kawałek, żeby zrobić nawrót i przylecieć z powrotem. Teraz leciał przodem do ślizgonki. Czyli w sumie do tyłu.  
-Ty chyba nie lubisz latać na miotle, co Parkinson? –Stwierdził i w sumie to się nie pomylił Pansy nie przepadała za lataniem, wysokość ją delikatnie mówiąc przerażała. Nie nadawała się do tego.
-Może lubię a może nie, nie twoja sprawa. –Warknęła coraz bardziej podirytowana.
-Czyżby lęk wysokości? –Znów zakpił.
-Daj mi spokój, dobra? Leć ćwiczyć, ,żebyśmy jutro na meczu wam dupy nie skopali. ..
-Tak jest! – Zasalutował i odleciał z powrotem nad stadion. Ślizgonka wróciła da zamku, straciła ochotę na spacer.
***
Nadeszła niedziela. I cała szkoła o godzinie 11:00 siedziała na trybunach podziwiając to starcie gigantów. Pansy zajęła miejsce w pierwszym rzędzie, żeby dobrze widzieć Draco. Obie drużyny wyszły na boisko. Kapitanowe uścisnęli sobie dłonie próbując je zmiażdżyć. Potem ktoś z drużyny ślizgonów się zaśmiał, a później wszystko potoczyło się bardzo szybko.  Ron niespodziewanie rzucił się na jednego ze ścigających z domu Salazara, Malfoy próbował go odciągnąć. W tym momencie Pansy zaczęła się przeciskać do wyjścia. Chyba przewróciła jakiegoś nauczyciela, ale to nie było ważne. Ważny był Draco. Zbiegła szybko po schodkach na dół i wbiegła na boisko. Na szczęście pani Hooch zrobiła z nim porządek. Wywaliła Rona i Terry’ego bo tym ścigającym okazał się Terry Bott. Gryfoni nie mieli żadnego problemu bo już drugi obrońca siedział na ławce rezerwowych i czekał na swoją wielką chwilę. Był to jakiś chłopak z czwartej klasy dość zdolny. Gorzej sytuacja przedstawiała się u ślizgonów…  Oni nie mieli nikogo na zastępstwo, ponieważ ślizgonów nigdy nikt nie atakuje i nie mają wypadków. Oni je powodują. Ślizgonka od razu dostrzegła, że Draco jest nie w humorze. 
-Jeśli nie wystawicie kogoś na zastępstwo, Gryffindor wygra walkowerem. –Poinformowała Malfoy’a, jako kapitana drożyny, pani Hooch.
-Ślizgoni macie pięć minut! – Dodała.  Pansy podeszła do swojego chłopaka położyła mu rękę na ramieniu i cicho powiedziała:
-Spokojnie, Draco. Weź kogoś z młodszych uczniów. Jeśli chcesz kogoś przyprowadzę… -Strzepnął jej rękę.
-Nie, nie mamy czasu na przedszkole! –Wydarł się.
-Ty będziesz grać. –Powiedział spokojnie po chwili namysłu.
-Ja? To nie jest dobry pomysł… Ja nie umiem latać na miotle. Mam lęk wysokości. –Powiedziała szeptem ostatnie zdanie. Malfoy nic sobie z tego nie robił i wysłał ją do szatni. Kazał wziąść miotłę. Jakieś cztery minuty później Pansy jak na ścięcie szła przez boisko. Bała się i to bardzo. Ledwo umiała utrzymać się na miotle, a co dopiero przyjąć podanie albo strzelić gola… Tuż przed gwizdkiem nachyliła się jeszcze do Malfoy’a i szepnęła:
-Proszę nie, ja nie chcę grać.
-Zamknij się. –Rozległ się gwizdek. Ślizgonka odbiła się od ziemi i zamykając oczy poszybowała w górę.  Starała trzymać się z boku i nie włączać w grę. Latała sobie nad wszystkimi zawodnikami starając się nie patrzeć w dół. Przegrywali.  Malfoy do niej podleciał na swojej miotle i zaczął się drzeć:
-Jak nie zaczniesz grać to przegramy, rusz się. Leć tam i pomóż mi i Zabiniemu w ataku. A nie sobie z góry widok podziwiasz! No rusz się! –Ponaglił ją widząc, że ślizgonka nie zamierza nigdzie lecieć.  Pansy zniżyła lot i trzymała się prawego skrzydła. Ani Draco ani Blaise nie podawali do niej i ślizgonka cieszyła się z owego faktu. Jednak parę minut przed ostatnim gwizdkiem coś się zmieniło. Ślizgoni przegrywali, a Malfoy zupełnie zmienił taktykę. Ślizgonka chwiejąc się na miotle złapała kafla. I co teraz? Myślała gorączkowo. Chciała się zamachnąć i odrzucić czerwoną piłkę z powrotem do Draco lub Blaisa jednak już nie zdążyła. Potter wpadł na nią. A ona dostrzegła złoty znicz w miejscu gdzie jeszcze przed chwilą siedziała na miotle. Teraz szybowała w dół. Harry spostrzegł co się dzieje, zawisł parę metrów nad zniczem i spoglądał na ślizgonkę szybującą w dół. Wahał się tylko parę chwili. Wyciągnął rękę i jego palce musnęły znicz, podciągnął się jeszcze trochę i chwycił go. Zanim rozległ się gwizdek Pansy dostrzegła gryfona, który z dużą szybkością leci w jej stronę. Nie chciała wiedzieć jak wysoko jest i ile jeszcze będzie spadać. Potter jak strzała pomknął w jej stronę. Dziewczyna przekręciła się w powietrzu i na jej nieszczęście widziała, że ziemia jest coraz bliżej, wiatr rozwiewał jej włosy na wszystkie strony. Poczuła, że coś ciągnie ją za koniec szaty w górę, wszystko to działo się w ułamkach sekundy. Spojrzała za siebie i kątem oka spostrzegła Pottera. Trzymał ją za kraniec szaty. Poczuła, że o parę centymetrów znów posunęła się w dół.  Ziemię miała jakieś 7 metrów pod sobą.
-Nie utrzymam cię Parkinson. -Usłyszała jego głos. Osunęli się w dół, tak, że upadek z tej wysokości nie groziłby już skręceniem karku. Do ziemi została może jedna stopa.  Poczuła, że mocno pociągnął ją do góry i puścił. Nagle obok ze świstem przeleciał Harry. Uderzył w ziemię, a zaraz Pansy spadła na gryfona, a ten tak jakby objął ją w tali. Bolała ją noga, naprawdę mocno bolała. Potter ją puścił, a Pansy niezdarnie zeszła z niego i usiadła obok. Chłopak natychmiast się podniósł do pozycji siedzącej.
-Nic ci nie jest? -Zapytała zakłopotana ślizgonka. Pokręcił głową.
-Nie. -Usłyszała jego głos. W ich stronę zmierzała pani Hooch, Harry wstał i podał rękę dziewczynie. Pokręciła głową.
-Ja nie wstanę. -Powiedziała i wskazała nogę która już zdążyła spuchnąć w kostce a wysokie buty do gry w Quidditcha wcale nie pomagały. Gryfon natychmiast uklęknął obok niej i jak najdelikatniej zdjął jej buta. Pansy skrzywiła się z bólu. Miała nieźle spuchniętą kostkę. Podbiegły do niej obie drużyny. Malfoy na czele ślizgonów. Powiedział do Pansy:
-Już dobrze, teraz naprawdę ci wieżę, że nie potrafisz grać. -Podniósł dziewczynę, Pansy stanęła na jednej nodze i oparła się na ramieniu Draco.
-Potter i Malfoy, zaprowadźcie ją do zamku. Do pani Pomfrey. -Harry spojrzał na ślizgonkę, jak cień podążył za nią i Malfoy'em. Dziewczynie ciężko się szło potrzebowałaby jeszcze kogoś na kim mogłaby się oprzeć z drugiej strony.
-Nie wlecz się tak! -Po chwili warknął Draco. Ślizgonka posłusznie próbowała iść szybciej, ale jedyne co tym osiągnęła to potknięcie się i pewnie upadek gdyby Harry w porę jej nie podtrzymał. Teraz bez słowa gryfon i ślizgon ją prowadzili do zamku. Draco był trochę poirytowany, bo strasznie się wlekli. Dlatego ciągnął dziewczynę za sobą. Harry dostosował tępo chodzenia do możliwości skakania na jednej nodze Pansy.
-Ale się wleczecie...- Mruknął Malfoy.
-Jak chcesz to możesz sobie iść, poradzimy sobie bez ciebie. -Warknął Harry, ślizgon tylko wzruszył ramionami i strzepnął z ramienia rękę Pansy.
-To bawcie się dobrze. -Mruknął na odchodne i poszedł w drugą stronę, stronę boiska. Dziewczyna nie wierzyła, że to zrobił. Zostawił ją łz Potterem. Tak po prostu!
-Idziemy? -Powiedział po chwili Harry, Pansy kiwnęła głową. Przeszli może z pięć metrów, gdy ślizgonka powiedziała:
-Nie dam rady! - Gryfon wcale się nie dziwił, do zamku został jeszcze spory kawałek, a trudno się poruszać na jednej nodze gdy umierasz z bólu przez drugą. Powoli pokiwał głową. Miał pewien pomysł.
-Złap mnie za szyje. -Powiedział, ślizgonka patrzała na niego zdziwionym wzrokiem.
-No już. -Ponaglił, posłusznie to zrobiła.  Chłopak wziął ją na ręce. Jakieś 10 minut byli w zamku i pani Pomfrey mogła zając się nogą dziewczyny. Harry właśnie miał opuścić skrzydło szpitalne i dołączyć do gryfonów cieszących się z wygranej, gdy do jego uszu dobiegł głos dziewczyny:
-Dzięki, Potter. -Odwrócił się z uśmiechem na ustach, powiedział:
-Nie ma za co, Parkinson.
***
Prawie miesiąc przed Bożym Narodzeniem...

-Nie mam ochoty Draco. -Odepchnęła go od siebie. Stali na korytarzu jednego z wyższych pięter, a on bezczelnie się do niej dobierał. Pocałował ją, a właściwie przygwoździł jej usta swoimi. Znów go odepchnęła gdy poczuła rękę Malfoy'a na swoim udzie.
-Ty nie masz nic do gadania... -mruknął jej do ucha.
-Draco, proszę nie... -Nie miała już siły się opierać. Usłyszała czyjeś kroki. Malfoy szybko się od niej odsunął. Zobaczyła Pottera ze swoją wesołą kompanią.  Odezwała się Hermiona jako prefekt naczelny:
-A co wy robicie na tych piętrach? McGonagall wyraźnie zakazała ...
-Zamknij się, szlamo. Nie mamy czasu na wykłady. -Powiedział Draco i przepchnął się pomiędzy Harrym, a Ronem potrącając rudowłosego gryfona.
-Idziesz? -Warknął w stronę Pansy, ta tylko posłusznie kiwnęła głową i udała się za ślizgonem. Rzucając pytające spojrzenie Harry'emu miała dziwne wrażenie, że chłopak o wszystkim wiedział i przyszedł jej z pomocą.... Im dłużej o tym myślała tym bardziej wydawało jej się to niedorzeczne, aż w końcu zupełnie wyrzuciła Pottera z głowy. Posłusznie podreptała za Draco, zeszli do lochów, a tam znów zaczęli się kłócić. Dziewczyna była pewna, że jeszcze trochę i na pewno dostanie w twarz. Przeprosiła go mruknięciem i zaszyła się w swoim pokoju na resztę dnia. Późnym popołudnie odrobiła zadanie domowe i wezwała do siebie skrzata, prosząc o coś do zjedzenia. Zerknęła na plan. Jutro ostatni dzień przed weekendem, piątek. Czekały ją dwie godziny eliksirów z gryfonami,  obrona przed czarną magią, transmutacja, zielarstwo i lekcja teoretyczna z astronomii. Podsumowując pomijając eliksiry z gryfonami i zielarstwo którego nie znosiła, nie było tak źle. Nie tak źle- z tą myślą poszła spać.
*
Pansy weszła do klasy. Spóźniła się 5 minut bo Draco prawił jej kazanie.
-Ja bardzo przepraszam za spóźnienie.- Powiedziała, przekraczając próg klasy do eliksirów, ale profesor Slughorn nawet nie zareagował. Kazał jej tylko znaleźć jakieś wolne miejsce. Wolna była tylko pierwsza ławka tuż obok... Pansy zaklęła pod nosem i niechętnie usiadła obok Pottera odsuwając krzesło jak najdalej stołu.
-Ja nie gryzę...-Mruknął do niej, obserwując ją zielonymi oczami.
-Polemizowałabym.- Szepnęła. Przez resztę lekcji nie zamienili już ani słowa. Zadzwonił dzwonek i ślizgonka szybko zgarnęła książki do torby. Już miała wyjść z klasy, gdy nagle poczuła uścisk czyjejś ręki na nadgarstku. Odwróciła się i zobaczyła Harry'ego. Podał jej kawałek pergaminu.
-Daj to Malfoy'owi i powiedz że to moja odpowiedź. -Popatrzyła na niego ze zdziwieniem.
-Nie rób takiej miny, dasz mu to czy nie?
Powoli pokiwała głową, chwyciła kartkę i wyszła z klasy. Zmierzała w stronę sali transmutacji i jednocześnie rozkładała kartkę zmiecioną w kulkę. Przeczytała "Jutro o 22;00 na 7 piętrze".
Zastanawiała się o co może chodzić. Już wiedziała co będzie robić jutro wieczorem.
*
Związała włosy w kucyk. Zmieniła koszulę od mundurka na zwykłą granatową bluzkę i wetknęła różdżkę za pasek od spodni. Opuściła dormitorium. Szła dość szybko pomimo, że jej srebrny zegarek który nosiła na ręce pokazywał za kwadrans 22:00. Wdrapała się po schodach na 7 piętro i stanęła za rogiem korytarza. Czekała. Serce biło jej szybko, nie wiedziała czego ma się spodziewać. Usłyszała kroki z przeciwnego końca korytarza. Draco wszedł do pierwszej klasy po lewej. Zaczęła gorączkowo myśleć jak wejść do środka. Rzuciła na siebie zaklęcie kameleona. Musiała poczekać na nadejście Pottera i za nim wejść do klasy. Musiała przyznać, że zaklęcie wyszło jej w miarę dobrze. Podeszła do drzwi owej klasy. Czarna czupryna wyłoniła się zza rogu. Potter wszedł do środka a Pansy szybko wślizgnęła się za nim. W klasie nie było nic nadzwyczajnego. Zakurzone ławki, tablica, biurko nauczyciela. Od razu było wiadomo, że lekcje od dawna nie były tu prowadzone.
-Jednak święty Potter się zjawił... no proszę.- Zakpił na przywitanie Draco.
-Jak widać.- Warknął Harry. Ślizgon chwycił za różdżkę, gryfon nie pozostał mu dłużny.
-Rozwiążmy to w końcu.- Powiedział Draco, a z jego różdżki posypało się parę iskier. Harry spiął wszystkie mięśnie. Pansy stojąca obok głośnio wciągnęła powietrze nosem. Draco rzucił pierwsze zaklęcie, ale Harry z łatwością je zablokował, za jednym skinieniem nadgarstka wyczarował potężnego, ognistego lwa. Była to zwykła iluzja której nauczył się do Freda i George’a, ale Malfoy o tym nie wiedział. Pansy wiedziała, że jej chłopakowi nie grozi żadne niebezpieczeństwo ze strony ognistego zwierzęcia, jednak Draco powoli panikując próbował sobie przypomnieć jakieś zaklęcie związane z wodą. Udało mu się. Już po chwili z lwa pozostała tylko para unosząca się w górę. Pod sufit. Potter wykorzystał rozproszenie blondyna i wypalił:
-Expeliarmus! -Różdżka Malfoy'a wyleciała mu z ręki i potoczyła się po posadzce. Ślizgon zanurkował po nią i chwycił w połowie odległości jaka na początku dzieliła go od Harry'ego. Pansy zatkała sobie usta dłonią, próbowała się nie mieszać. Ale bała się o Draco. Wzięła znów głęboki wdech. Ślizgon podniósł się z ziemi ze swoją różdżką. Był wściekły, ślizgonka wiedziała to od razu. Próbował zabić Pottera samym wzrokiem.
-Masz już dość? - Zapytał niewinnie Harry, Draco warknął coś niezrozumiałego w jego stronę i nagle uniósł różdżkę z której wystrzeliło pomarańczowe światło. Ciemnowłosy chłopak rzucił się w bok i zaklęcie go nie dosięgnęło.
-Tchórzysz? -Zakpił Malfoy. Stanęli na przeciwko siebie i mierzyli się wzrokiem. BUM! Dwa zaklęcia zderzyły się. Jednocześnie opuścili różdżki by po chwili znów zaatakować. Zaklęcie Harry'ego było trochę celniejsze i Draco oberwał, z rany na ramieniu zaczęła sączyć się krew. Pansy zaczęła się trząść. Starała się nie krzyczeć, ani nie wbiec między chłopaków. Kolejne zaklęcia śmigały to w jedną to w drugą stronę. Dziewczyna nie mogła na to patrzeć. Oboje już byli poranieni, ale żaden nie zamierzał odpuścić. Mierzyli się wzrokiem i dziewczyna wyczuła, że zaraz stanie się coś złego. Coś co wszystko odmieni, nie myliła się. Chciała to przerwać, nie, ona MUSIAŁA to przerwać! Na Salazara, co teraz? Gorączkowała się. Malfoy pierwszy uniósł różdżkę, ale nim wypowiedział formułkę dziewczyna rzuciła się pomiędzy nich. Później nastała ciemność.
*
Wydawało jej się, że umarła. Ból był nie do zniesienia. Ale przecież gdyby umarła nie odczuwała by bólu, prawda? Spróbowała zacisnąć rękę w pięść. Bezskutecznie. Potem znów nastała ciemność.
*
Znów ten ból. Czuła się jakby ktoś pozwalał jej żyć tylko w środku, jakby jej ciało było uśpione. Spróbowała poruszyć rękę. Palce lekko drgnęły. Ale znów poczuła ten okropny ból i przestała się wysilać. Jakby z oddali dobiegł ją jakiś głos. Nie potrafiła go zidentyfikować.
-Poruszyła ręką! Widziałem! -Nie dosłyszała co dopowiedział drugi głos.
-Ale naprawdę widziałem. -Powiedział już mniej pewnie pierwszy. Teraz wyraźnie słyszała ten drugi:
-Nie łudźmy się. Jeśli nie wybudzi się do jutra to obawiam się, że...
-Niech pani tak nawet nie mówi! -Potem ból stał się tak nieznośny, że chciała krzyczeć. Chciała się obudzić, pokazać im, że żyje! Nie mogą spisać jej na straty. Nie mogą! Wszystko ją piekło. Ale największy ból czuła w czaszce i tak jakby się przemieszczał w dół. Chciała krzyknąć, ale jej usta nie otworzyły się. W końcu wycieńczona straciła przytomność.
*
  Znów się jakby przebudziła. Ból nie dokuczał jej tak bardzo. Wykonała swój eksperyment. Udało jej się zacisnąć rękę w pięść. Pomimo wielkiego bólu zrobiła to jeszcze raz. Miała wrażanie, że jest gotowa otworzyć oczy. Policzyła do dziesięciu i chciała unieść powieki. Przeszył ją najgorszy ból jaki kiedykolwiek czuła. Wyrwał jej się mimowolny krzyk co pogorszyło sytuację. Nagle usłyszała jakby miliony motyli poderwało się do lotu. Szum. Hałas. Podniesione głosy. Nie rozróżniała słów. Ból rozsadzał jej czaszkę. Oddech jej przyspieszył. A co jeśli już się nie obudzi? Jeśli po prosu umrze? Chciała krzyczeć, ale z jej ust wyrwał się jedynie cichy jęk. Ktoś chwycił ją za rękę. Poczuła szorstkość skóry tej drugiej osoby, był to mocny uścisk.
 -Musisz otworzyć oczy! -Właśnie to usłyszała. Chciała powiedzieć tej kobiecie że nie da rady, że to za bardzo boli. Z jej ust nie wydostał się nawet najcichszy szept. Męczyła się. Czuła, że zaraz fala bólu, senności i wyczerpania wezmą górę, że znowu odpłynie. Nie mogła sobie na to pozwolić! Ścisnęła rękę kobiet jakby chciała jej powiedzie to wszystko.
-Musisz! To będzie bolało, ale minie jak otworzysz oczy. Musisz się wybudzić! -Pansy nawet nie wiedziała czy chce się wybudzać. Przecież łóżko jest takie wygodne, a ona taka zmęczona... Co ja wygaduje?! Wystraszyła się, że traci zmysły. Musi to zrobić teraz. Wzięła głęboki wdech. Spięła wszystkie mięśnie i ignorując ból otworzyła oczy. Nastała ciemność znowu. Dlaczego nic nie widziała? Przecież się obudziła, przezwyciężyła ból, więc dlaczego do cholery nadal nie widzi! Usłyszała głos:
-Panno Parkinson, czy pani mnie słyszy?
-Tak. –Wychrypiała, ale nadal nic nie widziała. Bała się, że to tak na zawsze. Do oczu cisnęły się jej łzy.
-Widzisz mnie? To ja pani Pomfrey. – Medyczka była wyraźnie zaniepokojona stanem dziewczyny. Pansy wyczuła te obawy. 
-Nie widzę. Nic nie widzie! –Rozpłakała się, czuła łzy na policzkach wypływające z kącików oczu. Starała się jak mogła, ale nadal nic nie widziała. W tym strachu zapomniała o bólu.  Zapomniała o wszystkim.
-Spokojnie. –Pielęgniarka położyła jej rękę na ramieniu.
-Dlaczego nie widzie? –Wyszeptała.
-Nie wiem, moje dziecko. –Kobieta westchnęła, a głos jej drżał. Bała się, bała się tak samo jak Pansy.
*
Następnego dnia Pansy miała trzy dziwne wizyty. Pierwsza była z samego rana.
-Dzień dobry. Jestem magomedykiem ze świętego munga. –Usłyszała głęboki męski głos.
-Jak się dzisiaj czujesz? –Zapytał inny głos. Damski, wydawał się ślizgonce miły.
-Lepiej. Nadal czuje ból w skroniach, ale jest już lepiej. –Wychwyciła, że ktoś coś notuje.
-Teraz zbadam ci głowę, aby to zrobić będę musiał cię uśpić. Wnikanie w umysł wymaga najwyższych środków ostrożności. –Dziewczyna zastygła w przerażeniu. A jeśli znów się nie wybudzi? Nie zniesie kolejnej takiej walki. Magomedyk chyba czytał w jej myślach. 
-Bez obaw, na pewno się wybudzisz, zaraz po skończonym badaniu. –Ślizgonka powoli pokiwała głową. Zasnęła.
*
Gdy się obudziła nadal nie widziała mimo złudnych nadziei, że coś się zmieni. Nie wiedziała, czy jest sama czy może lekarze jeszcze tu są. Zapytała:
-Dlaczego nie widzie?- Usłyszała jak ktoś głośno wypuszcza powietrze. Czuła się głupio, że nie widzi rozmówcy.
-Cóż, z tego co wiemy to byłaś ośrodkiem zderzenia kilku dość silnych zaklęć. A w dodatku pod wpływem zaklęcia kameleona. Przy takiej mieszance zaklęcie kameleona odwróciło się i zamiast tego, że ludzie nie widzą ciebie, ty nie widzisz ich. -Pansy z każdym kolejnym słowem czuła się jakby ktoś wbijał jej szpilkę w gardło. Nie mogła nic odpowiedzieć. Nic z siebie wydusić. Miała ochotę znów się rozpłakać, ale powstrzymała się resztkami sił. Magomedyk mówił dalej:
-Oczywiście da się to wyleczyć... -Przerwała mu wzburzona:
-Dlaczego pan nie powiedział tego od razu?! Myślałam, że już nigdy nie będę widzieć!
-Och nie, magiczna medycyna jest na tyle rozwinięta, że damy radę odwrócić takie skutki uboczne zaklęć. Już się kontaktowałem z odpowiednim lekarzem. Wykona on operację bo niestety, ale jest to jedyny czarodziej na świecie który potrafi to zrobić. Nie będę cię oszukiwał to dość skomplikowana operacja. -Dziewczyna pokiwała głową, trochę się bała, że coś się nie uda, ale jej głowę zaprzątało większe zmartwienie:
-Kiedy on tu przyjedzie? Kiedy będę miała tą operację?
-To jest ta zła wiadomość.
-To znaczy? -Zapytała podejrzliwie.
-Operacja odbędzie się najprędzej po świętach.
-Ale to za miesiąc!
-Wiesz ile już tu jesteś? -Dziewczyna pokręciła głową.
-Czwarty dzień, do świąt pozostał już trzy tygodnie i trzy dni. Potem przerwa świąteczna trwa dwa tygodnie więc operację odbędzie się zaraz po tej przerwie.
-Czyli za pięć tygodni?!!! -Wykrzyknęła.
-Tak. Za pięć tygodni i trzy dni, od teraz.
*
Dziewczyna zjadła obiad, a właściwie to większość zupy wylała na pościel. Nie tak łatwo trafić łyżką do talerza gdy nie widzisz, gdzie stoi. Druga wizyta była jedną z tych przyjemnych, przynajmniej na początku.
-Cześć Pansy, jak się dziś czujesz?- Już od progu rozpoznała głos Draco.
-Dobrze. Myślałam, że już nie przyjdziesz.- Cieszyła się z jego wizyty. Mimo, że nie mogła go zobaczyć. Poczuła, że całuje ją w policzek.
-Słyszałem diagnozę, właściwie to cały Hogwart już wie.- Dziewczyna wyraźnie sposępniała.
-O nie...
-Spokojnie, przecież po tej operacji wróci ci wzrok.- Uspokoił ją Draco.
-Miejmy nadzieję.- Rzuciła a przez głowę przechodziło jej tysiąc czarnych myśli.
-A w ogóle słyszałaś już najnowsze wieści?- Pokręciła głową z pewną obawą.
-Poszukują chętnych którzy by się tobą zaopiekowali przez ten czas.
-Nie potrzebuje niańki!- Krzyknęła. Właśnie wydawało jej się, że traktują jak małe dziecko. Draco rozłożył bezradnie ręce, ale dziewczyna oczywiście tego nie widziała.
-McGonagall tak zarządziła. Lepiej nie rób problemów i zobaczymy kto się zgłosi.
-A ty się zgłosiłeś?- Zapytała. Była pewna, że usłyszy odpowiedź twierdzącą, pomyliła się.
-Ymm... Niee... boo... bo wiesz, jestem teraz prefektem i mam bardzo dużo innych obowiązków...- Pokiwała smutno głową, ona zawsze troszczyła się o Draco a on nawet nie potrafi poświęcić jej tych 5 tygodni kiedy nie widzi. Nastała cisza, którą przerwał Malfoy.
-W sumie to muszę już iść, cześć.- Pożegnał się blondyn a Pansy usłyszała oddalające się kroki.
*
Przez cały dzień nikt już jej nie odwiedził, aż do wieczora…
Właściwie już powoli zasypiała, gdy usłyszała kroki. Były zbyt donośne jak na panią Pomfrey i dziewczyna zaczęła się zastanawiać kto ją odwiedza o tak później porze. Wiedziała, że w całym skrzydle szpitalnym leży tylko ona. Usiadła na łóżku i zapytała;
-Kto tam?- Nikt jej nie odpowiedział a owa postać usiadła na krześle obok.
-Cześć, Parkinson.- Tego głosu nie mogła pomylić. Tylko jeden człowiek w Hogwarcie zwracał się do niej w tak bezczelny sposób. To musiał być Potter.
-Co ty tutaj robisz?- Warknęła w jego stronę.
-Przyszedłem  odwiedzić swoją współlokatorkę.
-Że co?!- Prawie krzyknęła Pansy.
-Nie martw się, mi też się nie podoba, mieszkać z taką jedzą.
-Nie pozwalaj sobie za dużo... i mógłbyś mi do cholery powiedzieć dlaczego będziemy razem mieszkać?
-Bo nie chcę spędzić następnych dwóch lat w Azkabanie... W sumie to Draco trzasnął cię tym zaklęciem.
-To dlaczego ty będziesz ze mną mieszkać?- Dziewczyna nic z tego nie rozumiała.
-Kiedyś ci to wyjaśnię...-Wstał z krzesła. Pansy usłyszała trzask zamykanych drzwi. Od tej pory zaczęła się zastanawiać czy Draco jest aż takim tchórzem czy Potter kłamie?
*
Następnego dnia wieczorem Potter znów ją odwiedził. Był bardziej skory do wyznań niż poprzednio. Dziewczyna dowiedziała się, że miał rozprawę w ministerstwie. Jedynym sposobem by uniknąć wyroku była opieka nad nią więc się zgodził. Nadal nie chciał powiedzieć dlaczego nie wydał Draco, ale dziewczyna uzyskała przynajmniej jakieś dodatkowe informację.
-Więc jak tylko cię wypuszczą zamieszkamy w jednym dormitorium. -Dokończył gryfon. Pansy nic nie powiedziała. Nie wyobrażała sobie tego. Przecież on będzie musiał jej pomagać praktycznie we wszystkim przynajmniej na początku.
-Na którym piętrze będziemy mieszkać? -Palnęła pierwsze co jej przyszło do głowy, nie chciała siedzieć w ciszy.
-Na pierwszym. McGonagall stwierdziła, że mieszkanie na wyższych piętrach byłoby zbyt skomplikowane...
-To znaczy? -Zapytała.
-No wiesz... -Zawahał się na chwilę: -Schody. 
-No tak. -Mruknęła: -Zapomniałam, że jestem kaleką.
-Nie mów tak. Poza tym to stan przejściowy.
-Stan przejściowy na pięć tygodni. -Znów spochmurniała. Kosmyk włosów wyrwał się z niechlujnego kucyka. Poczuła jak Harry daje go z powrotem za ucho, a potem jakby zdał sobie sprawę z tego co robi i szybko zabrał rękę.
-Idę zapytać kiedy cię wypuszczą. -Wydukał i odszedł. Pansy nadal czuła dotyk jego dłoni na policzku. Chciałaby teraz na niego spojrzeć, ale niestety to nie możliwe. Zastanawiała się jak wyglądał gdy poprawiał jej włosy. Był skupiony? A może to był jaki odruchowy gest w roztargnieniu? Już się raczej nie dowie. Nagle pomyślała o Draco i o tym, że on nigdy tak nie robił. Żadnych drobnych gestów. Przykre. Pomyślała i dotknęła policzka, nadal czuła dotyk Pottera.
*
Harry odwiedził ją i następnego dnia. Nauczyła się już rozpoznawać jego kroki. Już jutro miała wyjść ze skrzydła szpitalnego. Nudziła się niesamowicie. Chciała już zobaczyć...  Zaklęła pod nosem bo przypomniała sobie, że przez kolejne pięć tygodni niczego nie zobaczy! Wzięła głęboki wdech. Przyszedł ją też odwiedzić Zabini i Dafnie. Gdy ktoś u niej był nie nudziła się tak bardzo. Już parę razy pytała pani Pomfrey czy nie mogłaby gdzieś wyjść chociaż na chwilę. Gdy myślała, że jeszcze będzie tu siedzieć cały dzień dostawała białej gorączki. Harry wpadł jeszcze przed lekcjami. Złapała się na tym, że już w myślach nie nazywa go Potter. Ucięła sobie drzemkę bo w końcu i tak nie ma nic do roboty. Przebudziła się w porze obiadu. Akurat pani Pomfrey przyniosła jej gulasz z pieczonymi ziemniakami.
-Widelec masz z prawej strony szafki nocnej. Podała jej talerz, ślizgonka zabrała się do jedzenia. Już nie rozlewała wszystkiego co wpadło jej w ręce. Odłożyła prawie pusty talerz na szafkę nocną. Położyła się na łóżku i zastanawiała jak to będzie z nim mieszkać. Obstawiała, że się pozabijają w ciągu dwóch dni.  Nagle usłyszała głos:
-Daje nam co najwyżej dzień. -Dziewczyna nawet nie zauważyła, że mruczy do siebie. Harry stał przy jej łóżku od paru minut i wysłuchiwał jej wątpliwości.
-Chodź głośniej. -Mruknęła dziewczyna i usiadła na łóżku.
-Chodź wychodzimy.
-Miałam wyjść dopiero jutro... -Powiedziała ostrożnie dziewczyna. Złapał ją za nadgarstek i pociągnął, wesoło powiedział:
-No chodź, chyba że wolisz zostać, bo jak tak to.. 
-Nie nie nie!!! -Pansy zerwała się z łóżka. Zaplątała się w kołdrę i prawie upadła na podłogę. Harry podtrzymał ją.
-Powoli. -Mruknął. Dziewczyna była ubrana w długą koszulę nocną.
-Nie mogę tak wyjść. Jeszcze mnie ktoś zobaczy... -Powiedziała głośno i dobitnie.
-Ale musimy iść po twoje rzeczy do dormitorium żebyś mogła się przebrać.
-Nie słyszałeś. Ja tak nie wyjdę. -Powtórzyła. Usłyszała jak gryfon głośno wciąga powietrze nosem.
-Dobra to co zamierzasz zrobić?
-Ty pójdziesz po moje rzeczy i je przyniesiesz.- Powiedziała spokojnie.
-Sugerujesz, że mam w porze lanchu wejść do pokoju wspólnego ślizgonów. Potem jakimś cudem* wejść do dormitorium dziewczyn, znaleść twój pokó,j przeszukać szafki i przynieść ci ubrania? 
-Wszystko komplikujesz... -Pokręciła   z niedowierzaniem głową.
-Ja?! -Zapytał trochę zły.
-Tak ty! Wystarczy, że tam wejdziesz hasło to "Wąż". Potem wystarczy wejść po schodach....  -Przerwał jej.
-Jak mam wejść po schodach jak zamieniają się w  zapadnie!
-Przedawkowałeś Potter?! Jaką zapadnie? -Próbowała zrozumieć dziewczyna.
-No przecież chłopcy nie mogą wchodzić do dormitorium dziewczyn! -Zaczęli na siebie krzyczeć. Nagle dziewczyna zaczęła się śmiać. Długo się śmiała i Harry zaczął się powoi irytować.
-Czemu się tak śmiejesz?
-No bo wy naprawdę nie możecie wchodzić do dormitorium dziewczyn?
-Nie, nie możemy. A co ślizgoni niby mogą odwiedzać ślizgonki, tak? -Dziewczyna z powagą pokiwała głową. Naprawdę chciałaby teraz widzieć minę Harry’ego.
-Serio? -Upewnił się Harry.
-No tak. Wracając, wejdziesz do góry mam sypialnie z numerkiem 6. Wejdziesz tam i przywołasz moje spodnie i jakąś koszulkę, proste? -Pokiwał głową. Dziewczyna tego nie widziała więc powtórzyła pytanie. Harry był trochę zdenerwowany i umknęły mu najprostsze fakty.
-Co ty ślepa?!
-TAK!!! -Wydarła się. Określenie ślepa wydawało jej się jak najgorsza obelga. Wymacała materac łóżka za sobą i położyła się, zgrabne nogi ślizgonki nadal wisiały nad podłogą. Szepnęła:
-Tak. -Walczyła z łzami. Kucnął przy niej, położył rękę na jej  kolanie. Nie podniosła głowy, nie chciała żeby widział, że zaraz się rozpłaczę.
-Przepraszam, nie chciałem tego powiedzieć.
-Ale powiedziałeś.
-Przepraszam, byłem zły. Poniosło mnie.
-Dobra. Idź już po te głupie spodnie.
-Jakie spodnie?
-AAAAA!!!!! Czemu faceci nic nie kapują?! - Podniosła się do pozycji siedzącej.
-Dobra już idę, droczę się tylko... -Usłyszała jego kroki znikające w oddali.
* Chłopcy nie mogli wchodzić po schodach które prowadziło do dormitorium dziewczyn bo schody zmieniały się w pochylnie i wszyscy się ześlizgiwali. (Tak było napisane w którejśc części gdy Harry i Ron próbowali dostać się do pokoju Hermiony)
*
Dziewczyna czekała, aż przyniesie jej ubrania. Po jakiś 15 minutach które jej się strasznie ciągnęły. Wrócił.
-Nareszcie. -Mruknęła. Podał jej ubrania. -Dobra poczekaj idę do łazienki się przebrać.
-Wiesz znalazłem w  twojej sypialni... -Przerwała mu.
-Potem mi powiesz, okej?
-Mhm. -Uśmiechnął się pod nosem, ale dziewczyna tego nie widziała. Wstał z łóżka i zorientowała się, że nie wie jak dojść do łazienki w skrzydle szpitalnym. Rozejrzała się, a potem znów skarciła się  w duchu, przecież to i tak nic nie da idiotko.
-Co jest? -Zapytał Harry.
-Nie wiem gdzie jest łazienka... 
-Dobra to chodź. -Niepewnie chwycił jej nadgarstek. Doszli do drzwi i Harry otworzył je przed dziewczyną.
-Wystarczyłoby "30 kroków prosto i trzy w lewo" ale dzięki.
-Tak jak będę chciał żebyś się zabiła to ci rozpiszę plan budynku i kupię mapę po czym powiem na przód... 
-Nie gadaj tyle. -Zamknęła się w łazience. Zdjęła koszule nocną przez głowę. Została w samej bieliźnie. Chwyciła koszulkę którą przyniósł Harry. Miała problem z określeniem gdzie jest przód a gdzie tył. W końcu wymacała metkę. Założyła koszulkę i doszła do wniosku, że z większym dekoltem to chodzi tylko Astoria. Westchnęła i ubrała dżinsy. Harry nie przyniósł jej ani skarpetek ani butów. Wyszła z łazienki.
-A buty? -Zapytał ją gryfon.
-Też się zastanawiam. -Odpowiedziała i uniosła pytająco brew.
-Czekaj, w czymś musieli cię tu przynieść, miałaś buty. Pobiegł gdzieś. Dziewczyna stała i czekała. Nie wiedziała w która stronę ma się ruszyć. Po chwili wrócił i powiedział:
-Mam twoje trampki z tamtego dnia.
-Świetnie. -Mruknęła. Podeszli z powrotem do łóżka dziewczyny. Pansy usiadła na materacu, a Harry podał jej buta.
-Prawy. -Dodał. Pansy założyła oba buty, ale miała problem ze sznurówkami w końcu gryfon nie wytrzymał i powiedział:
-Daj to.  -Kucnął przy jej łóżku i zawiązał sznurówki.
-Dzięki. -Powiedziała. Razem poszli do ich dormitorium na pierwszym piętrze.
*
-Dobra powiedz mi gdzie co jest, łazienka, drzwi do mojej sypialni...
-Eeem... No więc na przeciwko drzwi, czyli nas stoi stolik i kanapa. Po prawej jest regał z książkami, biurko i drzwi z łazienki.
-A moja sypialnia?
-Jesteś w niej. -Powiedział niepewnie i zamknął za nimi drzwi.
-Ale, że jak?
-No po lewej jest podwyższenie na kilka cali (10 cm). Tam stoją dwa łóżka oddzielone parawanem.
-CO?! -Krzyknęła. Harry zaczął ją uspokajać:
-Pansy, mnie też to nie jest na rękę, ale zrozum to dla twojego bezpieczeństwa. Poza tym jest parawan.
-Jak brak prywatności ma mi pomóc ?! -Piekliła się dalej.
-Spokojnie, tam jest parawan.
-Pieprze twój parawan! Ja chcę swoją sypialnie zamykaną, z drzwiami! Gdzie ta kanapa?
-Idź prosto. -Poinstruował Harry. Niestety nie zdążył dodać: "uważaj na stolik"
-Ałł! Kto tu postawił to cholerstwo?! -Dziewczyna była tak rozdrażniona, że nie dało się z nią wytrzymać. Harry wycofał się w najdalszy kąt pokoju i czekał aż się uspokoi. Chłopak wcześniej widział pokój więc był przygotowany na wszystko. Po kwadransie milczenia, Harry się odezwał:
-Może zejdziemy po twoje rzeczy?
-Dobra. -Warknęła nadal zła, tak jakby to była wina Harry'ego z tym nieszczęsnym parawanem. Wstała z kanapy, Harry już chciał powiedzieć "uważaj stolik", ale nie zdążył do jego uszu dobiegł głos ślizgonki:
-Ałć!! Cholerny stolik.- Pansy marudziła jeszcze chwilę, aż w końcu pozwoliła Harry'emu chwycić się za rękę i sprowadzić do lochów.
-Wąż. -Powiedziała machinalnie. Weszli do pokoju wspólnego ślizgonów. Pokój emanował swoją mocą i tworzył lekko mroczny klimat za którym ślizgoni przepadali. Pansy czuła się jak w domu. Niestety nie widziała ani kanap obitych czarną skórą ani mosiężnego stolika z metalowymi zdobieniami a nawet zielonej poświaty bijącej od dna jeziora. Nie widziała również zaskoczonej miny Astorii.
-Co tu robi gryfon? -Teraz ciemnowłosa ślizgonka zorientowała się, że ktoś jest w pokoju.
-Kto to? -Syknęła nachylając się do Pottera.
-Cześć Astoria. -Przywitał się gryfon, aby dyskretnie poinformować Pansy z kim mają do czynienia.
-Czemu go tu przyprowadziłaś? -Zapytała podejrzliwie blondwłosa ślizgonka.
-Przyszliśmy tylko po moje rzeczy. -Wyjaśniła krótko i chwyciła Pottera za nadgarstek, wydawało jej się że idzie w stronę schodów.
-Bardziej w lewo. -Szepnął jej Harry do ucha. Ślizgonka posłusznie skierowała się bardziej w lewo.
-12 schodów. -Powiedział, kiwnęła głową i zaczęła wchodzić na górę. W końcu znaleźli się na samej górze i weszli do pokoju Pansy.
-Okej to powiedz gdzie trzymasz kufer i które rzeczy są twoje.
-Kufer jest pod łóżkiem, tym po lewej.
-Mam. -Usłyszała jak gryfon wyciąga jej kufer z pod łóżka.
-Weź wszystkie rzeczy z szafki przy łóżku i wrzuć do kufra. -Tak zrobił.
-Jest coś na łóżku? -Zapytała.
-Tak. Jakieś ciuchy. 
-Jak jest coś fioletowego lub różowego to zostaw a resztę daj do kufra.- Usłyszała szelest przerzucanych ubrań. Nagle przypomniało jej się, że Harry mówił, że znalazł coś "ciekawego" w jej pokoju. Postanowiła go to zapytać:
-Mówiłeś, że coś u mnie znalazłeś. Co to było?
-Powiem ci potem. -Znów ten tajemniczy ton. Zajęli się pakowaniem ślizgonki, gdy Harry nie był czegoś pewny opisywał daną rzecz Pansy. Spakowali wszystko tylko dziewczyna nie pozwoliła mu zajrzeć do szuflady pod szafą. Trzymała tam bieliznę. Przeniosła wszystko sama i wrzuciła do kufra. Zamknęła klapę.
*
  Wieczorem siedzieli na kanapie w dwóch oddalonych od siebie kątach. Pili ciepłą herbatę która została z kolacji. Pansy nie chciała zejść do Wielkiej Sali więc Harry przyniósł im jedzenie na górę.
-Powiesz mi w końcu co takiego interesującego znalazłeś w moim pokoju?
-Jasne. -Usłyszała, że wstaje i odkłada kubek.
-Gdzie idziesz?!
-Poczekaj chwilkę. Mam to w torbie.
-Zabrałeś coś z mojego pokoju? -Zapytała z udawaną surowością. Tak naprawdę była bardzo ciekawa. Zbliżył się do niej i podał coś. Chwyciła niepewnie materiał, to było coś nie dużego, miękkiego i koronkowego.
-To nie moje! -Krzyknęła gdy zdała sobie sprawę, że trzyma w ręce fikuśne, koronkowe figi Astorii. Usłyszała zduszony śmiech chłopaka. Uderzyła go w ramię.
-Jasne, teraz Astorii... -Śmiał się dalej.
-To naprawdę Astorii, w jakim są kolorze?
-Czerwone.
-No właśnie ja mam czarn... -Ugryzła się w język, a Harry wybuchł głośnym śmiechem. Po chwili wyobraził sobie ślizgonkę w owej koronce i uśmiechnął się do siebie. Postanowił droczyć się dalej:
-Aha, więc Astoria chodzi w czerwonych, a ty w czarnych? Tak żebyście się nie pomyliły, tak?
-Nie! Ja bym na siebie takiego czegoś nie założyła!
-Jasne, że nie. Poza tym to nie miało by większego sensu...
-Co chcesz przez to powiedzieć?!
-Że i tak po pięciu sekundach wylądowały by gdzieś na ziemi. -Teraz to dopiero zaczął się śmiać widząc rumieńce na twarzy Pansy.
-Mam cię dość! Gdzie jest moje łóżko? -Chciał coś powiedzieć, gdy dziewczyna mu przerwała:
-Tak wiem, stolik! -Ominęła go i powoli szła w stronę drzwi.
-Idziesz w złą stronę. -Poinformował spokojnie.
-Przecież wiem! -Skręciła w stronę łóżek.
-Uważaj na podwyższenie.
-Dobra.- Mruknęła. Wymacała jedno łóżko i wyciągnęła z pod niego kufer. Wyciągnęła luźne spodnie i trochę pomiętą koszulkę. Wsunęła kufer z powrotem pod łóżko.
-Łazienka na wprost. -Podpowiedział, obserwując uważnie jej poczynania. Machnęła ręką.
-Jesteś zła o tę koronkę?- Zapytał dopijając herbatę.
-Nie.
-Wyczułem na końcu zdania kropkę nienawiści...
-Słowo "nie" to nie zdanie. -Powiedziała bezbarwnym tonem.
-Mhmm... Czyli się złościsz? -Zapytał i uniósł pytająco brew.
-Nie! -Trzasnęły drzwi łazienki.
Po dziesięciu minutach drzwi łazienki otworzyły się. Stała w nich Pansy szczelinie owinięta białym ręcznikiem. Mokra od stóp do głów. Z jej ciemnych włosów lała się woda. Wbiła wzrok w podłogę i wydukała:
-Bo chyba musisz mi pomóc...

KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ...
(ciąg dalszy nastąpi...)