niedziela, 28 czerwca 2015

Rozdział 44

  Wpadam tu dziś z nowym rozdziałem i garstką informacji. Zacznę może od rozdziałów, ponieważ oficjalnie mam już WAKACJE * taniec szczęścia w tle* rozdziały będę pojawiać się częściej, tzn.: oficjalna wersja brzmi tak:  "kolejne rozdziały pojawiają się w sobotę/niedzielę," ale(!) czasami zdarzy się, że notka pojawi się szybciej! Wtedy na pewno poinformuje was na facebooku (<klik> <--- tu możecie polubić naszą stronę i wtedy żaden post was nie ominie) jeśli ktoś chciałby być powiadamiany drogą mailową to proszę o pozostawianie swojego e-maila w komentarzach w zakładce sowia poczta*tutaj*.
 Prawie wszyscy pisaliście aby rozdziały pojawiały się co tydzień i tak też będzie. Jednak postanowiłam wziąć pod uwagę również komentarz "M.S." może faktycznie rozdziały są za krótkie? Zazwyczaj piszę notkę na ponad 2500 słów, to takie minimum. Doszłam do wniosku, że to być może za mało... Postanowiłam, że zacznę pisać dłuższe notki. Zobaczymy co z tego wyjdzie ;)
 To chyba wszystko co mam do przekazania, jeśli ktoś chciałby coś jeszcze wiedzieć śmiało piszcie w komentarzach ;)
~Pani M.

Rozdział 44 – Paryż - miasto zakochanych.

Hogwart...

– Byłaś z Michaelem? – zapytała brązowooka Gryfonka, przewracając kolejną stronę w książce. Zerknęła na Ginny, licząc na szybką odpowiedź.
– Tak – odparła rudowłosa dziewczyna, ściągając szatę do Quidditach przez głowę. Hermiona nieznacznie kiwnęła głową, nie miała jeszcze wyrobionego zdania na temat Krukona i nie wiedziała, czy cieszyć się z ich spotkania czy wręcz przeciwnie.
– Chciałaś pogadać – zauważyła, jak zwykle trafnie, Hermiona. Niesforny kosmyk po raz piąty w ciągu tej minuty opadł jej na czoło. Podirytowana odłożyła książkę na łóżko, wcześnie zapamiętując stronę, i podeszła do komody. Dziewczyny trzymały na niej wszelkiego rodzaju kosmetyki i ozdoby do włosów. Było to jedyne miejsce w pokoju, gdzie Hermiona godziła się na bałagan. Chwyciła czarną, frotową gumkę do włosów i spięła swoje loki w misterny kucyk. Z powrotem usadowiła się na łóżku i chwyciła książkę.
– O czym gadamy? – zapytała po chwili, widząc niespokojne spojrzenie przyjaciółki. Ginny nerwowo przygryzała wargę, nie wiedząc czy poruszać temat Michaela. W końcu się zdecydowała, pomimo że wiedziała co usłyszy od Hermiony.
– Michael wspominał o Balu Bożonarodzeniowym, czemu nic nie mówiłaś? – Zaczęła od bezpiecznego, przynajmniej w jej mniemaniu, pytania. Hermiona westchnęła.
– McGonagall powiedziała, że zamiast balu w połowie semestru zrobią taki wielki na koniec roku, Michael może coś źle usłyszał...  – wyjaśniła starsza z Gryfonek. – Ginny nie obraź się, ale jeśli to jest ta "ważna" sprawa to...
– Nie, właściwie – szybko wtrąciła rudowłosa – właściwie... chodzi o Michaela. On, tak jakby mnie pocałował. – Oczy Hermiony zrobiły się wielkie jak spodki.
– Kiedy? Znaczy, dzisiaj? I co? – Od razu odłożyła książkę i wlepiła wzrok we współlokatorkę.
– Tak, dzisiaj – odpowiedziała ze śmiechem Ginny, jednak szybko spoważniała. – Tylko nie wiem, co to miało oznaczać... Znaczy... On chyba chce do mnie wrócić.
– A co ty o tym sądzisz? Znaczy... mamy takie mugolskie przysłowie wiesz... – Rudowłosa Gryfonka wpadła w słowo Hermionie:
– Nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody, o to chodzi? – Hermiona pokiwała głową, Ginny stale potrafiła ją czymś zaskoczyć.
– Skąd je znasz?
– Już to gdzieś słyszałam... – mruknęła. – Ale wracając do Michaela, chyba nie chce z nim być. Skrzywdził mnie.
– To dlaczego się zastanawiasz? – Najmłodsza z siedmiorga rodzeństwa Weasleyów znów przygryzła nerwowo wargę.
– Bo, znaczy... mam taki plan.
– Jeśli chcesz żeby ON był zazdrosny, to od razu mówię, że to najgłupsza rzecz jaką możesz zrobić. – Hermiona od razu wiedziała, co chodzi Ginny po głowie. – Zabawa czyimiś uczuciami nigdy się dobrze nie kończy.
– Wiem, ale... - Panna Granger nie dała jej dokończyć:
– Nie ma żadnych "ale" Gin, to najgorsze co możesz teraz zrobić.
– Ale nie mogę zrobić niczego innego... – wypowiedziała te słowa bardzo cicho, jakby bała się, że ktoś je podsłuchiwał.
– Ginny, naprawdę cię teraz nie rozumiem – zaczęła Hermiona, jednak tym razem to Ginny nie dała jej dokończyć:
– Najgorsze jest to, że ostatnio ja też siebie nie rozumiem. – Panna Weasley westchnęła. – Bo widzisz, z jednej strony to świetnie się z nim gada, no jak się nie kłócimy, lubię jego towarzystwo, ale jednocześnie tak strasznie się boje! Co powiedzą rodzice, Ron, Harry, ty? Tego nie da się przewidzieć. To takie dziwne...
– Jakby nie patrzeć to wcale nie jest dziwne – zaczęła Hermiona, ona również próbowała sobie to wszystko poukładać. – Macie podobne zainteresowania, lubisz facetów z poczuciem humoru w dodatku...
– Wszystko pięknie, ładnie, ale chyba umyka ci jeden malutki fakt... – Hermiona uniosła pytająco brew, jakby faktycznie nie wiedziała co Ginny ma na myśli.
– Na Merlina – rudowłosa dziewczyna podniosła ręce do góry – to ŚLIZGON! A ja jestem Gryfonką, to chyba nie do przeskoczenia.
– A gdzie się podziała ta Ginny, która ma gdzieś opinie innych? Ta która bez oporów poszła z Nevillem na bal w czwartej klasie, ta która chodziła z największymi przystojniakami tej szkoły i w końcu, ta która walczyła o Harry'ego Pottera? – Spojrzały sobie w oczy. Rudowłosa ze łzami bezsilności w oczach, pokręciła głową.
– Nie wiem... – wyszeptała. Szybko otarła samotną łzę, która tak bezczelnie zamierzała spłynąć po jej zaróżowionym policzku.
– Herm, pomyśl logicznie.
– Staram się tak myśleć całe życie – mruknęła tamta, próbując rozładować atmosferę. Podziałało, bo przez twarz Ginny przebiegł uśmiech.
– Słyszałaś kiedyś, żeby jakiś Ślizgon chodził z Gryfonką? Nasze domy się  nienawidzą i chyba już nic tego nie zmieni.
– Skąd wiesz? Moi rodzice zawsze powtarzali, że to my jesteśmy przyszłością. To my tworzymy to co będzie, może to właśnie ty i Zabini uwodnicie wszystkim, że związki pomiędzy Gryfonami a Ślizgonami mają sens... A może to nigdy nie wypali. – Wzruszyła ramionami. – Tak czy siak, warto spróbować.
– Tylko nie wiem co on na to... – Hermiona wybuchnęła śmiechem.
– Ginny, on już dawno jest twój, ale proszę nie śpiesz się i może pogadaj z Ronem...
– A co z Michaelem?
– A co ma być? Po prostu powiedz mu, że nic z tego nie będzie. – Hermiona z powrotem sięgnęła po książkę.
– On zaprosił mnie na ten cały bal...
– A ty odmówiłaś, prawda? – Hermiona spojrzała prosto w niebieskie oczy panny Weasley. Kiedy ta uciekła wzrokiem, na twarzy brązowookiej Gryfonki pojawiło się niedowierzanie.
– Zgodziłaś się?!
– Powiedziałam, że się zastanowię...
– Ginny!
– Okej, dobra, już nie krzycz. – Rudowłosa dziewczyna podniosła ręce w geście poddania. – Pogadam z nim jutro;  albo dzisiaj – dodała, widząc wzrok Hermiony.

*
Francja, Paryż, około południa...

Pansy stanęła w kolejce po bilety, natomiast Harry nerwowo zerknął na zegarek. Był to dokładnie ten sam czasomierz, który dostał od państwa Weasleyów na siedemnaste urodziny. Automatycznie pomyślał o przyjaciołach, których zostawił w Hogwarcie. Z rozmyślań wyrwał go głos Ślizgonki:
– Która godzina? Ej! – Pomachała mu ręką przed twarzą. – Jesteś tu? – Harry zamrugał kilkakrotnie i odpowiedział:
– Co? A tak, po dwunastej.
– Ile? – zapytała, marszcząc brwi. Chłopak ponownie zerknął na zegarek.
– Dwadzieścia po. – Rzucił, a potem zdał sobie sprawę, że są spóźnieni.
– Może jeszcze zdążmy – powiedziała niepewnie Pansy, sama w to nie wierzyła. Zależało jej aby wejść na wierze Eiffla, niestety o drugiej odlatywał ich powóz.
– Jeśli wyjdziemy teraz i pobiegniemy kawałek – dodał Harry – ale nie wejdziemy na wieżę... – Pansy opuściła kolejkę tuż przy kasie i z ponurą miną odeszła kawałek dalej. Harry ruszył za nią.
– Ja też uważam, że dwie godziny na Paryż to trochę mało... – zaczął rozmowę, jednak dziewczyna nic nie odpowiedziała. Słońce schowała się za wielką chmurą i zrobiło się zimniej. Ślizgonka wyciągnęła z torby sweter i ubrała go. Szybkim krokiem pokonywali kolejne alejki i ścieżki. Ślizgonka kilka razy musiała pyta o drogę, ale koniec końcu, dokładnie za pięć druga stanęli przed wzgórzem, prowadzącym do chaty starca z siwą brodą.
– To śmieszne, że nie wiemy nawet jak on się nazywa – powiedziała Pansy, wchodząc na górę.
– Nie był za bardzo rozmowny… – odparł Harry i znów zerknął na zegarek. – Musimy biec, bo nie zdążymy! – Nie musiał dwa razy powtarzać, Pansy puściła się biegiem pod górę. Harry wyprzedził ją i stanął na wzgórzu.  Pochylił się do przodu dysząc, a ręce oparł o kolana.  Ślizgonka w tym momencie również stanęła na szycie wzgórza. Miała przyśpieszony oddech, co było normalne po takim biegu. Uniosła oczy do nieba, a z jej ust wydostał się cichy szept:
– Nie… – zaraz przerodził się w krzyk. – Nie! NIE! NIE! WRACAJCIE!!! – Machała rękami i podskakiwała, jednak to wszystko było na nic. Harry w końcu złapał oddech i również spojrzał w górę. Zobaczył ich powóz odlatujący i wznoszący się coraz wyżej.
– Spóźniliśmy się… – powiedział w końcu. Pansy posłała mu spojrzenie w stylu „no co ty nie powiesz”. 
– Co teraz? – zapytała po chwili. Nie wiedziała co o tym myśleć, przede wszystkim była zła. Nie zobaczyła ani wieży Eiffla, ani nie zdążyła na powóz.
– Zapytamy tego gościa. – Harry wskazał na starca, który przechadzał się po placu, z tej odległości był ledwo widoczny. Pansy z kwaśną miną ruszyła w dół wzgórza. Nie czekała na Harry’ego.  W końcu udało im się dostać na brukowany plac.
– Czego tu chcecie? – warknął na nich starzec. Potem przyjrzał się dokładniej i dodał – A to wy… 
– Nasz powóz odleciał – wyjaśnił Harry. Starzec, uniósł jedną brew.
–Tak i nie wiemy jak się dostać do Beauxbatons – dodała ciemnowłosa dziewczyna. Starzec przeniósł spojrzenie swoich szarych oczu na nią.
– Co panienka nie powie… Jeśli Madame Maxim nie zechce abyście ją odwiedzili to nie odwiedzicie – wyjaśnił spokojnie, a po chwili dodał – Jestem zajęty, muszę iść.
– Zaczekaj! – zawołała za nim dziewczyna.  Mężczyzna odwrócił się na pięcie i westchnął.
– Czego jeszcze chcecie? – warknął.
– Madame Maxim nas zaprosiła do Beauxbatons, nie da się z nią skontaktować? – zapytała Pansy pełna nadziei. Flawian westchnął, zazwyczaj dzieciaki, które do niego przyjeżdżały były irytujące, ale ta dwójka przebiła wszystko. Z drugiej strony mieli w sobie coś, co przekonało go do pomocy.
– Mam w domu sowę, możecie wysłać list.
– Jak długo…
– Jakieś cztery godziny. – Widząc, że Harry znów otwiera usta, starzec dodał:  – Żadnych więcej pytań! – Ruszył w stronę domu utykając, złapał go skurcz w lewej nodze. Przeklął cicho i pchnął drzwi. Widząc, że chłopak próbuje wejść tam za nim zatrzymał się w przejściu.
– Wy czekacie tu – mruknął, a potem zniknął za drzwiami. Harry  i Pansy popatrzyli po sobie zdziwieni, ale żadne nic nie powiedziało. Minęło dobre piętnaście minut zanim Flawian wrócił. Niósł w dłoniach małą, szarą sówkę.  Z tylnej kieszeni spodni wyciągnął pomięty pergamin.
– Ona dostarczy list. – Spojrzał na sówkę z czułością i poklepał ją po głowie.
– Nie mamy czym pisać – odezwał się Harry, wyciągając rękę po pergamin. Flawian miał już naprawdę dość tych smarkaczy. Oddał sowę dziewczynie, a potem wyciągnął różdżkę i jednym machnięciem przywołał pióro i atrament. Harry zabrał się za pisanie listu.  Wyjaśnił po krótce co się stało i zapytał o inny środek lokomocji. Zwinął list, a Pansy podała mu kawałek sznurka. Wolał nie pytać skąd go wzięła. Przymocował wiadomość do nóżki sowy.
– Stąd nie odleci, musicie ja zanieść na wzgórze i tam wypuścić – wyjaśnił starzec, widząc, że Pansy chce wypuścić zwierzątko. Harry zabrał ptaka z rąk Ślizgonki i ruszył przed siebie.
– Dziękujemy za pomoc – odezwała się dziewczyna i już miała ruszyć w drogę za Harrym, gdy zatrzymał ją głos Flawiana:
– Ona odpiszę to co zawsze.
– To co zawsze? –  powtórzyła jak echo Ślizgonka.
– Przyśle inny powóz wieczorem, macie czas do ósmej, lepiej się nie spóźnij. Przekaż to swojemu chłopakowi i możecie iść zwiedzać miasto. – Zanim jakakolwiek inna informacja dotarła do dziewczyny trochę oburzona oznajmiła:
– On nie jest moim chłopakiem! Nawet się nie lubimy. – Flawian tylko wzruszył ramionami. Miał w głębokim poważaniu to, jakie relację łączą ową dwójkę. Pansy w końcu przetrawiła resztę informacji.
– Powiedział pan, że ona odpiszę to co zawsze, często się zdarza, że ktoś nie zdąży na powóz?
– Jeszcze ani razu nie widziałem, żeby ktoś przyszedł na czas. – Pansy ze zrozumieniem kiwnęła głową.
– Dziękuje raz jeszcze – powiedziała i dogoniła Harry’ego.
Mieli cały dzień na Paryż.  Harry wypuścił sowę ze szczytu wzgórza.
– I co teraz? – zapytał, jednak nie spodziewał się odpowiedzi. Był wściekły. Przede wszystkim na starca. Mężczyzna mógł zatrzymać powóz i zaczekać, aż przyjdą.
– Mamy czas do ósmej na zwiedzanie miasta – odpowiedziała dziewczyna pogodnie. Harry zmarszczył brwi, ale nie miał siły pytać.
– Powiedział mi, że…
 – Kto? – przerwał jej.
– No wiesz, ten mężczyzna, gadaliśmy chwilę. Powiedział, że Maxim odpiszę to co zawsze.
– To co zawsze? – powtórzył jak echo, teraz już nic nie rozumiał.
– Wszyscy się spóźniają na ten powóz, wieczorem przyleci drugi.
– Czyli co, stracimy cały dzień na włóczenie się po mieście?!
– A wolałbyś siedzieć gdzieś w Beauxbatons i słuchać o ich osiągnięciach? Nie marudź, możemy iść na wierzę i zobaczyć wiele innych rzeczy. Mam nawet kilka galeonów na obiad. – Pansy była jak najbardziej optymistycznie nastawiona, niestety nie można było powiedzieć tego o Harrym.  Mimo wszystko ruszył za dziewczyną.
– Coś ty się tak uparła na te wieże? – burknął. Stali właśnie w kolejce po bilety.
– Z góry musi być piękny widok – odparła dziewczyna, wzruszając ramionami. – Jak nie chcesz, nie musisz ze mną tam iść…  – dodała. Od początku widziała, że chłopak nie ma najmniejszej ochoty na zwiedzanie miasta. Trochę psuł jej tym humor. Jego niechęć była porażająca, a Pansy nie wiedziała dlaczego. Po prawdzie Harry też nie wiedział dlaczego tak się zachowuje. Po prostu dziś wszystko go drażniło.  W końcu nadszedł ten długo wyczekiwany przez Ślizgonkę moment – wjechali windą na szczyt wieży.  Widok stamtąd zapierał dech w piersiach. Pansy nie wiedziała co powiedzieć, nawet Harry był pod wrażeniem. 
– Tu jest niesamowicie… – wyszeptała. Podeszła do barierki i spojrzała w dół. Ludzi prawie nie było widać, samochody wydawały się nie większe niż mrówki. W dole widzieli park, którego alejkami tu przyszli.
– Wieczorem podobno widok jest jeszcze lepszy – odezwał się ktoś stojący za Pansy. Dziewczyna odwróciła się, jednak nie był to Harry. Za Ślizgonką stało starsze małżeństwo. Siwowłosy staruszek uśmiechnął się.
– Pochodzą państwo z Angli? – zapytała zaciekawiona. Nie potrafiła rozpoznać akcentu mężczyzny. Odpowiedziała jej kobieta, puszczając ramię męża:
– Z Walii, słonko. Wieczorem naprawdę widok jest o niebo lepszy – dodała z uśmiechem.
– Przepraszam, ale musimy już iść – wtrącił się Harry i pociągnął Pansy do tyłu za ramię.
– Do widzenia! – krzyknęła dziewczyna. Oddalili się na tyle by małżeństwo nie słyszeli ich rozmowy.
– Co ty, do cholery, wyprawiasz?! – zapytała wściekle, chłopak naprawdę zaczął przeginać. Nigdy nie mieli dobrych kontaktów, ale Ślizgonka po cichu liczyła, że to się zmieni. Po dzisiejszym dniu straciła nadzieję. Miała po prostu dość zachowania Gryfona.
– Musimy iść, jak chcesz zobaczyć jeszcze inne zabytki – odpowiedział spokojnie, jakby właśnie nie ciągnął dziewczyny przez połowę tarasu widokowego. Posłała mu mordercze spojrzenie.  Postanowiła zachowywać się tak jak on. Bez słowa zjechali windą w dół. Po wspomnieniach pięknego widoku z góry nie pozostał w głowie dziewczyny nawet ślad. Złość na Harry’ego przysłoniła wszystko. Zatrzymali się przy jednak z ławek.
– Gdzie teraz? – zapytał chłopak, wrócił mu dobry humor, czego nie można powiedzieć o jego towarzyszce. Pansy obojętnie wzruszyła ramionami. Naprawdę miała gdzieś, co będą robić dalej. Straciła ochotę na cokolwiek.
– Może zobaczymy  łuk Triumfalny? – zaproponował. Była to pierwsza rzecz, która przyszła mu do głowy. 
– Jak chcesz – odparła, obrzucając go wyzywającym spojrzeniem. Harry nie przejął się tym za bardzo i ruszył w drogę.
  Cały dzień minął dość szybko, zobaczyli wiele ciekawych  rzeczy. Pansy nie raz musiała pytać ludzi o drogę, bo Harry był tak świetnym przewodnikiem. Byli również w całkiem przyjemnej knajpce aby coś zjeść.  Harry cały dzień utrzymywał swój dobry humor. Pansy natomiast na każdym kroku starała się pokazać mu swoją obojętność. Nadszedł czas aby wracać, jednak Gryfon znów pomylił drogę. 
– Daj mi tę mapę! – wydarła się dziewczyna. Drażniło ją wszystko co robił. W dodatku bała się, że na drugi powóz również nie zdążą. Dochodziła siódma. Zmarszczyła brwi, wlepiając wzrok w kawałek pergaminu. Niestety nie wiedziała, ani gdzie są, ani gdzie powinni iść. Westchnęła ciężko.
– Trzymaj. – Wepchnęła mapę w ręce Harry’ego. Znów zapytała o drogę, tym razem młoda kobieta z uśmiechem na ustach odpowiedziała, gestykulując. Ślizgonka podziękowała, a potem warknęła na chłopaka:
– Chodź. – Ruszyli w drogę, jednak Gryfona nurtowało, dlaczego dziewczyna się tak zachowuje. Pokonali kolejny odcinek drogi.
– Dlaczego jesteś taka wkurzona? Ja tylko pomyliłem drogi. Nic wielkiego się nie stało… – Odwróciła się przez ramię, posyłając mu pytające spojrzenie.
– Jeszcze się pytasz?
– Tak, bo tak się składa, że szanuję twoją głowę na tyle by nie czytać ci w myślach.
– Patrzcie, wielki bohater się znalazł… – mruknęła sarkastycznie. Harry zrównał z nią krok.
– O co ci chodzi, Parkinson? Psujesz nam dziś cały dzień! – Dziewczyna wiedziała, że ma racje. Jednak nie mogła nic poradzić na to, że Francja tak na nią działa. Ze wszystkich sił starała się nie myśleć o Mirabell, o rodzicach, a przede wszystkim o wuju. Każda młoda kobieta przypominała Miri. Wszystkie usłyszane rozmowy, przypominały te z Mirabell. Przeżyła traumę i tak bardzo chciała zapomnieć. Jednak to było niemożliwe.
– Ja psuję cały dzień? To ty od rana stroiłeś fochy – odparła. Wiedziała, że to chłopka ma rację, jednak nie mogła się do tego przyznać. W końcu nadal była Ślizgonką, a to do czegoś zobowiązuje. 
– Niebywałe – mruknął Harry. – Niebywałe… Paryż, miasto zakochanych, a ja tkwię tu z tobą. – Pansy spojrzała na niego zmieszana. W ogóle nie wiedziała, co o tym myśleć. Milczała. I właśnie milcząc, dotarli na brukowany plac. Powóz już czekał. Pożegnali się z Flawianem, podziękowali za pomoc i ruszyli w dalszą drogę.
   A żadne nie przypuszczało nawet, jak to się skończy. Harry był pewien, że spędzi niemiłe cztery dni w towarzystwie zrzędliwej Ślizgonki.  Pansy natomiast była przekonana, że będzie to wyjazd pełen niechcianych wspomnień i irytujących Francuzek. Oboje bardzo się mylili. Przed północą spośród gór wyłonił się przepiękny zamek, wysoko w Alpach. Widok z okna zapierał dech w piersiach, szkoda tylko, że oboje to przespali.
*
Malfoy Manor…

Narcyza zerwała się z łóżka. Znów słyszała ten przeraźliwy krzyk jej  własnego dziecka. W jej mniemaniu to było tak niesprawiedliwe. Codziennie pytała Merlina „dlaczego”. Z różdżką w ręku wbiegła do sypialni syna. Draco znów miał atak, rzucał się po łóżku, oczy miał przekrwione, a twarz jeszcze bardziej bladą niż zazwyczaj. Ostatnie kilka dni dla Narcyzy były horrorem. Bezsilnie patrzała jak jej syn umiera.  Nie rozumiała dlaczego, ataki są coraz silniejsze, dlaczego są coraz częstsze, ale przede wszystkim nie rozumiała dlaczego w ogóle są. Wezwała całą masę przeróżnych uzdrowicieli i magomedyków, jednak nikt nie chciał pracować z tak nieobliczalnym pacjentem, jakim był Draco. Zapaliła światło w jego pokoju. Chłopak przestał się rzucać po łóżku, atak ustał. Wykończony zarówno, fizycznie jak i psychicznie leżał bez ruchu. Kobieta zaraz była przy nim.
– Musisz odpoczywać – powiedziała bez ładu i składu. Tylko to przychodziło jej do głowy, odgarnęła mu kosmyk jasnych włosów z twarzy. Ręce miała zimne, natomiast czoło chłopaka było rozpalone.
– Masz gorączkę – stwierdziła. – Przyniosę leki. – Opuściła szybko pokój Dracona. Gdy zamknęła za sobą drzwi po jej policzkach popłynęły słone łzy. Nie chciała, żeby widział ją w takim stanie.  Ostatnie dni były koszmarem, Narcyza nie przespała ani jednej nocy, oczy miała podkrążone, włosy tłuste i rozczochrane. Jednak to wszystko było nieważne. Liczył się tylko Draco. Zeszła po schodach na dół i zawołała skrzata.
– Tak pani? – zapytała Drumka, pojawiając się w pokoju.  Skłoniła się przed Narcyzą.
– Wezwij Sever… – Imię mistrza eliksirów zawisło w powietrzu. Pani Malfoy wiedziała, że Severus Snape był prawdopodobnie jedyną osobą, która mogłaby uratować jej syna. Niestety nie żył. Postanowiła odwiedzić męża w Azkabanie.  Lucjusz nadal miał znajomości.
– Może Lucjusz coś doradzi… – mruknęła do siebie. Skrzatka za ten czas przyniosła swojej pani chusteczkę. Narcyza otarła oczy. Drumka wyraźnie czekała na jej polecenie.
– Przygotuj lekarstwa – poleciła jedynie. Te słowa skrzaty domowe w Malfoy Manor słyszały co najmniej dwa razy dziennie. Kobieta udała się z powrotem na górę. Draco spał, oddech miał nierówny. Pogładziła go po głowie, był jej jedynym dzieckiem i chodź w wielu kwestiach mieli odmienne zdanie, kochała go. Rodzina była dla Narcyzy wszystkim. Niestety od jakiegoś czasu jedynie mogła obserwować jak „wszystko” się rozpada.
Następnego dnia, niespodziewanie Draco poczuł się lepiej. Kiedy w ten czwartkowy poranek pani Malfoy zeszła do salonu i zobaczyła syna siedzącego w fotelu omal nie zaszła na zawał. Najpierw pomyślała, że to duch i wydarzyło się najgorsze.  Draco nadal był chorobliwie blady w dodatku włosy miał tłuste i nieułożone.
– Dzień dobry, mamo – powiedział cicho, a na jego ustach pojawiło się coś na kształt uśmiechu.  Kobieta ze łzami w oczach podbiegła do syna i przytuliła go. Gdy w końcu wypuściła go ze swojego uścisku i usiadła na fotelu obok, chłopak zaczął mówić:
- Czuję się lepiej, ale niewiele pamiętam z tych ostatnich dni. – Zanim Narcyza zdążyła zapewnić go, że to nic, pojawił się jeden ze skrzatów. Niósł tacę ze śniadaniem. 
– Zjemy w jadalni? – zapytał chłopak. Wiedział, że matka nie lubi, gdy je w salonie.  Narcyza kiwnęła głowę i uśmiechnęła się. Skrzat zabrał tacę i przeniósł ją do pomieszczenia jadalnego.  Narcyza i młody Malfoy zasiedli przy stole.
– Widziałaś się z ojcem? – zapytał Draco, sięgając po tosty. Skrzaty donosiły coraz to więcej jedzenia.  
– Nie, wybieram się jutro. Może… – zawahała się – może on będzie coś wiedział. – Chłopka kiwnął głową. Narcyza zebrała się na odwagę, by poruszyć nieprzyjemny temat, który chodził za nią już od jakiegoś czasu.
– W niedziele będziemy mieli gościa – zaczęła, obserwując reakcję chłopaka. Draco pytająco uniósł brew, a po chwili odłożył tost na talerz.
– Jeśli to kolejny lekarz, to możemy sobie darować… – mruknął, upijając trochę gorzkiej herbaty. Zazwyczaj pił kawę do śniadania, jednak odkąd wrócił do domu Narcyza wyrażała zgodę jedynie na czystą wodę i gorzką, czarną herbatę. Draco nie miał siły kłócić się o takie rzeczy i przystał na to.
– To nie lekarz – powiedziała cicho.
– Nie chcę żadnych odwiedzin, nawet jeśli to Blaise. – Draco na pewno nie chciałby, żeby ktokolwiek widział go w takim stanie. Oprócz tego bał się, że zrobi coś złego, podczas ataku w ogóle nad sobą nie panował.
– To nie Blaise – zaczęła Narcyza, mocząc wargi w kubku z zieloną herbatą. – Znacie się dość długo, myślę, że ona może ci pomóc.
– Pansy? Słuchaj mamo, ja też uważam, że jest dobrą czarodziejką, ale nic na to nie poradzi. W dodatku jest teraz we Francji. – Narcyza pokręciła przecząco głową.
– To nie Pansy, ja… wiem, że to ci się nie spodoba. Ale ona może pomóc, raz jej się udało…
– Chyba nie myślisz… Nie… – Zaśmiał się. – Przecież to śmieszne. Chyba nie sądzisz, że ta szlama nam pomoże? A nawet jeśli by mogła to chyba wolałbym umrzeć! – wydarł się. Na pewno nie potrzebował pomocy jakiejś mugolaczki. Wstał od stołu i wytarł usta serwetką.
– Chyba straciłem apetyt – powiedział i opuścił jadalnie. Narcyza nie spodziewała się innej reakcji, jednak postanowiła porozmawiać z nim jeszcze raz. Nawet jeśli miałaby oddać całe złoto Blacków i Malfoyów, a potem wyczyścić buty każdej szlamie w całej Angli – zrobiłaby to. Zrobiłaby dla niego.

– Ta dziewczyna, może być naszą ostatnią szansą – powiedziała do siebie cicho, a potem wstała od stołu, zostawiając niedopitą herbatę. 






poniedziałek, 22 czerwca 2015

Rozdział 43

Hej! Jak zwykle spóźniona...  Kolejny rozdział sobota/niedziela, a jeśli nie, to macie pełne prawo użyć Avady! Trochę kiepsko mi idzie to dotrzymywanie terminów, no nie? Ale cóż poradzę, że jestem takim strasznym leniem! Ale, jak to ja, mam coś na swoją obronę :) Otóż zauważyłam, że na innych blogach posty dodawane są co miesiąc, nieco rzadziej co dwa tygodnie... Może też trzeba się nad tym zastanowić? Jeśli chcecie abym zawsze dotrzymywała terminu właśnie tak musiałyby się pojawiać rozdziały. Co miesiąc/dwa tygodnie, wątpię, że to przyniesie korzyść komukolwiek, ale decyzja należy do was... Rozdział raz w tygodniu i niedotrzymanie czasami terminu (ostatnio nie "czasami" wiem), czy rozdział raz na miesiąc, ale w terminie?
Piszcie w komentarzach. (osobiście jestem za pierwszą opcją).
~Pani M.

Rozdział 43 – Podróż i Quidditch.

  Podróż zapowiadała się całkiem przyjemnie i w sumie, właśnie taka była. W zaledwie sześć godzin biały powóz znalazł się na terenie Francji. Pansy była pogrążona w pół śnie, kiedy, nie wiadomo skąd, do jej uszu dobiegł słodki, melodyjny, kobiecy głos. Leniwie otworzyła oczy i skupiła się na przekazywanej treści:
– Mam nadzieję, że podróż przebiegła pomyślnie, za chwilę wylądujemy w stolicy. Pegazy muszą odpocząć przed przeprawą przez góry. Oznacza to, że możecie przez dwie godziny zwiedzać miasto, radzimy nie oddalać się za bardzo od powozu, ponieważ nie będziemy na was czekać. Za wszystkie utrudnienia przepraszamy i życzymy miłej podróży. – Kobiecy głos ucichł, a Ślizgonka ziewnęła, po czym spojrzała na Harry'ego. Ciemnowłosy chłopak bawił się różdżką, wyczarowując różnokolorowe obłoczki. Przeniósł spojrzenie swoich zielonych oczu na dziewczynę:
– Jak się spało? – mruknął. Ślizgonkę zaskoczyło to proste pytanie. Brzmiało dziwnie i nienaturalnie w ustach Gryfona.
– Dobrze – odpowiedziała po chwili z nutką zawahania w głosie.
– Masz jakieś konkretne miejsce, gdzie chcesz iść?
– Co? – Nie zrozumiała o co ją pyta, jej mózg z jakiś powodów działał na wolniejszych obrotach. Nie wiedziała, czy było to spowodowane niewyspaniem, czy tym, że Francja tak źle jej się kojarzy. Nagle przed oczami stanął jej obraz Mirabell. Roześmianej, szczęśliwej, żywej i to uderzyło w nią najbardziej. Miri nie żyje, pogódź się z tym, głupia jesteś, nie rozpamiętuj! Zbeształa siebie w myślach. Nie pomogło, Pansy wiedziała, że zaraz się rozpłacze. Nie przy nim! Wołała do siebie w myślach.
– Wszystko okej? – Dobiegł do jej uszu głos Gryfona. Zamrugała kilka razy, aby powstrzymać łzy.
– Tak, po prostu to była długa podróż... – Chłopak zmarszczył brwi, nie wierzył Ślizgonce, ale koniec końcu, nic nie powiedział. Uznał, że to nie jego sprawa.
– Zaraz lądujemy – odezwał się po chwili. Pansy kiwnęła głową. Ze wszystkich sił starała się nie myśleć o kuzynce i rodzinie, którą zostawiła we Francji.
  Wyjrzała przez okno i zauważyła, że budynki na dole zaczęły się przybliżać, poczuła, że powóz zwalnia i zniża lot. Przy następnym nagłym szarpnięciu wylądowali. Pansy przez okno dostrzegła brukowany plac, a Harry w tym samym momencie wstał i podszedł do drzwi. Chwycił złotą, zdobioną klamkę i otworzył je. Wyszedł na zewnątrz przytrzymując drzwi, aby Pansy również mogła opuścić powóz. Ich oczom ukazał się niewielki budynek ze strzelistym dachem i ścianami z czerwonej cegły. Zaraz drzwi domu otworzyły się i wyszedł przez nie niewysoki, brodaty mężczyzna. Miał około pięćdziesięciu lat i całkowicie łysą głowę, co w zestawianiu z długą brodą efekt dało przekomiczny. Gdy jegomość podszedł bliżej, okazał się pół głowy niższy od Harry'ego.
– Słyszeliście komunikat, co tu jeszcze robicie? – zaskrzeczał, marszcząc brwi. Wyraz twarzy miał nieprzyjemny, Harry'emu przypominał w tamtej chwili wuja Vernona.
– Eee... przepraszam? Niby co mamy robić? – zapytała Pansy, krzyżując ręce na piersiach. Mężczyzna podrapał się po łysej głowie i mruknął coś pod nosem.
– Możecie iść zwiedzać miasto – powiedział po chwili z niesmakiem.
– Którędy do miasta? – zapytał Harry, Ślizgonka już chciała coś powiedzieć, ale Gryfon dał jej znak, aby jeszcze chwilę milczała.
– Dwa kilometry w tamtą stronę – warknął brodaty mężczyzna i wskazał grubym paluchem ścieżkę, biegnącą pod górę. Harry zerknął przez ramię na wydeptany szlak.
– Dziękujemy – odpowiedział grzecznie, a potem, ciągnąc Pansy za sobą, oddalił się od powozu i mieszkańca domu z czerwonej cegły. Gdy byli wystarczająco daleko Ślizgonka wyrwała swoją rękę z jego uścisku.
– Nie zamierzam nigdzie iść – warknęła.
– Chyba nie chcesz tu z zostać? Z nim. – Spojrzał jej w oczy, jakby chciał coś powiedzieć bez słów.
– O co ci chodzi? To zwykły, zrzędliwy starszy pan. – Pansy wzruszył ramionami.
– Jak na Francuza to dobrze mówi po angielsku, w dodatku nie ma akcentu... Raczej nie mieszka tu całe życie.
– Czepiasz się szczegółów – dziewczyna wywróciła oczami – nie każdy jest twoim potencjalnym wrogiem.
– Ale ten typ mi się nie podoba, coś z nim jest nie tak – upierał się Gryfon.
– To, że ktoś na ciebie krzywo spojrzy, nie oznacza jeszcze...
– Dobra, nie ważne, chodźmy już – przerwał jej i ruszył przed siebie.
– Już mówiłam, że nie chce nigdzie iść.
– A ja chce zobaczyć Paryż.
– Brudno, głośno i pełno turystów, nic nie tracisz – prychnęła pogardliwie Ślizgonka. Harry lekko uniósł brew.
– Daj spokój – syknęła, widząc jego spojrzenie.
– Myślałem... – Zawahał się. – Byłaś tu?
– Masz na myśli...?
– Czy byłaś w Paryżu? – zapytał, ponaglając.
– Tak. – Padła krótka odpowiedź dziewczyny.
– Dawno? – zapytał, podchodząc bliżej. Pansy poczuła się nieswojo. Jakby chłopak domyślał się czegoś o Mirabell, jakby wiedział... Zrobiła krok w tył.
– Nie twój interes – warknęła. Harry nic nie rozumiał z zachowania dziewczyny.
– Czemu jesteś taka cięta? Tylko pytałem o... – Wzruszył ramionami.
– Jak pójdziemy, przestaniesz gadać?! – wrzasnęła. Nie chciała z nikim rozmawiać na temat rodziny. Draco, Blaise, Daphnie... coś tam wiedzieli, a każde mniej, niż poprzednie. Pansy nauczyła się trzymać język za zębami, jeśli ktoś pytał o rodzinę - milczała. Sama nie wiedziała dlaczego pytania Gryfona tak ją zdenerwowały. Bo jest osobą, której mogłabyś powiedzieć. Ta niechciana myśl pojawiła się nagle i równie szybko zostało odrzucona przez dziewczynę.
  Ruszyła ścieżką w stronę wzgórza. Nie było wysokie, za to w całości porośnięte trawą. Zerknęła przez ramię, aby się upewnić, że Harry idzie za nią. Z jego miny wywnioskowała, że był zły. Wolała teraz się nie odzywać. Po niespełna dziesięciu minutach mogli podziwiać ruchliwe miasto gdzieś w dole. Staruszek miał rację, daleko nie było. Pansy nigdy nie widziała Paryża od takiej strony. Oczywiście była tu parę razy, ale widok zaparł jej dech w piersiach. Strzeliste dachy domów górujące ponad ledwo widoczne stragany, zielone parki i krzyżujące się uliczki. W dodatku samochody. Pojazdy sprawiały, że miasto żyło. A nad tym wszystkim górowała wieża Eiffla. Jakby była patronem miasta i miała oko na wszystko i wszystkich. Pomimo wycieczek do Francji, Pansy nigdy nie była na szczycie wieży, ale też nigdy nie chciała wejść na szczyt tak bardzo jak teraz. Kiedy jeszcze przyjeżdżała z rodzicami, zawsze słyszała, że nie mają czasu na takie bzdury. Gdy odwiedzała wujostwo była z dala od stolicy. Ich dom leży nad morzem, a przez Paryż przejeżdżała tylko kilka razy. Zatrzymała się, podziwiając widok, w tym czasie Harry trzymający się dotychczas z tyłu dogonił ją i wyprzedził. Ślizgonka obserwowała jak schodzi w dół wzgórza, ostrożnie stawiając każdy krok. Już chciała dogonić Gryfona i zacząć rozmowę, kiedy przypomniała sobie o niedawnej kłótni. Nic nie mówiąc, ruszyła za nim.
*

 Po jakiś dwudziestu minutach stanęli, ramię w ramię, na skraju miasta. Hałas, gwar, zamęt. To uderzyło w nich najpierw, było tak różne od ciszy podczas podróży, czy rozmowy ze starcem.
– Gdzie idziemy? – zapytała Pansy przyjaźnie. Chciała jakoś załagodzić atmosferę po ich kłótni. Jednak Harry tym razem nie zamierzał odpuścić tak łatwo.
– JA – podkreślił dobitnie – idę kupić jakąś mapę, a TY rób co chcesz, mam to gdzieś... – dodał może niepotrzebnie, w końcu wcale  tak nie myślał i gdzieś w środku chciał, aby Ślizgonka mu towarzyszyła. Pansy wzięła głęboki wdech, ale "przepraszam" żadnym sposobem nie mogło jej przejść przez usta. Zacisnęła je w wąską linie. Harry posłał jej pytające spojrzenie, ale kiedy nadal milczała odpuścił. Ruszył przed siebie, nie zwracając uwagi na poczynania Ślizgonki. No może raz zerknął czy idzie za nim. A kiedy okazało się, że tak, kącik jego ust samowolnie uniósł się ku górze. Zwolnił kroku i czekał, aż dziewczyna go dogoni. Nie bez satysfakcji stwierdził, że nadal za nim idzie. W końcu Pansy zrównała krok z chłopakiem.
– Gdzie chcesz iść po tę TWOJĄ mapę? – zapytała, wlepiając wzrok w brukowaną uliczkę, którą szli. Mijali ich różni ludzi, niektórzy nawet trącali ramieniem. Im dalej szli tym tłum się powiększał, po chwili zrobił się prawdziwy zator. Pansy nie przypominała sobie takich tłumów wcześniej, znaczy oczywiście, w stolicy zawsze było tłoczno, ale teraz nie dało się praktycznie przejść. Posunęli się na przód kolejne parę metrów i w końcu odkryli przyczynę tego zamieszania. W miejscu, gdzie krzyżowały się dwie alejki, na środku skrzyżowania wywrócił się stragan z owocami, całkowicie blokując przejście. Harry odwrócił się do Pansy, aby poinformować ją o zaistniałej sytuacji, ale kiedy zerknął przez ramię dziewczyny nie było. Otaczał go tłum ludzi, istna zbieranina narodowości, ale jego ciemnowłosej towarzyszki nigdzie nie było. Przekleństwo cisnęło mu się na usta. Rozejrzał się, ale nigdzie jej nie było. W końcu przeklinając ją w duchu, krzyknął:
– Pansy! – Nie dało to większego rezultatu, zwrócił jedynie na siebie uwagę kilu turystów stojących najbliżej. Przepchnął się kawałek dalej i znów wrzasnął:
– PARKINSON!!! – Nagle dziewczyna wyrosła tuż przed nim.
– I czego się drzesz? – zapytała, zniżając głos.
– Myślałem, że się zgubiłaś – warknął w jej stronę. Teraz sam nie wiedział, czy jest bardziej zły na siebie czy na nią. Harry zauważył, że Ślizgonka trzyma coś w ręce. Zerknął na ową, podłużną, poskładaną kartkę. Wyciągnęła rękę, w której trzymała pergamin w jego stronę.
– Masz – rzuciła krótko, niby od niechcenia.
– Co to?
– TWOJA – specjalnie podkreśliła ten przymiotnik – mapa. – Harry podejrzliwie chwycił pergamin.
– Nie gryzie. – Musiała dodać z przekąsem dziewczyna. Spojrzał na nią spode łba, ale nic nie powiedział. Rozłożył mapę i przyjrzał się dokładnie. Była na niej zaznaczona tylko jedna atrakcja, wieża. Oprócz tego były pokazane różne drogi jak tam dojść.
– Rozumiem, że chcesz iść... – Nie dała mu dokończyć:
– Tak – odpowiedziała krótko, ale stanowczo.
– Dobra. – Harry wzruszył ramionami, wiedział, że zostało im około półtorej godziny, z czego trzydzieści minut poświęcą na powrót do powozu. Więcej niż jedną atrakcję będzie im trudno zobaczyć, teraz było mu wszystko jedno. Pansy pochwyciła mapę i marszcząc brwi, próbowała coś z niej odczytać. Harry był święcie przekonany, że dziewczyna nie wie, gdzie są i odebrał jej kawałek pergaminu. Ślizgonka nie przejęła się za nadto. Odwróciła się na pięcie i nienagannym francuskim zapytała młodzieńca parę lat starszego niż ona sama:
– Comment se rendre à la Tour Eiffel? – Ten tylko uśmiechnął się i zaczął objaśniać, jak dość do wieży. Harry osłupiał. Dziewczyna nigdy nie wspomniała, że zna francuski. W końcu podziękowała francuzowi i uśmiechając się promiennie, zwróciła do Harry'ego:
 – Idziemy? – Chłopak tylko mruknął coś niepocieszony i ruszył za Ślizgonką. Okazało się, że muszą się wrócić i skręcić w przecznice wcześniej. Tak też zrobili.
*
Hogwart
 Ginny Weasley na pewno nie była na to gotowa. Razem z Michaelem poszła na ten głupi stadion, wsiadła na tę głupią miotłę i udawała, że dobrze się czuje w jego towarzystwie. Chwilę się pogonili, a potem Ginny zaproponowała, aby Corner zagrał jako obrońca, podczas gdy ona będzie rzucać. Chłopak zgodził się z wielkim entuzjazmem. Tylko raz udało mu się obronić i tylko dlatego, że Gryfonka rzuciła prosto w niego. Obrońcą był raczej marnym. W końcu znudzona dziewczyna wylądowała na boisku. Michale trochę krzywo wylądował obok.
– Już zmęczona? – zapytał, posyłając dziewczynie jeden ze swoich uśmieszków.
– Tak jakby – mruknęła Ginny, schodząc z miotły. – Zaniosę je do szatni. – Wyciągnęła rękę po miotłę Krukona. Corner chętnie podał jej magiczny środek lokomocji.
– Poczekam na ciebie.
– Nie musisz, spotkamy się w dormitorium. – Próbowała jakoś delikatnie dać mu do zrozumienia, że nie ma ochoty na jego towarzystwo. Michael jakoś tego nie zauważał albo nie chciał zauważyć.
– Poczekam – zapewnił, nadal się uśmiechając. Ginny pomyślała, że z tym uśmiechem trochę ją przeraża.  Szybkim krokiem oddaliła się od chłopaka i zniknęła w szatni Gryfonów. Niby nie była już w drużynie, ale nadal mogła wchodzić do szatni. Miała klucz, który dorobił jej Harry. Odstawiła miotły na miejsce i wyszła, zamykając szatnię. Wracała do Michaela zupełnie nieświadoma, że ktoś ją obserwuje. Nie tylko ją, ale również i towarzyszącego jej Krukona.
– Wracamy do zamku? – zapytał po jej powrocie. Dziewczyna bez entuzjazmu przytaknęła. Ruszyli w stronę Hogwartu. Ginny zbywała chłopaka pomrukami, nie miała ochoty z nim rozmawiać. Naprawdę ją skrzywdził. Ginny być może nie była pamiętliwą osobą, ale wtedy przeżyła taki szok, że złe wspomnienia zostały na zawsze. Zazwyczaj pamiętamy tylko te najgorsze chwile.
– Słyszałaś o balu Bożonarodzeniowym w tym roku? – Michael ponownie zaczął rozmowę, ale tym razem Gryfonka nie zbyła go pomrukami. Przejęta postanowiła wypytać Krukona o szczegóły:
– Nie słyszałam... Na prawdę się odbędzie?
– Oficjalnie jeszcze nic nie wiadomo, chociaż McGonagall coś wspominała na spotkaniu prefektów. – Dziewczyna zmarszczyła brwi.
– Hermiona nic nie wspominała...
– Może zapomniała? – podsunął Corner, jednak Gryfonce trudno było w to uwierzyć.
– Taa... Pewnie tak. – Kolejne parę metrów pokonali w ciszy.
– Masz z kim iść? – wypalił w końcu Krukon. To pytanie zupełnie zbiło dziewczynę z tropu.
– Jeszcze... – odgarnęła kosmyk włosów za ucho – jeszcze się nie zastanawiałam. – Michale kiwnął głową, a po chwili znów zapytał:
– Chcesz iść ze mną? – Dziewczyna aż przystanęła, na pewno nie była zainteresowana towarzystwem chłopaka na balu, z drugiej strony nie wiedziała z kim miałaby pójść odkąd zerwała z Harrym. Już otwierała usta, aby coś powiedzieć, gdy Michael zbliżył się niebezpiecznie i przytrzymując jej talię złączył ich usta w pocałunku. Ginny przeżywała deja vu. W końcu odepchnęła do siebie natrętnego Krukona.
– CO TY SOBIE MYŚLISZ?!
– Ja... – zaczął zmieszany, poniosło go. – Przepraszam, to było niewłaściwe.
– Przestańcie mnie wszyscy tak traktować! Nie jestem kukłą, na której możecie sobie ćwiczyć całowanie!
– Ja przepraszam, poniosło mnie i... Zaraz, ktoś jeszcze cię pocałował wbrew woli? – Dziewczyna zaniemówiła, znów zbił ją z tropu. Zapomniała, że powinna się wściekać na Krukona.
– Tak – odpowiedziała. Zadziwiła samą siebie, że mu to mówi.
– Kto? Jeśli nie chcesz to nie mów, ale... – Przerwała mu:
– Zabini i nie chce o tym gadać – dodała naburmuszona. Znów ruszyła przed siebie.
– Zrobił ci coś? Ja mu pokażę... Tak nie można traktować... – Ginny wybuchnęła śmiechem.
– No przepraszam, ale właśnie zrobiłeś to samo! Może zastanów się nad swoim zachowaniem, a potem oceniaj innych?
– Wydawało mi się... – Chwilę zastanowił się, jak odpowiednio dobrać słowa. – Odniosłem wrażenie, że również chcesz tego pocałunku... – Brwi dziewczyny podjechały do góry.
– A wnioskowałeś po...? – Wzruszył ramionami.
– Sam nie wiem, tak jakoś... Wiesz magia chwili. Nieważne... – Speszył się trochę, a jego pewność siebie podupadła.
– Może zapomnijmy o tym – powiedziała w końcu Gryfonka. Michael niechętnie kiwnął głową. Ginny znów zaczęła mu się podobać, w tamtej chwili uświadomił sobie, że tak na prawdę nigdy nie przestała. W końcu dotarli na czwarte piętro.  Ginny skierowała się w stronę swojej sypialni, kiedy zatrzymał ją głos Michaela:
– Co z tym balem? – Cofnęła się kilka kroków, stając przed Krukonem. Pomyślała o Blaisie, który również ją pocałował na błoniach i wpadła na pewien pomysł. Może szalony, może trochę podły.
– Co do balu to się zastanowię – odpowiedziała z uśmiechem. Corner również się uśmiechnął, a potem Ginny złożyła na jego policzku delikatny pocałunek i pobiegła do swojego pokoju. Na szczęście zastała tam Hermionę. Musiała z nią porozmawiać, chociaż wiedziała co usłyszy.
*

Francja, Paryż

– No rusz się, marudo! – zawołała wesoło Pansy. Zbliżali się do wieży Eiffla, a dzień robił się coraz piękniejszy. Szli przez jakiś park, co chwilę mijali ławki ustawione przy głównym deptaku. Pansy jakimś cudem odzyskała dobry humor. Harry natomiast jakby przygasł. Wlókł się za Ślizgonką z niepocieszoną miną. Dziewczyna nagle przystanęła przy jednej z ławek.
– Ale gorąco! – oznajmiła, jakby Harry'emu pot nie spływał po twarzy. Odłożyła swoją podręczną torbę na ławkę, resztę bagaży zostawili w powozie. Harry miał swoją różdżkę w tylnej kieszeni spodni. Ślizgonka zaczęła rozpinać swój szary sweter z zielonym paskiem przy kołnierzu. Był to sweter od szkolnego mundurka. McGonagall chciała, aby reprezentowali Hogwart w pełnym umundurowaniu. Jednak szaty razem z innymi bagażami zostały w karocy. W końcu odłożyła sweter obok torby.
– Od razu lepiej – westchnęła. Harry poszedł za jej przykładem i zdjął swój sweter przez głowę, przez co jego fryzura była w jeszcze większym nieładzie. Poprawił okulary i nie mógł uwierzyć w to co widzi. Pansy usiadła na ławce i zabierała się do ściągania butów.
– Co ty wyprawiasz?! – zapytał podirytowany, zauważył, że kilku ludzi przygląda im się ciekawie. Pansy zignorowała pytanie chłopaka. Po zrzuceniu obuwia wstała i stając tyłem do chłopaka, zaczęła zdejmować czarne na wpół przeźroczyste rajstopy. Harry chwycił się za głowę.
– Ludzie się patrzą! Ubierz się z powrotem! – Ślizgonka zerknęła na niego przez ramię. Faktycznie kilkoro mieszkańców Paryża dość dziwnie na nią patrzała. Reszta nie zwracała uwagi albo uśmiechała się pod nosem.
– Nikt mnie tu nie zna, nie będę się gotować cały dzień w tych ciuchach – odpowiedziała, zsuwając rajstopy na wysokość kolan. Myślała o szukaniu toalety, w której mogłaby się przebrać, ale zwyczajnie szkoda jej było na to czasu. Usiadła z powrotem na ławce i poczęła dalej zdejmować rajstopy. Harry zaczerwienił się nieznacznie, kiedy mignął mu kawałek różowej bielizny Ślizgonki. W końcu Pansy założyła buty i upchnęła sweter razem z rajstopami do torby.
– Możemy już iść? – zapytał Harry, po czym z przekąsem dodał: – Czy bluzkę i spódniczkę też zdejmiesz? – Dziewczyna uśmiechnęła się lekceważąco.

– Wiem, że bardzo byś chciał, ALE – kontynuowała zanim zdążył coś wtrącić – chyba poczekam z tym do wieczora. – Harry  tylko pytająco uniósł brew. Nic już nie mówiąc, ruszyli w dalszą drogę.





poniedziałek, 8 czerwca 2015

Rozdział 42

   Pojawił się kolejny rozdział, a wakacje coraz bliżej ^^ Ten wpis jest specjalnie dla osób, które wytrwale komentują wszystkie posty, nie będę was wymieniać, bo jeszcze kogoś pominę, a tego bardzo bym nie chciała... Dobrze wiecie o kogo mi chodzi :)  Zauważyłam też, że często ludzie mówią, że postacie w moim opowiadaniu są niekanoniczne (szczególnie Hermiona), osobiście nie do końca się z tym zgadzam, chciałaby poznać waszą opinię ;)  Także piszcie w komentarzach co i jak :D
~Pani M.



Rozdział 42 – Listy w porze obiadowej.

  Ginny obudziła się w porze śniadania, nigdy nie była rannym ptaszkiem i korzystała z każdej minuty snu. Zdziwiła się, że Hermiona jej nie obudziła, w dodatku starszej Gryfonki nie było w sypialni. Rudowłosa dziewczyna ziewnęła i przeciągnęła się na łóżku. Wstała, wsuwając bose stopy w kapcie stojące przy łóżku i podeszła do okna. Pomimo wczesnej godziny słońce przygrzewało, ale gdy Ginny otworzyła okno podmuch zimnego wiatru owiał jej twarz. To rozbudziło ją wystarczająco. Otworzyła szafę i wyjęła czyste ubrania, a potem, porywając kosmetyczkę, opuściła sypialnie. Odetchnęła z ulgą, gdy weszła do pustego salonu. Nigdzie nie spotkała Michaela. Zamknęła się w łazience i zdecydowała na szybki, zimny prysznic. Dziewczyna wiedziała, że powinna być teraz na śniadaniu, ale stwierdziła, że zdąży. Szybko ubrała mundurek, a potem umyła zęby i wysuszyła włosy dość przydatnym zaklęciem, którego nauczyła jej Hermiona. Gdy rozczesała swoje, rude kłaki i wyszła z łazienki, wpadła na Panią Prefekt Naczelną.
– Dobrze, że wstałaś, bo właśnie miałam iść cię obudzić – zaczęła Hermiona. Ginny lekceważąco machnęła ręką i ziewając, zapytała:
– Gdzie byłaś?
– Harry dziś wyjeżdżał do Francji, byłam się pożegnać. – Ginevra kiwnęła głową.
– Ja żegnałam się wczoraj po kolacji, poczekaj wezmę torbę i możemy zejść na śniadanie. – Młodsza Gryfonka wbiegła jak burza do sypialni i szybko wepchnęła do plecaka wszystkie książki leżące w pobliżu torby. Hermiona zabrała swój, już wcześniej spakowany, plecak i obie opuściły dormitorium.
– Ale jestem głodna! – oznajmiła Ginny w połowie drogi do Wielkiej Sali.
– Ja już jadałam, Ron też wstał wcześniej i poszliśmy razem – rzuciła, niby od niechcenia, Hermiona. Ginny kiwnęła głową, a potem przyspieszyła kroku, na myśl o tostach z dżemem porzeczkowym ciekła jej ślinka.
– Gdzie tak lecisz? – zapytała Hermiona, również przyspieszając kroku.
– Śniadanie – oznajmiła rudowłosa Gryfonka, jakby to wszystko tłumaczyło. Gdy w końcu niemal wbiegła do Wielkiej Sali, skrzaty powoli zaczęły zbierać jedzenie ze stołów.
– Nie, nie, nie. – Krzątała się pomiędzy stworzeniami i z różnych talerzy oraz półmisków porywała to tosty, to jajecznice, to dżem. Hermiona nie mogła powstrzymać śmiechu, czasami apetyt Ginny dorównywał apetytowi jej starszego brata. Gdy w końcu młodsza z Gryfonek skończyła posiłek, obie dziewczyny udały się na lekcję. W środy ich plany lekcji były zupełnie inne, Hermiona zaczynała od transmutacji z Ronem i Harrym, a Ginny miała zaklęcia. Ponieważ po zdaniu SUMÓW, każdy uczeń wybierał sobie przedmioty, jakich chciałby się uczyć, każdy miał własny plan lekcji, jednak czasami zażyło się, że lekcje Hermiony i Ginny pokrywały się, ale nie dzisiaj. Każda ruszyła w swoją stronę. Ginny krzyknęła jeszcze na odchodne:
– Widzimy się na obiedzie!
*
  Hermiona nie spostrzegła, kiedy lekcja transmutacji dobiegła końca, chwilę potem już siedziała na historii magii, a za chwilę pędziła na dwie godziny eliksirów. Ron, który towarzyszył jej na dwóch pierwszych lekcjach był bardzo przybity. Gryfonka nie miała złudzeń, była niemal pewna, że zły humor jej chłopaka wynikał z przymusowego mieszkania w lochach, niewyspania i... braku Harry'ego. Mimo, że ich przyjaciel opuścił Hogwart niespełna cztery godziny temu, już im go brakowało. Od kiedy Hermiona sięgała pamięcią zawsze wszystko robili razem. "Złote trio", tak ich czasami nazywano, zawsze we trójkę. Dziewczyna była pewna, że nawet jeśli McGonagall zdecyduje się wysłać kogoś na wymianę to będą to Prefekci Naczelni w tym ona, Harry, może ktoś z domu Roveny? I Ron. Jednak pomyliła się, nie pierwszy raz tego roku. Wcześniej niektóre rzeczy były oczywiste, teraz? Wszystko było dla Gryfonki zagadką, jakby pierwszy raz przyjechała do Hogwartu, jakby zaczynała od podstaw. A osoba, która zadziwiała ją swoim zachowaniem od samego początku tego roku był Draco Malfoy. Jak mam Ci pomóc? Zadawała sobie to pytanie dość często i za każdym razem nie znała odpowiedzi.
   Michael Corner usiadł z nią na eliksirach i właściwie dziewczyna nie miała nic przeciwko, nawet go polubiła. Przyjemnie się z nim rozmawiało. Profesor Slughorn postanowił zrobić lekcję teoretyczną i Hermiona przez większość czasu po prostu bardzo się nudziła, większość tego, co mówił nauczyciel zdążyła wyczytać z podręcznika, mimo to, słuchała.
  Poranne lekcje dobiegły końca i większość uczniów udała się na posiłek. Hermiona już wcześniej umówiła się na obiad z Ginny i mimo że nie odczuwała głodu udała się do Wielkiej Sali. Zajęła swoje stałe miejsce przy stole Gryffindoru i czekając na rudowłosą współlokatorkę, nieśpiesznie sączyła sok z dyni. Po pewnym czasie przysiadł się do niej Ron. Nałożył sobie na talerz sporą ilość tłuczonych ziemniaków i konkretny kawałek pieczeni.
– Głodny? – zapytała dziewczyna, widząc jak szybko pochłania swoją porcję. Chłopakowi udało się wykrztusić, krótkie "tak", pomiędzy kolejnymi kęsami. Ron zdążył zjeść, a Hermiona dolała sobie soku z dyni.
– Miałaś już Obronę? – zapytał, odsuwając od siebie pusty talerz i sięgając po ciastko śliwkowe na deser.
– Nie – odpowiedziała, marszcząc brwi, dziewczyna wyczuła, że coś jest nie tak...
– Barkley był dziś dziwny na lekcji... – powiedział Ron niepewnie, jakby to nie miało większego znaczenia. Hermiona nic nie odpowiedziała, a gdy Gryfon podniósł na nią wzrok ujrzał, samotną brew uniesioną do góry. Przewrócił oczami z uśmiechem.
– Znaczy, był bardziej dziwny niż zazwyczaj. – Teraz Gryfonka się uśmiechnęła.
– Co właściwie się stało? – zapytała po chwili, Ron zdążył zjeść swój kawałek ciasta i zabierał się za drugi. Mimo, że tak dużo jadł i porzucił treningi Quidditcha nadal zachował swoją, dość smukłą, sylwetkę.
– Barkley cały czas zagadywał do Daphnie, wiesz tej młodszej Greengrass....
– Tak, kojarzę Daphnie. – Słowa Rona trochę ją zaniepokoiły, ale nie dała tego po sobie poznać.
– Poza tym Neville wyszedł z lekcji...
– Co? Nasz Neville? – Chłopak ze śmiertelną powagą pokiwał głową.
– Tak po prostu wstał i wyszedł, wszyscy byli w niemałym szoku, ale Barkley w ogóle się nie przejął, od tego wydarzenia w jadalni jest jakiś dziwny...
– Nie wypominając, że to by się nie stało, gdyby pewna osoba się powstrzymała...
– Daj spokój kochanie, ile razy mam cię jeszcze za to przeprosić? – Wałkowanie tego tematu dla Rona robiło się uciążliwe, a Hermiona nie zapomniała mu tego wytknąć przy każdej nadarzającej się okazji.
– No już nic nie mówię. – Dodała, podnosząc ręce w obronnym geście.
– Neville... – Ale Ron już nie dokończył, dostrzegł coś ponad ramieniem swojej dziewczyny i zamilkł. Hermiona obróciła się przez ramię i zobaczyła właśnie Neville’a zmierzającego w ich stronę. Towarzyszyła mu Ginny. Rudowłosa Gryfonka usiadła obok Hermiony i dała znak ręką Neville’owi, żeby usiadł obok.
– Ja chyba nie jestem głodny – wybąkał ciemnowłosy Gryfon, ale, koniec końcu, usiadł i podobnie jak Hermiona, zadowolił się sokiem z dyni.
– Ile jeszcze masz lekcji? – zapytała Ginny brata.
– Chyba trzy, a wy kiedy kończycie? – zapytał i powiódł wzrokiem po pozostałych.
– Ja za dwie – odpowiedziała Ginny i pokazała język bratu, czasami jeszcze odzywało się jej wewnętrzne dziecko.
– Ja trzy – markotnie mruknął Neville. Hermiona tylko westchnęła. Ron pokazał na palcach czwórkę, a ona tylko przytaknęła niepocieszona. Rudowłosy Gryfon nachylił się nad stołem i dał całusa w czoło swojej dziewczynie.
– Moja dzielna – mruknął, Ginny skrzywiła się teatralnie, chociaż przywykła do takich scenek. Cieszyła się, że widzi coś takiego pierwszy raz od bardzo dawna. Nie wiedziała, że to cisza przed burzą... Siedzieli przy obiedzie jeszcze chwilę, rozkoszując się wolnymi minutami, które tak beztrosko trwonili. Kiedy Neville zostawił ich, wymawiając się pomocą w cieplarniach, stało się coś dziwnego. Przez jedno z otwartych okien przy suficie wleciała sowa. Nieduża, szara, miała do nóżki przywiązaną kopertę.
– Sowia poczta o tej porze? – zapytała Ginny, obserwując sówkę.
– Mam deja vu (cholera wie, jak to się piszę...) – powiedział Ron.–  Tylko ostatnim razem Harry dostał miotłę...
– No miotła to, to nie jest – zwróciła uwagę Ginny. – Zresztą zaraz się  pewnie dowiemy. –  I Ginevra nie pomyliła się. Sówka zmierzała prosto w ich stronę, w końcu wylądowała zgrabnie przed Hermioną i przekrzywiając łebek, widocznie na coś czekała.
– No weź odwiąż list – ponagliła Ginny koleżanką. Hermiona nadal nie wiedziała od kogo mogłaby dostać list, rozważała Harry'ego, ale przecież nie widzieli się zaledwie parę godzin.... W końcu sięgnęła do łapki zwierzęcia i odwiązała list. Nie był duży, ale za to miał wyraźną pieczęć, z purpurowego laku. Gdy tylko zabrała kopertę sowa wzbiła się do lotu. Osoby, które pozostały jeszcze w Wielkiej Sali obserwowali całe zajście, Hermiona wyczuła na sobie spojrzenia innych uczniów, ale ku ich rozczarowaniu włożyła list do torby.
– Później – szepnęła do Ginny i Rona, a potem wstała od stołu i udała się na kolejne lekcję.
*
Ginny spokojnie siedziała w ławce, czekając na koniec ostatniej lekcji. Była to obrona przed czarną magią, a jej sąsiadem był nie kto inny jak Blaise Zabini. Wcześniej dziewczyna zaczęłaby narzekać,  gdy tylko usiadłby obok, ale od czasu rozmowy w toalecie coś się zmieniło. Gryfonka cieszyła się, że dali sobie drugą szanse. Nie przeczyła, że Blaise jej się podobał, ale to nie było nic więcej. Praktycznie go nie znała i nie mogło tu być mowy nawet o zauroczeniu.
– Po prostu jest przystojny – mruknęła do siebie, zapominając, że obiekt jej westchnień siedzi tuż obok. Nie zdążyła się jeszcze porządnie zarumienić, kiedy z ust Ślizgona padło pierwsze pytanie:
– Kto? – Przymknęła oczy, robiąc wdech. Musiała coś na szybko wymyślić.
– Michael Corner – powiedziała miękko. Uznała współlokatora za dobry przykład, w końcu kiedyś chodzili. Zabini uwierzył, a co więcej mina mu zrzedła. Kolejny pajac, który może zniweczyć mój plan. Przemknęło mu przez głowę. Przylepił na twarz jeden ze swoich wyuczonych uśmiechów i odpowiedział, niby od niechcenia:
– Czy ja wiem... Raczej bym powiedział „pospolitej urody”. – Ginny mimowolnie parsknęła śmiechem. Widziała ten grymas niezadowolenia, który przebiegł przez twarz Zabiniego, zanim przywdział czarujący uśmiech. Przyjęła to z niemałą satysfakcją.
– Michael ma piękne oczy... – podsunęła.
– Nie przyglądałem się  – rzucił szybko Blaise, ta rozmowa w ogóle mu się nie podobała. Ginny wzruszyła ramionami i wróciła do pisania notatki.
 Lekcja dobiegła końca, co uczniowie przywitali westchnieniami ulgi. Gryfonka wrzuciła swoje książki do torby i szybko wyszła z klasy. Chciała pójść na boisko do Quidditcha póki jeszcze świeciło słońce. Idąc na czwarte piętro, zatrzymał ją Michael. Był ostatnią osobą, którą miała ochotę teraz widzieć.
– Czego chcesz? – zapytała oschle, nie utrzymywała z Krukonem bliższych  kontaktów, do czwartej klasy praktycznie nie rozmawiali .
– Może grzeczniej? – Uśmiech znikł z jego twarzy po tak zimnym powitaniu.
– Chciałem zapytać, czy nie miałabyś ochoty na spacer, ale widzę, że coś cię ugryzło – burknął zły na Gryfonkę. W jego mniemaniu wszystko zepsuła. Ginny nadal mu się podobała, a teraz, kiedy mieszkali razem, miał nadzieję, że dziewczyna do niego wróci.
– Idę na boisko – poinformowała Krukona i już miała iść dalej, kiedy zatrzymał ją jego głos:
– Pójdę z tobą, dawno nie latałem. – Michael robił dobrą minę do złej gry, niezrażony oschłym zachowaniem Ginny ruszył za nią na czwarte piętro. Po drodze, jeszcze kilka razy próbował zacząć rozmowę, ale dziewczyna zbywała go pojedynczymi słówkami. Pomimo upływu lat nadal nosiła urazę za to co zrobił. Pamiętała to doskonale, był to jej pierwszy, poważny miłosny zawód i być może dlatego zostawił taki ślad.

 Wówczas 14-letnia Ginevra Weasley szła korytarzem Hogwartu, miała się spotkać ze swoim chłopakiem. W dodatku rok starszym. Czuła się wyróżniona przez niego, wyjątkowa. Był to czas, kiedy czekała na Harry'ego, zgodnie z radami Hermiony. Michael był tak cudownie inny niż sławny Harry Potter. Poświęcał jej praktycznie każdą wolną chwilę i w ogóle się tego nie wstydził. Pierwsza miłość Ginny przypominała trochę tą z bajek, które czytała jej mama. Byli razem już miesiąc i każdego dnia trwania tego związku, Ginny czuła się jak księżniczka. Była wtedy jeszcze bardzo naiwna, jeśli chodziło o chłopców. Opuściła mury zamku, śnieg jeszcze nie stopniał i założenie kurtki było dobrym pomysłem. Michael czekał na nią przy wielkim drzewie na błoniach. Zawsze się tam spotykali po lekcjach. Chłopak miał czerwone policzki do mrozu, podobnie jak towarzysząca mu Krukonka. Gdy Ginny dostrzegła drugą postać obok jej księcia, zatrzymała się w pół kroku. Michael uśmiechał się nieśmiało, a po chwili podszedł do Ginevry razem z towarzyszącą mu Lisą Turpin*. Dziewczyna była rok starsza do Ginny.
– Cześć – przywitał się Michael, ale nie był taki, jak zawsze. Rudowłosa Gryfonka wyczuła to do razu.
– Cześć Michael, kim jest twoja przyjaciółka? – zapytała bez ogródek, na wspomnienie tych słów nadal się uśmiechała. Żadnego owijania w bawełnę.
– To Lisa, spotykamy się – poinformował, spuszczając wzrok na swoje buty.
– Spotykasz się ze mną! – oburzyła się panna Weasley, nie potrafiła zrozumieć co się działo.
– Ginny – zaczął Michael, patrząc jej w oczy. – Fajnie było pobawić się w "związek", ale sama rozumiesz, z Lisą, to już tak na poważnie...
– Czyli to była zabawa?! Świetnie, naprawdę świetnie! – Dziewczyna odwróciła się na pięcie i starając się nie biec, wróciła do zamku. Po jej policzkach tego wieczora spłynęło więcej łez niż kiedykolwiek wcześniej. Rozpamiętywała każdą wspólnie spędzoną chwilę, pamiętała jak namawiała Michaela żeby przystąpił do Gwardii Dumbledore’a. Pamiętała i to uważała za swoją największą słabość. Jednak pozbierała się i to szybciej niż Michael by sobie tego życzył. Hermiona przekonała ją, że to na Harry'ego czekała i nie warto się przejmować. Tak zrobiła. Humor poprawił się jej jeszcze bardziej, gdy tydzień po całym zajściu Lisa zapłakana wybiegła z Wielkiej Sali, a Michael podczas obiadu siedział koło Cho Chang.

 Los Michael zupełnie przestał Ginny obchodzić i nadal nie żywiła ciepłych uczuć do tego Krukona. Wiedziała jeszcze, że chłopak spotykał się później z Cho. Ta informacja była w sumie rudowłosej Gryfonce obojętna.
 Stanęli przed portretem średniowiecznego rycerza, a Michael wypowiedział hasło. Portret odskoczył, a owa dwójka weszła do dormitorium.
– Ile potrzebujesz czasu? – zapytał chłopak, odkładając plecak w kąt, obok drzwi.
– Czasu na co?
– No, żeby się przygotować czy coś...
– Idziemy na boisko, nie na poszukiwania grobowca Merlina, tyko się przebiorę i wezmę miotłę. – Po tych słowach Ginny zniknęła za drzwiami sypialni.
*

  Hermiona wróciła do sypialni po serii męczących zajęć.
– Może Ron i Harry dobrze wybrali? Tylko siedem przedmiotów – niebo – mruczała pod nosem, kładąc się na łóżko. Położyła plecak obok komody i wtedy przypomniała sobie o liście. Tak bardzo nie chciało jej się wstać z miękkiego materaca, ale wtedy przypomniała sobie o rzeczy tak oczywistej, jak różdżka. Wyciągnęła ją z kieszeni szaty i mruknęła:
– Accio list z plecaka Hermiony. – W ułamku sekundy koperta pojawiła się obok niej. Podniosła się do pozycji siedzącej i zanim jeszcze złamała lak i otworzyła kopertę, zdjęła złoto-czerwony krawat oraz szatę. Odpięła również dwa pierwsze guziki koszuli. Poczuła się o niebo lepiej, chwyciła list do ręki. Otworzyła kopertę, tożsamość nadawcy  wiadomości nurtowała ją do obiadu. Ostrożnie wyjęła pergamin z koperty, nie był biały, ale kremowy. Otworzyła kartkę zgiętą w pół i w oczy rzuciło jej się bardzo schludne, a zarazem ozdobne pismo. Lekko pochyłe, a ogonki liter były pozakręcane. Nie znała nikogo, kto mógłby tak pisać. Szybko przebiegła wzrokiem linijki tekstu, aż w oczy rzucił jej się podpis:

"Z wyrazami szacunku: Narcyza Black - Malfoy"

Skupiła się na treści, bardziej niż poprzednio, treść listu głosiła:

Droga panno Granger!
Zdecydowałam się na ten list, abyś miała jasny obraz tego, czego od ciebie oczekuje. Nie proszę, abyś dokonała cudu. Chcę tylko, żeby wrócił do szkoły, tylko tyle. Liczę, że uda Ci się go namówić. Pewnie bardziej niż ktokolwiek inny wiesz jak bardzo jest uparty, jeszcze raz chciałam przeprosić za jego zachowanie, ale i za swoje, nie mówiąc już o zachowaniu mojego męża. Mam nadzieję, że nie chowasz urazy i jesteś ponad to. Ten list jest również oficjalnym zaproszeniem. Chciałaby móc Cię gościć w Malfoy Manor we tę niedziele. O godzinie 12:00 będziemy się Ciebie spodziewać. Co postanowiłaś w naszej sprawie, czy zgodzisz się pomóc? Przekaż swoją odpowiedź McGonagall.
Z wyrazami szacunku: Narcyza Black - Malfoy

Tak na prawdę nie musiała się zastanawiać. Już w gabinecie dyrektorki zadeklarowała swoją pomoc, a Hermiona Granger zdania łatwo nie zmienia. Jednak nie wybaczyła, jakaś uraza została i na pewno pozostanie. Z drugiej strony doceniała wysiłki Narcyzy. Zastanawiała się czy dobro syna było jedynym powodem drastycznej zmiany jaka zaszła w tej kobiecie. Odłożyła list na łóżko i zdecydowała przejść się do McGonagall po kolacji. Póki co miała trzy godziny tylko dla siebie. Powinna zabrać się za odrabianie lekcji i najprawdopodobniej zrobiłaby to, ale pewna rudowłosa, drobna istotka jak tajfun wtargnęła do sypialni. Spojrzała na Hermionę, a w jej niebieskich oczach zdziwienie mieszało się ze złością. Zatrzasnęła za sobą drzwi.
– Dobrze, że jesteś! Musimy pogadać! 


*Lisa Trupin- została przydzielona do Revenclowu w pierwszej książce przygód Harry'ego Pottera